Читать книгу Niedoskonały cud - Andrea De Carlo - Страница 7
1
ОглавлениеPóźnym rankiem osiemnastego listopada dwa tysiące piętnastego roku w całej gminie Fayence, w departamencie Var, w regionie Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże, awaria zasilania zakłóciła funkcjonowanie transportu i telekomunikacji, przerwała emisję programów radiowych i telewizyjnych, pracę lodówek i zamrażarek, systemów zabezpieczających i komputerów oraz uniemożliwiła działalność sklepów i lokali, w tym również lodziarni „La Merveille Imparfaite”, mieszczącej się u początku brukowanej uliczki, która od rue Saint-Clair biegnie schodkami ku rynkowi z kościołem.
Zaledwie kilka minut wcześniej lodziarka Milena Migliari, stojąc w drzwiach swojego sklepu, pomyślała, że nie musi zaglądać do kalendarza, by się upewnić, że sezon turystyczny zakończył się już jakiś czas temu. Wystarczył sam bezruch powietrza, wciąż jakby wypełnionego echem śmiechów i nawoływań, spojrzeniami, szelestem, odgłosami kroków, pstrykaniem zdjęć z telefonów komórkowych późnym latem. Wystarczyło rzucić okiem za róg, na główną ulicę i samochody przejeżdżające z rzadka pod łukiem przy ratuszu, na którym kursywą wypisano „Hôtel de Ville”, na zamknięte bladoniebieskie okiennice, flagi Francji i Unii Europejskiej, doniczki z podwiędłym już geranium, a następnie pójść w górę, wzdłuż witryn restauracji, piekarni i biur nieruchomości, a potem jeszcze dalej, ku Mons, Tourrettes lub Callian czy gdziekolwiek indziej. Przejściowy ziąb rozpraszały powiewy ocalałego ciepła; wyblakły błękit nieba był o krok od ustąpienia szarości. We wszechogarniającej ciszy rozbrzmiewały jedynie odgłosy młotka, którym uderzał robotnik w jednej z niżej położonych uliczek, oraz muzyka płynąca z radia w pracowni.
Nagle zgasły światła w lodziarni i ucichł dźwięk radia, słychać było tylko pojedyncze stuknięcia młotkiem. Milena Migliari rozejrzała się wokoło, weszła z powrotem do środka, wymieniła niepewne spojrzenia ze stojącą za ladą pomocnicą Guadalupe, po czym udała się do pracowni, w której zamarło również hipnotyzujące, a zarazem pokrzepiające brzęczenie lodówki. Znów wyszła na próg, skręciła w główną ulicę i już po kilku krokach wiedziała, że prądu nie ma w całym miasteczku.
Wewnętrzna harmonia lodów jest z założenia nietrwała, choć potrzeba trochę czasu, zanim dojdzie do nieodwracalnej katastrofy. Milena Migliari wobec nietrwałości owej harmonii zawsze odczuwała mieszaninę niepokoju i fascynacji: być może zależało to od jej osobistych doświadczeń, jak twierdziła Viviane, od braku oparcia w rodzinie, od braku korzeni. W tym wypadku jednak chodziło o jej pracę: o składniki dobrane z drobiazgową starannością, o dopieszczone receptury, o kosztowny sprzęt, który jeszcze nie został spłacony, o bilans, który powinien się zgadzać.
Oto dlaczego teraz świadomie stara się nie ulegać emocjom i z ufnością czeka na powrót prądu. Zerka na zegar ścienny, który szczęśliwie działa na baterie, i dokonuje obliczeń: w rynienkach w ladzie chłodniczej lody na pewno wytrzymają dwie godziny, przy obecnej temperaturze na dworze być może nawet trzy. Zamienia kilka zdań z Guadalupe, co jakiś czas wraca do pracowni sprawdzić maszyny do lodów, dojrzewalniki, schładzacze, lodówki do przechowywania surowców: nic, ale to zupełnie nic nie działa. Żadna z kontrolek się nie świeci, żadna turbina nie brzęczy. Zaniepokojona, w końcu chwyta za telefon i dzwoni do elektrowni i do urzędu miasta, aby się czegoś dowiedzieć, lecz odpowiadają jej tylko sekretarki automatyczne lub niedoinformowani, niemający o niczym pojęcia niefrasobliwi ludzie, wcale nie dodając jej otuchy, wprost przeciwnie.
Milena Migliari znów wychodzi na główną ulicę i kiwając głową, rozmawia z kobietą z piekarni – tamta wie tyle samo, ile ona i jest równie przejęta. Potem lodziarka kieruje się do pobliskiego biura nieruchomości: dwie pracownice jak zaczarowane gapią się w wyświetlacze telefonów komórkowych, trzecia dzwoni, chcąc uzyskać jakieś informacje, lecz na próżno. Milena Migliari wraca do lodziarni, próbuje się uspokoić, słuchając opowieści Guadalupe o urodzinach jej kuzyna z Quetzaltenango, w których pomocnica uczestniczyła przez Skype’a. Co kilka minut spogląda na zegar ścienny, sprawdza, co się dzieje w pracowni. Ponownie dzwoni do elektrowni i do urzędu miasta. Nic z tego. Chodzi tam i z powrotem, ze sklepu do pracowni, z pracowni do sklepu, z telefonem komórkowym przyciśniętym do ucha, rytm jej serca przyspiesza na samą myśl, że nadal nikt nie wie, kiedy przywrócą dostawę prądu, a tymczasem temperatura w rynienkach mogłaby osiągnąć punkt krytyczny, z którego nie byłoby już powrotu. Wciąż nic się nie dzieje, tak więc – żeby wszystko nie przepadło – Milena Migliari zdobywa się na decyzję i prosi Guadalupe o pomoc w napełnianiu rożków i miseczek, by rozdać je przechodniom.
Jak już wiadomo, sezon turystyczny zakończył się jakiś czas temu; po uliczkach starówki przechadzają się tylko starsze panie z siatkami pełnymi zakupów, raz po raz przemykają robotnicy z Afryki Północnej, sporadycznie pojawiają się pary północnoeuropejskich turystów o zagubionym wyrazie twarzy, tu i ówdzie widać zaniepokojonych sklepikarzy, którzy usiłują przewidzieć rozwój wypadków. Gdyby przerwa w dostawie prądu zdarzyła się w lipcu lub sierpniu, wraz z Guadalupe w ciągu pół godziny rozdałyby lody, osiągając przy tym dobry efekt promocyjny. W obecnej sytuacji muszą niemal prosić nielicznych przechodniów, by przyjęli w darze rożek lub miseczkę. Ludzie mają zakłopotane miny, odwracają wzrok, unoszą brodę, przyspieszają kroku – to niewiarygodne, z jaką nieufnością spotyka się propozycja, by dostać coś gratis. Chcąc kogoś namówić, obie muszą się uśmiechać, zachęcająco kiwać głową i gestykulować, tłumaczyć, że nie żądają w zamian ani krwi, ani zgody na wstąpienie do sekty. Idzie im na tyle niemrawo, że po jakimś czasie Milena Migliari wraca do lodziarni i napełnia półlitrowe pojemniki, po czym zanosi je do biura nieruchomości, do sklepików z asortymentem udającym rękodzieło prowansalskie, do restauracji. Śmiechu to warte, bo latem nie może wręcz sprostać zamówieniom, wielokrotnie musi tłumaczyć, że jej działalność napotyka masę ograniczeń, że proces produkcji jest powolny i złożony i że może obsłużyć jedynie kilka osób naraz. Teraz natomiast, w obliczu sezonowych pustek i braku prądu, nikt nie wydaje się cieszyć na widok cudownych żółto-czerwonych lodowych kulek z owoców poziomkowca z Maquis, złotobrunatnych o smaku głożyny z Montauroux czy jaskrawozielonych z agrestu z Mons. Owszem, kilka osób jej dziękuje, ale wyglądają raczej, jakby wyświadczały jej przysługę, przyjmując pojemnik, o który jeszcze dwa miesiące temu byłyby niemal gotowe się pobić. Kiedy ona z lekkim naciskiem tłumaczy, że lody należy zjeść szybko, aby nie utraciły idealnej konsystencji, patrzą na nią jak na wariatkę, jakby jej nadmierna troska była zupełnie nie na miejscu w tej trudnej dla wszystkich sytuacji.
Milena Migliari wraca do lodziarni, bezskutecznie wykonuje kolejne telefony i znów otrzymuje wymijające odpowiedzi. Sprawdza temperaturę w rynienkach, używając termometru na podczerwień, który na szczęście też działa na baterie: pokazuje minus dziesięć stopni. Jeszcze może być, ale wkrótce temperatura wzrośnie, nie ma co do tego wątpliwości. Lodziarka już widzi oczami wyobraźni siebie, jak wodzi łyżką po różnobarwnych kałużach, wymieniając zrozpaczone spojrzenia z Guadalupe. Nie chodzi tylko o nieuchronną stratę lodów; ogarnia ją uczucie ogólnego rozkładu, który dotyczy także jej życia.
Dzwoni telefon, a ona zrywa się na równe nogi, by odebrać, myśląc z niedowierzaniem, że może któraś z nieczułych dotąd na jej apele instytucji postanowiła powiadomić ją o rozwoju sytuacji. Przyciska słuchawkę do ucha, z emocji drżą jej dłonie.
– Halo?
– Czy to „La Merveille Imparfaite ”w Fayence? Ta lodziarnia? – Głos kobiety po drugiej stronie słuchawki wybija się na tle hałasu jadącego samochodu.
– Tak, słucham. – Milena Migliari próbuje przybrać profesjonalny ton, ale z racji okoliczności nie przychodzi jej to łatwo.
– Właśnie przeczytałam niesamowite rzeczy o waszych lodach. – Akcent kobiety brzmi nieco obco, choć doskonale opanowała francuski.
– No cóż, dziękuję. – Milena Migliari nie wie, czy powinna czuć się szczęśliwa, że ktoś docenił jej pracę, czy też raczej niepocieszona faktem, że jej dzieło wkrótce rozpłynie się na jej oczach.
– „Milena Migliari, Włoszka osiadła na francuskiej ziemi, z cudowną wrażliwością i przenikliwością oddaje kwintesencję całkowicie naturalnych, lokalnych i sezonowych składników, poddając je próbie podniebienia najbardziej wyrafinowanych znawców i serwując je w niedościgłych miseczkach i rożkach mieniących się delikatnym lub intensywnym natężeniem malarskich barw…”
Nie ulega wątpliwości, że jej rozmówczyni ma przed oczami tekst Liama Bradforda, blogera kulinarnego, który zjawił się tu w lipcu, by rozkoszować się Różową Morelą z Saint-Paul, Granatową Śliwką z Tourrettes, nie mówiąc już o Śmietance z Montauroux.
– Cóż, staram się… – odpowiada Milena Migliari, bo wydaje się jej, że powinna coś powiedzieć, lecz zaraz potem czuje się głupio. Powraca myślami do chwili, gdy na komputerze w domu przeczytała recenzję ozdobioną zdjęciem przedstawiającym ją i Guadalupe, jak stoją za ladą, patrząc niczym osoby poszukiwane przez policję; wspomina satysfakcję połączoną z niepokojem, gdy zobaczyła, jak efekty jej pracy powodowanej instynktem i potrzebą eksperymentowania ubrano w dość obco brzmiące słowa.
– We said tomorrow, that was the bloody agreement! No, no, no, Friday is too late, for God’s sake![1] – Głos w telefonie zwraca się do kogoś, kto siedzi w samochodzie, przybierając przy tym tak agresywny ton, że brzmi zupełnie inaczej.
Milena Migliari daje znak Guadalupe, że nie ma pojęcia, z kim rozmawia.
– Bardzo panią przepraszam. – Głos ponownie zwraca się do niej, znów po francusku i znów uprzejmym tonem, choć już nie do końca takim samym jak przedtem. – Czy dostarczacie lody do domu?
– To zależy. – Milena Migliari czuje się zaskoczona, a także trochę rozkojarzona pytającym wzrokiem Guadalupe.
– Od czego? – Głos brzmi, jakby jego właścicielka miała zaraz stracić cierpliwość.
– Od ilości, miejsca i czasu. – Milena Migliari myśli, że tak naprawdę to w tej chwili byłaby gotowa pokonać kilkadziesiąt kilometrów piechotą, żeby tylko zanieść gdzieś półlitrowy pojemnik; miałaby poczucie, że udało jej się coś ocalić z tego ogólnego rozkładu.
– Chcę dziesięć litrów. Do Callian. Natychmiast.
Owszem, można w tym wyczuć sporą dozę obcesowości.
– Przepraszam, ile litrów? – Milena Migliari jest pewna, że jej rozmówczyni pomyliła się w nazewnictwie francuskich liczb; od kiedy trzy lata temu otworzyła lodziarnię, najważniejsze zamówienie dotyczyło dwóch litrowych pojemników, i to w samym środku sierpnia.
– Dziesięć. Jedynka i zero. Połowa dwudziestu. We wszystkich dostępnych smakach. – Jej ton jest teraz mocno natarczywy. – Czy to możliwe?
– Oczywiście, że tak. – Milena Migliari z trudem otrząsa się z niedowierzania.
– Wspaniale, bardzo się cieszę! – Entuzjazm w głosie rozmówczyni przyprawia lodziarkę o konsternację, podobnie jak niedawne przejście od uprzejmości do zniecierpliwienia.
– Ja też! – Milena Migliari nie potrafi ukryć radości, choć pośród jej myśli pojawia się wątpliwość, że może to tylko jakiś żart. – Poda mi pani adres?
– Chemin de la Forêt, posiadłość „Les Vieux Oliviers”. – Głos dokładnie wymawia każde słowo, chcąc wydobyć je z hałasu w tle. – Zobaczy pani wyraźny napis na ściętym pniu, po prawej stronie bramy. Na pewno się pani nie pomyli.
– Dobrze. – Milena Migliari chciałaby zapytać o coś jeszcze, ale nie wie dokładnie o co. – W takim razie do zobaczenia niebawem.
– Do zobaczenia! – Głos po drugiej stronie wydaje się usatysfakcjonowany konkluzją i na tym rozmowa się kończy.
Milena Migliari odkłada słuchawkę, przez kilka sekund wpatruje się w Guadalupe. Następnie bierze się w garść, jej ruchy nabierają prędkości.
– Pomóż mi napełnić dziesięć litrowych pojemników. Wszystkimi smakami.
– Dziesięć? – Na twarzy Guadalupe maluje się osłupienie.
– Tak, dziesięć! Dziesięć! – Milena Migliari zdejmuje z półki litrowe styropianowe pojemniki i ustawia je w rzędzie na ladzie.
Guadalupe również ochłonęła; po chwili obie z zapałem zaczynają wymachiwać szpatułkami.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
1 Mówiliśmy o jutrze, przecież tak się, do cholery, umawialiśmy. Nie, nie, nie, w piątek będzie za późno, na Boga! (ang.)