Читать книгу Zabójczy pocisk: Polska krew - Grzegorz Kalinowski - Страница 8

Оглавление

Cichy szczęk sztućców, zapach fajek i skaju, wszystko zduszone i przygasłe, bo przecież w środku rozpoczął się ten powszechny i nieodwracalny proces – entropia wystartowała na dobre, i nic już jej nie powstrzyma.

To działo się dawno, więc opowiadajmy w czasie przeszłym.

Wszystko butwiało, mokło, wędziło się w dymie z ruskich papierosów, naprawdę, wystarczyłyby tygodnie, nie dekady, nie lata, ale tygodnie, aby to wszystko zamieniło się w jednobarwną breję, w torf, aby można było brodzić w tym aż po kolana. Mówili na to gówno, i wiedzieli, co mówili, bo po prostu widzieli przyszłość.

Kelnerka zmieniła popielniczkę na nową, wielką, ze rżniętego szkła, bo już całą napełnili. Można byłoby zabić kogoś taką popielniczką. Jedli i pili, mówili niewiele, tyle co nic.

Z głośnika na ścianie leciała piosenka Ciao Italia, dźwięk był jak przez radiowęzeł w wojsku, dlatego w mózgach każdego z nich pojawiało się nie do końca uświadomione déjà vu, każdemu wydawało się, że już kiedyś tu był. Może był, może nie, to nieważne.

Zjedli kwaśnicę góralską z żeberkiem, na drugie danie schabowe, chociaż przed zabiciem człowieka nigdy nie jest się głodnym. Do tego pili wódkę. Zapijali piwem i mirindą.

Po Ciao Italia poleciała inna piosenka, duet, facet Włoch i baba z Ameryki. Jeden z nich przerwał ciszę, chrząknął. Chudy, brunet, włosy z tyłu formowały mu się w lekką plerezę, gdy przełykał, grdyka uwypuklała mu się spod czarnego golfu.

– To była dobra dupa, ta, co śpiewała – powiedział.

Wołali na niego Rysiek. Potem, w telewizji będzie mówił do dziennikarki z Ekspresu Reporterów, że myślał, że jadą na porwanie. Ta, porwanie, kurwa, w Tiutiurlistanie. Nawet ta dziennikarka tego nie łyknie.

– Która? – zapytał drugi. Ten z krótszymi, przerzedzonymi włosami; na ciemieniu robiło mu się już lekkie lotnisko. Miał bardzo wąskie źrenice, które przypominały czubki igieł. Patrzył na wszystko dookoła trochę tak, jakby się wszystkiego brzydził. Żeby było śmiesznie, bo zawsze musi być choć trochę śmiesznie, on też miał na imię Rysiek. Ale jego z kolei wołali Ricardo. Od tego aktora, Ricarda Montalbana, co grał w Bonanzie.

– Ta, co śpiewa – stwierdził Rysiek.

– Ta, co to śpiewa, co leci? – zapytał Ricardo.

– Tak, ona. A ten, co śpiewa, to ją podobno napierdalał.

– Nie, wydaje mi się, że to Tinę Turner.

– Ten, co śpiewa, napierdalał Tinę Turner?

– Nie, chłop Tiny Turner.

– Moje największe marzenie – rozmarzył się Rysiek – to strzelić minetę Tinie Turner.

Przy stole zapadło milczenie, bo niewiele można zrobić po takim wyznaniu.

Mieli czas do dwudziestej, bo wtedy kończyły się skoki na Wielkiej Krokwi.

Muzyka się urwała i nagle zaczęło być słychać cały ten rozpad, powietrze wypełniło się tysiącami dźwięków, skrzeków, trzasków; słychać było łuszczącą się farbę odłażącą ze ścian całymi płatami, i schnący, łatwopalny lakier pomiędzy słojami drewna, i pękające kostki lodu w metalowym wiaderku, i spalające się druciki żarówek. A wśród tych wszystkich dźwięków siedzieli oni, trzej mordercy.

– Ona jest stara, fakt, ale może zajebiście by było – zaczął Ricardo, a wtedy ten trzeci, o którym nikt nigdy nie będzie mówił, nikt nie będzie go wspominał, ten trzeci, który przyszedł na świat z tylko jednym, ale ogromnym talentem rozpływania się w powietrzu, ten trzeci powiedział:

– Bądźcie przez chwilę cicho!

Ten trzeci wyglądał komicznie. Miał skajową kurtkę założoną na sprany, podrabiany podkoszulek Adidasa, workowate spodnie i skórzane pantofle na gołą stopę (samo to przy tej pogodzie czyniło go wariatem), ptasią twarz, ostry i zakrzywiony nos, skostniałe, wygięte palce, które ściskały szklankę jakby chciały, aby ta pękła pod ich naporem. Najdziwniejsze były jego włosy – miał kręconą, sztywną trwałą o barwie, jakby ktoś wylał na nią chemiczny wybielacz. „Przedziwne, jak strach na wróble” – pomyśleli tamci dwaj. Jakby na głowie wyrosła mu wata szklana.

Nie byli w stanie mu odpyskować. Może z powodu tego, co się wydarzyło, gdy tu jechali. Pokazał się, jak to mówią, od samego początku.

Nie wiedzieli nawet, jak się nazywa, kazał mówić na siebie Szatyn. Gdy powiedział to pierwszy raz, zaśmiali się, ale wkrótce potem przestali się śmiać. Już nawet nie zastanawiali się, skąd on właściwie się wziął; wystarczyła informacja, że skądś wynaleźli go ci, którzy wysłali ich tutaj, do Zakopanego.

– Słuchaj, ja lubię sobie pogadać – powiedział Ricardo. – I chciałbym, abyś był dla mnie miły, chłopie.

Na procesie będzie milczał. Będzie patrzył przed siebie, gdzieś w ścianę, poza głowę sędziego, jakby ten był powietrzem. Adwokat będzie za każdym razem mu przypominał, aby odpowiadał na pytania sędziego. Ale on będzie się czuł, jakby zęby na górze i zęby na dole zrosły mu się w jedne zęby.

– Jedz – nakazał Szatyn, pokazując na stygnące na talerzu danie.

Kelnerka zajrzała, by zapytać ich, czy życzą sobie coś jeszcze, a Szatyn wstał i powiedział do niej:

– Zamknij, kurwo, drzwi!

No to zamknęła. Szatyn usiadł i zaczął bardzo cicho dzwonić widelcem o talerz, jakby prosił cały ten rozpadający się świat o ciszę. Aby chociaż na chwilę to wszystko przestało pękać, łuszczyć się, schnąć.

Plan był prosty – Ryszard prowadzi, Ricardo strzela, a Szatyn robi co? Ricardo i Ryszard za bardzo nie wiedzieli.

Łabędź, ich kapral, kazał im odebrać takiego jednego z Pragi i z nim pojechać na robotę. „Jakiego?” – zapytali, a on odparł, że takiego narwańca. Najpierw myśleli, że to na Pragę warszawską trzeba jechać, na Targówek czy coś – ale nie, chodziło o Pragę czeską. Dostali tylko kartkę z adresem, spod którego mieli go odebrać. Gdy podjechali, był tam szyld z napisem zegarmistrz, otwarte drzwi, za drzwiami ściana cuchnącej ciemności, śmierdziało torfem, drewnem i gównem jak w kurniku, na szklanej witrynie kilka luźnych zegarów, plastikowych i brzydkich. Zastanawiali się, skąd takie miejsce w centrum europejskiej stolicy, i on wyszedł z tej jamy, ubrany dokładnie tak jak teraz, splunął przed siebie i nawet nie podał im ręki, tylko poszedł w kierunku samochodu.

Gdy wyjeżdżali z Polski, musieli pokazać paszporty i wszystko; Szatyn siedział na tylnym siedzeniu, celnicy nawet nie spojrzeli w jego kierunku, jakby był niewidzialny. Nie wiadomo, czy w ogóle miał przy sobie jakieś dokumenty.

– Mogliśmy chociaż tego sera smażonego zjeść – rzucił Ricardo. Krążyła o nim fama, że lubi wrzucić dużo do brzucha, chociaż nie wyglądał. Rysiek za to zawsze zjadał to, co miał na talerzu, tylko do połowy, nie więcej. Ricardo to zauważył, powiedział mu, aby Rysiek zamawiał sobie w takim razie pół porcji. „I tak wtedy zjem pół” – odpowiedział Rysiek, i nie ciągnął dalej tematu. Rysiek miał tak od zawsze. Nie zastanawiał się nad tym. Może to była po prostu taka nerwica.

W każdym razie Szatyn nic nie powiedział; odezwał się dopiero, gdy rano zatrzymali się na CPN-ie pod Zakopanem. Wydał z siebie dźwięk, głęboki i ciężki, nie wiedzieli, czy to jęknięcie z bólu, czy jakiś komentarz do sytuacji, w której się znajdowali, pogody, czegokolwiek. Nie rozumieli. Małpa mogła by tak zawyć. Patrzyli na niego, on po prostu rozprostował się, rozejrzał. Stanął obok nich, gdy palili papierosy, pokazał gestem, aby dali mu jednego. I wtedy przylazł ten kot. Zwykły, szary kot. Ani gruby, ani chudy. Kot jak kot. Szatyn kucnął, popatrzył na tego kota, zagapił mu się prosto w oczy i źrenice kota zrobiły się jak dwie kreski. Szatyn uśmiechnął się, wyszczerzył zęby. Kot podszedł bliżej, i bliżej, chociaż Szatyn nie miał nic, czym mógłby go skusić. Kot człapał w jego stronę, jakby od Szatyna biła wielka, nieznana siła, której całe jego kocie ciało zupełnie nie może się oprzeć. Rysiek i Ricardo stali obok i gapili się na to jak na Zmartwychwstanie Pańskie, w życiu czegoś takiego nie widzieli. Papierosy same się paliły, zapominali się zaciągać. Szatyn schylił się i wziął kota w dłoń, podniósł go do góry, popatrzył mu w oczy, kot rozmiękł pod jego spojrzeniem, zrobił się jak szmaciana laleczka, zwisał mu z dłoni.

– Ładny dzień dziś mamy – powiedział Szatyn.

Wtedy jeszcze chcieli wiedzieć: skąd on się wziął, kim jest, dlaczego z nimi jedzie. Ale Szatyn zgasił kotu papierosa w oku, a kot nawet nie drgnął, tylko wrzasnął, takiego wrzasku to chyba nie usłyszał nikt nigdy, może tysiące lat temu, gdzieś w nocy, w jakiejś jaskini, gdy ludzie nie nauczyli się jeszcze zapalać ognia, a Szatan bezkarnie łaził sobie wte i wewte po całym świecie.

„Być może – myślał potem Rysiek – gdy kot wrzasnął, te dwa momenty nagle spotkały się, czasoprzestrzenie nałożyły się na siebie, jaskiniowcy w jaskini i oni pod tą stacją benzynową”.

Szatyn rzucił kota przed siebie jak sflaczałą piłkę. Zwierzę trafiło w czyjś samochód, odbiło się z głuchym hukiem od karoserii i dopiero wtedy ożyło, zwiało przed siebie, skrzecząc i wrzeszcząc.

– Ty jesteś, kurwa, normalny? – wrzasnął Ricardo.

A Szatyn tylko pstryknął pojarą i wsiadł do samochodu.

To wspomnienie wisiało w powietrzu, ciężkie jak całun. Musieli w końcu coś powiedzieć, aby je odegnać. Kelnerka już nie wchodziła, bała się. „On doprowadzi nas do momentu, w którym w końcu pojechać i zabić to będzie wielka ulga” – pomyślał Rysiek.

– Widzieliście go kiedyś? – zapytał nagle Szatyn. Głośnik znowu szczęknął. Bailamooos, coś tam, coś tam chuja bailamoooos, śpiewał wokalista.

– Andrzeja, tak, kiedyś go widziałem – odpowiedział po chwili Rysiek.

Szatyn dłubał se wykałaczką w zębie. Patrzył na nich z twarzą płaską i obojętną, czekał po prostu, co dalej powiedzą. Dopiero teraz zauważyli, że kotleta pokroił sobie na prawie setkę mikroskopijnych kawałeczków, jak małemu dziecku albo staruszkowi.

– O co ci chodzi, ty? – zapytał Ricardo Szatyna.

– O nic – odparł Szatyn.

– Że niby o to, czy coś mam do niego? Tak prywatnie?

– Nie, po prostu, czy go kiedyś widziałeś. Czy go znasz.

– A co ty się taki ciekawski zrobiłeś? Idź pomęcz, kurwa, jakiegoś kota albo psa. Albo dziecko jakieś.

– Gdy się strzela do kogoś, kogo się zna, wolniej się naciska na spust. Chcę wiedzieć, kto strzela najszybciej – mówił cicho Szatyn, jego głos dobiegał jakby spod ziemi.

Ricardo wzruszył ramionami. Do dupy trochę była ta rozmowa, ale lepsza niż żadna. Rysiek wziął duży łyk piwa, spłukał to, co miał suche w ustach. Zaczął mówić pierwszy, żeby już nie było tak nieznośnie cicho.

Opowieść pierwsza

– Widziałem go na dyskotece w Mikołajkach, w Piramidzie – zaczął opowiadać. Głos przyjemnie zagłuszał mu myśli. – Żeśmy tam często balowali z chłopakami. To wtedy była tak zwana strefa zdemilitaryzowana. Wiecie zresztą.

– Bujda i farmazon pierdolony. – Ricardo kiwnął głową.

– No tak, oczywiście, pewnie, no ale wiesz, mimo wszystko jakoś tam więcej oddechu człowiek na płuca łapał. Tak że wiesz. Balety były zajebiste w tej Piramidzie, ochrona była nasza, wpuszczała tylko swoich chłopaków, jak któryś był nie swój, to od razu wyłapywał na turban, wszyscy weseli, najedzeni, audice same, merole, szampany, kurwa, w lodzie, kurwiszony piękne jak modelki, no wiesz, bracie, czuć było, że to trwa właśnie siedem tłustych lat.

– Dlaczego siedem? – zapytał Ricardo.

– Bo Biblia – odparł Rysiek, a Ricardo pokiwał delikatnie głową, jakby ze skruchą, że nie zrozumiał.

– Ja tam byłem po raz pierwszy i dla mnie to był raj, bo ja niewiele wcześniej zacząłem z chłopakami jeździć.

– Gdzie jeździć? – zapytał Szatyn, jego głos zabrzmiał jak pierwszy zgrzyt, jakby ta rzeczywistość była płótnem, po którym ktoś przejechał nożem, i aż podskoczyli. Rysiek jakby się na chwilę wyłączył.

– Mów dalej – ponaglił go Szatyn.

– Niby nic takiego. – Rysiek karnie włączył się z powrotem. – Widziałem go po prostu, jak balował. Jak król. Koszulę miał taką kolorową, nie wiem, kurwa, posrebrzaną, błyszczała na nim jak jakaś zbroja magiczna. Kręcił się w kółko i błyszczał, jebany. Leciało It’s my life, on skakał jak pojebany, a obok niego kurwiszony tak piękne jak jakieś czarodziejki elfickie.

– Że co? – zapytał Ricardo.

Rysiek bardzo lubił literaturę fantasy i science-fiction i często w ferworze opowieści zapominał, że nie wszyscy ją lubią. Później, w puszce, będzie prosił bibliotekarkę, aby mu sprowadzała książki i co miesiąc zamawiała „Nową Fantastykę”. Rysiek będzie grzeczny, a naczelnik nie będzie zwyrodnialcem i się zgodzi, chociaż pisma nie będzie w rejestrze. Poza tym Rysiek sam będzie za to płacił, ze swojej wypiski. „Co to za gazeta?” – zapyta go jeden taki alimenciarz, co potem dostanie chuja do dupy. „Moje drzwi do wolności” – odpowie mu Rysiek.

Ale to będzie później, w innym czasie. W tym czasie, do którego was zabrałem, oni siedzą tutaj, we trzech, wokół nich rozpada się świat, a oni siedzą nad psującym się jedzeniem.

– No, on je łapał za dłonie i od razu puszczał, obracał je w tańcu. I taki tam młody chłopak był, z dziewczyną. Blondynką taką, ładną, zwiewną. Ja nawet wtedy, chociaż jeszcze nie wiedziałem za bardzo, o co chodzi, miałem ze dwadzieścia lat, chciałem go wziąć za wszarz i powiedzieć: „Po jaką cholerę przychodzisz tutaj z taką o dziewczyną, no czy ty normalny jesteś, chłopie? Przecież to jak owcę wpuścić do lasu pełnego wilków, czy ty normalny jesteś?”.

– Ale nie powiedziałeś mu tego – wtrącił Szatyn.

– Nie.

– No i dobrze. Miał za swoje.

– Nie wiesz, co się zdarzyło. – Rysiek zorientował się, że boi się mu to powiedzieć, już po fakcie, gdy to powiedział.

– Wiem. Byłem tam.

– Nie widziałem cię.

– Nie znałeś mnie.

– Od razu bym cię z tą mordą poznał – zaczął cicho Rysiek i urwał, bo przestraszył się, że powiedział za dużo, po raz pierwszy przed kimś innym niż matką.

Znowu cisza. Dobrze wiecie, że jest taka cisza, podczas której powietrze napina się jak mięsień, i to była właśnie taka cisza, tego typu.

– No gadaj, gadaj. – Szatyn polał po kielichu. Wypili.

– No i nagle on, otoczony tymi wszystkimi swoimi chłopakami, bo przecież nikt go nie zostawi samego na pięć minut, jak ten tańczy, to ci też muszą podrygiwać obok jak popierdoleni, jakbyś kozy raził prądem, no i on nagle, proszę ja was, coś mu się wyświetla na gębie, jakby pomysł, którego wcześniej nie miał. No i znika na chwilę. A w międzyczasie jak znika, chłopaki zamykają dyskotekę, w sensie nikt już nie może wejść, ale, co ciekawe, nikt nie może też wyjść, bo Barnaba, wiesz który, ten z Barczewa skurwysyn, wskakuje na stół i mówi: „wszyscy balują do rana, kurwa, nie ma wyjścia z klubu”. No i na stół towar od razu wjechał, i wiesz, zabawa, proszę ja ciebie, bez grama litości. Ta dziewczyna, z tym chłopakiem, patrzyłem sobie na nich, wiesz, oni się dobrze bawili całkiem. Jeszcze. Ale ten chłopak przymartwiony. I podszedł do mnie w pewnym momencie, i się zapytał, bo myślał, że ja jestem ochroniarzem: „proszę pana, wie pan, to jest moja narzeczona, czy ja mogę wyjść? Bo my musimy jutro rano iść do kościoła na nauki przedmałżeńskie”.

Ricardo zaczął się strasznie śmiać, a Szatyn orzekł spokojnie:

– To wymyśliłeś. Wymyśliłeś, że to powiedział.

– Nie, nie wymyśliłem tego. Nie. – Rysiek pokręcił głową. – Naprawdę tak było. I ta dziewczyna, ona nie była jakaś najpiękniejsza, ale dla tego chłopaka to było największe szczęście. Patrzył się na nią jak Eskimos na ogień rozpalony. I wtedy on wrócił. Był teraz za księdza przebrany. Wszyscy zaczęli się śmiać, no bo jak, zabawa na całego, nie? Super śmiesznie. On idzie do tego Barnaby i mówi, że teraz jest msza święta i on komunię będzie rozdawał. Stanął na środku, kazał muzykę wyłączyć. Porobiony kokainą był strasznie. W oczach coś mu wirowało bez przerwy jak małe tornada. I potem rozpiął tę sutannę, wyciągnął pęto i kazał kurwiszonom klękać do komunii.

– Wymyśliłeś to – powtórzył Szatyn. – Nie było niczego takiego. Widziałem to. Byłem tam.

– A ja tam, kurwa, nie widziałem ciebie – wypalił Rysiek, bo czuł, że robi się na samą jego obecność, tego gada, wściekły na jego matkę i ojca, że go zrobili, wściekły na cały Pruszków, że nagle kazali im jechać za granicę, przypał robić i jeszcze przywozić tego cudaka chorego. Jasne, że czasami człowieka trzeba ubić, ale czy nie można zrobić tego normalnie?

I gdy Rysiek myślał tę myśl, nagle doznał olśnienia: po chuj on w ogóle się przejmuje tym całym Szatynem, co on może mu zrobić, jak Rysiek jest swój, jest chroniony, niech ten kotojebca tylko mrugnie w jego stronę, a od razu go dojadą, bez słowa zastanowienia. Kimkolwiek jest ten cały Szatyn, ma coś cennego, jak każdy człowiek, i niech wykręci tylko odrobinkę dymu, a chłopaki mu to coś cennego zabiorą.

Szatyn milczał. Twarz miał jak mieszkanie w bloku w stanie surowym.

– Tak więc z oporami kurwy klękają, bo mają płacone, ale klękają i powoli biorą do dzioba, a ten patrzy na klub pełen ludzi i się śmieje. Śmieje się, i patrzy na tę blondyneczkę. I stoi, i kiwa na nią palcem, i tę wielką kiełbasę wyjętą z gaci ściska w łapie. Ten chłopak już się boi, mocno, zwierzęco, ta dziewczyna też zresztą, idą w stronę wyjścia, tym razem do prawdziwych ochroniarzy, nie do mnie, ale ci nie reagują, ten już mocno zdenerwowany, krzyczy znowu coś o tym księdzu, a ochroniarz w śmiech, i pokazuje na niego palcem, i mówi: „przecież tutaj masz księdza”.

– To dobre. – Ricardo się zaśmiał.

– Biorą ją do niego za kudły i robi się afera, ta zaczyna się strasznie drzeć, jakby z niej skórę zdzierali, oczywiście nikt nic nie mówi, bo wszyscy się go boją jak diabła złego. Ten gość zaczyna strasznie się rzucać, ten chłopaczek, wyrywa się i leci na tych gości z pięściami, napierdala ich po łbie, a ci nic, zupełnie nic, nawet śmiesznie to wygląda, w sumie. Więc jeden wyszarpuje tę blondyneczkę, a drugi wali tego chłopaka w ryja, przystawia mu kapiszona do łba i mówi, że grzecznie ma robić to, co trzeba, albo ten mu rozjebie łeb. I ta blondyneczka musiała ciągnąć, przy wszystkich, wyła, zapluwała się, ale robiła, a ten stoi wniebowzięty, w tej sutannie. I wszyscy muszą patrzeć. Też wziął gnata do ręki. Powiedział jej, że raz tylko zęby poczuje, to rozjebie jej łeb. A ten chłopak leżał i kwiczał, jak małpolud jakiś zarzynany. Nie chciał patrzeć, ale musiał.

– I to wszystko? – Ricardo próbował zapytać nonszalancko, ale twarz miał poruszoną, zdegustowaną. Nie smakowała mu ta historia. Trudno, żeby komukolwiek normalnemu smakowała.

– Tak, wszystko. Może coś jeszcze było, ale już nie patrzyłem. Wiesz, co jest. Myślałem o tym ciągle, co by było, jakby to moja była, wiesz, dziewczyna, narzeczona.

Szatyn nic nie mówił.

– I co, myślisz, że to wymyśliłem? – zapytał Szatyna Rysiek.

– Coś tam było podobnego w sumie – powiedział po chwili Szatyn.

– Ale to chory człowiek jest – stwierdził Ricardo, nie wiadomo, czy o Szatynie, czy o tym, którego jadą zastrzelić, tym, który, według Ryśka, w stroju księdza gwałcił dziewczynę w dyskotece pełnej ludzi.

I znowu ta cisza, i teraz to powietrze napięło się już do granic możliwości. Że zaraz coś się w nim zerwie, wielki, niewidoczny mięsień.

– Jak to wszystko, to spierdalamy stąd – zarządził Szatyn i wstał pierwszy, wyciągnął z kieszeni jakieś dolary, rzucił na stół, nie wiadomo ile, nie wiadomo, czy starczy, ale zobaczyli, że ma tych dolarów bardzo dużo, i wyszedł, nawet nie czekając na nich, jakby zupełnie go nie interesowało, czy pójdą za nim, czy nie.

Poszli za nim, przez Zakopane. On ich prowadził. Było zimno; poubierali się w kurtki, czapki, ale nic im to nie dawało, wiatr był podstępny i mokry, właził pod ubrania. Na ulicach nie było prawie nikogo, wszyscy w knajpach, wygodniusio, grzane wino, wgapieni w telewizor, całe rodziny z dziećmi. Biło od tego dziwne ciepło, którego chcieli być częścią. Wściekali się, że nie mogą. Obiecywali sobie, że następnym razem przyjadą tu z rodzinami. Gdy ktoś mijał ich na ulicy, na jego widok puchli, robili się straszni, stroszyli się jak ptaki, tak, żeby ta osoba – nieważne, czy młoda, czy stara, czy małe dziecko – poczuła, że naprawdę są złymi ludźmi.

Może rzeczywiście bez żon i dzieci byli źli. Człowiek nie jest tylko zły ani tylko dobry. Ricardo będzie zaklinał się na swoją rodzinę w sądzie. Że dziatki zostaną same bez tatusia, żona bez środków do życia. „Ale, przepraszam, gdzie będzie ten spadek poziomu życia, skoro pan od dziesięciu lat jest bezrobotny?” – zapyta go sędzia.

Samochód mieli zaparkowany pod samą Krokwią. Ale nie mogli zrobić tego tutaj, przy tych wszystkich ludziach wychodzących. Wiedzieli, że zatrzymał się w jednej z willi na Wojdyły. Tam musieli go trafić, szybko, zanim wejdzie do środka. Drugiej okazji nie będzie – jeśli chybią, jeśli ucieknie do domu, to już z niego nie wyjdzie, a ich będzie szukać po całym województwie stu chłopa z kałachami.

Wsiedli do auta, Ricardo za kierownicę; silnik na początku się zakrztusił. Rysiek syknął, a w duchu zmówił różaniec. Ricardo przekręcił kluczyk jeszcze raz i auto ruszyło.

Słońce prawie już zaszło. Niebo było szarogranatowe, ciężkie, jednolite. Światła okien i latarni wyglądały jak złote guziki wszyte w ciężki atłas. Było ciepło, odrobinę powyżej zera, i śnieg, którego zdążyło wczoraj całkiem sowicie napadać, zamieniał się w miękką, brejowatą pierzynę pokrywającą wszystko, co istniało. Świat zanikał, ale oni byli na nim bardzo, bardzo skupieni, prawie jak nigdy, nawet chcieli, aby ich myśli odleciały gdzieś indziej, ale nie mogły, tkwiły przytwierdzone do teraźniejszości kotwicą tego, co miało zdarzyć się zaraz.

Ricardo będzie kontrował to, co mówi Rysiek. Jego adwokat podpowie mu szczerość. „Najwięcej ugrasz na prawdzie” – stwierdzi. Fakt, Ricardo dostanie piętnaście, nie jak Rysiek pełną ćwiarę.

Kliknięcie na tylnym siedzeniu zabrzmiało, jakby ktoś włączył zabawkę.

Szatyn trzymał karabin w obu dłoniach i szczerzył się do niego, nawet nie uśmiechał, tylko szczerzył, jakby chciał karabinowi pokazać wszystkie swoje zęby.

– Ja pierdolę, odłóż to – syknął Ricardo, a Szatyn podniósł karabin do góry i wycelował mu w głowę; Ricardo gwałtownie zahamował i Rysiek, który zapomniał zapiąć pasów poleciał na deskę rozdzielczą; facet, który jechał za nimi, również musiał gwałtownie zahamować, w powietrze wdarł się przeciągły dźwięk klaksonu.

Szatyn wydał chrapliwy świst, to był odgłos pocierania mięsa papierem ściernym, i dopiero po sekundzie zrozumieli, że on się w ten sposób śmieje. Jeszcze jeden klakson. Szatyn poklepał karabin. Ricardo popatrzył w lusterko. Facet z dwójką dzieci.

– Włącz awaryjne – zażądał Szatyn.

– Po kiego chuja?

– Włącz awaryjne.

Włączył. Facet go wyminął, zwykły łebek, ze cztery dychy; mijając, popukał się w głowę. Nie zauważył karabinu, oczywiście, gdzie by miał zauważyć, a nawet gdyby zauważył, toby pomyślał, że to jakaś pomyłka, przywidzenie, bo karabiny normalnym ludziom w ogóle się nie wyświetlają, nie są dla nich częścią normalnego świata, istnieją tylko w telewizji.

– Po kiego chuja my tu stoimy? – powtórzył Ricardo.

– Teraz ty coś opowiedz – kazał mu Szatyn.

– O czym?

– O nim.

– Ja go nie znam. – Ricardo pokręcił głową. – Ja z nim nigdy nie rozmawiałem.

– No jak to nie? – zapytał Szatyn.

Rysiek popatrzył raz na jednego, raz na drugiego. Ile on wiedział, ten potworny człowiek? Skąd on się w ogóle wziął?

– O bokserze opowiedz – rozkazał Ricardowi Szatyn.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zabójczy pocisk: Polska krew

Подняться наверх