Читать книгу Zborowski - Jacek Komuda - Страница 6
ОглавлениеStarościc Jazłowiecki
1.
Historia pana Samuela Zborowskiego młodszego zaczęła się w deszczu. Padało, jakby Pan Bóg chciał potopić wszystkich moczygębów i opilców. Samuel przemókł do szpiku kości. Tylko siedzenie w tureckiej kulbace i nogi przyciśnięte do końskich boków zachowały cokolwiek ciepła. Nie znaleźli noclegu w Poniżu, chruścianej mieścinie wyrosłej na wołoskim szlaku. Karczmę zajmowała obdarta kompania wolentarzy, mająca w herbie znak swawoli, a za starszego jakiegoś Murawskiego, który dla fantazji kazał się zwać panem rotmistrzem. Trzy szable to za mało, aby otworzyć wrota, więc Samuel i jego ludzie poszli w noc szukać noclegu.
I teraz rękodajny, Kozak Nikifor Hunia, wypatrzył chałupę na końcu zachwaszczonego zagonu. Drzwi wisiały na jednym zawiasie. Strzecha była dziurawa jak sito.
– Gadali w Poniżu – wycharczał, świecąc w ciemności oczyma – chłopów pohańcy porżnęli. Straszy! – Błysnął białymi zębami spod poczernionego wąsa.
Pobożny Bohusz przeżegnał się jak pop na widok jezuity.
– Z koni! Światła dajcie.
Lało jak z cebra, ale Hunia żarem serca chyba rozgrzał hubkę, bo skrzesał snop iskier, zapalił latarnię.
Chałupa, jak to na Podolu, nie miała osobnej komory – o komin lepiej było nie pytać. Na gliniastym klepisku rosły pokrzywy i inne chwasty. Palenisko wygasło chyba jeszcze za króla Stefana. Ruina... Jednakże w chwili, kiedy nadzieja na znalezienie kwatery utonęła w deszczu, kleć wyglądała przytulnie jak dom, którego Zborowski nigdy nie miał.
– Wprowadźcie konie!
Ledwie Samuel wstąpił na rozmiękłą polepę, rozjechały się pod nim nogi. Gdyby nie ramię Huni, zatańczyłby jak Kozak z prysiudami.
Zdradziecka mokra glina! Bohusz wprowadził konie w kąt, rozpinał popręgi, podpiersia, ściągał kulbaki z parujących grzbietów. Czapraki przemokły jak łachmany. Dymiły, kiedy rozwieszał je na sznurach.
– Dawaj horyłki!
Hunia powiesił latarnię na zardzewiałym haku. Sięgnął do juków po bukłak. Zborowski odpiął pas z szablą, przysiadł na pniaku. Niespodziewanie Kozak znalazł zbity z grubych desek blat, postawił go na trzech pieńkach, awansując na stół.
Samuel pociągnął łyk gorzałki: jeden, drugi, trzeci – dziesiątego nie starczyło, by zalać robaki gryzące jego duszę.
– Rozpalcie ogień.
Wyciągnął bukłak w stronę Huni, ale ten wsłuchał się w plusk deszczu.
– Zaraz i tak będzie gorąco! – syknął. – Na piczę mojej matki kokoty! Ławą walą!
Bohusz zakrztusił się kęsem słoniny, który zwędził z juków. Jego oczy stały się okrągłe jak dwa księżyce. Kozak po przyjacielsku walnął go pięścią w plecy.
– Na kolana i klep pacierze, chłopku!
– Hunia, gotuj się!
Kozak roztopił się w mroku jak duch. Zborowski usłyszał trzask kurka opuszczanego na panewkę. Sięgnął po nadziak. Ukrył go pod stołem niczym tuza w rękawie.
Z pola doszło kląskanie kopyt i ludzkie głosy. Potem zakotłowało się przed chatą, jakby ktoś wywalił beczkę żywych węgorzy.
Weszli w sześciu. Pijani – jeden się potknął, omal nie zwalił w pokrzywy. Na czele stał wysoki szlachcic w karmazynowej delii i czapce zwieńczonej złotą szkofią. Młode oblicze, wąskie brwi, skośnawe oczy jak u ruskiej szlachty. Ogarnął mętnym wzrokiem Zborowskiego, konie, zmrużył oczy od blasku latarni. Z tyłu wrzały głosy jak w bulgocącym saganie.
– Co to za jedni?! Kto śmiał?
– Czyje konie?
Nieznajomy milczał. Zborowski wiedział od razu, że to pan i władca – wodzący kompanów na tak krótkim munsztuku, że nie mieli prawa podskoczyć nawet na piędź. Samuel był pewien, że znowu spełniło się przekleństwo. W noc, w którą żal byłoby wygnać psa, przyszli wypędzać go z opuszczonej chałupy.
Z gromady wyskoczył mały szlachetka, czupurny jak kogut na własnym podwórku, z płowym wąsikiem, wąską gębą i głęboko osadzonymi ciemnymi oczyma. Jeden z tych, co wyłechtani obuszkiem, wracają z szablą, a ululani na stryczku, wywracają całą szubienicę.
– Proszę, proszę – zagadał. – A za czyim pozwoleniem acan tu stoisz?
– Tego – Zborowski wskazał dziurę w strzesze – kto mi pozwolił żyć i chodzić.
– Do mnie? – zaskrzeczał kogut. – Mówisz to do mnie?! Powtórz raz jeszcze! Miejsce zajęte! Kwatera pana Ruszczyca.
– Zły gospodarz, który dał jej zarosnąć pokrzywami. Nie ma tu pieca, drzwi ani okien.
– Ty myślisz, że ja mam czas z tobą gadać?! Wyganiaj konie! Nie osiedzisz się!
Szlachetka zdzielił Bohusza złożonym wpół nahajem.
– Dymajcie na gościniec! Szukać szczęścia. I nowej kwatery!
– Kto szuka guza, znajdzie go niejednego. – Zborowski położył dłoń na szabli.
– Dyć, mospanie, pomieścimy się wszyscy – jęknął Bohusz. – Miejsca tu star...
Kogut złapał za szablę. Przedwcześnie! Krótki gest ręki młodego watażki osadził go w miejscu jak wystrzał z rusznicy.
– Odstąp, waść – rzekł młody panek spokojnie. – Chcesz zwady?
Czupurny sługa z nahajem wytrzeszczył oczy; wpatrzył się w oblicze pana Samuela jak bisurmanin w Allacha.
– To jest Zborowski – wykrztusił niepytany. – Syn tego...
Zborowski... To słowo podziałało jak iskra na prochy. Nazwisko, do którego lgnęli wywołańcy i hultaje, a ludzie poczciwi na jego dźwięk odwracali głowy i nader chętnie obciążali je winą za cudze grzechy.
– Dam wam miejsce. Przecież... Zmieścimy się wszyscy.
– Ja ciebie znam – zadudnił głos młodego Ruszczyca. – Ojciec cię przysłał!
– Chyba zza grobu!
– Mało mu było krwi i zwady! Wynajął na mnie... Zborowskiego! Ja nie wrócę! A jeśli, to po jego trupie!
– Co waszmość pan mówisz? – zapytał Samuel, bo słuchając słów Ruszczyca, czuł się jak na tureckim kazaniu. – I o czyim ojcu?
Odpowiedź była krótka.
Ręka chwytająca za ormiankę, szarpiąca rękojeść, gdy pochwa skręciła się w drugiej dłoni.
Zborowski poczuł, jak owionął go pijacki dech Ruszczyca; świst szabli ciął powietrze.
– Raaaz! – ryknął Ruszczyc. Skoczył na Zborowskiego, rąbnął z góry, prostą primą i...
Samuel uchylił się, wywracając pieniek. Zerwał się i stanął bokiem in quartato, a szerpentyna Ruszczyca wbiła się w blat. Uskakując, Zborowski sięgnął po broń. Szabla z łańcuszkiem sama wskoczyła w rękę jak wierna kochanka...
Zahaczył nadziakiem klingę Ruszczyca, przygwoździł do stołu! A potem podsunął tamtemu sztych szabli pod brodę.
To znaczy – chciał podsunąć. Nagle przeciwnik pośliznął się na gliniastej polepie – w tym samym miejscu, gdzie omal nie wywinął orła Zborowski.
Glina zdradziła!
Ostrze weszło w gardło jak w masło; szlachcic nadział się na wystawiony sztych tak okrutnie, że i poprawiać nie trzeba było.
Krew siknęła jak z bitego wieprzka, na stół, na Zborowskiego, na bukłak z gorzałką...
Samuel szarpnął szablę, w półmroku, w zwarciu nie mógł jej wyrwać. Potrącił stół, zwalił go pod nogi Ruszczyca i wtedy oswobodził ostrze.
Ranny zacharczał głosem tłumionym przez sikającą z gardła krew. Zatoczył się, zwalił na kolana. Czarna krew pełna drobnych, pękających pęcherzyków plamiła usta.
Chciał coś rzec, wpatrzony błędnym wzrokiem w pogromcę. Nie znalazł sił; zwalił się na blat, między pieńki. Rzęził, dusił się...
Zborowski zbladł, bo pchnięcie było śmiertelne. Wbił okrwawioną szablę w polepę, podniósł w górę otwartą prawą dłoń.
– Spokój, waćpanowie!
Nie posłuchali. Zborowski dojrzał ostrze skierowane ku swej piersi... I wściekłe oczy sługi. Konus pędził nań z nastawioną bronią, z wyciągniętą szyją i przekrzywioną głową – jak kogut na podwórku.
Zborowski był bez szabli...
Przechwycił w locie przegub przeciwnika! Rąbnął nadziakiem od dołu, w miejsce, gdzie przedramię staje się dłonią. I wyłuskał szablę z garści tamtego jak orzech ze skorupy.
Zblokował rękę szlachetki na własnej piersi, porwał go w tany, obracając w piruecie; dodał skrzydeł kopniakiem w miejsce niżej pleców, zwane pobożnie sepetem, a po hultajsku – zadkiem. Wypuszczając z objęć – zdzielił nadziakiem po krzyżu; zwrócił kompanom koguta mało nadszarpniętego na ciele, za to o wiele więcej na duchu.
Podniósł się krzyk, gdy szlachcic potknął się o dygocącego Ruszczyca, wpadł między towarzystwo niczym kula z arkebuza, roztrącił, zwalił z nóg.
Zanim zdołali się pozbierać, Zborowski porwał za pistolet, zaświecił im w oczy długą lufą puffera.
– Stać! – warknął. – Albo was powystrzelam jak kundle!
Z ciemności wychynął Hunia. Trzymał Starycę w rękach niczym mołodycię. Otwór garłacza był czarny jak gardło smoka. A jego rozmiar przywodził na myśl spiżową lufę kolubryny.
– Spokój!
Z drugiej strony nacierał Bohusz z rusznicą. Światła było mało, nikt więc nie widział, że ręce trzymające łoże drżały.
Kompani Ruszczyca, pijani, pewnie rzuciliby się prosto na lufy, gdyby nie jeden z nich – w kapturze, z kosturem pielgrzyma lub kwestarza.
Uderzył lagą najbliższego z panów braci po ręce z taką siłą, że szlachcic wypuścił szablę, drugiego bez pardonu zdzielił w łeb, krew pozostałych chłodził dźwięcznym, przenikliwym głosem:
– Pax, pax, diablęta! Pokój między chrześcijany!
– Zabierać rezuna i precz! – Zborowski ciął słowem jak nahajem. – Na gościniec, fajdanisy! A tego... Opatrzyć, bo się wykrwawi.
Pątnik przypadł do rannego, ujął za ramię, aby przewrócić na bok. Pod ciałem utworzyła się prawdziwa kałuża krwi.
– Ruszczyc zabity! – jęknął pielgrzym. – Na śmierć.
– Stój! – Zborowski prawie popchnął lufą najbliższego szlachcica. – Bo będziesz następny!
Deszcz szalał na dworze, skapywał na blade oblicza towarzyszy zabitego. Samuel wskazał ciało ruchem głowy.
– Zabrać pana i precz!
Zawahali się i tym samym stracili ostatni moment, by roznieść wrogów na szablach. Karta przeszła na stronę Zborowskiego i jego pocztu. Kogut, który bez szabli wyglądał jak kapłon, obejrzał się na Kozaka. Widząc szczery uśmiech Huni, splunął pod nogi.
– Dziś w deszczu wygrałeś tę partię, mospanie – wycharczał. – Ale jutro spotkamy się na słońcu.
– Wychody! – Hunia ponaglił go lufą Starycy. – Szybko, mospan Raszowski. Staryca głodna, Staryca zła. Nie chciałbym jej karmić waścinymi bebechami...
Kompani zaburczeli, ale posłuchali. Chwycili bezwładnego Ruszczyca, podnieśli ciało wciąż broczące kropelkami krwi. Pątnik ujął go za głowę, przeżegnał.
– Pater noster, qui es in caelis, fiat voluntas Tua1 – zaintonował.
1 Łac. – Ojcze nasz, któryś jest w niebie, bądź wola Twoja.
Zawalidrodzy wyszli, zataczając się od pijaństwa. Zwycięzcy zostali sami w szumie deszczu.
– Jak powiedziałeś? Raszowski? Znasz go? – zapytał Zborowski Nikifora. – A skąd?
– Zabójca pana Rabrowskiego. Banita, wywołaniec.
– A ten Ruszczyc to kto?
– Nie znam, choćbyście pasy darli.
– Zechcę, to i będę drzeć.
– Byłoby za co, panoczku. Oj, tęskno mi. Ckni się...
– Za czym?
– Poszedłbym, choćby z nimi! – wypalił Kozak prosto z mostu. – Poswawolić, pohulać. A u was służba, cierp, Kozacze, głowę schylaj. Jak u murwy mojej matki. Dukatów nie ma, a ciągle służ!
– Jak pies! – zgodził się Zborowski. – Kulbaczcie konie. Wolę być sto mil stąd, kiedy powrócą. Bo to, że wrócą, pewne jak amen w pacierzu!
Kozak przygryzł wąsa, ale skłonił się wzięty na smycz posłuszeństwa.
– Bohusz! Zbieraj się.
Rumiany i okrągły sługa wpatrywał się w plamę krwi na polepie, w zadeptane chwasty. I ledwie widoczny szlak ciemnych kropel wiodący ku wejściu, znaczący ostatnią drogę Ruszczyca.
Poczciwy chłopek nie wytrzymał. Skoczył za konie, padł na kolana. Zborowski słyszał, jak przenicowuje żywot, zwracając i tak ubogą wieczerzę.
– Laboga świętego! – jęczał chłopak. – Poszaleli panowie. Bo to... nie można było razem, pod jednym dachem? Jak chrześcijanie?! Czego ja nie zostałem w Czufut-Kale. Albo to źle mi było...
Bóg tak chciał, myślał pobladły Zborowski. Bo niezbadane są wyroki Jego.
2.
– Laboga! – lamentował Bohusz. – Dyć konie bym przestawił, razem przy ogniu cieplej by było. Polewkę byśmy uwarzyli, kiełbasy z juchą, a może i zajączka na rożnie. A jeszcze i to waszmości powiem, że kara na was będzie za pychę i zwadę...
– Zamilcz! – warknął Zborowski. – Co ty wiesz o szlacheckiej fantazji, pachołku?!
Płynęli płaskodennym promem zwanym bykiem przez Dniestr. Oryle napierali na pojazdy, mokra lina skrzypiała na kołowrocie. Wilgotne pasma mgły opadały ze wzgórz upstrzonych brązowymi smugami osypisk.
– Towarzystwo czeka na drugim brzegu – mruknął Hunia. – Będzie ze dwadzieścia głów. Hu-ha, pohulamy! Dla każdego starczy, nie bójcie się.
Zborowski wytężył wzrok, ale na drugim brzegu widział tylko pomost, stosy beczek i szopy smolarzy.
– Sabaty. Czapy z rękawami jak u lackiej delii.
– To czego stoisz?! – warknął Zborowski. – Szykuj Starycę.
Wytężył wzrok, ale nic nie zobaczył. Szlag! Musiał się zdać na sokole oko Huni.
Coś zaswędziało go na szyi, pod lewym policzkiem. Sięgnął ręką i zdrapał ze skóry grudkę krwi Ruszczyca.
Obrócił się do starszego oryla, który mocował się z upartym sterem byka.
– Zawracaj!
– Słucham, jaśnie wielmożny panie?!
– Wy tam, rzućcie w diabły pojazdy! Zawracamy.
– Wasza wielmożność, a cóż się stało?!
– Nie lubię ścisku na drugim brzegu. Słyszysz, co mówię?!
Stary oryl o pomarszczonej gębie, rozparty na szeroko rozstawionych nogach, pokręcił wolno głową.
– To już dopłyniemy, panie. Prąd rwie, jakoby dydko nami kotłował. Nie wrócę... bo – stęknął boleśnie – ludzie nie wydolą!
– To rozkaz, słyszysz?!
– Ja słyszę, wszystko słyszę. Niech wasza wielmożność nie krzyczy, bo nie ma potrzeby!
– Cóż to, bunt, chamie?!
– Ja cham, ale nie waszej miłości poddany. Ja mam swój rozum. Ja nie przestanę płynąć. A wasza miłość co uczyni? Zabije mnie, starego?
„Tak!” – ozwał się w głowie Samuela jego ojciec, banita Zborowski. „Zabij go, synu! Tnij szablą! Dobij nadziakiem!”
– Nie! – Młody Zborowski patrzył na spracowanego chłopa, na dygocące z wysiłku ramiona i ręka uniesiona do szabli opadała bezwładnie.
„Słabyś” – szeptał ojciec banita. „Słabyś i tchórzliwy... Precz!”
Byk z łoskotem uderzył w drewniane bale, zakołysał się. Na przystani czekali sabaci w czerwono-białych barwach. Pięciu konno, jakby gotowych do pościgu; reszta pieszo. Pocieszające, że półhaków i arkebuzów nie kierowali jeszcze w pierś Samuela.
Szedł ku nim wolno, prowadząc swego konia – Pioruna. Za nim podążał Hunia, wiodąc złego i srokatego Bohinia. Na końcu Bohusz z baryłkowatym wołoszynem.
Chwila dłużyła się niczym wyrok w starościńskiej wieży.
– Mości panie Zborowski!
Samuel porwał za szablę. Sabaci podnieśli półhaki i rusznice!
Zza worków i beczek wyszedł stary, zgarbiony szlachcic o marsowym spojrzeniu. W ręku gniótł kołpak, przerzedzone włosy podgolone miał równo, na donicę. Objął Zborowskiego wpół, poklepał dygocącą starczą dłonią po plecach. Z siwym wąsem skrzącym się pod wielkim nochalem, rumianą gębą i oszronionym łbem wyglądał jak portret trumienny idealnego Sarmaty.
– Samo niebo nam ciebie zsyła, mości panie Zborowski. A czekaliśmy, czekaliśmy długo. Każdy, kto szuka, znajduje. Kto kołacze, tego wpuszczą, choćby i na królewskie komnaty, panie bratku.
– Skąd mnie acan znasz?
– Jakżebym nie znał syna sławnego Samuela. Co w dalekim Krakowie pod basztą Lubranką dał gardło pod miecz węgierskiego tyrana... Do rzeczy jednak, do rzeczy, panie bratku.
– Kim waść jesteś?
– Jędrzej Porycki, sługa uniżony waszej mości. Klucznik i powiernik jaśnie oświeconego Michała Jazłowieckiego, starosty chmielnickiego, pana na Jazłowcu, Husiatynie, Kossowie, Rożniowie, Załużu...
– A cóż pan jaśnie oświecony starosta Jazłowiecki z Chmielnika i Jazłowca chce od pana Zborowskiego bez ziemi?!
– A... Zaprosić w gościnę, panie bratku, na zamek. Do samego Jazłowca!
– Czy aby zaprosić na biesiadę, trzeba dwudziestu sabatów? A może owi żołnierze mają zawlec mnie do starosty na powrozie, jak Tatarzy jasyr?!
– Uchowaj, Panie Boże! – Jędrzej ułapił szlachcica za rękaw. – Drogi niebezpieczne, panie bratku, a koło Lwowa na traktach trwogi!
– Mości Jędrzeju, lepiej powiedzcie wprost, jaką sprawę ma do mnie jegomość Jazłowiecki. O co idzie? O politykę? Zajazd? Uprzedzam, że nie jestem najmitą jak Jacek Dydyński. Zbyt cenię wolność, aby zmienić się w dworaka.
– To tylko dobra wola jegomości! – Jędrzej strzelał jak wojskowe organki. – Gościnność szlachecka, panie bratku, bo gdzie gość w domu, tam i Pan Jezus przyjdzie.
– Może i będę potrzebował Jego łaski – mruknął Zborowski. – Mam nadzieję, że nie jakieś gardłowe sprawy, bo właśnie przypadkiem przykroiłem jednego szlachcica do trumny. Znałeś waszmość Ruszczyca? Nie wiem, z których on tam Ruszczyców, z poczętych w krzakach, w bramie czy na wozie, ale rzecz pewna, że jego gałąź rodowa uschła.
– Jeśli masz, bratku, sprawę z kryminałem – tym razem Jędrzej ułapił Zborowskiego za guz u delii – pan z Jazłowca chętnie pomoże. Tak, niejednego on już wyciągnął z wieży. Byli i tacy, których podniósł na nogi z katowskiego kobierca. I to razem z głową!
Zborowski spojrzał przekrwionym wzrokiem. Nie spali całą noc, zmęczone konie spuszczały łby. Bohusz podrzemywał na stojąco.
– Pojadę do Jazłowca – zdecydował Samuel. – Tylko puśćże wreszcie mojego guza.