Читать книгу Piękna pielęgniarka - Jack Cort - Страница 4

ROZDZIAŁ I.

Оглавление

W domu śmierci.

— No, ostatni to już raz, że milcząco i bezczynnie przysłuchuję się tej historyi — zawołał Sherlock Holmes, który w tej chwili zerwał się z krzesła i szybkim krokiem zaczął przechadzać się po pokoju.

Jego pomocnik Harry Takson odłożył gazetę, którą właśnie na głos czytał i pytające spojrzenie zwrócił na swego mistrza.

— Co chcesz począć panie Holmes? Nie otrzymałeś pan polecenia i prawdopodobnie nie otrzymasz go pan wcale, ponieważ zazwyczaj słyszy się o zbrodni dopiero wtedy, gdy zbrodnia ta dokonana została.

— Tak jest! potwierdził detektyw poważnie—niestety. Bywa tak prawie zawsze z reguły. Niekiedy tylko uda się wpaść na ślady „knowanej“ zbrodni i w czas złemu zapobiedz, o ile to oczywiście możliwe.

— Co pana dotyczy, panie Holmes, to pan z pewnością zapobiegł by i unicestwił każdą zbrodnie bylebyś o niej naprzód wiedział.

— Zaufanie twoje pochlebia mi mój kochany... ale cicho! słyszę kroki Berbera na ulicy. Będzie robota. Ten człowiek nie odwiedza mnie nigdy, jeżeli niema jakiejś pilnej sprawy.

Kroki, jakie Holmes słyszał z ulicy były istotnie charakterystyczne, z odgłosu ich wnosić można było, że właściciel ich kulał i powłóczył nogami zarazem.

Wkrótce wszedł do pokoju człowiek, którego zewnętrzny wygląd był równie osobliwy jak i chód jego.

Na małej, pogarbionej postaci umieszczona była olbrzymia, prawie czworokątna głowa. Szerokie a niskie czoło otoczone było czarnemi, skędzierzawionemi włosami, krzaczaste brwi ocieniały parę zielonych bystrych oczów, a pod długim puszystym czarnym wąsem kryły się wprost potwornie szerokie usta, ale tak szerokie, że niemal uszu dochodziły.

Człowiek ten, z urodzenia Amerykanin—wstrząsnął kordyalnie dłonią Sherlocka, potem rzucił się w fotel i zawołał:

— Mój młody przyjacielu Taksonie! podaj no mi prędko kieliszek brandy 1 . Widziałem dzisiaj tak wiele trupów, że na gwałt potrzebuję nabrać kurażu.

Harry przyniósł żądany napój, z którego przy każdej okoliczności i na każdem miejscu, gdy tylko zdarzyła się sposobność czerpał pan Berber swój „kuraż“—i z ciekawością przygotowywał się na wysłuchanie niezwykłych relacyi gościa. Ale ku wielkiemu żalowi młodzieńca odezwał się Berber:

— Tak mój synu, teraz możesz się ulotnić. Co pańskiemu mistrzowi mam do udzielenia, to nadaje się jedynie dla czworga uszu ale nie dla sześciu.

Będąc sam na sam z wielkim detektywem, przysunął się bezzwłocznie do niego i zaczał szeptać:

„Sir“ — (w ten sposób tytułował on zawsze uwielbianego swego przyjaciela).

— Sir—powtórzył — stary lord jest nad brzegiem rozpaczy. Jego trzeci syn został zastrzelony; dziś jako trupa dostawiono go do ojcowskiego domu.

— Co lord Elport? Jego syn Fryderyk zabity?!

— Tak jest, nikt inny. Wszak mówiłem już panu, że w tych systematycznych zabójstwach potomków lordowskich jest jakaś metoda. Pozostaje mu tylko teraz najmłodszy syn sir Gerald, ale i ten założyłbym się — jest już przez zbrodniarzy namarkowany.

Sherlock Holmes ujął gazetę, którą przed chwilą czytał mu Takson i wskazał gościowi palcem czerwono zakreślony ustęp i rzekł wzburzony:

— Dopiero przed kwadransem czytał mi Takson, że drugi syn lorda nie umarł śmiercią naturalną, lecz uległ nieszczęśliwemu wypadkowi. I właśnie przybywasz pan i donosisz mi o nowem nieszczęściu. Czy lord przysyła po mnie?

— Nie, pojmiesz pan bowiem łatwo, że pożałowania godny starzec jest już prawie bliskim obłędu. Pobiegłem na kolej i przybyłem tu z własnej inicyatywy, gdyż wiedziałem, że nikt inny, jak tylko pan możesz rozświetlić ponurą tę sprawę. Jedź pan ze mną jak najprędzej; jestem pewny, że lord szczerze wdzięczny panu będzie.

— Gdyby nawet tak nie było, to obowiązek ludzkości powołuje mnie tam — do Elporthall. Tam działa jakaś ukryta, szatańska dłoń. Nie jest bowiem podobieństwem, by po trzykroć „przez przypadek“ marnie ginęło życie ludzkie. Trzech dorodnych synów utracił lord w przeciągu kilku tygodni i to w tak zagadkowy sposób. Ślepy nawet musi tu się dopatrzeć zbrodniczej ręki.

Podczas, gdy to mówił, pakował glenialny kryminalista podręczną walizę, która zawsze była w pogotowiu i bez której nie ruszał się nigdzie w drogę.

Piękne, obszerne posiadłości lorda leżały o pół godziny drogi z Londynu. Dojechać tam można było zarówno koleją jak i drogą kołową.

Po drodze kazał sobie detektyw opowiedzieć całe nieszczęśliwe zajście, ale nawet Berber, leśniczy w dobrach lorda—nie umiał sprawy tej wytłomaczyć.

— Lord Elport—mówił Berber—był dzisiaj stosunkowo mniej smutny i przygnębiony jak zwykle, ponieważ otrzymał miłą wiadomość, że lady Eliza, jego kuzynka ma przybyć na zamek. Ta piękna, szlachetna dziewica—miała jak słyszę podobno poślubić sir Fryderyka. Czy i ona zdecydowaną była na to małżeństwo—nie wiem. Bawiła u nich już raz, przed laty jako dziecię, ale mnie wówczas nie było; uganiałem się jeszcze wtenczas jako strzelec po stepach zachodniej Ameryki.

Krytycznego dnia dał lord nieszczęśliwemu synowi najlepszą lankastrówkę, jaką posiadał w swej zbrojowni, gdyż sądził, że jest to najniezawodniejsza i najcelniejsza broń.

W trzy godziny potem znaleziono młodego dziedzica z kulą w głowie; znaleziono go niedaleko tego miejsca, gdzie byłem na stanowisku.

— Znaleziono kulę w jego głowie? — zapytał detektyw — a czy ta kula nie pochodziła czasem z jego własnej dubeltówki?

— Nie, nie, sir! kula znaleziona w głowie tego zacnego, kochanego młodzieńca, pochodzi bez wątpienia z lufy mordercy, być może kłusownika, których się dosyć po naszych lasach uwija. Zresztą każ sir doktorowi, który badał ranę—pokazać tą kulę.

— Z pewnością, że to uczynię... Ale tymczasem mów stary przyjacielu dalej... Co pański lord sądzi o tem wszystkiem? Czy ma może podejrzenie na jakiego wroga, który w tak nieludzki sposób prześladuje jego rodzinę?

— Nie może mieć żadnego podejrzenia, gdyż jestem — przekonany, że na całym świecie niema wroga. Wiesz pan przecie, że lepszego, bardziej ludzkiego i dobroczynnego człowieka znaleść trudno.

Sherlock Holmes skinął głową. Istotnie, starzec zasługiwał na cześć i miłość, jaką mu wszyscy okazywali. Ludność w jego dobrach ubóstwiała go prawie, a nieszczęście, jakie dziedzica dotknęło ozwało się bolesnem echem w sercach dzierżawców i wieśniaków. Oóż mógł więc być za powód owych ostawternych „nieszczęśliwych wypadków„, w które Sherlock Holmes nie wierzył, lecz przypisywał je z całą stanowczością nieznanym zbrodniarzom...

Przez cały czas trwania podróży nie powiedział już ani słowa. W milczeniu przybył na miejsco i przeszedłszy długą galeryę z portretami przodków rodziny Elportów—udał się do pokoju, gdzie leżał zabity nieszczęśliwy młodzieniec.

Obok na stołku leżało ubranie jego. Sherlock Holmes począł przeszukiwać jego kieszenie. Nie zawierały one nic ponad to, co młody człowiek zwykł był brać ze sobą na polowanie: luneta, chustka do nosa, piękny nóż myśliwski, portmonetka z drobną monetą, przeznaczoną na rozdawanie wiejskim dzieciom i napotkanym żebrakom.

Już chciał detektyw położyć surdut nieboszczyka na miejsce, gdy w tem zauważył, że coś szeleści jak papier, aczkolwiek w kieszeniach nio podobnego nie znalazł.

Poddał surdut dokładniejszym oględzinom i teraz znalazł pod klapą na piersiach małą sekietną kieszonkę, z której wyciągnął mały skrawek papieru, czy coś podobnego. Była to mała amatorska fotografia bez retuszu i nie podklejona jeszcze. Obrazek przedstawiał młodą dziewczynę, czy kobietę.

Detektyw gwizdnął cicho przez zęby i patrzał przez chwilę na klasycznie piękną twarz, w której jednak przebijał się pewien niemiły wyraz, a oczy miały jakiś chytry, koci wyraz.

Fotografia przeszła do portfelu detektywa, który mruknął pod nosem:

— No, o tą piękność to muszę się dowiadywać chyba nie u starego lorda, ale prędzej u służącego nieboszczyka — młodego Toma, bo o zakład pójść mogę, że ojciec nic nie wie o miłostkach swych synów.

Pozostaje jeszcze jeden, najmłodszy spadkobierca. Jestem przekonany, że sir Gerald nauczo okropnymi przykładami swych starszych, braci będzie z całą bacznością, jeżeli nie trwogą strzegł się świata i jego niebezpieczeństw.

Sir Gerald najmłodszy i ostatni syn lorda, był oficerem gwardyi w Londynie.

Właśnie, gdy detektyw opuszczał pokój zmarłego spotkał w drzwiach najmłodszego syna lorda, którego znał osobiście.

Piękna, smutna twarz Geralda rozjaśniła się nieco na widok sławnego detektywa. Nie wchodząc nawet do pokoju pociągnął Sherlocka ze sobą.

— Dzięki Bogu panie Holmes, że pana spotykam. Wytłomacz mi pan to okropne fatum, które ściga naszą rodzinę.

Detektyw położył rękę na rękę na ramieniu młodego lorda.

— Uczynię, co będzie w mojej możności! Teraz idź pan i pożegnaj po raz ostatni twego nieszczęśliwego brata. Ja tymczasem będę próbował dostać się do lorda Elport, który jak słyszę — nikogo widzieć nie chce.

Pospieszył na dół, by zameldować się u pana zamku. Na ostatniem piętrze napotkał piękną, wysmukłą postać niewieścią, która, rzec można raczej unosiła się niż stąpała w cienistej alei ogrodu.

Postać ta miała na sobie pół-zakonny strój dyakonisy. Biały czepeczek przykrywał jej głowę, ale piękne jasne włosy wydostawały się na skroniach z pod niego. Figurę miała smukłą, ale pełną przytem, a twarz niezwykłej piękności.

Ciemne rzęsy miała spuszczone, które podniosła dopiero spotkawszy detektywa.

Zdziwiony spoglądał Holmes za nią.

Tyle uroku połączonego z godnością i powabem tak klasycznie rzeźbionych rysów twarzy, wśród której jak korale świeciły świeże usteczka, tak cudnych niebieskich oczu — nie udało mu się nigdy jeszcze widzieć.

Patrzał za nią, aż znikła mu z oczu w jadalnej sali, a potem zapytał starego służącego Józefa:

— Kto jest ta piękna, młoda dyakonisa, czy może pielęgnuje kogo tutaj w domu?

— Tak jest, przybyła tu przed kilku tygodniami dla pielęgnacyi starego lorda. Nie chce pozwolić na jej odjazd, chociaż właściwie chorym już nie jest. Przysłała ją tu stara hrabina Mountains, krewna naszego milorda.

Detektyw poszedł zamyślony jeszcze bardziej przedtem.

Piękna pielęgniarka

Подняться наверх