Читать книгу Narzeczona z Brazylii - Линн Грэхем - Страница 3

ROZDZIAŁ DRUGI

Оглавление

Max, który spędził noc, śniąc niespokojnie na sprężynowym materacu, wydającym skrzypiące odgłosy za każdym najmniejszym ruchem, wstał jeszcze przed świtem. Zatęsknił za filiżanką mocnej, czarnej kawy, którą zwykle zaczynał dzień, ale, nie tracąc czasu, skontaktował się ze swoim asystentem i polecił zająć się formalnościami przelotu psa.

– Zabierz ją na zakupy i kup jej nowe ubrania – polecił Andrew poprzedniego wieczoru, gdy rozmawiali przez telefon i Max zdał mu pełną relację z pierwszego spotkania z Tią. – Jest kobietą. Nigdy nie znałem takiej, która nie przepadałaby za ciuchami.

Max uśmiechnął się w duchu z lekkim rozgoryczeniem. Gdyby Andrew na własne oczy mógł zobaczyć, jak biednie ubrana była jego wnuczka, na pewno by się zdziwił. Ale przecież nawet własny ojciec, który ją odwiedzał, musiał to widzieć. Max zadrżał z oburzenia, myśląc o hipokryzji człowieka, który starał się pomagać innym, a opuścił i zaniedbał własne dziecko. Ale teraz już koniec. Tia zaczyna nowe życie i za kilka miesięcy nie będzie chciała pamiętać o swojej przeszłości. Choć z drugiej strony poczuł nagły smutek na myśl, że jej dziewczęca szczodrość i otwartość nie znajdą dla siebie miejsca w nowym życiu i pozostaną na zawsze zamknięte za murami tego klasztoru, jako kłopotliwe wspomnienie. Tymczasem jednak nie znała jeszcze przebiegłej kobiecej sztuki uwodzenia i flirtu.

I to chyba właśnie najbardziej zbiło go z tropu poprzedniego wieczoru. Była zupełnie inna niż kobiety, które spotykał i z którymi sypiał. Doświadczenie Maxa składało się z obfitego repertuaru wyrafinowanych, sensualnych flirtów, prowadzących prosto do sypialni. Nie było nic przed ani po, ani tak naprawdę żadnej rozmowy na jakikolwiek temat.

Próbował powiedzieć Andrew, że jego plan nie ma szans powodzenia, ponieważ Tia była zbyt miła i grzeczna jak dla niego, a on nie miał nic wspólnego z grzecznymi dziewczętami. Dziewice nie były w jego stylu. Co prawda była nikła szansa, że wcale nie była taka naiwna, ale szybko odsunął to podejrzenie. Wystarczyło, że przypomniał sobie, jak spojrzała na niego po raz pierwszy albo jak uścisnęła go spontanicznie, gdy się okazało, że będzie mogła zabrać ze sobą psa.

Oczywiście inny mężczyzna bez większego trudu i najmniejszych skrupułów zaciągnąłby tę młodą, niczego nieświadomą dziewczynę do łóżka, pomyślał z nagłą wściekłością. Co się z nim działo? Skąd to wahanie? Zwykle szybko podejmował decyzje. Mógł się ożenić z Tią albo patrzeć, jak jej szczere serce zostanie złamane przez jakiegoś drania, któremu będzie zależało wyłącznie na jej pieniądzach. Nie było innego rozwiązania. Jeśli nie będzie to on, to Tia poślubi kogoś innego.

Wyszedł na zewnątrz i spostrzegł Tię siedzącą z małym stworzeniem na kolanach. To musiał być ten pies. Gdy podszedł bliżej, zwierzę zawarczało i ostrzegawczo pokazało kły.

– Dzień dobry – powitała go z najradośniejszym uśmiechem na świecie. – Nie jest zbyt dobrze wychowanym psem – zażartowała.

– To prawda – przyznał taktownie.

– Sądzę, że ktoś musiał go źle traktować. Ufa tylko mnie. To bardzo smutne – wyznała.

– Spakowałaś się już?

– Nie mam zbyt wiele rzeczy – przyznała. – Ale jedna z sióstr dała mi większą torbę i włożyłam do niej wszystko, co mam. Pożegnałam się już ze wszystkimi – dodała ze ściśniętym gardłem, a w jej oczach zalśniły łzy.

– To normalne, że nie jest ci łatwo stąd wyjeżdżać – powiedział łagodnie. – To przecież był twój dom.

Jego aksamitny głos brzmiał dla niej jak pieszczota. Poprzedniej nocy nie mogła zasnąć, mając jego obraz przed oczami. Bardzo się jej podobał, co naturalne, bo był wyjątkowo przystojnym i miłym mężczyzną. Postanowiła jednak nie robić z siebie widowiska, zachowując się jak zakochana nastolatka. Była przecież dorosłą kobietą i powinna umieć się zachowywać z godnością.

Ale wystarczyło jedno jego spojrzenie, aby poczuła w całym ciele nieznośne gorąco. Jej policzki płonęły, a usta nabrzmiewały zapraszająco. Tajemnice jej kobiecości, ukryte głęboko, nagle ujawniły się z całą mocą.

Jako doświadczony mężczyzna, Max był dziwnie upojony, widząc, jak Tia się rumieni i zmienia w jego obecności. Z iskierką triumfu zdał sobie sprawę, że nie jest jej obojętny. A jej zachowanie było archetypowym zachowaniem kobiety, zanim równouprawnienie zmieniło reguły sztuki uwodzenia. Tia czekała na jego ruch. Kwiaty, pomyślał bezwiednie, po raz pierwszy, gdy w jego bliskim promieniu znajdowała się kobieta. Powinna lubić kwiaty, jest taka w starym stylu i w ogóle…

– Wyjeżdżamy za godzinę – oznajmił.

– Matka przełożona zaprosiła nas przed wyjazdem na kawę, ale wcześniej musisz zjeść śniadanie – stwierdziła Tia, wstając i kierując się w stronę refektarza. Teddy spoglądał na niego z nieufnością, gotów do ataku w każdej chwili. Nienawiść od pierwszego wejrzenia, pomyślał rozbawiony.

– Gdybyś chciała dostać coś wyjątkowego, coś, o czym zawsze marzyłaś, co by to było? – spytał, zastanawiając się, jak mógłby sprawić jej przyjemność.

– Telefon komórkowy – odpowiedziała bez wahania, ale po chwili pożałowała swojej szczerości, obawiając się, że wyszła z niej chciwość.

– Nie masz? – spytał z niedowierzaniem.

– Są tutaj zabronione – przyznała. – Myślisz, że spodobam się dziadkowi? – spytała z nieśmiałą obawą. – Że będę pasować do waszego świata?

– Tym się w ogóle nie musisz martwić. Dziadek cię uwielbia. Jesteś jego jedyną żyjącą krewną.

– Mam okropny charakter. Czasami brakuje mi cierpliwości i tracę nad sobą panowanie – westchnęła.

– Jak praktycznie każdy normalny człowiek – uspokajał, kładąc dłoń na jej ramieniu w geście otuchy. – Nie było ci łatwo.

– Jesteś bardzo… wyrozumiały – wyszeptała, spoglądając na niego niepewnie. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że nachyli się nad nią i ją pocałuje, a ona pragnęła tego w tej chwili bardziej niż czegokolwiek na świecie. Potrzebowała szalenie poczuć jego usta na swoich. Jego pocałunek byłby silny i pociągający, jak on sam, pomyślała, zatopiona w erotycznych marzeniach po raz pierwszy w życiu.

– Śniadanie dla pana Leonellego jest już gotowe! – usłyszeli zapraszający głos siostry z refektarza.

Max odsunął się gwałtownie, zaskoczony. Całkiem zapomniałem, że jesteśmy w klasztorze, uśmiechnął się w duchu. Tia miała na niego niesamowity wpływ, szczególnie gdy wpatrywała się tym niewinnym spojrzeniem, pełnym zachwytu i wiary, jak gdyby mógł stąpać po wodzie. Lubił to, musiał przyznać z zakłopotaniem.

Tia jadła powoli niczym odurzona. Przepełniały ją zupełnie nowe emocje. Wiedziała w teorii, na czym polega seks, co robi mężczyzna i na co ma pozwolić kobieta. Wydawało jej się to dość mało wysublimowane i raczej zwierzęce. Ale teraz, gdy w jej życiu pojawił się Max, była niezwykle ciekawa i szokująco podekscytowana, myśląc o akcie miłosnym. Najbardziej dziwny wydał jej się ten silny prąd pożądania, który ją przeszywał na wskroś za każdym razem, gdy na niego spojrzała, albo choćby na samą myśl o nim. W obecności Maxa jej ciało jakby przestawało należeć do niej, a stawało się jemu poddane.

– Skąd będziemy wylatywać? – spytała, usadowiwszy się w wygodnym samochodzie terenowym. Teddy nie był zbyt zachwycony, że musi być w klatce, a nie na kolanach swojej pani, i z nieufnością warczał na Maxa od czasu do czasu. Tia wciąż miała wilgotne oczy po krótkim i szorstkim pożegnaniu z matką przełożoną, ale zaczynała czuć entuzjazm nowej przygody i nowego życia, jakie się przed nią otwierało. Było to tak podniecające, że trudno jej było usiedzieć spokojnie.

– Z Rio – odpowiedział Max, wystukując coś na swoim tablecie. – Przepraszam cię na chwilę, muszę odpowiedzieć na pilną wiadomość.

– Jedziemy do Rio? Myślałam, że zmierzamy do Belém.

– Tak, najpierw do Belém, a stamtąd do Rio, gdzie wsiądziemy w samolot do Anglii.

– Bardzo lubię Belém. To piękne miasto, które tętni życiem – szczebiotała, opowiadając mu z zaangażowaniem o licznych pielgrzymkach, w których brała udział, słynnych na całą Brazylię.

Wcale nie jest nieśmiała, zdał sobie sprawę Max. Zastanawiał się, jak wielkim szokiem kulturowym będzie dla niej zobaczyć Rio de Janeiro, o tyleż większe i bogatsze od prowincjonalnego Belém. Zastanawiał się też, czym ją zająć w Rio, bo miał sporo pracy do nadrobienia. To było miłe ze strony Andrew, że powierzył mu tę misję i polecił sprowadzić wnuczkę z drugiego końca globu, ale Grayson Industries także potrzebowało codziennego nadzoru, żeby interesy toczyły się płynnie. W dodatku Max pracował bez wytchnienia, aby przekonać bardziej siebie samego, niż kogokolwiek, że jest w stanie być prezesem tej firmy mimo młodego wieku.

– Jeśli naprawdę jedziemy do Rio – zaczęła Tia niepewnie – mam tam koleżankę, która razem ze mną kończyła szkołę w klasztorze. Wspaniale byłoby ją odwiedzić. Nie widziałam Magdaleny, od kiedy skończyłyśmy osiemnaście lat, a ona wróciła do domu, do rodziny. Pisałyśmy do siebie od czasu do czasu. Choć ostatnio pisała coraz rzadziej. Musi być bardzo zajęta – westchnęła.

– To świetny pomysł. Powinnyście spędzić razem trochę czasu – przyklasnął Max.

– Tak. Będziemy mogły sobie poopowiadać, co się u nas zmieniło – zaczęła Tia, zdając sobie sprawę, że ona sama niewiele będzie miała do opowiadania. No może poza zmianą w jej życiu, która zaczęła się poprzedniego wieczoru. Za to Magdalena pochodziła z dobrze sytuowanej rodziny i zawsze lubiła się bawić. Wnosiła do klasztoru mnóstwo śmiechu i życia.

Na lotnisku wsiedli do małego prywatnego odrzutowca. Tia ze zdumieniem zobaczyła, jak Max pokazuje jej logo firmy Grayson, wyjaśniając, że samolot należy do jej dziadka. Gdy myślała o nim jak o zamożnym człowieku, nie miała pojęcia aż takiego poziomu bogactwa. Siedziała oniemiała w wygodnym, skurzanym fotelu, podczas gdy stewardessa przyniosła lekki lunch. Max przez cały czas prawie nie odrywał wzroku od swojego komputera i zastanawiała się, czy zawsze jest taki zapracowany, czy też nudził się z nią do tego stopnia. Ich życia diametralnie się różniły. Nie mieli ze sobą nic wspólnego, pomyślała smutno. Co ciekawego mógłby w niej zobaczyć taki obyty, przystojny biznesmen jak Max Leonelli? W biednej dziewczynie, która całe swoje życie spędziła w klasztorze?

Przygnębiona tą myślą Tia spojrzała na Teddy’ego, który spał spokojnie w swojej klatce, i nabrała otuchy. Nie powinna się martwić właśnie teraz, gdy za kilka godzin miała po raz pierwszy spotkać swojego dziadka. W końcu nie była sama na świecie i powinna być za to wdzięczna losowi. Z tą pocieszającą myślą zamknęła oczy i pozwoliła szumowi samolotu ukołysać się do snu.

Gdy wylądowali w Rio, Max uśmiechnął się z satysfakcją, zamykając komputer. Wykonał kawał dobrej roboty. Wyrzuty sumienia przebiły się na chwilę do jego świadomości, że może powinien bardziej zająć się Tią i próbować ją lepiej poznać. W odróżnieniu od innych kobiet nie usłyszał od niej najmniejszego słowa skargi. Drzemała spokojnie w fotelu, a jej śliczną twarzyczkę rozjaśniał delikatny uśmiech. Teddy jednak miał już otwarte oczy i czujnie uniesione uszy, pilnując swojej pani.

– Będziesz się musiał do mnie przyzwyczaić – wymruczał Max bezlitośnie. – Nie będziesz miał jej tylko dla siebie.

Poślubi Tię. To prawda, że w ogóle nie myślał o małżeństwie, zanim Andrew nie zapędził go w kozi róg, ale Tia była piękna, miła i niewymagająca. Nie mógł lepiej trafić. Znaleźć te wszystkie cechy w jednej kobiecie było praktycznie niemożliwe. W ostatnim roku miał mnóstwo kochanek i poznał całe mnóstwo kobiet, ale tylko Tia spełniała wszystkie wymagania. Miała też ogromny majątek, podpowiedział mu inny głos, ale to akurat nie miało najmniejszego znaczenia. Jeszcze zanim przyjął ofertę, by w zastępstwie Andrew poprowadzić jego firmę, podczas gdy on sam chciał się zająć ratowaniem zdrowia, Max był wystarczająco bogaty i w pełni zadowolony ze swojego poziomu życia. A codzienna praca polegająca na nadzorze nad ogromnym koncernem Grayson Industries upajała go. Władza, jak musiał przyznać kpiąco, była naprawdę świetnym afrodyzjakiem.


Tia krzyknęła cicho w zachwycie, gdy zobaczyła ogromną statuę Chrystusa górującą nad Rio. Max szybko zrozumiał, że nie uniknie tej typowej atrakcji turystycznej, i westchnął ciężko. Choć teraz przynajmniej ktoś doceni prywatną kaplicę w wiejskiej posiadłości Andrew. Starszy pan odnowił ją z pietyzmem, mając nadzieję, że tym zachęci do powrotu do Anglii swojego pobożnego syna.

Limuzyna zabrała ich z lotniska i zawiozła wprost do luksusowego hotelu. Tia była całkowicie oszołomiona. Nigdy w życiu nie widziała takiego przepychu.

– Zatrzymamy się w tym właśnie hotelu? Ależ to bardzo słynne miejsce!

– Owszem – uśmiechnął się Max. – Miałem nadzieję, że ci się spodoba.

Tia zadrżała z wrażenia, jakie wywierał na niej ten uśmiech. Oszałamiał ją i upajał. Nieśmiało próbowała wygładzić swoją najlepszą spódnicę, zrobioną ze starej, lnianej zasłony. – Ale ja nie jestem wystarczająco dobrze ubrana, by wejść do takiego miejsca – wyznała skrępowana.

– Już wkrótce będziesz. Otrzymasz nową garderobę. Zamówiłem cały szereg ubrań, z których będziesz mogła wybrać, co ci się podoba. Potem pozostanie tylko dobranie odpowiedniego rozmiaru.

– Chyba żartujesz – wyszeptała zdumiona.

– Ależ skąd. Twój dziadek chciałby, żebyś miała wszystko, co najlepsze.

– Ale nie prosiłam o ubrania – zaoponowała. – Wiem, że nie są mi potrzebne.

– Naprawdę nie ma z czego robić problemu. Andrew jest bardzo szczodry. To drobiazg – zapewnił ją, pomagając jej wysiąść.

Tia z napięciem spojrzała na okazałe wejście i pełne przepychu wnętrze. Elegancko ubrani ludzie i obsługa w wytwornych uniformach onieśmielali ją. Zdawała sobie sprawę, jak biednie musiała wyglądać. Max uspokajająco położył jej dłoń na plecach i poprowadził do windy.

– Nie musisz się tak denerwować – wyszeptał jej prosto do ucha. – Nazywasz się Grayson, a twój dziadek rozsławił to nazwisko na kilka kontynentów. Masz z czego być dumna. Ubiór nie ma żadnego znaczenia.

Łatwo mu było mówić, pomyślała Tia z lekkim wyrzutem, widząc jego odbicie w wyłożonej lustrami windzie. Był przystojnym, eleganckim i luksusowo ubranym mężczyzną, niczym chodząca reklama najdroższych i najbardziej wyrafinowanych projektantów. Każdy szczegół był odpowiednio dobrany, a jego postawa emanowała pewnością siebie i sukcesem. To akurat nie były cechy, którymi mogła się poszczycić.

Gdy weszli do wspaniałego apartamentu, Tia miała wrażenie, że znalazła się w środku popularnej brazylijskiej mydlanej opery, której akcja rozgrywała się we wnętrzach okazałej posiadłości. Choć tutaj było jeszcze lepiej. Z przestronnych okien rozciągał się widok na błękit oceanu. Na szerokim tarasie wygodne fotele wprost zapraszały, by się w nich rozsiąść i odpocząć. Tia weszła za boyem hotelowym do największej sypialni, jaką w życiu widziała, połączonej z marmurową łazienką, z lustrami w złoconych ramach. Dotykała w zachwycie puszystych ręczników oraz jedwabnej pościeli na wielkim łożu.

– Tio! – zawołał Max z salonu. – Mam coś dla ciebie.

Gdy widziała cały ten luksus wokół siebie, wydawało jej się, że śni. To przecież nie mogła być prawda. Podeszła do Maxa, który spoglądał na nią z tajemniczym uśmiechem.

– To dla ciebie – powiedział, podając jej małe pudełko. – Możesz od razu z niego korzystać.

W środku znalazła elegancki nowiutki telefon komórkowy. Z okrzykiem radości chwyciła zdobycz. Od tak dawna pragnęła mieć telefon! Magdalena wielokrotnie przesyłała jej swój numer, żeby mogły porozmawiać, ale w klasztorze nie było takiej możliwości. Na szczęście zachowała te listy i będzie mogła teraz skontaktować się z przyjaciółką.

– Dziękuję ci – wyszeptała.

Max był trochę rozczarowany, że tym razem nie rzuciła mu się na szyję, bo już się przygotował na miłe uczucie trzymania jej w objęciach. Z drugiej jednak strony rozumiał, że stała się bardziej powściągliwa, od kiedy uświadomiła sobie, jak bardzo ją pociąga. Na pewno nie chciała sprawiać wrażenia, że zachowuje się jak niedojrzała nastolatka.

Po chwili wniesiono także okazały bukiet kwiatów. Były ich niezliczone rodzaje, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy i pachnące bajecznie. Pokojówka wstawiła je do kryształowego wazonu.

– Są dla mnie? – wyszeptała z niedowierzaniem, dotykając delikatnie miękkich atłasowych płatków róż.

– Oczywiście, że są dla ciebie.

Tia nie mogła zrozumieć, dlaczego Max ofiarował jej kwiaty, skoro byli razem, obok siebie, a poza tym nie miał przecież za co być jej wdzięczny. Oczywiście nie brała pod uwagę najbardziej naturalnego, romantycznego powodu, dochodząc do wniosku, że wszelkie mrzonki tego rodzaju sprowadzą na nią wyłącznie rozczarowanie.

Max zdał sobie sprawę, że niewystarczająco okazał jej swoje zainteresowanie i żałował, że nie poświęcił jej więcej uwagi, gdy lecieli samolotem.

– Lubisz kwiaty?

– Oczywiście. Uwielbiam. Zawsze marzyłam o tym, by mieć własny ogród.

– Myślałem, że chciałaś zostać nauczycielką – zauważył, przypominając sobie, co usłyszał od przełożonej klasztoru.

– Tak, chciałam zdobyć wykształcenie i kwalifikacje. Jeśli chodzi o mnie, to musiałam wziąć pod uwagę nie to, co chciałabym robić, ale co było dla mnie możliwe – wyjaśniła. – W Belém mogłabym skończyć szkołę pedagogiczną i sądziłam, że to mi pozwoli zdobyć zawód, ale mój ojciec nie chciał łożyć na moje studia, więc skończyło się na marzeniach.

– W wiejskiej posiadłości Andrew jest mnóstwo wspaniałych ogrodów – zapewnił, podchodząc bliżej.

Tia bezwiednie zwilżyła wargi językiem. Ten drobny gest o mało nie doprowadził go do szaleństwa. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, chwycił ją w ramiona.

To był jej pierwszy pocałunek. Jego wargi na jej ustach wywołały tysiące nowych wrażeń, przeszywających jej ciało, aż ugięły się pod nią kolana. Nagle dotarło do jej świadomości istnienie tej części ciała, o której nigdy wcześniej nie myślała. Bezwiednie zacisnęła uda; rozkoszny ból pożądania był zupełnie nowym doświadczeniem. Gdy Max pogłębił pocałunek, przestała myśleć o czymkolwiek.

Max musiał ze wszystkich sił walczyć o zachowanie kontroli nad sobą. Gdyby słuchał swojego pożądania, w jednej chwili zabrałby Tię do sypialni. Na szczęście oboje ich otrzeźwiło pukanie do drzwi. Co on, u licha, wyprawia, wymyślał sobie, odsuwając się resztką sił, upojony jej spontaniczną i zarazem gorącą odpowiedzią. Pragnął więcej, o wiele więcej, i zabrało mu chwilę, zanim się pozbierał i mógł otworzyć drzwi.

Cztery kobiety powitały go uprzejmym uśmiechem, informując o dostarczeniu zamówienia na damską garderobę. Wprowadził je do sypialni i zamknął za nimi drzwi, dając Tii chwilę na to, by mogła ochłonąć. Widział, jak bardzo była wzburzona i zarumieniona. Co on wyprawia? Rzucił się na nią za szybko, za wcześnie, i pewnie ją przeraził. Powinien postępować z nią powoli i rozważnie, a zupełnie nie miał pojęcia, jak się do tego zabrać, bo nigdy wcześniej nie było takiej potrzeby. Powinien szybko wziąć zimny prysznic i odzyskać kontrolę nad przepełniającym go pożądaniem.

Tia oglądała oszołomiona proponowane jej stroje. Chciała tylko dżinsy, kilka koszulek i może buty, ale wybór okazał się trudniejszy, niż myślała. Kręciło jej się w głowie od mnogości fasonów i kolorów. Po chwili wyszła z sypialni, by odszukać Maxa.

– Jaki mam budżet? To znaczy, jak dużo mogę wydać? – spytała nieśmiało.

– Tyle, ile zapragniesz. Zamów wszystko, na co masz ochotę. Buty, torebki… wszystko. Będziesz potrzebować tego w Anglii, a dzięki tym zakupom, odpowiednio się przygotujesz.

Patrząc na tego przystojnego mężczyznę o zniewalającym uśmiechu, Tia zastanawiała się, czy w tej chwili mogła istnieć na ziemi kobieta szczęśliwsza od niej. Mogła kupić wszystko, co tylko jej się spodobało, a Max, mężczyzna z jej marzeń i snów, właśnie ją pocałował. To musiało oznaczać, że mu się podobała. Coraz bardziej pewna wzajemności swoich uczuć wróciła do wybierania sukienek.

Narzeczona z Brazylii

Подняться наверх