Читать книгу Miejsce i imię - Maciej Siembieda - Страница 5
ОглавлениеROZDZIAŁ 2
Warszawa/Ramla/Jerozolima
lipiec 2011 roku
1
Ekspedientka ze sklepu osiedlowego niedaleko placu Wilsona na warszawskim Żoliborzu zerknęła przez szybę wystawową, po czym zrobiła szybki obrót, poprawiła włosy i wróciła do poprzedniej pozycji. Za plecami było lustro regału z winami, które miało dawać efekt większej liczby butelek, a dawało okazję kontroli fryzury i makijażu damskiego personelu sklepu. Wina i tak szły jak woda.
Właśnie nadchodził jej ulubiony klient.
Ekspedientce podobało się, że zakupy robił u nich, a nie w hipermarkecie pobliskiej galerii handlowej Arkadia. Poza tym był uprzejmy i przystojny, miał twarz podobną do jednego aktora. Mąż ekspedientki, kiedy sklep przygotował zwroty czasopism z dołączonymi płytami DVD, odkupił za pół ceny parę filmów z Bondem i w jednym z nich grał facet, którego jej ulubiony klient bardzo przypominał. Nawet zapamiętała tytuł: Diamenty są wieczne.
Kiedyś w innej gazecie zobaczyła jego zdjęcie. Nie miała czasu dokładnie przeczytać, bo cały czas ktoś coś kupował, ale dowiedziała się, że jej ulubiony klient podobny do tamtego aktora jest sławnym detektywem, złapał jakiegoś niemieckiego mordercę i nazywa się Jakub Kania. Od tej pory podziwiała go jeszcze bardziej.
Często myślała, że taki mężczyzna to skarb. Prawie codziennie przychodził po świeże pieczywo, mówił „dziękuję”, uśmiechał się i myślał o niej: zawsze przynosił drobne, żeby nie miała kłopotu z wydawaniem reszty. Jednym słowem stanowił całkowite przeciwieństwo jej męża, który przez ostatnie dwa lata obejrzał wszystkie mecze, jakie nadawała osiedlowa kablówka, i wypił do tego cysternę piwska. Spróbowałaby mu powiedzieć, żeby poszedł po bułki na śniadanie. To by dopiero było. Wychodził tylko przed blok na fajkę z kolegami. Ludzie czasami pytali go, dlaczego nie poszuka sobie jakiegoś zajęcia, a on zawsze odpowiadał to samo: że nie może znaleźć pracy w swoim zawodzie. Wtedy siłą rzeczy padało pytanie, jaki ma zawód, a on tylko na to czekał. „Toreador”, mówił i rechotał na widok ich min. Czy taki Jakub Kania, odpowiedzialny detektyw, robiłby z siebie takiego głupka?
Kuba też lubił ekspedientkę. Była miła i miała zabawną przypadłość, której pewnie sobie nie uświadamiała. Zawsze używała czasu przyszłego. A skoro zawsze, to i dziś.
– Co będzie? – spytała, gdy ukłonił się i podszedł do lady.
– Kostka masła i pięć kajzerek.
Kobieta zakrzątała się i po dziesięciu sekundach zamówienie stało na ladzie w plastikowej torbie.
– To będzie wszystko? – upewniła się.
Skinął głową.
– Tak, dziękuję.
– To będzie siedem pięćdziesiąt – skwitowała ekspedientka i popatrzyła na niego niemal tkliwie, gdy wydobył z kieszeni garść drobnych.
Tuż po śniadaniu Kuba pojechał na lotnisko.
Od paru lat był konsultantem instytutu Jad Waszem w Jerozolimie. Wystarczy nacisnąć kilka klawiszy klawiatury i wykonać parę kliknięć, aby się dowiedzieć, że Jad Waszem jest placówką muzealną. Zajmuje się ofiarami i bohaterami Holocaustu. Oficjalnie.
Kontrakt Kuby też był oficjalny, choć polski konsultant rzadko miał do czynienia ze sprawami z przeszłości, o których z dumą pisały izraelskie gazety. Częściej zajmował się tymi, które ludzie starali się przed Jad Waszem ukryć. Pracował dla pewnej dyskretnej sekcji instytutu, która oficjalnie nie istniała. A skoro nie istniała, to i nie miała nazwy. Wtajemniczeni mówili o niej: referat cieni.
Kuba przyzwyczaił się do życia w cieniu. Wcześnie stracił matkę, która zmarła na raka, i w momencie kiedy najbardziej potrzebował jej kobiecej wrażliwości, wychodząc z dzieciństwa i wchodząc w dojrzałość, został sam. To znaczy ze starszym bratem, który nie zwracał na niego uwagi, z ojcem – podoficerem wywiadu Marynarki Wojennej, który przeszedł załamanie nerwowe i rzadko się odzywał, oraz z babką – posępną Kaszubką prowadzącą im dom. Dojeżdżała ze wsi pod Kartuzami i miała mniej więcej tyle czułości, co wysuszony wiatrem i stwardniały od pracy stary rzemień. To wszystko było chyba nawet gorsze, niż gdyby rzeczywiście został sam. Wiele lat później, wracając myślami do tamtych czasów, odczuwał coś w rodzaju wdzięczności dla losu, że wyszedł cało z tego dzieciństwa-niedzieciństwa i nie został na przykład zimnym, milczącym i obojętnym na wszystko mordercą na zlecenie.
A ponieważ wszyscy w domu byli zimni, milczący i obojętni na wszystko, Kuba miał prosty wybór: dostosować się albo uciec. Wybrał to drugie. Z grupą rówieśników, powszechnie uważanych za świrów, uległ hipnozie harcerstwa i całymi dniami włóczył się po wzgórzach Redłowa, odkrywając opuszczone bunkry i stanowiska artylerii broniącej wybrzeża w kampanii wrześniowej. Tam, wśród omszałych betonowych bloków i wybuchów szalonej radości z powodu wykopanej z ziemi manierki lub zardzewiałego bagnetu, zaraził się historią.
W liceum uznano go za dziwaka. Koledzy z klasy chodzili na mecze Arki, on do czytelni. Koledzy na koncert gwiazdy rocka, on na spotkanie z kombatantem gdyńskich kosynierów. Koledzy na imprezę, on na zebranie kółka historycznego. Wystarczy choć przez chwilę mieć naście lat, aby zgadnąć, jak był postrzegany. Najpierw przez kolegów, a później przez koleżanki, które nie mogły znieść obojętności, z jaką Kuba Kania, uchodzący za jednego z najprzystojniejszych chłopaków w szkole, nie dostrzegał ich rozkwitającej urody. Takich rzeczy się nie wybacza.
Prawo na Uniwersytecie Gdańskim wybrał tylko dlatego, że na tym kierunku trzeba było nieustannie się uczyć. Kodeksy, ustawy i przepisy nie zostawiały marginesu na życie studenckie, z czym jemu akurat było po drodze. Zjawiał się na uczelni minutę przed rozpoczęciem wykładu, a pięć minut po zakończeniu zajęć stał już na peronie w Sopocie, czekając na kolejkę do Gdyni. Koleżanek z roku – oczko wyżej od licealistek w łańcuchu ewolucji emocjonalnej – nie irytowała już jego obojętność, ale kompletny brak świadomości, jak bardzo się im podobał. Jakby ten ujmujący i miły atrakcyjny brunet nigdy nie widział siebie. Ani w lustrze, ani we wpatrzonych w niego oczach dziewczyn.
Tu znów się z niego podśmiewano, ale po cichu i na osobności. Nikt na studiach prawniczych nie byłby na tyle nierozsądny, aby ryzykować niechęć kolegi, który zawsze jest przygotowany, paragrafy ma w małym palcu i chętnie pomaga. Mimo to Kuba, który niejeden raz ratował innych z opresji, był outsiderem. Kontrastem dla złotych dzieci adwokatów i notariuszy zaludniających Wydział Prawa Uniwersytetu Gdańskiego. Nie miał markowych ciuchów, samochodu ani znajomych bramkarzy w modnych sopockich klubach. Miał stypendium socjalne i naukowe, co na uczelni uchodziło za najgorsze z możliwych połączeń. Wiadomo: ubogi kujon.
Pod koniec czwartego semestru wydarzyło się coś, co sprawiło, że Kuba przeszedł do legendy. Podczas egzaminu, który co roku dziesiątkował studentów prawa skuteczniej niż czarna ospa ludność średniowiecznej Europy, profesor nieoczekiwanie wstał zza katedry i bez słowa ruszył w stronę wyjścia. Wszyscy podnieśli wzrok znad testów i przez moment zapanowała absolutna cisza, przerwana dopiero dźwiękiem zamykanych drzwi. W tym samym ułamku sekundy setka studentów rzuciła się na swoje torby i plecaki, rozpaczliwie szukając ratunku w notatkach, ściągach i podręcznikach. Przez cudowne kilka minut poziom wiedzy drugiego roku prawa mierzonej egzaminem grozy wzrósł o kilkaset procent.
Profesor wrócił, celowo majstrując przy klamce, aby dać czas na błyskawiczne ukrycie pomocy naukowych, po czym usiadł i ze stoickim spokojem zaczekał, aż wszyscy oddadzą wypełnione testy. Pożegnał się informacją, że wyniki poda za tydzień, na ostatnich zajęciach przed wakacjami.
Wszyscy, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej i nigdy później, otrzymali czwórki i piątki. Jedyną oceną dostateczną była trója Kuby. W sali zapanowało radosne uniesienie.
– Panie Kania – przerwał je profesor, zdejmując i starannie składając okulary. – Jak panu wiadomo, prowadzę wraz z partnerami kancelarię, która od lat zajmuje miejsce w pierwszej trójce w Polsce. Jeśli nie ma pan innych planów, to zapraszamy na praktykę. Może pan zacząć jutro.
Sala zamarła. Uśmiechy zastygły na twarzach, skrzywionych teraz emocjami wywołanymi tą jawną niesprawiedliwością. Kancelaria była obiektem marzeń każdego studenta wydziału. Marzeń, które spełniały się w jednym przypadku na tysiąc.
– Zastanawiacie się dlaczego? – Profesor wstał i rozłożył ręce w geście, który doskonale znały składy orzekające polskich sądów, gdzie powszechnie uważano, że potrafi bezbłędnie czytać w myślach. – Wszyscy uczciwie ściągaliście – wyjaśnił. – Tak, nie przesłyszeliście się. Uczciwie, bo każdy miał taką samą sprawiedliwą szansę i każdy z niej skorzystał. Tylko pan Kania uznał, że naprawdę sprawdzi swoją wiedzę. Rezultat znamy. Gratuluję ocen. – Na ustach profesora przez chwilę zagościł cyniczny grymas. – Są oficjalne i zostaną wpisane do indeksów. Ale dla mnie wasze czwórki i piątki należy podzielić na pół, a trójkę pana Kani pomnożyć. Też przez dwa.
Nikt nigdy nie poznał odpowiedzi na pytanie, czy profesor miał w sali ukrytą kamerę, ale rację, której nie ukrywał, miał na pewno.
2
Nazajutrz po tamtych zajęciach wystartowała kariera zawodowa Jakuba Kani, która po blisko dwudziestu latach wyglądała jak zapis EKG kolekcjonera zawałów.
Praktyka w sławnej kancelarii okazała się kompletną porażką. Student drugiego roku wiedział o kodeksach i orzecznictwie więcej niż adwokat z paroletnim stażem, ale zupełnie nie nadawał się na salę rozpraw. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak stworzony do togi z zielonym żabotem: nie za wysoki i nie za niski, lekko zaokrąglony, z urodziwą twarzą o mądrych oczach mógł robić idealne wrażenie na sędziach obu płci. Mógł, ale nie robił. Dyskwalifikował go chroniczny brak pewności siebie. Tupetu, aktorstwa, nonszalancji, cwaniactwa. Co komu po takim adwokacie? Zwłaszcza w Trójmieście, którego palestra komponowała szlagiery prawnicze słynne na całą Polskę. W końcu to tutaj wymyślono „pomroczność jasną” jako stan usprawiedliwiający przed sądem prowadzenie samochodu po pijanemu przez syna prezydenta RP.
Kuba nie miał co marzyć o zielonym żabocie. Myślał o fioletowym – sędziowskim, ale prokuratura, prowadząca dyskretną obserwację zdolnego studenta, zaproponowała mu czerwony. Łatwo skończył aplikację i został w gdańskiej rejonówce. Był niezrównany w zagmatwanych, drobiazgowych śledztwach. Jego aktów oskarżenia nie dało się podważyć i kilka razy mecenasi z wziętej kancelarii, która się go pozbyła, gorzko tego pożałowali. Skupiony prokurator mówił cicho i bywał przez to upominany przez sąd, ale jego argumentacja okazywała się miażdżąca.
I wtedy po raz drugi wszystko się zawaliło. Pan prokurator Kania zakochał się i ożenił z córką gangstera ze Stogów, który od dawna nie nosił dresu i kija bejsbolowego, ale w garniturze szytym na miarę był jeszcze bardziej niebezpieczny. Lecz Kuba, emocjonalny dzieciak o zerowym koncie doświadczeń w miłości, przez kilka miesięcy trwał w odurzeniu, przekonany, że znalazł tę jedyną.
Przebudzenie było jak upadek z pierwszego piętra w kałużę błota. Kiedy odmówił podmiany dokumentów w aktach bandyty zaprzyjaźnionego z teściem, ukochana żona zostawiła go bez mrugnięcia okiem. Cena za zaślepienie była wysoka: śmieszność, rozwód i coś znacznie gorszego – utrata zaufania w pracy. Były teść zemścił się za odmowę przysługi, rozpuszczając w mieście informacje, że Kuba załatwiał w prokuraturze sprawy gangu ze Stogów. Takie rzeczy są nie do odkręcenia. Tak jak mistrzowski PR diabła, który zdołał wmówić ludziom, że nie istnieje.
Dla prokuratora Kani nie było już miejsca w Trójmieście. Wyjechał do Warszawy i długo szukał pracy, wreszcie znalazł ją w Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Dla komisji, bardziej znanej jako Instytut Pamięci Narodowej, prawnik ze znajomością historii i doświadczeniem śledczym był spełnieniem marzeń.
EKG kariery znów się unormowało. Kuba odniósł kilka sukcesów, które pozostały w cieniu. Inne przedostały się do mediów, a te natychmiast podłączyły sprawy rozwiązane przez prokuratora IPN-u do swoich wzmacniaczy i głośników. Jakub Kania został detektywem celebrytą. „Sherlockiem Holmesem polskiej historii”. „Pogromcą bandytów przeszłości” i jak tam jeszcze nazwały go czerwono-czarne tytuły tabloidów.
Prowadził wiele spraw. Wśród nich poszukiwania Erwina Winklera, esesmana i zbrodniarza wojennego ze Strzelec Opolskich, którego aresztowanie ponad pół wieku po wojnie przyniosło Kubie międzynarodowy rozgłos i otworzyło mu drzwi do Jad Waszem. Nigdy by ich nie przekroczył, gdyby nie sprawa Chrztu Warneńczyka, zagadkowego obrazu Jana Matejki, która całkowicie zmieniła jego życie[*], choć nie uświadamiał sobie, ile razy wisiało ono wtedy na włosku.
Rezygnacja z IPN-u na rzecz Jad Waszem miała oznaczać spokój. Ulubione rozwiązywanie zagadek przeszłości, pracę w archiwach, częste przebywanie w domu i tylko od czasu do czasu wyjazdy do Izraela w sprawach wymagających rozmowy w cztery oczy, bez maila i telefonu. Sprawach takich jak ta, w której właśnie wybierał się do Jerozolimy.
Spakował się jak zwykle metodycznie. Na łóżku umieścił czarną plastikową walizkę spełniającą wymogi bagażu kabinowego, a obok podobny, choć znacznie mniejszy i płytszy laptop. Komputer służył do sprawdzenia pogody w Izraelu i śledzenia notatek zrobionych przed podróżą. Walizka do zabrania rzeczy, które miały sprostać pogodzie i notatkom.
Wyjechał tuż po dziesiątej. Nad Żoliborzem świeciło słońce, ale lekki wiatr uparł się zakryć je kurtyną chmur, które od jakiegoś czasu spędzały w stolicy lipcowy urlop, włócząc się po dzielnicach miasta. Na zachodzie zaczynało już kropić. Tuż za Powązkami na szafirowym niebie pojawiła się imponująca tęcza. Kierowcy samochodów fotografujący ją telefonami komórkowymi niemal natychmiast zakorkowali rondo Radosława. Kubę też zahipnotyzowała, bo chociaż planował dotrzeć na Okęcie aleją Jana Pawła II, machinalnie wjechał w Okopową, a w konsekwencji w Towarową.
Mijając po lewej siedzibę IPN-u, mimowolnie pomyślał o Wiesławie Paluchu, dyrektorze pionu śledczego, przez którego odszedł z instytutu. Były to myśli podobne do nadciągających z zachodu chmur, ale bez tęczy. Odpędził je, uspokajając samego siebie, że nigdy więcej nie spotka tego człowieka.
3
Boeing z Warszawy dotknął kołami betonowego pasa lotniska Ben Guriona w Tel Awiwie, co automatycznie uruchomiło u uczestników rejsu podwyższoną aktywność. Ciekawe: kontakt z ziemią sprawia, że pasażerowie samolotów na każdej szerokości geograficznej wpadają w lekką histerię. Natychmiast zaczynają się wiercić, upychać czasopisma w kieszeniach foteli, odpinać pasy, choć sygnalizacja jeszcze na to nie pozwala, wstawać z miejsc, zataczając się, wyjmować bagaże podręczne i nerwowo wbijać kody PIN aktywujące telefony komórkowe wyłączone na czas lotu. Wszystko dzieje się jak w telewizyjnym reality show, którego zwycięzcą zostaje ten, kto pierwszy zawiadomi świat o swoim lądowaniu i opuści pokład samolotu, zanim uczynią to pozostali uczestnicy rywalizacji.
Kuba, choć kończył w tym roku zaledwie czterdzieści jeden lat, przyglądał się tej gorączce z godnością starego dębu, nie ruszając się z miejsca przy oknie. Spokojnie odczekał, aż wszyscy stłamszą się w kolejce do wyjścia, wytwarzając ciśnienie jak we wstrząśniętej butelce szampana. Parę minut później, po otwarciu drzwi przez personel pokładowy, korek pasażerów wystrzelił wprost w rękaw prowadzący do hali przylotów. Dopiero wtedy Kuba wstał i sięgnął po niewielką walizkę, której nie musiał wyszarpywać spośród innych bagaży stłoczonych na półce. Swobodnie pokonał przejście między rzędami foteli i wyszedł żegnany przez stewardesę, której służbowy uśmiech wydawał się mieć odcień aprobaty dla jego zachowania.
Pomyślał o Kasi. Druga, tym razem szczęśliwa miłość jego życia też była stewardesą. Teraz, z powodu ciąży, pracowała w obsłudze naziemnej pasażerów, ale latanie było jej wielką pasją. Mieli trzyletnią córkę Marysię, która zanim nauczyła się mówić, rozkładała rączki i uśmiechała się promiennie, gdy tylko padło słowo „samolot”. Jesienią miała mieć siostrzyczkę.
Po wyjściu z terminalu Kuba przez chwilę rozkoszował się falą ciepła, w której czuć było upał Bliskiego Wschodu i oddech rozgrzanego miasta, ale jednocześnie lekki powiew śródziemnomorskiej rześkości. Sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów, wyciągnął telefon komórkowy, uruchomił go i wybrał numer Kasi.
– Dobry lot? – spytała trochę z troski o niego, a trochę z zawodowej ciekawości.
– Nie – odpowiedział krótko.
– O – zmartwiła się. – Co się działo?
– Na pokładzie nie było tak pięknych stewardes jak ty. Zamierzam złożyć reklamację i żądać zwrotu połowy ceny biletu.
– Ty bajerancie. – Kasi wyraźnie ulżyło. – Już się bałam, że cię wytrzęsło w chmurkach i potrzebna była whisky.
– Nie boję się turbulencji – oświadczył buńczucznie.
– Yhmm. Powiedz to Marysi. Właśnie przyszła do naszej sypialni sprawdzić, z kim rozmawiam. Tatuś cię całuje, krasnalu – powiedziała Kasia gdzieś w przestrzeń i Kuba wyraźnie usłyszał klaskanie dziecięcych rączek. Trzyletnia córka od jakiegoś czasu właśnie tak zawiadamiała o swoim zadowoleniu.
– Pasażerów alfa nie było? – dopytywała Kasia.
Tak nazywali szczególnie uciążliwych podróżnych, którzy za wszelką cenę starali się zwrócić na siebie uwagę. Głośnych, podpitych, wpadających w podniebną głupawkę lub po prostu chamskich i aroganckich.
– Nie. – Kuba uśmiechnął się do słuchawki. – Kapitan J. nie byłby potrzebny.
Kapitan J., dziś emerytowany pilot, był ulubieńcem Kasi i wszystkich dziewczyn, które z nim latały. Przed każdym startem robił krótką odprawę, podczas której zawsze powtarzał to samo: „Jakby ktoś nadmiernie szumiał, to wiecie, gdzie mnie znaleźć”. Po czym puszczał oko i sadowił się za sterami.
Stewardesy nie nadużywały tego przywileju, ale bywało, że nie miały wyjścia. Kasia skorzystała z niego tylko raz, wiele lat temu.
W rejsie do Moskwy otyły gość, który grubo przesadził z ilością drinków i w którym odezwała się potrzeba bycia duszą towarzystwa, uznał, że uprzyjemni wszystkim lot i zostanie pokładowym wodzirejem. Intonował piosenki biesiadne, wstawał z miejsca, zaczepiał ludzi i generalnie zachowywał się jak zachwycony sobą pajac, którego wszyscy starają się unikać. Na weselu w remizie to wykonalne, w samolocie niespecjalnie.
Kasia dwa razy grzecznie zwróciła mu uwagę, ale kiedy za trzecim razem otyły facet próbował z nią tańczyć w przejściu między fotelami, wyślizgnęła się i zapukała do kabiny pilotów.
Kapitan J. ze zrozumieniem pokiwał głową.
– Daj znać, jak gość będzie szedł do toalety – powiedział.
Drugi pilot, najwyraźniej wtajemniczony, uśmiechnął się pod wąsem.
Kwadrans później, kiedy wesoły grubas zamknął za sobą drzwi, a lampka nad nimi zawiadomiła, że pomieszczenie jest zajęte, poinformowany w porę kapitan J. wykonał delikatny ruch wolantem, wyprowadzając samolot z trybu autopilota. Nastąpiło płynne bujnięcie, którego pasażerowie nie zdążyli nawet szczególnie odnotować w świadomości. Ale oni siedzieli w fotelach. Gość, który stał nad muszlą sedesową z rozpiętym rozporkiem, mając ręce zajęte czymś innym niż utrzymywaniem równowagi, przyjął to samo bujnięcie zupełnie inaczej. Siła odśrodkowa popchnęła go do tyłu, a zanim oparł się plecami o drzwi toalety, obsikał swoje jasne spodnie od kieszeni do stóp.
Po kilku minutach, kiedy się zapiął i jako tako powycierał, dyskretnie otworzył drzwi i wystawił głowę wraz z prawą ręką wykonującą w stronę stewardesy rozpaczliwe gesty, mające na celu jej przywołanie. Kasia przez dobre dwie minuty udawała, że nie widzi, po czym spojrzała w jego stronę z pytającym uśmiechem. Rozpacz gestów przybrała na sile. Kiedy podeszła, drzwi toalety przymknęły się tak, że wystawała z nich tylko twarz grubasa. Bez cienia wcześniejszego entuzjazmu.
– Ma pani jakiś koc? – szepnęła twarz.
– Zimno panu? – zatroskała się Kasia.
– Nie. To znaczy tak. – Grubas uznał to za dobry pretekst.
– Proszę wrócić na swoje miejsce – oznajmiła Kasia słodko. – Zaraz przyniosę.
– Nie – jęknęła twarz błagalnie. – Tu. Tu bym chciał, żeby pani przyniosła.
Kasia zrobiła minę z serii: „Ależ naturalnie, nie dziwimy się żadnym prośbom naszych drogich pasażerów i ochoczo je spełniamy”.
Dalszą część lotu wodzirej przesiedział cicho i pokornie w swoim fotelu, wzbudzając wyraźną sympatię Hinduski z sąsiedniego rzędu, równie szczelnie aż po kostki owiniętej sari.
Kasia uśmiechnęła się na wspomnienie kapitana J., wracając do rozmowy z Kubą.
– Kiedy jedziesz do Jerozolimy?
– Rano. Właśnie widziałem w telewizorze na lotnisku gigantyczny korek na autostradzie numer jeden. Nie zamierzam w nim tkwić. Zaraz pożyczę samochód, podjadę do tego zajazdu koło Ramli, wiesz – opowiadałem ci, jak go lubię – położę się wcześniej spać i wyruszę zaraz po śniadaniu. Stamtąd mam już niecałe pięćdziesiąt kilometrów.
– Dobry plan – uznała Kasia. – Uważaj na siebie.
– Tak będzie – przyrzekł. – Tęsknię za tobą.
– Ja też – szepnęła. – Kuba...
– Tak?
– Ta nowa sprawa w Jad Waszem... Nie ma w niej nic niebezpiecznego, prawda? Mogę być całkowicie spokojna?
– Oczywiście – zapewnił, mając nadzieję, że jej nie okłamuje.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[*] Tajemnicę Chrztu Warneńczykai poszukiwań obrazu przez Jakuba Kanię czytelnik znajdzie w powieści 444.