Читать книгу Sonia - Magdalena Louis - Страница 7
czas
przeszły
dokonany
ОглавлениеWracaj, Marysiu, do Polski, jak chcesz jeszcze zastać matkę żywą.
1.
Z Nowego Jorku do Montrealu jedzie się siedem godzin. Trzysta siedemdziesiąt mil podróży urozmaiconej bezmyślnym oglądaniem krajobrazów porzucanych wraz z prędkością. Włożyłam otwarte dłonie pod pachy i przytuliłam głowę do chłodnej szyby. Mężczyzna siedzący obok wzdychał, rozpierał się na siedzeniu, jego kolana rozchylały się coraz szerzej i było go coraz więcej. Szykował się do rozpoczęcia rozmowy, odwracał głowę i czekał, kiedy na niego spojrzę. Gdy schylał się do podręcznej torby po walkmana, zerknął na mnie ukradkiem. Rozplątał kable, założył słuchawki i zastygł. Trzaski przeszły w muzykę, perkusja waliła rytmicznie, żeński głos śpiewał o zawiedzionej miłości. Doskoczył do mnie zaraz po wyjściu z autokaru, jak tylko dotarliśmy do portu. Siedząc blisko, nie czuł się zbyt pewnie, tłum rozpychających się pasażerów dodał mu odwagi. Szedł obok mojego ramienia i zadawał wszystkie te pytania, które przygotował sobie podczas podróży. Jak długo „siedziałam” w Ameryce? W jakim mieście? Gdzie będę mieszkać w Polsce? Po co wracam? Dlaczego sama? Czy się boję? On ma zieloną kartę, więc może sobie teraz podróżować w tę i z powrotem, na każde święta, uroczystości rodzinne, nawet bez okazji, jeśli mu się tylko zachce. Doczekał się, teraz wszyscy mogą go pocałować, żadnej łaski już nie potrzebuje od głupich Amerykanów. Płynie do Polski na dłużej, bo musi na wsi znaleźć dziewczynę, z którą się ożeni, planuje pomóc bratu w budowie domu dla dwóch rodzin i chce spędzić trochę czasu z rodzicami, którzy starzeją się dużo szybciej niż amerykańskie dziadki grzejące stare kości na Florydzie.
– Batorym będę pływał, zawsze mi się to marzyło, na statek można zabrać dużo gratów, a ja z Ameryki wszystko wożę do Polski. Teraz bratu wiozę wieżę stereo hi-fi na dwie kasety, głośniki można odczepić i osobno postawić.
– Spiesz się, to jest ostatni rejs Batorego z Montrealu do Polski.
Chłopak ściągnął usta w mały dzióbek. Wielki, garbaty nos opadł jeszcze niżej.
– Ostatni? To gdzie teraz będzie pływał?
– Może ktoś go na hotel kupi albo na żyletki przerobi, nie wiem.
– Jak żyletki? Dlaczego żyletki? To jeszcze całkiem dobry statek… – Jego oszczędną i praktyczną głowę zadziwił fakt, że coś, co jeszcze widocznie się nie rozpadło, może być przeznaczone na złomowanie. – Ja tu nic nie widzę, żeby do rozbiórki – powiedział, dłubiąc kluczykiem w uchu. Zanim doszliśmy do statku, zdążył się pochwalić, że w Gdyni czeka na niego samochód zakupiony za dolary. Szwagier przysłał mu kluczyki do wozu w ostatniej chwili, wiedział, jak bardzo mu zależało, żeby z tymi kluczykami w kieszeni płynąć do Polski. Chciał mieć pewność, że auto na niego czeka, brązowe volvo. Przyjrzał się odrobinie wydłubanego z małżowiny wosku, wytarł go w spodnie. Zrobiło mi się niedobrze.
TSS Stefan Batory w montrealskim porcie wyglądał jak Kopciuszek przed przyjściem dobrej wróżki. Ostatni w rzędzie zacumowanych, najniższy, najchudszy, bezbarwny, jakby pełnił funkcję zaplecza naprawczego. Służący na usługach pięknych i bogatych, przede wszystkim młodszych. Zakupiony od Holendrów w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku dla Polskich Linii Oceanicznych za całe trzy miliony dolarów, zastąpił staruszka MS Batorego. Był to dobry zakup secondhand, kto by nie chciał w swojej flocie liniowca o burzliwej przeszłości?! Już na samym początku oceanicznego życia, w gęstej mgle zderzył się z francuskim statkiem, uszkadzając sobie dziób. Bolało. Po serii napraw pływał dalej, ale jego pechowa karta nie chciała się odwrócić. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim roku, płynąc do niemieckiego Bremerhaven, zboczył z wyznaczonego toru wodnego i rozpruł sobie brzuch o wraki dwóch zatopionych statków: angielskiego frachtowca Harborough i sowieckiego Kholmogory. Udało się szczęśliwie ewakuować pięciuset pasażerów, ale statek powędrował do stoczni na dwa miesiące. Ostatecznie gwałtowny wzrost popularności transportu lotniczego przyspieszył decyzję o pozbyciu się pechowego statku. Holland America Line dobiło targu ze stroną polską i liniowiec Maasdam został przekazany Gdyni i ochrzczony po raz drugi. Nadano mu nowe imię: Batory. Przerobiony, odrobinę unowocześniony, odmalowany na galowo wypłynął w swój pierwszy rejs w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku z Gdyni do Montrealu. Służył wiernie, przewożąc przez Atlantyk turystów, robotników, Polonię, średnio zamożne podstarzałe Amerykanki, dla których rejs był jedną z tańszych form wakacji, oraz polskich artystów wszelkich scen, przez prawie dwadzieścia lat. W czerwcu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku z coraz większym mozołem miał przepłynąć przez Atlantyk, wioząc mnie, Marię Hamerę, do domu.
Pasażerski terminal Iberville w Montrealu nie zapisał się w mojej pamięci. Jeśli coś wspominałam po latach, to ciepłe i gęste krople robiące błoto w oczach oraz natręta z plikiem dolarów w kieszeni dżinsów, który psuł mi każdą minutę pożegnania z Ameryką. Czekaliśmy obstawieni bagażami, pękate torby opierały się o kolorowe walizeczki i sportowe plecaki, każdy inny. Właściciele piętrzących się waliz nie byli już emigrantami nielegalnie pracującymi w rzeźniach, restauracjach, fabrykach, żydowskich domach czy przy usuwaniu azbestu z dachów budynków – byli pasażerami liniowca, przeszli błyskawiczną przemianę w drodze do Kanady. Wszystko się już u nich zmieniło, wyraz twarzy i postura, stali się wyżsi, bogatsi. Zapamiętaj ten moment, mówiłam sobie, mżawkę, kłęby chmur nad głową, mężczyznę dzwoniącego kluczykami od volva, nawet rozczarowanie statkiem. Zapamiętaj, bo tym się kończy twoja luźna znajomość z lepszym życiem.
– Mały ten Batory… – Pan Volvo poczęstował mnie gumą do żucia Wrigley’s. – Dziadek kiedyś płynął, mówił, że klasa światowa, a tu jakaś, kurde, szalupa… No nie?
– W porównaniu z pozostałymi, faktycznie, kuter rybacki.
Trzymałam torebkę i parasol w jednej dłoni, w drugiej papierosa, starałam się nie patrzeć mu w oczy.
– Podobno wszystkie drinki są po dolarze, rozmieniłem sobie pięć dych na drobne i tyle mogę przepić, ani centa więcej. – Poklepał się po udzie. – Jedzenie jest za darmo, dancingi codziennie, może nie będzie tak źle…
…
– Zobaczymy…
– Dwa tygodnie to można nawet w kiblu na haku przewisieć… – Uśmiechnął się.
Miał krzywe zęby, przebarwione od tytoniu, naturalnie brzydkie. Odruchowo oblizałam swoje, wyleczone, wyprostowane drutem, mogłam tym doskonałym zgryzem reklamować pastę do zębów. Mój jedyny atut.
– O! – krzyknął. – Otwarli, będziemy wsiadać!
Skorzystałam z zamieszania, jakie wywołało pojawienie się marynarzy, i uciekłam.
Oficerowie w granatowych mundurach witali nas u szczytu schodów. Nie wszyscy przystojni i szczupli, eleganckie wąsy zdobiły okrągłe twarze, wypielęgnowane dłonie mechanicznie wysuwały się spod mankietów. Kłaniali się, lekko tylko odchylając od pionu, oceniali naszą przynależność klasową. Bilet wręczyłam najwyższemu z trójki. Ten bilet palił mnie w dłoń, opłacony przez ojca rejs miał wyrównać rachunki między nami. Jego nieobecność w moim życiu kosztowała go parę stówek. W dolarach.
Dostałam standardową kajutę, ciasną, spartańsko wyposażoną, z niedomykającymi się drzwiczkami od szafki, które przez wiele dni miały budzić mnie w nocy swoimi spotkaniami i rozstaniami z magnesem schowka. Rozłożyłam kosmetyki na stoliku, układając rząd szminek obok kolorowych kredek. Pastę do zębów przytuliłam do szczoteczki, grzebień przy dezodorancie, perfumy ustawiłam pośrodku, aby nadać trochę godności przedmiotom leżącym na wznak. Dla współpasażerki podróży zostawiłam łóżko górne, kto pierwszy, ten śpi na dole.
Czekałam w kajucie na towarzyszkę przeprawy atlantyckiej, robiąc nieobecnej trochę miejsca na podłodze i szczeblach drabinki. Niech się rozwiesi, może zechce zmienić suknię do pierwszej kolacji? Trudno mi było wyobrazić sobie jakiekolwiek przebieranie się na tym maleńkim metrażu. Nie byłam kobietą szczególnie elegancką, nie sprawiało mi problemów wkładanie ubrań, siedząc czy leżąc, nie żyłam dotąd przed lustrem, nie musiałam zaczynać na statku. Kajuta na Batorym była wielkości hotelowego łóżka. Przymierzyłam się do posłania, materac nieco już wymoszczony uginałam łokciem i piętą, aż zupełnie się poddał. Odprężyłam wszystkie mięśnie, obce zapachy pościeli, kudłatego koca i niedbale zgarniętego kurzu weszły przez nos, zakręciły się niechętnie i opadły. Statek wypłynął z portu.
Otworzyłam oczy, gdy było całkiem ciemno. Przez chwilę wydawało mi się, że jestem w swoim pokoju, który dzieliłam z siostrą Sonią aż do dnia mojego ślubu z Markiem. Wersalka stała pod oknem, rozkładany fotel, na którym spała, ona ustawiłyśmy w kącie, blisko drzwi, żeby mogła biegać w nocy do toalety, nie budząc mnie. Nasłuchiwałam. Sonia często majaczyła przez sen. Gdzie jesteś, dziewczynko? Gdzie teraz jesteś?
Ostrożnie stanęłam w rozkroku, przytrzymując się drabinki. Nie kołysało. Gdyby nie dziwne trzaski i szumy, pomyślałabym, że stoimy w miejscu. Posłanie górne pozostawało puste, maleńka kajuta będzie tylko moja przez następnych kilkanaście dni. Cieszyłam się, że zobaczę Londyn i Rotterdam, ładne miejsca, pełne zamożnych turystów biegających w wygodnych butach od zabytków do hoteli. Napatrzę się, ucieszę, a potem wszystko wygaszę, zaleję zimną wodą, zanim dotrę do Gdyni. Otworzyłam drzwi kajuty. Korytarz był pusty, wszędzie panowała cisza ludzka i hałas maszynowy. Statek powoli sunął Rzeką Świętego Wawrzyńca, nie uruchamiając pełnej mocy. Wracałam po dwóch latach, bez przekonania, że nieobecność w Polsce była obecnością gdzieś indziej, ale nie spodziewałam się, że najgorsze dopiero przede mną.
2.
Ojciec porzucił matkę w dzień Bożego Narodzenia, stare przeszło w nowe, bez gry wstępnej. Trzy dni przed Wigilią, pod osłoną nocy wyciął dorodnego świerka w lesie, bez niczyjej pomocy przytroczył drzewko do dachu samochodu, przetransportował na klatkę i wydźwigał na piętro, zaśmiecając igłami schody. Jak zawsze, ale po raz ostatni. Mama nie była zadowolona, ustalili wcześniej, że czas kupić sztuczną choinkę i nie dokładać do przedświątecznej krzątaniny jeszcze jednego obowiązku, jakim była kradzież świerka. Ojciec postanowił inaczej, przygotował też dla swych córek, piętnastoletniej Marysi i dziewięcioletniej Madzi, którą nazywaliśmy Sonią, drogie prezenty. Niczego nie skonsultował ze swoją żoną, wspólnota, jaką mieli przez siedemnaście lat, właśnie się kończyła.
Nasze trzypokojowe mieszkanie bez balkonu przypominało sanktuarium. Kiedy zaczęłam odwiedzać koleżanki w ich mieszkaniach, dziwiłam się umiarkowaniu, z jakim ich rodzice dekorowali ściany. Oprócz skromnych krzyżyków czy zdjęcia papieża, wisiały reprodukcje obrazów znanych malarzy, suszone kwiaty przyklejone pod szybą, ryciny, pejzaże, plakaty sławnych piosenkarzy albo proporczyki przypięte na słomiance nad łóżkiem. Z naszego mieszkania mama zrobiła Galerię Wszystkich Świętych. Z obrazów gęsto rozwieszonych na żółtych ścianach obserwowały nas uważnie Maryjne i Jezusowe oczy. Przyczajone pomiędzy opadającymi paprotkami śledziły ruchy i odruchy członków rodziny Hamerów. Gdziekolwiek by się stanęło, przy wersalce, obok stołu czy w przedpokoju, smutne oczy skierowane były na nas. Pan Jezus Cierpiący wisiał w dużym pokoju, gdzie toczyło się nasze rodzinne życie, jego krew kapała spod cierniowej korony wprost na obrus, do talerzy, na książki i zeszyty szkolne. Święty żywot zaczynał się w koszmarze bezdomności betlejemskiej, kończył trzydzieści trzy lata później, po zmierzchu, na kawałku drewna postawionego na sztorc. Takie losy Boga-Człowieka opowiadały nasze obrazy.
Dociekliwość Soni w sprawach religijnych mama uważała za bluźnierstwo, nie umiała wytłumaczyć swojej młodszej córce, dlaczego niedobrzy ludzie zamęczyli Pana Jezusa za nas i przez nas, skoro nas jeszcze wtedy nie było na świecie. Soni nie było, tymczasem ksiądz na religii twierdził, że krzyż, na którym umarł Jezus, zbudowany został z drzazg jej grzesznych uczynków. Mimo że Ojciec Niebieski stworzył nas w Raju z dobrej gliny, starannie ulepił niewinne nóżki i rączki, utoczył główki umiejące decydować oraz serduszka zdolne do miłowania i wybaczania, nas uparcie ciągnęło w stronę Piekła. I od Piekła potrzebowaliśmy zbawienia, dlatego modlitwą należy zaczynać dzień i modlitwą kończyć. Wieczorem modliłyśmy się wspólnie. Mama wymieniała Ojca Niebieskiego wielką literą, głosem przejętym i pokornym, Matkę Boską głosem słodkim i czułym. Do Jezusa krępowała się modlić. Umierając, był od niej młodszy, obawiała się pewnie, że zwracanie się wprost do młodego i przystojnego mężczyzny jest nieprzyzwoite, więc omijała Jezusa w modlitwach. Zresztą co dojrzała kobieta, matka dwóch córek, może powiedzieć młodemu mężczyźnie? O co prosić, żeby się nie ośmieszyć? Na obrazie wiszącym w kuchni Pan Jezus podobny był do australijskiego surfera: brzoskwiniowa cera, włosy długie w odcieniu luksusowego blondu, pełne blasku jasnoniebieskie oczy, lekki wąsik i maleńka, elegancko przystrzyżona bródka na kształt litery W. Raz czy dwa poprosiłam Go o pomoc przed klasówką z matematyki, przekonana, że ma ścisły umysł i jeśli tylko mnie usłyszy, pomoże rozwiązać zadania. Matematyka była trudnym przedmiotem, nie była żadną królową nauk, tylko wariatką, której nie mogłam pojąć ani w podstawówce, ani w liceum, i tylko dzięki pomocy Jezusa-surfera udawało mi się zbierać naciągane tróje, żeby przejść z klasy do klasy.
Utkana z błękitu i łagodności Matka Boska pilnowała nas surowo. Jej obraz wisiał w małym pokoju pomiędzy meblościanką a oknem. Saletyńskiej Pani można było powiedzieć wszystko, powierzyć najwstydliwszą tajemnicę, wypłakać najgłębszy żal, przedstawić najśmielszą prośbę. Do niej zwracałam się częściej, ale nie biegałam pod obraz z drobnymi lamentami jak mama. Po prostu nie chciałam zawracać Jej głowy. Raz w tygodniu, przeważnie w sobotę, klękałyśmy z Sonią i mamą, aby odmówić Litanię do Matki Boskiej.
– Pocieszycielko strapionych, Wspomożenie wiernych – czytałam wezwanie, a Sonia mocnym głosem recytowała:
– Módl się za nami.
Sonia bardzo kochała Matkę Boską. Obie zazdrościłyśmy wybrańcom z Fatimy: Franciszkowi, Hiacyncie i Łucji, zastanawiając się, dlaczego właśnie im się objawiła. Czy te dzieci były wystarczająco mądre, żeby zrozumieć, co się do nich mówi? W jakim języku? Mogły coś przekręcić, dodać od siebie, dziecięca wyobraźnia jest jak plastelina, najdziwniejszy twór ulepi. Albo ta schorowana, niepiśmienna Bernadeta z Lourdes, czy nie można było wybrać lepiej?
– Matka Boska nie ukazuje się księżom, biskupom ani nawet papieżom, tylko dzieciom. Czy to nie dziwne? – zapytałam mamę, kiedy rano lepiłyśmy pierogi na Wigilię. Sonia podjadała farsz, ziemniaki zagniecione z białym serem i wysmażoną cebulką. Mama pozwoliła jej pierwszy raz wycinać szklanką kółka.
– Matka Boska dzieci kocha najwięcej. Bo są czyste i niewinne. Takie Mateczce najmilsze… – odpowiedziała po namyśle.
– Mnie też kocha? – Sonia naciskała szklankę. – Wie, gdzie jestem i co robię? Widzi to?
– Widzi i słyszy, pamiętaj o tym. – Mama wzięła okrągły plaster ciasta do ręki i łyżeczką nałożyła dokładnie odmierzoną porcję farszu. Szybkimi ruchami palców zacisnęła brzegi. Odłożyła gotowy pieróg na posypaną mąką stolnicę.
– Nie wiem, czy będą dobre… Ciasto mi za twarde wyszło.
– Mamusiu… widzi? – Sonia zsunęła się z taboretu i zajrzała jej w oczy.
– Pewnie, że widzi. Wszystko… nawet kiedy dłubiesz w nosie… – powiedziałam. Mama skarciła mnie za bluźnierstwo.
Podałam Soni pieniążek. Kto na niego trafi podczas Wigilii, będzie w przyszłości bogaty. Nie wiem, jak to działało, ale przez ostatnich kilka lat akurat na talerzu mojej siostry lądował szczęśliwy los, zjadała wielką furę pierogów, aby zwiększyć szansę wygranej. Mama wcisnęła dziesięć groszy w środek kulki z farszu, Sonia nie spuszczała wzroku z jej szczupłych palców, starała się zapamiętać, jakim ściegiem zostanie zaklejony. Nie miała szans, wszystkie pierogi lepione przez mamę były identyczne.
– Marysiu, zobacz, czy ojciec rozłożył stół, może trzeba przetrzeć?
Przyniosłam z szafy biały obrus. Mama kazała mi go wyprasować przed rozłożeniem. Nie był zmięty, ale dla niej gładkość kawałka materiału, na który stawiałyśmy wigilijne potrawy, była tak ważna, jak spowiedź w adwencie. Rozłożyłam na kuchennym blacie kraciasty koc, nakryłam ręcznikiem i włączyłam żelazko. Nie mieliśmy deski do prasowania. Ojciec zajrzał do kuchni, zameldował oficjalnie, że stół jest gotowy, i wycofał się. Sonia pobiegła za nim. Słyszałam, jak pyta, czy może jeszcze choć na chwilę włączyć telewizor, zanim usiądziemy do Wigilii. Powiedział nie, nie wypada, niech lepiej siada na parapet i wypatruje pierwszej gwiazdki.
Po odejściu, a raczej ucieczce ojca, pomyślałam, że Święty Józef, który tak rzadko występował na obrazach, bardzo by do naszej mamy pasował w charakterze jej drugiego męża. Mógłby śmiało zająć miejsce Mateusza Hamery, może ten sam numer buta nosili? Przemykałby ledwie widoczny drugim planem, mama miałaby prawo znów nosić obrączkę, współczucie sąsiadów zgasłoby gwałtownie, jak ognisko polane wodą. Zaczęłaby się zazdrość, bo która kobieta nie chce spokojnego, nieprzykuwającego uwagi męża, wracającego z pracy, zjadającego obiad i do wieczora zajmującego ręce prostą robotą? Na pewno każda w naszym bloku. Święty Józef doskonale znosiłby obecność dwóch córek, których nie spłodził. Miał doświadczenie w wychowywaniu nie swoich dzieci.
Wigilię tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku, jak wszystkie poprzednie, spędziliśmy w nabożnej ciszy, uprzejmie podając sobie miski i talerze z pierogami, kapustą, gołąbkami, ziemniakami bez omasty, nad którymi zderzały się widelce. Ojciec pił kompot z suszonych śliwek, nie chwalił smaków podawanych potraw, nie patrzył na nas, zamyślał się i powoli odpływał pod prąd. Ubrany odświętnie w szary garnitur i błękitną koszulę spiętą wzorzystym granatowym krawatem, wyglądał na zamożnego pana, który przebywał z przelotną wizytą u ubogich krewnych. Nie pasowałyśmy do niego. Najbardziej niedopasowaną postacią na tym świątecznym obrazku była jego żona Teresa. Podając do stołu, nie rozwiązała nawet fartucha, spod którego wystawał żółty sweter wycięty w serek, a kolana zakrywała ciemnobrązowa spódnica. Na nogach miała bambosze z szarego filcu. Biały, wykrochmalony obrus, troszeczkę tylko poplamiony na środku, wydawał się bardziej elegancki niż ona. Zobaczyłam to tak wyraźnie po raz pierwszy, to ich niedopasowanie, nie przeczuwając, że tę Wigilię pamiętać będę przez wiele lat z wielu innych powodów. Tego roku Sonia dostała łyżwy, ja gitarę. Byłam sześć lat starsza od siostry, trudniej mnie było oszukać. Drogi prezent pod choinką nie mógł być nagrodą ani wspaniałą niespodzianką, jedynie czymś, co miało upamiętnić ten dzień. Przeprosiny za nieobecność, może pierwsza prośba o wybaczenie. Mama nie pozwoliła Soni przymierzyć łyżew, podniesionym głosem wymieniała szkody, jakie może wyrządzić zakładanie ich w domu. Przede wszystkim porysuje parkiet, a parkiet w naszym mieszkaniu był „ziemią świętą”, po której lepiej nie chodzić, mimo że prawie w całości przykryty był dywanami i nic mu nie groziło. Sonia skuliła się, przyłożyła różowy policzek do matowej skóry i przetarła palcem ostrze. Po chwili zaczęła głaskać swój prezent niczym kota, byłam pewna, że jak tylko posprzątamy po Wigilii, nie wytrzyma, zniknie w pokoju i będzie przymierzać figurówki. Nigdy otwarcie nie przeciwstawiałyśmy się woli mamy, ale robiłyśmy swoje. Moja gitara była mała i zgrabna, pachniała nowością. Ułożyłam ją na kolanach, jedną ręką trzymałam od spodu gryf, drugą objęłam struny, obserwowałam rodziców oddalonych szerokością stołu.
– Ja nie wiem, skąd ty na to wziąłeś? Takie prezenty… Po co? Ile czasu będziemy to spłacać? – Mama zbierała talerze obrażonymi ruchami dłoni. Jej nadgarstki wyginały się we wszystkie strony, zdawało mi się, że słyszę trzask łamanych kości. Sonia odłożyła łyżwy, zapytała tatę, czy ma jakiś upominek dla mamy.
– Prezenty kupuje się dzieciom, wasza mama jest już duża, za duża…
Wtedy mama na niego spojrzała, zatrzymała machinę sprzątającą, pozwoliła ruszyć wątpliwościom. Miała je. Od kilku miesięcy wokół niej działy się nietypowe rzeczy, jedne całkiem drobne i mogła ich nawet nie zauważyć pochłonięta codziennością, ale zdarzały się też większe. Głuche telefony, wyjazdy wieczorne, zapachy na ubraniach, obce, choć wąchając je, nie czuła kobiety, tylko cudze podniety. Przyłapałam mamę na wąchaniu koszul ojca, ale nie zdobyła się na szczerą rozmowę, powstrzymywał ją strach i wstyd, dwa oceany, dwie głębie nie do pokonania. Przeczekać, nie drążyć, nawet gdyby coś-gdzieś, uznać za stan przejściowy i godnie milczeć. Mama wiele sytuacji potrafiła sobie wyobrazić, ale nie taką scenę, kiedy ona siada z mężem przy ławie i pyta wprost, czy do jakiej innej baby nie chodzi. Gardło zdusiłoby takie pytanie po pierwszej sylabie. Mateusz Hamera umykał, a Teresa Hamera zatykała oczy i uszy. Raz jeden, miesiąc przed ostatnimi wspólnymi świętami, zaniosła dolara do kancelarii parafialnej i dała na mszę.
– W jakiej intencji, mamo?
– Za rodzinę, po prostu za rodzinę.
Nogawki piżamy Soni kończyły się nad kostkami, ja ubrana w różową koszulę nocną ozdobioną falowanym kołnierzykiem przykucnęłam obok tych nogawek, słuchając pożegnalnej mowy ojca. Powiedział, że wyjeżdża na bardzo, ale to bardzo długi czas, w miejsce, nie dość że dalekie, to jeszcze sekretne.
– Nawet gdybym chciał, niestety, nie mogę wyjawić dokąd.
Ojciec pracował w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego, wyjeżdżał na targi do Poznania, w delegacje do Łodzi, Kalisza, miejsca, które Sonia z łatwością wskazywała na mapie. Nie miał nawet paszportu, dlatego nie wydawało mi się prawdopodobne, że nagle wyruszy w podróż dookoła świata z brązową walizeczką w dłoni. Neseser wyprodukowany w NRD dostał na prezent od pracownic przedsiębiorstwa, miał prawo go sobie wynieść z matrymonialnego domu. Sonia bardziej żegnała ten neseser niż ojca. Pojedzie, wróci, przywiezie zagraniczne upominki, będzie miała czym chwalić się w szkole.
Mama gotowała rosół na bożonarodzeniowy obiad. Taką mieliśmy tradycję, jedliśmy świeżo ugotowany rosół z kury i resztki z Wigilii. Zajęta pilnowaniem bulgocącego wywaru z jarzyn, nie wyszła do przedpokoju patrzeć na koniec rodziny Hamerów. Ojciec głaskał nasze grzywki, uroczyście prosząc, abym zaopiekowała się młodszą siostrą podczas jego nieobecności. Nikomu nie powierzył opieki nade mną. Sonia oparta o ścianę, niepewna znaczenia tej sceny, szukała u mnie znaku, czy jest dobrze, czy całkiem źle. Kiedy ojciec wkładał kożuch, poszła do kuchni po mamę.
– Mamo, chodź, tatuś już wychodzi…
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.