Читать книгу Droga do Achtoty - Małgorzata Klunder - Страница 10

Оглавление

Rozdział II

Czy zostanie gwiaździsty dyjament

Z początkiem października Ela zaczęła chodzić na uczelnię, co bardzo jej się przydało, bo z tęsknoty łaziła po ścianach. I co z tego, że codziennie rozmawiała z Davidem na Skypie? Pomagało tylko trochę. Co prawda byli umówieni, że na Boże Narodzenie Elka przyleci do Cardiff i wtedy oficjalnie zostanie przedstawiona całej rodzinie, ale tak czy inaczej, oznaczało to dwa i pół miesiąca czekania!

Na razie była na bieżąco informowana o sprawach dotyczących konwersji narzeczonego. (Ha! Narzeczonego! Jak to pięknie brzmi!). Zgodnie z przewidywaniami Brendan nie zgłosił żadnych zastrzeżeń, mało tego, jego dysputy z tatą nasiliły się tak bardzo, że Ela zaczęła się zastanawiać: czyżby od początku chodziło im o sprawy religii i tak jak Janek ze swoimi uczniami po angielsku, tak i oni, dla większej dyskrecji, gadali sobie na te trudne tematy po walijsku? A jeżeli tak, to tacie nieomalże przypadła rola Tolkiena, który wszak nawracał Lewisa. W każdym razie David był na etapie regularnych kontaktów z katolickim proboszczem, który bardzo skrupulatnie wyznaczał mu kolejne konferencje. Czasami Elka aż się czuła zażenowana, bo David potrafił zadawać jej tak specjalistyczne pytania, że nie mogła sobie z nimi poradzić. O transsubstancjację na przykład. Wstyd powiedzieć, ale nie miała zielonego pojęcia, co to jest. Może go przekierować do taty, niech obsłuży całą rodzinę Bachów za jednym zamachem?

Na razie postanowiła edukować się intensywnie w angielskiej liturgii, w związku z czym odważnie pomaszerowała do Janka na mszę. Niech gada, co chce.

Jasiek nic nie gadał, a spostrzegawcza siostra bez trudu zauważyła, że jest jakiś przytłamszony, może nawet zdenerwowany, co doprawdy nieczęsto mu się zdarzało. Zabrała się z nim potem na plebanię; księdza Tadeusza nie było, bo pojechał kogoś tam odwiedzić; mogli gadać do woli.

– Janek, co się dzieje? – zapytała energicznie. Ostatnio czuła się jakaś taka starsza i poważniejsza, więc to ona zapytała jego, jakby różnica wieku pomiędzy nimi zaczęła się zacierać.

Jasiek westchnął. Dziwne, zawsze taki wesoły, a teraz wzdycha. Szkoła każdego potrafi wykończyć, ale żeby w miesiąc? Księdza Niziołka?

– Elka, bo już mi się we łbie gotuje od tej pedofilii – wyznał Jasiek prosto z mostu. – W każdej gazecie, na każdym kanale, w internecie, w lodówce… no ruszyć się nie można! – Fakt, i Ela, i mama miały tego serdecznie dość i uciekały od telewizora. Tylko tata katował się masochistycznie. – Dzieciaki w szkole na okrągło mnie o to pytają. W końcu im się odszczeknąłem, że odpowiadam za siebie, nie za innych, i jakby mnie na czymś złapali, to mogą ukamienować na szkolnym placyku.

– No i dobrze.

– Nie, Elka, niedobrze. Problem w tym, że ja jestem odpowiedzialny nie tylko za siebie. To jest mój Kościół i moja odpowiedzialność przed ludźmi za niego. W piątek jedna nauczycielka przywitała mnie słowami: „I co nowego u twojego kumpla?”. Wiesz, o kogo chodziło, prawda?

– Wiem, wiem! – Aż taka głupia Elunia nie była, tak zupełnie od telewizji przy tacie odciąć się nie dało. – Bez przesady, Pip, jak w Anglii Polak kogoś zabije, to mam się za niego wstydzić, bo jestem Polką?

– Ale trochę ci jednak głupio, prawda? A wiesz, co jest w tym najgorsze? Że zaczynam uważać. Jak ktoś jest ze mną sam na sam w klasie, to otwieram drzwi na korytarz. Spowiedź tylko w konfesjonale, żadnych rozmów w cztery oczy na plebanii. Ręce przy sobie, żadnego poklepywania po ramieniu. To jest chore, rozumiesz? Czuję się, jakbym miał się wyrzygać!

Elce było go serdecznie żal.

– Stary, nie przejmuj się, rób swoje…

– Niby robię. Jeszcze latem, jak byliśmy w górach, kilka tygodni temu dosłownie, wszystko było dobrze. Staliśmy w kolejce do łazienki, ja miałem na sobie swoją koszulkę z napisem… Czego się śmiejesz, głupia małpo?

– Nic, nic, przepraszam, jedź dalej!

– Podszedł do mnie chłopak i zapytał, czy naprawdę jestem księdzem czy tylko tak się wygłupiam. Jak potwierdziłem, to poprosił, żeby go wyspowiadać. Poszliśmy do jadalni, siedliśmy obok siebie w kącie i trwało to do późnej nocy. Do głowy mi nie przyszło, żeby uważać, dystansować się… A dzisiaj… Elka, dzisiaj bym się od niego odgrodził stołem i jeszcze tak usiadł, żeby wszyscy doskonale widzieli, że pomiędzy nami nic się nie dzieje! Bo gdzieś tam w podświadomości miałbym sygnał, że, bo ja wiem, może to podpucha, może jego koleś nagrywa mnie komórką i potem wrzuci do netu? To kretyństwo! Brzydzę się samego siebie, rozumiesz?

– Janek, słuchaj, rozsądek to nie kretyństwo. Debile się zdarzają i musisz być na to przygotowany. Jeszcze raz ci powiem: rób swoje, bądź taki jak zawsze, dobry, życzliwy… – Jasiek chyba się zarumienił. – A że będziesz trzymał odrobinę dystansu, to nic takiego, traktuj to jak, bo ja wiem, procedury, konwenanse, nie wiem, jak to nazwać…

– Mojaś ty mądra siostrzyczko, nie sądziłem, że potrafisz tak znakomicie poradzić, twój psycholog ma na ciebie piorunujący wpływ – zakpił Janek; jak to dobrze, chyba już mu zaczęło przechodzić. – Przepraszam, że ci tak wylewam swoje żale, nie powinienem.

– Czemu by nie? Od tego jest rodzina, żeby przytrzymać ci strzemię. – Słowa taty same wyleciały Eli z ust. Jasiek chyba znowu trochę się speszył, ale popatrzył na siostrę z uznaniem. – A skoro już sam wspomniałeś o moim psychologu… powiedz, co ty miałeś, względnie jeszcze ciągle masz do niego? – No proszę, rzeczywiście Ela robiła się przy bracie coraz bardziej stanowcza.

– Oj, Elka, sama musisz przyznać, że poszło to piorunem! Ile czasu wam trzeba było na podjęcie decyzji o ślubie? Tydzień? Góra dwa! To nie dziw się, że twoi bliscy patrzą na to nieco… sceptycznie.

„Tylko się nie wkurzaj” – pomyślała sobie Elka. „Rzeczowe argumenty, ot, czego tu trzeba”.

– Po pierwsze, David nie jest obcym człowiekiem. Jest synem najlepszego przyjaciela taty i znamy się z nim od dziecka. – Znali się, fakt! Shrewsbury wyleciało Eli z pamięci, ale doskonale odtwarzała epizod, jak ośmioletni Davidek straszył ją w ogrodzie pająkiem. – Po drugie, braciszku, powiedz mi, proszę, ile ty sam miałeś lat, kiedy postanowiłeś zostać księdzem?

Janek milczał chwilę, wreszcie uczciwie odpowiedział:

– Piętnaście.

Ela tylko się roześmiała.

– Kochany, i o czym my mówimy?! Ty jako piętnastolatek potrafiłeś podjąć taką decyzję i wytrwać w niej, a dwoje dorosłych ludzi nie ma prawa bardzo szybko dojrzeć do małżeństwa? Tak, tak, wiem, pojechałeś po maturze do Anglii, żeby pewne rzeczy przemyśleć. – Przypomniała sobie, co mówiła jej sto lat temu Gośka. – My też z Davidem będziemy czekać prawie rok. Jeżeli nasze postanowienia się nie zmienią, czy nie będzie to świadczyło o ich dojrzałości? I jeszcze coś ci powiem – podniosła głos, nikt jej nie mógł w tej chwili powstrzymać – bo masz to na twarzy wypisane, tylko przez gardło ci nie może przejść, kabotynie jeden: nie spaliśmy ze sobą, jasne?! To ja, rozumiesz, ja raz mu zaproponowałam, żebyśmy nocowali pod jednym dachem, ale on był rozsądniejszy ode mnie i od razu mówił nie. Więc odczep się od niego i zaufaj nam! – Chciała dodać „do cholery!”, ale się powstrzymała, bo i bez tego wygrała w cuglach. Takie przynajmniej miała wrażenie.

Wtedy ten drań złapał ją w ramiona i wychlipał:

– Moja mała dziewczynka dorosła i poszła mordować ludzi! – A ona pomyślała, że rzeczywiście zadusi swojego najdroższego braciszka na miejscu. Kanalia sparodiował smoka Mushu z Mulan i postawił kropkę nad „i”, za jednym zamachem obśmiewając niegdysiejsze siostrzane fascynacje i wytrącając jej oręż z rąk!

Ale oczywiście długo nie mogła się na niego boczyć. Poza tym skoro atmosfera zrobiła się taka bardziej jak niegdyś na Roztoce, chociaż teraz Elka była nieskazitelnie trzeźwa, można było wypytać o pewne rzeczy.

– Pip, słuchaj… Powiedziałeś, że miałeś piętnaście lat. To znaczy kiedy? Po tej lekcji polskiego?

– W zasadzie tak, trudno powiedzieć, Elciu. Ze mną było tak trochę dziwnie, pamiętasz, jak próbowałem wam z Gośką tłumaczyć? Najpierw się zdecydowałem, chyba można tak to w uproszczeniu powiedzieć. Potem przez lata to we mnie rosło, dojrzewało. A do Anglii pojechałem, żeby się sprawdzić. Żeby się przekonać, czy potrafię żyć sam, bez was, bez Merry’ego. Nigdy wam nie mówiłem, ale przez pierwszy miesiąc było mi bardzo trudno, chociaż mój szef był w porządku, nie dokuczał, nie czepiał się, że coś tam źle zrobiłem, tylko tłumaczył. No i mogłem sobie pograć, to też mi pomagało.

– Janek… A przez ten cały czas nie spotkałeś żadnej dziewczyny, która by ci się podobała? – No proszę, bez alkoholu też można zadać takie pytanie!

– To nie tak, Elka. W szkole miałem fajne koleżanki, nigdy przed nimi nie uciekałem, umiałem porozmawiać. – Pewnie, że umiał, i to jeszcze w muzycznej, a potem w piątce; zawsze byli z Merrym lubiani, przez dziewczyny i przez chłopaków. – W Lewes pracowały ze mną takie dwie bardzo sympatyczne kelnerki. Były ładne, miłe… i tak, podobały mi się. Tyle tylko, że nie myślałem o nich jako o kandydatkach na dziewczynę, na narzeczoną, rozumiesz? Po prawdzie, to nie kosztowało mnie aż takiego wysiłku – Janek uśmiechnął się szelmowsko – bo one były starsze, a ja dla nich trochę za smarkaty. Ale też nie szukałem tego rodzaju znajomości, w ogóle w to nie wchodziłem.

– Jak cukrzyk?

– Co takiego?!

– No, cukrzyk nie może jeść słodyczy, bo mu szkodzi.

– Nie, co ty, jeżeli już można to do czegoś przyrównać, powiem ci tak: jak pianista, który powinien umieć sobie odmówić jazdy na nartach.

Ooo, Jasiek sam z własnej woli poruszył bardzo delikatny temat!

– Pip, ty sugerujesz, że twoje decyzje to była ekspiacja za tamten wypadek?

– Nie, to też nie tak. To nie byłaby dobra motywacja: za pokutę. Tak nie można. Ale niewykluczone, że gdyby Merry wtedy się nie rozwalił, gdybyśmy nie odeszli razem z muzycznej, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. A tak… oj, Elciu, nie masz pojęcia, jak ciężko mi się o tym mówi… Chyba po prostu otworzyły mi się oczy na pewne sprawy, tak po ludzku mówiąc, bo nie chcę ci tu truć księżowskim slangiem.

– Może powiedz jak porucznik Dan do Forresta Gumpa?

– Że spotkałem Jezusa? – Jasiek chwycił od razu i uśmiechnął się, Forresta Gumpa oglądało się na Pamiątkowej na okrągło. – Może być. To jedna strona medalu. Z drugiej strony masz rację, że ja cały czas mam poczucie winy za Merry’ego…

– Ty? To przez ciebie?

– W dużej mierze tak, siostrzyczko. Rodzice Merry’ego pozwolili nam zjeżdżać tylko niebieskim szlakiem, to wiesz. Dwóch kretynów nie uważało, pomyliło się. Tak bywa. Ale jak tylko zobaczyliśmy, że jesteśmy na czarnym, trzeba było się wycofać, tylko że nam było nie honor. No i ja wtedy podpuściłem Merry’ego, powiedziałem coś w stylu: „A, dalej, jazda!”. Przybiliśmy piątkę i pojechaliśmy… Resztę już znasz.

– A Merry… kiedykolwiek… no wiesz… miał do ciebie żal?

– Nie, coś ty. On uważał, że wina była wspólna. A jego rodzice potraktowali to po prostu jak wypadek. Nikt mi złego słowa nie powiedział. I co z tego…

– Janek…

– Tak, siostrzyczko?

– W filmie amerykańskim by powiedzieli: „Nie dręcz się, to nie twoja wina, patrz przed siebie”. Ja ci powiem: Merry ma w tobie najlepszego przyjaciela i zawsze może na ciebie liczyć. Ciesz się z tego. Poza tym Merry przyszedł do piątki po Wiolę. Coś za coś.

– Oj, mała, chyba muszę przestać tak do ciebie mówić. Robisz się taka dorosła, faktycznie miłość ci służy!

– Dopiero teraz powinieneś tak do mnie mówić! – odszczeknęła się Ela łobuzowi, a widząc, że jej błyskotliwy braciszek tym razem jednak nie załapał, dodała: – „Bach” to znaczy „Mały”, nieprawdaż?

Wygrała, mogła zmienić temat.

– Jak już jesteśmy przy Merrym, to opowiedz, co u nich. – Rzeczywiście, nie pomyślała o przyjaciołach od wieków całych, chyba od maja, aż jej się wstyd zrobiło. Najpierw była sesja, potem pojechała do Cardiff, a jeszcze potem miała w głowie już tylko jedno.

– Mieszkają w takim śmiesznym mieszkanku przy Góreckiej, rodzina ich obdarowała. Merry robi najróżniejsze prace zlecone, muzykę do reklam, filmów dokumentalnych, dwa razy do Teatru Telewizji. Wiolka siedzi w firmie produkującej okna, ale będzie tam tylko do grudnia…

– Zwalniają ją?

– Nie. – Jasiek uśmiechnął się. – Idzie na urlop macierzyński.

– To czemu mi wcześniej nie mówiłeś?!

– Bo nie pytałaś! Miłość cię zaślepia…

– Janek, ty naprawdę nie chcesz przeżyć! I co, dziewczynka czy chłopiec?

– Nie wiem, oni też nie pytali, postanowili, że ma się to odbyć tradycyjnie. – Aha, po wyczynach Gośki nie mają zaufania do techniki! – Dobra, Elka, spadaj, muszę iść, wieczorną mszę też ja odprawiam, proboszcz wróci dopiero jutro.

– Cześć, Peregrynie, synu Roberta!

„Dobrze mieć takiego brata” – pomyślała Ela. „Od razu łatwiej się czeka”.

W domu natrafiła na Gośkę i Freda z Jagódką. Jej siostrzeniczka rosła w oczach!

Gośka pokazała ozdobny bilecik.

– Zobacz, co dostałam od starszych na urodziny!

Na karteczce widniał napis: „Talon na jeden z dowolnie wybranych produktów: a) książka Sławomira Cenckiewicza Wałęsa – człowiek z teczki; b) dwa bilety na film Andrzeja Wajdy Wałęsa – człowiek z nadziei + zajęcie się dzieckiem”.

Elka zachichotała.

– I co wybrałaś?

Gośka spojrzała na nią przeciągle.

– A jest w ogóle jakiś wybór?

– Próbowałem pertraktować o bilety na Grawitację Cuaróna – wtrącił Fred. – Wiesz, to ten gość, co reżyserował Więźnia Azkabanu. Podobno świetne efekty specjalne. Ale niestety nie było takiej opcji.

– No więc sama rozumiesz, przecież nie pójdziemy na ten produkcyjniak – dopowiedziała Gośka.

– A wy idziecie? – zwróciła się do mamy i taty młodsza córeczka.

Popatrzyli na siebie z niepewnymi uśmiechami.

– Jeszcze nie wiemy. To tak jak z flagą na trzydziestego pierwszego sierpnia – wyjaśniła mama.

Ela wiedziała doskonale, o co chodzi. Od dobrych kilku lat rano trzydziestego pierwszego sierpnia dochodziło między rodzicami do ognistej wymiany zdań. W tym roku trochę się hamowali ze względu na Davida, ale i tak było ich słychać, a ona musiała to wszystko tłumaczyć, w obu tego słowa znaczeniach. Spracowała się wtedy straszliwie, wreszcie poprosiła tatę, że jak już przekomarzają się publicznie, to niech on sam udzieli zięciowi merytorycznych wyjaśnień w bezbłędnej angielszczyźnie. Co też uczynił niezwłocznie i z satysfakcją:

– Moja żona twierdzi, że dzisiejsza Solidarność odeszła tak daleko od swoich korzeni, że nie ma sensu firmować jej poprzez wywieszanie flagi. Ja jestem zdania, że trzeba patrzeć historycznie i oddać hołd tamtym czasom i tamtym ludziom.

– Nie będę na siłę gloryfikować swojej młodości – skoczyła mama. – Mam wywieszać flagę tylko dlatego, żeby się lepiej poczuć? Trzeba umieć spojrzeć prawdzie w oczy: Bolek skakał przez płot, to jest, co ja gadam, właśnie nie skakał, a ja mam udawać, że nic się nie stało? Wytłumacz to, proszę, kochanie, Davidowi! – Po trzydziestu trzech latach pożycia z anglistą mama wszystko rozumiała i mówiła płynnie, ale w sytuacjach szczególnych zostawiała konwersację fachowcom.

Oj, spracował się ojczulek, spracował! W każdym razie rezultat jazgotania starszych był zawsze taki sam: flaga zostawała wywieszona. Więc pewnie teraz też pójdą do kina.

Mówiąc szczerze, Ela nie bardzo rozumiała ich obiekcje, to znaczy przede wszystkim Gośki i Freda, którzy na Wajdę mieli długie zęby.

– Gośka, a który film Wajdy ty najbardziej lubisz? – zapytała siostrzyczkę ze szczerością głupiego Jasia, z przeproszeniem Jana Peregryna.

Gośka prychnęła, ale zastanowiła się uczciwie i odpowiedziała:

– Ziemię obiecaną.

Taki wybór Elka rozumiała doskonale, chociaż Ziemia obiecana nie mieściła się w stylistyce romantycznej dwudziestolatki, bo była za bardzo drapieżna. Kiedyś, jeszcze w liceum, matka-matematyczka załadowała płytę do odtwarzacza i prawie przemocą usadziła Elę przed telewizorem w celu uzupełnienia rażących braków w ogólnym wykształceniu humanistycznym, jak to określiła nielojalnie wobec kolegi po fachu.

– Tylko uprzedzam od razu – powiedziała szczerze do bólu – film jest momentami obrzydliwy, a ja sama trzy dni nie jadłam, kiedy go pierwszy raz zobaczyłam!

Chyba była trochę za delikatna, oceniła po fakcie Elka. Owszem, pan Pszoniak rzygał tak sobie mało estetycznie, a ludzkie kotlety fruwające po hali z kołem zamachowym były hardkorowe, ale żeby zaraz trzy dni? A jak zniosła Szeregowca Ryana? No fakt, Szeregowiec Ryan i różne takie inne, chociażby te Wschodnie obietnice, były wiele lat później, mama miała czas, żeby okrzepnąć i przyzwyczaić się.

– Ja też, jak już mam wybierać – dołączył się Fred. – Jest tam parę dobrych kawałków, na przykład jak nie oddawać pieniędzy wierzycielom albo jak wylatywać z pracy, wrzuć sobie takie hasło na YouTube, zobacz, co ci wyskoczy!

– No! – przyłączyła się ochoczo Gośka. – Takie coś ekstra dla Davida, możesz mu to przesłać: wykład Moryca o wyższości katolicyzmu nad protestantyzmem! Cóż to za firma, protestantyzm, a? Papież, to jest firma! A czy ja idę do kościoła po to, żeby się denerwować? Jak ja się narobię cały tydzień, to ja potrzebuję odpocząć. Chcę pójść do ładnej sali, gdzie są ładne obrazy, ładna architektura, ładna ceremonia… kawałek ładnego koncertu…

– Chcesz w łeb? – warknął mały drapieżnik i zwrócił się do rodziców. – A wy pewnie coś z waszych czasów? Popiół i diament?

Mama popatrzyła na córcię przeciągle.

– Twoim zdaniem ile ja mam lat, co? Za naszych czasów to był Człowiek z marmuru. Ale rzeczywiście, Popiół i diament stawiałabym w czołówce.

Dla Eli Popiół i diament był kompletnie przedpotopowy, jak Gérard Philipe (sprawdziła w Wikipedii!); nie lubiła filmów biało-czarnych, główny bohater zupełnie do niej nie przemawiał, a grający go aktor był taki jakiś… niedzisiejszy, teatralny. Jak już miałaby na coś postawić, wybrałaby filmy najnowsze, Pana Tadeusza albo Katyń.

– Mamo, a co wy z tatą o tym myślicie. – Przy okazji coś chciała sobie wyjaśnić. – W „Do Rzeczy” było napisane, że Wajda na każdym etapie swojego życia uskuteczniał kolejny produkcyjniak. – Gośka też użyła tego słowa. – I że w Popiele i diamencie napluł w twarz żołnierzom wyklętym, bo dał do zrozumienia, że ich miejsce jest na śmietniku historii.

– A to akurat bzdura do kwadratu – burknęła Gośka. Gośka? Dobrze usłyszała?! Jej siostrzyczka z nożem w zębach? – Maciek Chełmicki umiera na śmietniku, fakt. – Kto? Aha, główny bohater, Ela nie pamiętała nazwiska. – Ale niech mi kto pokaże, że Wajda się pod tym podpisuje! Co oni tacy prymitywni, środków wyrazu nie rozumieją? Nie wiedzą co to ironia? Parabola? Jak w Korczaku! Też filosemici porąbani Wajdę zgnoili, że fałszuje zakończenie, kompletni bezmózgowcy, nie chwytają symbolu?

„Za chwileczkę się zgubię” – pomyślała Ela. Przeskok od Popiołu i diamentu, który znała słabo, do Korczaka, którego z kolei nie miała siły obejrzeć do końca, był zbyt karkołomny na jej możliwości.

– Toteż później pierwsza kamera RP już nie eksperymentowała, tylko wypuszczała filmy poprawne politycznie, jak Wielki Tydzień – wtrącił Fred. – I lektury szkolne z pedofilem w roli głównej! Nie ma to jak solidarność zawodowa!

No to się Elunia zgubiła. Jaki pedofil? Pogłupieli wszyscy z tą pedofilią dzisiaj?!

Gośka zauważyła niepewną minę siostry.

– Zemsta, mała. I Polański w roli Papkina. No wiesz, Polański, ten reżyser, który nie może wrócić do Ameryki, bo by go od razu przyhaczyli za stosunki seksualne z nieletnią.

Elka już wiedziała. „Daleko odeszliśmy od żołnierzy wyklętych” – przemknęło jej przez myśl.

Na szczęście tata postanowił wrócić.

– Panowie z „Do Rzeczy” nie potrafią myśleć historycznie. – Ooo, ulubiona gadka taty! Zawsze tak było, jak tylko progenitura przepytywała go chociażby z inkwizycji albo o zdobycie Jerozolimy w pierwszej wyprawie krzyżowej, słyszała: „Myślcie historycznie!”, po czym następował wykład. – W pięćdziesiątym ósmym ludzie byli wdzięczni Wajdzie za przełamanie milczenia, a Cybulskiego ktoś zaczepił po premierze i powiedział mu: „Jak ja się cieszę, że pan jednak żyje!”.

– Byłam w drugiej licealnej, kiedy pan profesor od polskiego kazał nam iść na Człowieka z marmuru – dołączyła mama. – Wiesz, że babcia musiała mi parę spraw solidnie wytłumaczyć? – A jakże, wszyscy znali tę domową historię. Mama między innymi nie rozumiała, dlaczego przyjaciel Birkuta próbuje się na sali sądowej rozebrać. – Jeden z kolegów zgodnie z poleceniem napisał taaaką recenzję i odczytał ją z satysfakcją na lekcji. Wszystko tam było, i UB katujący ludzi, i wypadki na Wybrzeżu w grudniu siedemdziesiątego… Słuchaliśmy jak zaklęci, niby mówił rzeczy nam znane i oczywiste, ale pierwszy raz oficjalnie, na lekcji, rozumiesz? – Zamyśliła się. – Potem ten nauczyciel dostał po uszach.

– Ktoś doniósł?

– Nie, chyba nie, przynajmniej nie z naszej klasy. Raczej dyrektor na hospitacji zerknął do naszych zeszytów. W każdym razie Naszpanpolonista musiał się tłumaczyć w Wydziale Oświaty. Ale do matury nas uczył, wyleciał dopiero w stanie wojennym. W każdym razie nikt nie traktował tego filmu jako „licencjonowaną opozycję”, ani my, ani oni.

– A Człowiek z żelaza?

Mama pomyślała chwilę.

– Wtedy mi się podobał. Dzisiaj… tak sobie. Średnio – powiedziała szczerze. Oni oboje byli cholernie uczciwi, nie zełgaliby, nie wcisnęli kitu, że od początku uważali ten czy inny film albo książkę za łajno.

– Ale można go nazwać produkcyjniakiem tamtych czasów? – Ela była uparta.

– Jeżeli przez produkcyjniak rozumiemy film robiony na zamówienie, to tak – powiedział ku jej zaskoczeniu tata.

– A jeżeli jako naukę moralną, taką do przewidzenia z góry, i to łopatologicznie podaną, to też – sekundowała mama; proszę, jak się zgadzali! – Tylko powiedz mi, córeczko, czy Braveheart to produkcyjniak?

– No coś ty!

– A łopatologiczny do bólu. I do bólu jednostronny.

– Nieścisły historycznie! – wyskoczył tata. – Ale…

– …ale jesteś cały czas po stronie Szkocji, prawda? – dokończyła mama.

– I po stronie Amerykanów w Patriocie! – Gadali jednym głosem, jedno uzupełniało drugie. Patriotę Elka znała i chociaż „Wyborcza” dawała mu uparcie jedną gwiazdkę, bardzo jej się podobał. Nawiasem mówiąc, przez cały film nie mogła rozszyfrować, skąd zna aktora, który grał Pierwszego Złego, dopiero Gośka uświadomiła jej, że to Lucjusz Malfoy!

– Więc jeżeli chodzi o Wajdę, to niech się jeden z drugim nie zapierają tamtych emocji! – leciała dalej mama. – Łysiak taki ostry, taki bezwzględny… – O, mama weszła na swojego ulubionego konika! – …a zapomniał, co napisał na początku lat dziewięćdziesiątych w Najlepszym? Jak kreował Wałęsę na trybuna ludowego, jak przypisywał mu naturalny instynkt polityczny, chociażby w scenie opisującej zamach na papieża? Tak nawiasem mówiąc, papieża wtedy też zupełnie inaczej traktował!…

„Jak mama wejdzie na papieża, to do rana nie skończymy” – przestraszyła się Elka.

– To w końcu pójdziecie z tatą do kina czy nie? – zapytała pośpiesznie z prostotą godną Tuka.

– No pewnie, że pójdą – mruknęła Gośka. – Chociażby po to, żeby się przekonać. Co ty, swoich starych nie znasz? Czy oni sobie coś kiedyś dali wcisnąć na wiarę?

„No, kitu o Harrym na pewno sobie wcisnąć nie dali” – z dumą pomyślała Elunia.

– Tylko że ja się zgadzam z Gosią i Fredem, że stary Wajda… – Mama odrobinę przystopowała, chyba miała na końcu języka jakieś niecenzuralne słowo – …bardzo dba o poprawność polityczną i nie powie nic nieprzewidywalnego.

– Stary czy zawsze? – Ela koniecznie chciała to wiedzieć i wyjaśnić sobie wszelkie wątpliwości. – Bo w tym artykule było napisane, że od socrealizmu zaczął i tak samo skończył!

– Proszę bardzo, możemy sobie zrobić domowy DKF! – zaproponowała mama. – Co piąteczek jeden film, a potem dyskusja!

„Ale sobie narobiłam!” – jęknęła w duchu Elanor Piękna. „Piąteczek” to było jej hasło wywoławcze i oznaczało miłą wieczorną labę po tygodniu harówki. A teraz zamiast skoczyć gdzieś z Dominiką, będzie musiała oglądać starocie. Ależ ją wystawiła pani matematyczka!

– Chyba chcesz sobie wyrobić własne zdanie? – dodała jeszcze słodko rodzicielka.

Wtedy zadzwoniła komórka Freda. Fred spojrzał, uniósł brwi ze zdziwieniem i powiedział:

– Cześć, Janek, co jest? – Na co wszyscy obecni czujnie nadstawili uszu i Wajda momentalnie wyparował im z głowy.

Chyba jednak nic złego się nie działo; Fred słuchał, potakiwał monosylabami, w końcu dodał:

– OK, stary, załatwione, jutro po pracy do ciebie wpadnę i wszystko sobie uzgodnimy. – Odwrócił się do reszty i powiedział z zadowoleniem:

– No, będzie wesoło!

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Droga do Achtoty

Подняться наверх