Читать книгу Fombo, małpka i ja - Maria Juszkiewiczowa - Страница 5
FOMBO, MAŁPKA I JA.
Оглавление(Wspomnienia z Mandżurji).
Przyjazd nasz do Szuan-miao-dzy (co znaczy: mała świątynia pokryta szronem) został powitany bardzo serdecznie przez zamieszkałych tam nielicznie europejczyków, a to tembardziej, że dotąd żaden ze współpracowników ojca, który był inżynierem komunikacji na kolei Wschodnio-Chińskiej, nie sprowadził jeszcze do siebie rodziny. Byłyśmy więc, moja matka i ja, pierwszemi jaskółkami w zapadłej wiosce mandżurskiej 1 .
Wkrótce po przyjeździe zaprzyjaźniłam się z Fombo (właściwe imię było Fom-Pao, lecz dla skrócenia przezwaliśmy go Fombo), dwunastoletnim Mandżurem, wychowankiem mego ojca. Co nas najbardziej do siebie zbliżyło, to wspólne zamiłowanie do zwierząt. W domu było kilka psów i piękna syberyjska kotka Ma-dżong.
Ale największą nam sprawiło uciechę, kiedy otrzymałam w prezencie małpkę. Przysłał mi ją z Mukdenu (stolica Mandżurji) pewien „dao-taj” (generał), znajomy ojca. Była to przemiła małpeczka, jeszcze bardzo młoda i niezwykle wesoła. Pochodziła ona z rodziny „tcheli”, tak zwanych małp chińskich (makaki — grupa małp) bezogonowych, zbliżonych do małp człekokształtnych. Spoglądała na mnie i Fombo tak przyjaźnie, że polubiliśmy ją odrazu.
— Jak myślisz, Fombo, czy zgodzą się rodzice na trzymanie w domu małpki? — pytałam mego przyjaciela.
Ale, zanim Fombo zdążył mi odpowiedzieć, zawołano nas do pokoju matki, gdzie znajdował się i ojciec.
— Słuchajcie, dzieci — zaczęła mama — zostawiamy małpkę, ale pod warunkiem, że sami będziecie się nią opiekowali.
— Macie dbać o jej pożywienie i kąpać ją przynajmniej raz na tydzień — powiedział tatuś.
— Inaczej nie zniosłabym widoku zwierzątka zaniedbanego i źle traktowanego — rzekła mateczka, całując nas pokolei, kiedy uroczyście obiecywaliśmy dbać o nową wychowankę.
Pobiegliśmy do kuchni.
— Wan-li! — wołałam na kucharza — wydostań, proszę, zaraz ze śpiżarni kosz od owoców.
— A to panience na co? — pytał żółty jak cytryna Chińczyk.
Palił ulubioną fajkę i wcale mu się nie śpieszyło.
— To będzie łóżko dla małpki — tłumaczył Fombo, ciągnąc Chińczyka za rękaw.
— Psy... koty... teraz małpa... coraz to więcej roboty... — mamrotał „syn nieba” 2 , nie porzucając fajki ani wygodnego miejsca przy oknie.
Wieczorem małpka miała już jednak swoje posłanie, zakryte moją starą flanelową kołderką, którą wyprosiłam od matki, gdyż bałam się, by małpka w nocy nie marzła, choć działo się to na początku lata.
Otulona po sam czubek nosa, małpka spała zwykle tak mocno, że ledwie można ją było dobudzić na śniadanie. Jadała zawsze z nami przy stole. Miała swoje krzesełko, wysokie specjalnie dla niej zrobione. Z podwiązaną pod brodą serwetką siedziała grzecznie i cierpliwie czekała na swe dania. Najchętniej piła kawę z sucharkami. Z początku maczała palec i ssała go, później nauczyła się pić z filiżanki. Za owocami przepadała. W czasie jedzenia nigdy się nie naprzykrzała, jak to bywało z Ma-dżong.
Ponieważ małpka często w swoim języku wołała:
— „Hua!” — przezwaliśmy ją „Hua”.
To nawet brzmiało po chińsku.
Hua bardzo prędko przyzwyczaiła się do nas, Nie przywiązywano jej, ani też nie trzymano w klatce, była ciągle na swobodzie. Najczęściej spędzała czas w towarzystwie nas, dzieci. Lubiła się bawić w chowanego. Właziła pod krzesła, pod stół, w ogrodzie skakała po drzewach.
Razu jednego, uciekając przede mną, przesadziła mur i wpadła do kurnika.
— Fombo!.. Prędzej!.. Na ratunek! — wołałam rozpaczliwie.
— Co takiego?! — pytał zatrwożony mój przyjaciel, ukazując się jak cień z za krzaka róż.
— Ratuj Hua!..
— Gdzie ona?
— Wpadła do kurnika. Słyszysz, jaki tam harmider!
Chłopiec ze zręcznością lamparta wdrapał się na mur. Ja pobiegłam dookoła.
— Moja kochana małpeczko! — tuliłam po chwili wystraszoną Hua, którą podał mi Fombo.
— Bardzo cię gęsi poszczypały?
— Całe szczęście, że w zagrodzie nie było gąsiora! Ten stary złośnik z pewnością nie darowałby Hua — mówił Fombo, kiedy wracaliśmy do domu.
A Hua, obejmując mnie łapkami za szyję, coś po swojemu mruczała. Była bardzo podniecona.
— Zapewne opowiada o swoich wrażeniach w kurniku — śmiał się chłopiec.
Wtem małpka z moich objęć wskoczyła na ramię mego przyjaciela. Mrucząc znów coś po swojemu, lecz już innym głosem, gładziła chłopca po policzku i zaglądała mu w oczy.
— Dziękuje ci, żeś ją uratował — żartowałam.
— I ja tak myślę — odpowiedział mały Mandżur. — Małpa, a jaki ma rozum! — dodał po chwili.
* * *
Małpka niezmiernie lubiła Pongo, wielkiego brytana. Utrzymywała z nim bardzo przyjazne stosunki, pewnie dlatego, że on jeden z pośród psów nigdy na nią nie warczał ani nie szczekał. A Hua okropnie nie lubiła psich wrzasków. Zatykała sobie uszy i chowała się, gdzie mogła, żeby ich nie słyszeć. Kiedy Pongo był w dobrem usposobieniu, nosił ją na grzbiecie. Małpka przepadała za taką jazdą.
Pongo miał zwyczaj drzemać i wygrzewać się na słońcu. Hua o tem wiedziała. Siadała wtedy koło niego i wybierała pchełki z jego kudłatej szerści, albo drapała go za uchem. Robiła to z iście macierzyńską czułością.
Zato z Ma-dżong małpka była w wielkiej niezgodzie. Gdy się tylko spotkały, zaraz wybuchała między niemi gwałtowna kłótnia i bójka.
— Jak ci nie wstyd — karciłam kotkę, gdyż zgóry wiedziałam, że wina była po jej stronie.
Małpka, żywa jak rtęć, miała bardzo łagodne usposobienie. Pierwsza nigdy nikogo nie zaczepiła.
— Co ci szkodzi — mówiłam — że małpka pobawi się z twojemi kociętami?
Miała ich zaś prześliczną czwórkę.
— Wiem, że bardzo dbasz o dzieci, jesteś dobrą mamusią, ale nie można być tak zazdrosną! — starałam się przekonać kotkę.
Ma-dżong mruczała, tarła się o mnie, spoglądała na mnie, zmrużywszy ślepki, jakby chciała powiedzieć:
— Ty zawsze bronisz Hua. A ja tak nie cierpię tej szkaradnej małpy. Mało, że rusza moje dzieci, ale kiedyś i mnie obraziła. Czy pamiętasz, jak razu jednego — mruczała kotka — złapała mnie, gdy smacznie spałam na oknie. Chciała ze mnie zrobić niemowlę i próbowała mnie zawijać w brudne szmaty. A gdy zlekka dotknęłam pazurkiem jej obrzydliwego nosa, tyle narobiła wrzasku i jeszcze mi dała klapsa. Ja, pochodząca ze szlachetnego rodu kociego, miałabym to małpie wybaczyć!.. Cóżby na to powiedzieli moi przodkowie z lasu!
— Ależ to twoja wina — próbowałam tłumaczyć Ma-dżong.
— Daruj... ale nie zapomnę jej tego do końca życia.
I Ma-dżong odchodziła obrażona już i na mnie za to, że tak uparcie bronię Hua.
Z dorosłych małpka największą sympatją darzyła mego ojca. Bardzo lubiła, kiedy zabierał ją do siebie i pozwalał przyglądać się swej pracy.
Razu jednego ojciec miał pilną robotę. Musiał skończyć na oznaczony termin plan mostu. Ojciec całe dni i noce spędzał nad kreśleniem, a małpka często dotrzymywała mu towarzystwa. Pozostawało już niewiele do skończenia planu, kiedy pewnego ranka nagle zawezwano ojca na kolej. Przechodząc przez dziedziniec, ojciec spotkał służącego Lu i powiedział:
— Lu, proszę natychmiast sprzątnąć mój gabinet i zamknąć go na klucz. Ale pamiętaj, abyś nie ruszył planu — dodał ojciec surowo, gdyż wiedział, że Chińczycy są narodem bardzo ciekawym.
Ho, kapitana! — (Dobrze, panie). W Mandżurji każdego europejczyka nazywają „kapitanem”.
Poco mam się spieszyć — mamrotał Lu — patrząc za odchodzącym ojcem. — Praca nie wilk, do lasu nie ucieknie. A zresztą i bogowie na mnieby się pogniewali, że, będąc tak blisko domu, nie wstąpiłem na jedną fajkę. Ci „biali djabli” zawsze wynajdą jakąś pilną pracę — gadał do siebie leniwy Chińczyk, kierując się ku jednej z małych chatek, gdzie zamieszkiwała służba.
— Ej, stara, wstawaj! Dość już tego wylegiwania! — krzyczał Lu od progu, wchodząc do swego mieszkania.
— O, szlachetny mężu! Nie gniewaj się na swoją głupią Czao-cze... Już wstaję — odezwał się wylękniony głos kobiecy.
— Nic nie robisz, tylko fajki palisz — gderał pan domu, odbierając żonie fajkę, którą ta z namaszczeniem paliła.
— Jaka to wygodna rzecz te nasze „kany” — myślał sobie Lu, rozciągając się jak długi na jednej z ławek, ulepionych z gliny wzdłuż ściany i pokrytych matami plecionemi z gaolanu 3 .
Zaciągnął się kilka razy, puszczając wokoło obłoki odurzającego dymu, i po chwili się zdrzemnął.
Zbudziły go przeciągłe, smętne uderzenia dzwonu w pobliskiej świątyni.
— Która to godzina? — Ziewając, spytał żony, krzątającej się przy gospodarstwie.
— Dziesiąta, panie!
— Co,.. Nie może być!