Читать книгу Amerykańscy bogowie. Wersja autorska - Нил Гейман - Страница 12
ROZDZIAŁ
TRZECI
ОглавлениеKażda godzina rani. Ostatnia zabija.
stare powiedzenie
W recepcji motelu America siedziała szczupła młoda kobieta, która poinformowała Cienia, że przyjaciel już go zameldował, i wręczyła mu prostokątny plastikowy klucz. Miała bardzo jasne włosy i nieco szczurze rysy; cecha ta stawała się wyraźniejsza, gdy patrzyła podejrzliwie, i niemal znikała przy uśmiechu. Na Cienia patrzyła wyłącznie podejrzliwie. Recepcjonistka odmówiła podania numeru pokoju Wednesdaya, upierając się, że musi zatelefonować i oznajmić przybycie gościa.
Wednesday wynurzył się z pokoju na końcu korytarza i wezwał gestem Cienia.
– Jak pogrzeb? – spytał.
– Skończony – odparł Cień.
– Aż tak marnie? Chcesz o tym pogadać?
– Nie.
– To dobrze. – Wednesday uśmiechnął się szeroko. – W dzisiejszych czasach zbyt wiele się gada. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Wszystko w tym kraju układałoby się znacznie lepiej, gdyby ludzie nauczyli się cierpieć w milczeniu. Głodny?
– Trochę.
– Nie ma tu nic do jedzenia. Ale możesz zamówić pizzę, przyniosą ci ją do pokoju.
Wednesday poprowadził go do pokoju znajdującego się naprzeciwko pokoju Cienia. Wszędzie walały się mapy: rozwinięte, rozłożone na łóżku, przyklejone do ścian, pokryte śladami jaskrawych markerów – fluorescencyjnej zieleni, raniącego oczy różu i odblaskowego pomarańczowego.
– Zostałem porwany przez grubego dzieciaka w limuzynie – oznajmił Cień. – Kazał ci powtórzyć, że zostałeś skazany na wyrzucenie na gnojówkę historii, podczas gdy ludzie tacy jak on jeżdżą po superautostradach życia. Coś w tym stylu.
– Mały dupek – mruknął Wednesday.
– Znasz go?
Wednesday wzruszył ramionami.
– Wiem, kim jest.
Usiadł ciężko na jedynym krześle w pokoju.
– Nie wiedzą, o co chodzi – dodał. – Oni w ogóle nie wiedzą, o co chodzi. Jak długo musisz jeszcze zostać w tym mieście?
– Nie wiem. Może tydzień. Powinienem chyba pozałatwiać sprawy Laury. Załatwić kwestię mieszkania. Pozbyć się jej ubrań. Doprowadzi to do szału jej matkę, ale zasłużyła na to.
Wednesday kiwnął swą olbrzymią głową.
– Cóż, im szybciej to zrobisz, tym prędzej wyniesiemy się z Eagle Point. Dobrej nocy.
Cień przeszedł przez korytarz. Jego pokój był kalką pokoju Wednesdaya, łącznie z oleodrukiem nad łóżkiem, przedstawiającym krwawy zachód słońca. Zamówił pizzę z serem i klopsikami, a potem napełnił wannę, wlewając do wody zawartość wszystkich małych plastikowych buteleczek z szamponem. Pragnął piany.
Był zbyt wysoki, żeby wyciągnąć się w wannie. Usiadł jednak, napawając się tym uczuciem. Obiecał sobie, że kiedy wyjdzie z więzienia, weźmie kąpiel, a Cień zawsze dotrzymywał obietnic.
Pizza zjawiła się wkrótce po tym, gdy wyszedł z łazienki. Zjadł, popijając puszką korzennego piwa.
Włączył telewizor i obejrzał odcinek Jerry’ego Springera, który pamiętał z czasów przedwięziennych. Temat programu brzmiał „Chcę zostać prostytutką”; na scenę wprowadzono kilka potencjalnych dziwek, głównie kobiet, by publika mogła wyżyć się na nich i wykrzyczeć; potem zjawił się kapiący złotem alfons i zaproponował im robotę, a była kurwa wybiegła, błagając, by poszukały sobie prawdziwej pracy. Cień wyłączył, nim Jerry zdążył wygłosić morał na koniec.
Potem się położył, myśląc: pierwszy raz leżę w łóżku jako wolny człowiek. Myśl ta jednak sprawiała mu mniejszą przyjemność, niż przypuszczał. Nie zaciągał zasłon. Patrzył na światła samochodów i fast foody, pocieszając się świadomością, że tam na zewnątrz jest inny świat, który on w każdej chwili może odwiedzić.
Mógł teraz leżeć w swym własnym łóżku, w domu, w mieszkaniu, które dzielił z Laurą, w ich wspólnym łóżku, lecz myśl, że miałby tam być bez niej, otoczony przez jej rzeczy, jej zapach, jej życie, zbyt bolała.
Nie myśl o tym, upomniał się w duchu. Postanowił się skupić na czymś innym. Zaczął rozmyślać o sztuczkach z monetami. Wiedział, że nie ma odpowiedniej osobowości, by zostać iluzjonistą. Nie potrafił snuć historii niezbędnych do tego, by widz uwierzył. Nie chciał robić sztuczek z kartami i papierowymi kwiatami. Po prostu lubił manipulować monetami. Bawiło go to. Zaczął wymieniać w myślach sztuczki ze znikaniem monet, co przypomniało mu o monecie, którą wrzucił do grobu Laury, a potem w jego głowie odezwała się Audrey, mówiąc, że Laura umarła z fiutem Robbiego w ustach. I znów pierś przeszył mu ból. Prosto w sercu.
Każda godzina rani. Ostatnia zabija. Gdzie to słyszał? Już nie pamiętał. Gdzieś w głębi czuł narastający ból i gniew, napięcie u podstawy czaszki, ucisk na skroniach. Odetchnął powoli przez nos i wypuścił powietrze ustami, zmuszając się do rozluźnienia.
Pomyślał o komentarzu Wednesdaya i uśmiechnął się mimo woli: zbyt często słyszał, jak ludzie powtarzają, by nie tłumić uczuć, wyrażać emocje, uwolnić ból. On sam uważał, że tłumienie uczuć ma wiele zalet. Jeśli robi się to dostatecznie długo i dostatecznie głęboko, wkrótce przestaje się cokolwiek czuć.
W tym momencie ogarnął go sen, choć Cień w ogóle tego nie zauważył.
Wędrował...
Wędrował przez salę większą niż miasto i wszędzie wokół stały posągi, rzeźby, prymitywne wizerunki. Zatrzymał się obok figury istoty przypominającej kobietę. Nagie piersi, wielkie i spłaszczone, sięgały niemal pasa. Wokół talii miała pas z odciętych dłoni. We własnych rękach trzymała ostre noże, a zamiast głowy z jej szyi wyrastały bliźniacze węże o wygiętych ciałach, patrzące na siebie, gotowe do ataku. W posągu było coś głęboko niepokojącego, absolutna, poruszająca obcość. Cień cofnął się przed nim. Ruszył naprzód przez salę. Rzeźbione oczy posągów – przynajmniej tych, które miały oczy – wyglądały, jakby śledziły każdy jego krok.
We śnie uświadomił sobie, że przed każdym posągiem na podłodze płonie imię. Mężczyzna o białych włosach z naszyjnikiem z zębów wokół szyi, trzymający w dłoni bęben, nazywał się Leucotios. Kobieta z rozłożystymi biodrami – z szerokiej szczeliny między jej nogami wypadały potwory – to Hubur. Mężczyzna ze złotą kulą w ręku – Hershef.
We śnie słyszał wyraźny głos – wyniosły, dokładny. Nikogo jednak nie widział.
– Oto bogowie, którzy zostali zapomniani. Choć kiedyś potężni, teraz są martwi. Znaleźć ich można tylko w bezdusznych kronikach. Odeszli, całkiem odeszli, lecz ich imiona i wizerunki pozostają z nami.
Cień skręcił i odkrył, że jest w innej sali, jeszcze większej niż poprzednia. Ciągnęła się dalej, niż sięgał wzrok. Tuż obok ujrzał czaszkę mamuta – brązową, wypolerowaną – i włochaty ochrowy płaszcz na ramionach drobnej kobiety o zniekształconej dłoni. Obok stały trzy kobiety, wyrzeźbione z tego samego granitowego głazu, połączone w pasie. Ich twarze wydawały się prymitywne, niedokończone, piersi i genitalia natomiast zostały wyrzeźbione starannie, z uczuciem. Dalej stał wielki ptak, którego Cień nie rozpoznał, z dziobem stworzonym do szarpania mięsa, jak u sępa, lecz z ludzkimi rękami, i tak dalej, i dalej.
Znów usłyszał głos – jakby mówił doń nauczyciel zwracający się do klasy:
– Oto bogowie, którzy odeszli z pamięci. Nawet ich imiona zaginęły. Ludzie, którzy oddawali im cześć, także zostali zapomniani. Ich totemy dawno porzucono i zniszczono. Ostatni kapłani zmarli, nie przekazując swych tajemnic.
Bogowie umierają. A kiedy umierają naprawdę, nikt ich nie pamięta, nikt nie opłakuje. Idee trudniej zabić niż ludzi, ale w końcu daje się to zrobić.
W tym momencie w sali rozległ się szept, cichy szmer, który sprawił, że Cień poczuł we śnie nagły chłód i niewytłumaczalny strach. Ogarnęła go panika – tam, w sali bogów, o których istnieniu zapomniano, bogów o twarzach ośmiornic i tych będących jedynie zmumifikowanymi rękami, kamieniami, pożarami lasów...
Ocknął się z walącym sercem i spoconym czołem. Natychmiast powrócił do rzeczywistości. Czerwone cyfry na budziku informowały, że nadeszła godzina pierwsza zero trzy. Przez okno wpadał do pokoju blask neonu motelu America. Zdezorientowany Cień wstał i poszedł do maleńkiej łazienki. Wysikał się po ciemku, po czym wrócił do sypialni. W jego umyśle wciąż tkwiły obrazy ze snu. Nie potrafił jednak wyjaśnić, czemu tak bardzo go przeraziły.
Światło padające z zewnątrz nie było zbyt jasne, lecz jego oczy przywykły do ciemności. Natychmiast dostrzegł, że na łóżku siedzi kobieta. Znał ją. Rozpoznałby w tłumie liczącym tysiące, setki tysięcy osób. Siedziała wyprostowana na brzeżku posłania. Wciąż miała na sobie granatowy kostium, w którym ją pochowano. Jej głos, zwykły szept, także był znajomy.
– Przypuszczam – rzekła Laura – że spytasz, co tu robię?
Cień milczał.
Usiadł na jedynym krześle w pokoju. Wreszcie zapytał:
– Skarbie? To ty?
– Tak – odparła. – Zimno mi, piesku.
– Ty nie żyjesz, skarbie.
– Owszem, nie żyję. – Poklepała łóżko obok siebie. – Chodź, usiądź koło mnie.
– Nie – powiedział Cień. – Na razie wolę zostać tutaj. Mamy do omówienia kilka spraw.
– Na przykład to, że nie żyję.
– Może. Ale w tej chwili myślę głównie o tym, jak umarłaś. O tobie i Robbiem.
– Ach – rzekła – to.
Cień wyczuwał w powietrzu – a może, po prostu to sobie wyobraził – smród zgnilizny, woń kwiatów i środków konserwujących. Jego żona – była żona... nie, poprawił się: nieżyjąca żona – siedziała na łóżku i patrzyła na niego niemrugającymi oczami.
– Piesku, czy zechciałbyś dać mi papierosa?
– Zdawało mi się, że rzuciłaś?
– Owszem – powiedziała. – Ale nie przejmuję się już zagrożeniami dla zdrowia, a papieros mógłby mnie uspokoić. W holu stoi automat.
Cień naciągnął dżinsy i koszulkę i wyszedł do holu na bosaka. W recepcji dyżurował mężczyzna w średnim wieku, czytając powieść Johna Grishama. Cień kupił w automacie paczkę papierosów Virginia Slims. Poprosił recepcjonistę o zapałki.
Mężczyzna przyjrzał mu się, spytał o numer pokoju. Cień podał go, a tamten pokiwał głową.
– Jest pan w pokoju dla niepalących – powiedział – więc proszę szeroko otworzyć okno. – Podał Cieniowi zapałki i popielniczkę z logo motelu America.
– Jasne – odparł Cień.
Wrócił do sypialni. Nie zapalił światła. Jego żona wciąż tam była. Wyciągnęła się wygodnie na pomiętej pościeli. Cień otworzył okno, po czym podał jej papierosy i zapałki. Miała zimne palce. W blasku zapałki ujrzał, że jej paznokcie, zwykle nieskazitelnie czyste, są pogryzione i połamane, ze śladami błota.
Laura zapaliła papierosa, wciągnęła dym, zdmuchnęła zapałkę, zaciągnęła się mocno.
– Nie czuję smaku. To chyba na nic.
– Przykro mi – rzekł.
– Mnie także. – Gdy wciągała dym w płuca, czubek papierosa zapłonął jaśniej i Cień ujrzał jej twarz.
– A zatem wypuścili cię?
– Tak.
– Jak było w więzieniu?
– Mogło być gorzej.
– Tak.
Czubek papierosa ponownie się rozjarzył.
– Wciąż jestem wdzięczna. Nie powinnam była pozwolić, żebyś się do tego mieszał.
– Cóż – odparł – sam się zgodziłem. Mogłem odmówić.
Zastanawiał się, czemu się jej nie boi, czemu sen o muzeum wprawił go w panikę, podczas gdy bez lęku radzi sobie z żywym trupem.
– Owszem – potwierdziła. – Mogłeś, ty wielki frajerze. – Jej twarz spowijał wieniec dymu. W półmroku była bardzo piękna.
– Chcesz wiedzieć, jak było ze mną i Robbiem?
– Tak. – To naprawdę była Laura. Nie umiał się jej bać, nieważne, żyła czy nie.
Zgasiła papierosa w popielniczce.
– Siedziałeś w więzieniu, a ja potrzebowałam kogoś, z kim mogłabym pomówić. Potrzebowałam ramienia, by się wypłakać. Ciebie nie było. Denerwowałam się.
– Przykro mi. – Cień uświadomił sobie, że jej głos brzmi jakoś inaczej. Próbował wychwycić różnicę.
– Wiem. Spotykaliśmy się na kawie. Opowiadaliśmy, co zrobimy, kiedy wyjdziesz, jak dobrze będzie znów cię zobaczyć. On naprawdę cię lubił, wiesz? Nie mógł się już doczekać, żeby dać ci dawną pracę.
– Tak?
– A potem Audrey wyjechała na tydzień do siostry. To było rok, nie, trzynaście miesięcy po tym, jak cię zamknęli. – W jej głosie brakowało emocji. Każde kolejne słowo było płaskie i monotonne, niczym kamyki kolejno wrzucane do głębokiej studni. – Robbie wpadł do mnie, razem się upiliśmy i zrobiliśmy to na podłodze w sypialni. Było dobrze, naprawdę dobrze.
– Nie musiałaś mi tego mówić.
– Nie? Przepraszam. Po śmierci trudniej jest dokonywać wyborów. Coś jak na fotografii. Nam to nie przeszkadza.
– A mnie tak.
Laura zapaliła kolejnego papierosa. Poruszyła się płynnie, zręcznie, nie sztywno. Cień zastanawiał się przez moment, czy naprawdę nie żyje. Może to jakiś skomplikowany podstęp?
– Tak – rzekła. – Teraz rozumiem. Kontynuowaliśmy ten romans – choć wcale go tak nie nazywaliśmy, w ogóle go nie nazywaliśmy – przez większą część ostatnich dwóch lat.
– Zamierzałaś zostawić mnie dla niego?
– Niby czemu? Jesteś moim wielkim misiem, moim „pieskiem”. To, co zrobiłeś, zrobiłeś dla mnie. Czekałam trzy lata, żebyś do mnie wrócił. Kocham cię.
Powstrzymał się, by nie odpowiedzieć „ja też cię kocham”. Nie zamierzał wymówić tych słów. Już nie.
– Co zatem stało się tamtej nocy?
– Wtedy, kiedy zginęłam?
– Tak.
– Wybraliśmy się z Robbiem, żeby pomówić o twoim przyjęciu-niespodziance. Miało być świetne. Oznajmiłam mu też, że kończę związek z nim, że teraz, po twoim powrocie, wszystko ułoży się tak jak powinno.
– Hmm, dzięki, złotko.
– Bardzo proszę, kochany. – Jej twarz rozjaśnił cień uśmiechu. – Rozkleiliśmy się. Było słodko. Byliśmy tacy głupi. Bardzo się upiłam. On nie. Musiał prowadzić. Jechaliśmy do domu, gdy oznajmiłam, że zamierzam obciągnąć mu na pożegnanie, ostatni raz, z uczuciem. Rozpięłam mu spodnie i to zrobiłam.
– Duży błąd.
– Mnie to mówisz? Ramieniem trąciłam dźwignię zmiany biegów, a potem Robbie próbował mnie odepchnąć, żeby wrzucić bieg. Zboczyliśmy. Usłyszałam głośny trzask. Pamiętam, że świat wokół zawirował i pomyślałam, że zaraz zginę. Zupełnie obojętnie. Tyle pamiętam. Nie bałam się. Potem nie pamiętam już niczego.
W powietrzu rozeszła się woń przypominająca palony plastik. To był papieros. Dopalił się do filtra. Laura tego nie zauważyła.
– Co tu robisz, Lauro?
– Czy żona nie może odwiedzić męża?
– Ty nie żyjesz. Byłem dziś na twoim pogrzebie.
– Tak. – Umilkła, spoglądając w nicość.
Cień wstał i podszedł do niej. Wyjął spomiędzy jej palców resztę kopcącego się papierosa i wyrzucił go za okno.
– I co?
Poszukała go wzrokiem.
– Nie wiem więcej niż wtedy, gdy jeszcze żyłam. A większości z tego, czego dowiedziałam się tutaj, nie da się oblec w słowa.
– Zwykle ludzie po śmierci pozostają w grobach – zauważył Cień.
– Naprawdę? Naprawdę, piesku? Kiedyś też tak myślałam. Teraz nie jestem pewna. Może. – Zeskoczyła z łóżka i podeszła do okna. W blasku neonu jej twarz wyglądała równie pięknie jak kiedyś: twarz kobiety, dla której poszedł do więzienia.
Serce bolało go, jakby ktoś zacisnął wokół niego pięść.
– Lauro...?
Nie patrzyła na niego.
– Wmieszałeś się w coś bardzo niedobrego, Cieniu. Schrzanisz sprawę, jeśli ktoś nie będzie się tobą opiekował. To moje zadanie. I dziękuję za prezent.
– Jaki prezent?
Sięgnęła do kieszeni kurtki i wyciągnęła złotą monetę, którą wcześniej wrzucił do grobu. Wciąż pokrywało ją zaschnięte błoto.
– Może każę zawiesić ją na łańcuszku. To bardzo słodki gest.
– Ależ proszę.
Wówczas odwróciła się i spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem.
– Myślę, że nasze małżeństwo ma kilka aspektów, nad którymi musimy popracować.
– Złotko – rzekł – ty nie żyjesz.
– To jedna z owych kwestii. – Urwała. – W porządku – oznajmiła. – Teraz już odejdę. Tak będzie lepiej. – Zupełnie naturalnie, z wdziękiem odwróciła się, zarzuciła Cieniowi ręce na szyję i wspinając się na palce, pocałowała go na pożegnanie, jak zawsze.
Cień niezręcznie pochylił się, pozwalając, by ucałowała go w policzek. Ona jednak w tym samym momencie przesunęła usta. Ich wargi się zetknęły. Oddech Laury pachniał kulkami na mole.
Jej język wcisnął się do ust Cienia. Był zimny, suchy, smakował papierosami i żółcią. Jeśli Cień miał wcześniej jakieś wątpliwości co do tego, czy żona umarła, teraz ostatecznie je stracił.
Odsunął się.
– Kocham cię – powiedziała z prostotą. – Będę na ciebie uważać. – Podeszła do drzwi pokoju. Cień wciąż czuł dziwny smak w ustach. – Prześpij się, piesku – dodała – i unikaj kłopotów.
Otworzyła drzwi na korytarz. Światło jarzeniówki nie było dla niej łaskawe. W jego blasku Laura wyglądała jak trup, ale też to samo czyniło z każdym.
– Mogłeś poprosić, bym została – rzekła zimnym, kamiennym głosem.
– Raczej bym nie zdołał – odparł Cień.
– Zrobisz to jeszcze, kochany. Nim to wszystko się skończy, zrobisz to. – Odwróciła się od niego i ruszyła korytarzem.
Cień odprowadził ją wzrokiem. Recepcjonista wciąż czytał powieść Johna Grishama. Prawie nie podniósł wzroku, gdy Laura przeszła obok niego. Jej buty oblepiało gęste cmentarne błoto. A potem zniknęła.
Cień odetchnął powoli. Serce nierytmicznie tłukło mu się w piersi. Przeszedł przez korytarz i zapukał do drzwi Wednesdaya. Nagle odniósł wrażenie, że wokół niego uderzają czarne skrzydła, jakby olbrzymi kruk przeleciał wprost przez jego ciało na korytarz i dalej, na świat.
Wednesday otworzył. Poza białym motelowym ręcznikiem, owiniętym wokół bioder, był nagi.
– Czego chcesz, do diabła? – spytał.
– Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć – odparł Cień. – Może to sen – choć raczej nie – albo może zbyt mocno odetchnąłem dymem z syntetycznej skóry ropuchy u tego grubasa, albo po prostu zaczynam wariować...
– Tak, tak, wywal to z siebie – rzucił Wednesday. – Ja chwilowo jestem dość zajęty.
Cień zerknął do pokoju. Dostrzegł, że ktoś leży w łóżku i go obserwuje. Widział kołdrę zasłaniającą małe piersi, jasne włosy, coś szczurzego w rysach twarzy. Dziewczyna z recepcji. Zniżył głos.
– Właśnie widziałem moją żonę – oznajmił. – Była u mnie w pokoju.
– Chcesz powiedzieć: ducha? Widziałeś ducha?
– Nie. Nie ducha. Była cielesna. I była tutaj. Zdecydowanie nie żyje, ale to nie duch. Dotknąłem jej, a ona mnie pocałowała.
– Rozumiem. – Wednesday zerknął na kobietę w łóżku. – Zaraz wrócę, moja droga.
Poszli do pokoju Cienia. Wednesday włączył światło. Spojrzał na niedopałek papierosa w popielniczce. Podrapał się po piersi. Sutki miał ciemne, jak u starca, włosy na piersi posiwiałe. Z jednej strony torsu widniała długa, biała szrama. Przez chwilę powęszył w powietrzu, potem wzruszył ramionami.
– W porządku – rzekł. – A zatem pokazała się tu twoja martwa żona. Boisz się?
– Odrobinę.
– Bardzo mądrze. Martwi zawsze doprowadzają mnie do szału. Coś jeszcze?
– Mogę wyjechać z Eagle Point. Matka Laury sama załatwi sprawę z mieszkaniem. I tak mnie nienawidzi. W każdej chwili jestem gotów do wyjazdu.
Wednesday uśmiechnął się.
– To dobra nowina, chłopcze. Wyjedziemy rano. A teraz powinieneś się przespać. Mam u siebie szkocką, jeśli potrzebujesz wspomagacza. Chcesz?
– Nie, poradzę sobie.
– Zatem nie przeszkadzaj mi więcej. Czeka mnie długa noc.
– Nie będziesz spać? – spytał Cień z uśmiechem.
– Ja nie sypiam. Sen jest przereklamowany. Niezdrowy nałóg, którego staram się unikać, kiedy tylko się da, w towarzystwie, a młoda dama może ochłonąć, jeśli do niej nie wrócę.
– Dobranoc – rzucił Cień.
– Właśnie – odparł Wednesday, zamykając za sobą drzwi.
Cień usiadł na łóżku. W powietrzu wciąż wisiała woń papierosów i środków konserwujących. Cień pożałował, że nie może tęsknić za Laurą: wydawało się to bardziej stosowne niż niepokój związany z jej odwiedzinami i przyznanie, że teraz, gdy odeszła, trochę się jej boi. Nadszedł czas żałoby. Zgasił światło, położył się na łóżku i zaczął myśleć o Laurze, takiej, jaką była, nim poszedł do więzienia. Przypomniał sobie ich małżeństwo. Byli młodzi i szczęśliwi, głupi, pełni entuzjazmu i namiętni.
Minęło wiele lat od dnia, gdy Cień rozpłakał się po raz ostatni. Wydawało mu się, że zapomniał, jak to się robi. Nie płakał nawet wtedy, gdy umarła matka. Teraz jednak zapłakał, szlochając głośno, boleśnie. Tęsknił za Laurą i czasami, które już nigdy nie wrócą.
Po raz pierwszy od czasów dzieciństwa Cień zapadł w sen, płacząc.