Читать книгу Wyprawa Gniewomira - Piotr Skupnik - Страница 3
PROLOG
ОглавлениеJest dżdżysty wrześniowy poranek, roku pańskiego 1050. Od trzech dni niemal nieprzerwanie pada deszcz. Promienie słońca nie mogą przebić się przez kożuch ciemnych chmur zakrywających niebo. Jest chłodno i nieprzyjemnie. Zimny wiatr przenika przez ściany domostw i dociera aż do szpiku kości. Wszyscy otulamy się ciepłymi okryciami, chroniącymi przed zimnem i z utęsknieniem czekamy na powrót ciepłych dni. Wierzymy, że one nadejdą. Wszak do zimy jest jeszcze daleko.
Otwieram ciężkie okiennice, aby oświetlić izbę, w której sypiam. Spoglądam na tkwiącą w ścianie pochodnię, która dopiero co się wypaliła. Przenoszę wzrok na swoje łoże pokryte miękkimi skórami. Spoczywa na nim mój topór, tarcza oraz hełm. Kolczugę mam dziś na sobie, a miecz trzymam krzepko w prawej dłoni. Przyodziałem się jak do bitwy, gdyż uznałem, że to właściwe. Widok bojowego oręża ułatwi mi przywoływanie wspomnień.
Rozlega się ciche pukanie oraz skrzypienie otwieranych drzwi. W progu izby staje moja córka, Marzanna. Nadal jest piękna, mimo pięćdziesięciu lat. Jest bardzo podobna do swojej matki. Kiedy patrzę na jej twarz i spoglądam na włosy, widzę moją ukochaną − Welewitkę.
Marzanna podchodzi do stołu i stawia na nim gliniany dzban wypełniony ziołowym napitkiem oraz dwa drewniane kubki. Spogląda na mnie i uśmiecha się radośnie.
− Wybierasz się na kolejną wojnę, ojcze? – pyta.
− Tak, córko – odpowiadam. − Niebawem znów przywołam minione czasy i będę wojował.
− Ksiądz Anzelm już zakończył modlitwy. Wkrótce cię odwiedzi.
− Dobrze. Nie mogę się już doczekać.
− Małe sierotki, Bogusz i Hanka, też czekają na ciebie.
Obiecałeś im, że przyjdziesz.
− Wiem. Zapewnij dziatki, że nie zapomniałem. Przyjdę do nich dziś przed snem i opowiem im przypowieść o orle i wężu.
− Będą zachwycone, ojcze.
− Rzeknij mi jeszcze córko, gdzie Jaśko Tur? Może by powspominał razem ze mną.
− Widziałam go, jak szedł do boru z chłopcami, aby narąbać drew na opał. Wiesz dobrze, że on nie gustuje we wspominkach.
− Cóż. Jego strata.
Marzanna wychodzi z izby, a ja siadam na krześle i czekam. Nalewam napoju do kubka i rozkoszuję się jego miodowym smakiem. Równocześnie pogrążam się we wspomnieniach.
Po raz kolejny przywołuję burzliwe wydarzenia z mojego dzieciństwa i młodości. Widzę matkę brodzącą po mokrym piasku na plaży. Widzę ojca wyruszającego na polowanie z ciężką włócznią w dłoniach. Widzę brata mocującego wiosło sterowe do burty swej łodzi. Widzę siostrę wróżącą z patyczków runicznych, wystruganych z jesionowego drewna. Widzę moją Welewitkę, która kładzie dłonie na główkach dzieci zgromadzonych przed świątynią Świętowita. Widzę również wpadające na siebie drakkary. Słyszę trzask pękającego drewna oraz wrzaski zabijanych i jęki rannych. Znów dostrzegam strasznego Elfhelma kroczącego w moją stronę z olbrzymim młotem i pokaźnym mieczem w rękach.
O tym wszystkim jednak już opowiadałem. Owe wspomnienia zostały zapisane na pergaminowych kartach. Teraz nadeszła pora na dalszy ciąg mojej spowiedzi. Nadszedł czas na streszczenie pierwszych lat w służbie księcia Bolesława. To właśnie z woli mieszkowego potomka skrzyżowałem ostrza z przyrodnim bratem pałającym chęcią odwetu. Niedługo potem najbliższa mi osoba znalazła się w wielkim niebezpieczeństwie. Zostałem zmuszony do odbycia dalekiej podróży na krańce Midgardu. Płynąłem przez ziemie chrześcijan i muzułmanów, aż dotarłem do gorącego kraju piaszczystych wydm. Napotkałem tam: budzące grozę smoki, wielkie i żarłoczne lwy oraz majestatyczne kolosy, zwane słoniami. Najtrudniejsza była jednak walka ze straszliwym wrogiem, który oddawał cześć demonicznemu posągowi i pił ludzką krew.
Z rozmyślań wyrywa mnie kolejne stukanie do drzwi. Po chwili do izby wkracza ksiądz Anzelm odziany, jak zwykle, w czarną sutannę z kapturem. Pod nią nosi zapewne ciepłą, wełnianą tunikę. W prawej dłoni duchowny trzyma koszyk wypełniony zwojami pergaminu oraz pękami gęsich i kaczych piór. W lewej ręce dzierży spory flakon czarnego atramentu.
− Witaj, panie! – woła od progu, po czym podchodzi do stołu i zaczyna rozkładać na nim swoje przybory.
− Witaj, Anzelmie – odpowiadam. – Długo cię nie było.
− Cóż, miałem obowiązki w stolicy.
− Jakież to?
− Musiałem dopilnować skrybów, żeby zszyli karty zawierające twoje wspomnienia. Długo musiałem im się naprzykrzać, lecz w końcu spełnili moją prośbę i stworzyli pokaźny wolumin.
− Masz go przy sobie?
− Nie. Księga pozostała w Krakowie.
− Dlaczego?
− Bo sam książę Kazimierz chciał ją przeczytać. Z tego co wiem, także biskup chce rzucić na nią okiem.
− Cóż. Wobec tego będę musiał zaczekać na swoją kolej. Nastaje chwila ciszy. Anzelm macza pióro w inkauście i pyta.
− Możemy zaczynać, Gniewomirze?
Zaciskam prawą dłoń na rękojeści miecza i wydobywam go, przytrzymując pochwę kolanami. Rozlega się znajomy, charakterystyczny szczęk stali. Jakże on miły dla uszu starego wojownika! Dotykam ostrza mej klingi wskazującym palcem lewej ręki i wpatruję się w kroplę świeżej krwi, która spada na podłogę.
− Zaczynajmy, przyjacielu – odpowiadam.