Читать книгу Lecz imieniem Twoim… - Александр Усовский - Страница 4
Opowiadanie Pana Sławomira Wierenicza-Stachowskiego, szlachcica herbu Ogończyk, urodzonego niedaleko Pińska, o tym jak poznał Seweryna Naļewaikę i o pierwszych krokach swojej służby przy Jego Mości Księciu Ostrogskim
ОглавлениеW gospodzie zawisła niezręczna cisza.
Komisarz od pomiarów wziął ze stołu nóż, którym pół godziny temu porcjował zapieczoną z kapustą i grzybami gęś, pokręcił go w dłoniach, w jakimś celu sprawdził ostrzenie na paznokciu – a potem odchrząknął i zauważył ostrożnie:
– Panie Sławomirze, uwielbiam pogaduchy przy stole i doceniam dobry żart… Ale czy nie uważa Pan, że nie są to żarty, które można mówić w tym miejscu? Jesteśmy tutaj sami, ale zdarza się, że mury otwierają uszy, a nawet w tej dziczy mogą się odnaleźć podsluchiwacze…
Szlachcic zmarszczył brwi.
– Panie Stanisławie.. Czy Pan uważa, że Wierenicz-Stachowski kogokolwiek się boi? Czy zdolny jestem szczekać podobnie do psa na podwórku?
Komisarz rozłożył ręce.
– Nie myślałem tak ani chwili, Panie Sławomirze. Ale widzi Pan, słowa Pana zabrzmiały zbyt głośno…
– Zapłaciłem dawno za swoje słowa już wszystkie myta i daniny, Panie Stasiu… Za pięćdziesiąt pięć lat mojego życia zdarzyło mi się coś takiego zobaczyć, że po prostu absurdalne jest trzęcienie portkami. I strzec się niewiadomych nieszczęść nie ma po co, przestałem się bać dwadzieścia lat temu, a teraz jest już za późno. O bliskich być może byłoby warto się bać – ale nie mam nikogo. Pozostało z życia tylko grób żony w Ostrogu oraz pamięć o synie, który zginął pod Kircholmem mając zaledwie piętnaście lat… Czego bym się bał, Panie Stasiu? – niegłośno zapytał szlachcic.
Jego rozmowca ze współczuciem pochylił głowę.
– Gorzki jest Pana los, Panie Sławomirze… Współczuje Panu z całego serca i proszę o przebaczeniu wielkodusznie za niepowstrzymane słowa.
– Wielkie dzięki za miłe słowa, Panie Stasiu… Ale o moje słowa, o rokoszu Nalewajki oraz Dymitriadzie, od pierwszego do ostatniego – wcale się nie martwię. Ale jak ma Pan ochotę posłuchać starego durnia, ponieważ siedzimy w tej pułapce i czekamy na dobrą pogodę – wtedy jestem gotowy rozbawić Pana swoją historią, za miód i dobre słowa odwdzięczyć. Akurat starczy historii tej na trzy dni, pod koniec znudze się Panu bardziej niż ta nieznośna mżawka, którą króluje na zewnątrz… – szlachcic lekko się uśmiechnął.
– Co Pan mówi, Panie Sławomirze, dla mnie Pana opowieść jeszcze nie będąc powiedziana juz jest ciekawa… Tylko pozwól Pan kazać Jankowi przynieść jeszcze miodu i przekąsek, oraz świeżej wody ze studni – przemoczyć gardło i zbitniu na lipowym miodzie – żeby opowiadanie łatwiej płynęło?
Szlachcic skinął głową.
– Dobra myśl. Niech Janek przyniesie wszystko, przy obfitym stole i bajki opowiadać bardziej wesoło jest. Nigdy nie pozwalałem sobie na obżarstwo, ale ponieważ chodzi nam o dawnych czasach, dobre jedzenie nie będzie grzechem…
Komisarz zachęcająco machnął ręką – wnet przy stole pojawił się gospodarz. Z pełnym szacunkiem wysłuchał polecenia gościa, ukłonił się w milczeniu i natychmiast udał się do piwnicy, niegłośno wydając rozporządzenia klucznikowi. Po upływie kilku minut na stole komisarza i szlachcica pojawił sie tłoczony półsztof miodu, kilkanaście talerzy z różnymi przekąskami, gliniany dzban wody orazi starożytny niekształtny rondel zbitnu – i po tym Janek cicho znikł.
Komisarz przesunął dłonią wokól znów obfitego stołu:
– Panie Sławomirze, proszę Pana nie odmówić zaproszenia, aby trochę się pożywić i napić. Proszę w pokorze spróbować tego, co Bóg i gospodarz tego schroniska dał nam…. I czekam na Pana historię – w czasach rokoszu Nalewajki robiłem tylko pierwsze kroki, Dymitriadę przeżyłem wątłym młodzieńcem, w kampanii szwedzkiej Pana hetmana Chodkiewicza byłem w ruszeniu pospolitym, ale szturm Parnawy widziałem tylko z daleka, a w ostatniej wojnie z Moskwą pełnił służbę przy posłańcu Rzeczypospolitej w Saksonii, więc, wie Pan, cała moja wiedza o tamtych czasach jest bardzo niekompletna.
Szlachcic skinął głową.
– Jestem niezmiernie wdzięczny za ten poczęstunek, nie omieszkam spróbować wszystkich dań, przynajmniej trochę – widzę tutaj maślaki i rydze solone, brusznicę z kiszoną kapustą, półgęski i suszone szczupaki…i wiele rozmaitości, obficie… nawet zbyt… Nie mogliśmy nawet marzyć w Putiwlu w oblężeniu o takim stole! Cóż, tak, to jest przedawniona bajka, później opowiem Panu o tym… Ale zacznę swoją historię, jak Pan na to pozwoli, od jeszcze bardziej dawnych czasów, o czym przypomina tylko Metryka Litewska… Inaczej niemożliwe!
Komisarz skinął głową.
– Oooo, jak sobie życzy Pan, Panie Sławomirze, to Pana prawo, przecież to Pan opowiada – więc Panu należy decyzja, odkąd zacząć i czym dokończyć… Czy Pan pozwoli dolać jeszcze miodu? – i nie czekając na odpowiedź, dodał do kubka szlachcica dobrą czterdziestkę gęstego bursztynowego napoju.
Szlachcic podniósł kubek, podziwiając wytloczonej na nim sceny z polowaniem na dzika – i ledwie zrobiwszy drobnyy łyk, odstawił go na miejsce.
– Dobry miód. Ale chmiel nie jest teraz naszym sprzymierzeńcem – pamięć moja nie jest już taka sama, jak wcześniej, mogę coś przeoczyć.
– Jak Pan sobie życzy, Panie Sławomirze, proszę bardzo… – Komisarz od pomiarów też tylko łyknął z kubka i skoncentrował się na opowieści.
– Historia, jak już Panu mówiłem, Panie Stasiu, jest dość stara. Coś o tym wiem od ojca, coś – od jego towarzyszy ze sztandaru nadwornego, coś – od starych służących, coś jeszcze – od ludzie innych bojarów książę Bazyla, no i coś z kronik, dzięki, że czytać nauczył się dość wcześnie, za co jestem wdzięczny mojej matce, z domu Świętokrzyskiej… Wkrótce opuściła nas, nie miałem nawet dziesięciu lat, ale zrobiła dla mnie wszystko, co powinna zrobić matka, a ja wciąż zachowuję jej obraz w moim sercu.
Mój ojciec, litewski szlachcic Paweł Wierenicz, posiadał zaścianek Stachowo, który leży w dwunastu wiorstach od Pińsku. Posiadanie tego dawało mu zaledwie półtory kopy groszy rocznie pieniędzmi i czynsz, który ledwo wystarczał, by wyżywić rodzinę – dlatego był niewypowiedzianie szczęśliwy, gdy Pan Bartosz Godlewski, który pełnił przy Jego Mości, książę Bazylu funkcję starosty Kijowskiego i kierował rekrutacją do chorągwi dworskiej księcia, zaoferował mu miejsce kozackiego dziesiętnego z pensją w sześć kop groszy rocznie, stołem i mieszkaniem. Zaręczył się z moją przyszłą matką w tym roku, kiedy sejm księstwa obejmował Inflanty w skład Litwy, a wesele oni grali tuż przed rozpoczęciem wojny z Moskwą. WtedyJego Mość, książę Bazyli, nie ruszył się na Litwę, bitwa przy Czasznikach odbyła bez sztandarów rosyjskich z Kijowa i Wołynia – co, prawdę mówiąc, niczego nie zmieniło, książę Roman Sanguszko zdołał wtedy pokonać armię Oboleńskiego.
Ale to przeminiemy, tak myślę, historię tej wojny i Unii Lubelskiej, na pewno, Pani Stasiu, wie Pan. Również jak i to, że Unia ta drastycznie zmieniła całe życie województw rosyjskich – Wołyńskiego, Kijowskiego, Podolskiego, Bracławskiego – zgodnie z decyzją sejmów wojewodzkich, które przeszły pod władzę polskiego króla. Właśnie wtedy zostały wrzucone do ziemi te nasiona niezgody i bratobójstwa, które po wielu latach wyrosły do wojny i dewastacji…
Jednak, Panie, byłem nieco rozproszony. Powrócę do mojej historii.
Ojciec mój brał udział w nieszczęśliwym dla księcia Bazyla oblężeniu Czernigowa, kiedy umarła moja matka. Ojciec nie odważył się opuścić armii w czasie niebezpieczeństwa – więc ja, bardzo młody chłopczyk, musiałem pochować moją matkę. Och, Panie Stasu, broń Boże jeszcze raz doświadczyć takiego smutku, a nawet w tak młodym wieku… Po całych nocach płakałem, moja poduszka była jak rzęsa jeziorna – a po południu zarządzałem przygotowaniem do ostatniej drogi matuli, liturgii, pogrzebu, stypy… Dojrzałem bardzo wcześnie. Kiedy miałem dziesięć lat, przestałem być dzieckiem.
Komisarz od pomiarów ziemi pokiwał głową ze współczuciem.
– Widzę, Panie Sławomirze, że ciężki jest Pana los…
Szlachcic uśmiechnął się smutno.
– Nie mam zamiaru użalać się, Panie Stasiu, ale chcę opowiedzieć Panu prawdziwą historię rokoszu Nalewajki – o tym nikt Panu nie opowie, ponieważ nie pozostało się ani na Litwie, ani w Polsce, ani w Moskwie tych, którzy stawali na jego początku. Śmierć, Panie Stasiu – to jest najlepszy strażnik sekretów i tajemnic…
A więc było to tak. Po raz pierwszy spotkałem Seweryna Nalewajkę w kwietniu tysiąc pięćset osiemdziesiątego czwartego roku – za Pana zgodą policzę według kalendarza europejskiego, ponieważ moskiewski kalendarz od stworzenia świata nie bardzo jest rozpowszechniony tutaj, na pograniczu – kiedy mój ojciec zaprowadził mnie do kasztelana ostrogskiego prosić o miejsce kozaka w chorągwi dworskiej. Jeszcze właśnie nie skończyłem wtedy piętnastu lat, a mój ojciec zdecydował, że nauka wojenna – to jest najlepsze, co może wybrać dla mnie, tym bardziej, że w ten czas był on podsetnikiem, słowa jego miały wagę nawet dla wyższych bojar ostrogskich, z księciem Bazylim – do tego czasu już zmienił imię na Konstantego na cześć swojego ojca – znali się dość blisko.
W pokojach kasztelana – wówczas rangę tą zajmował Pan Jan Zakrzewski, znany wśród kozaków swoją sprawiedliwością, trzy lata przed tym straciwszy lewe oko przy Szkłowie w przegranej przez nas bitwie z wojskiem Dymitra Chworostynina – spotkaliśmy się z Nalewajką.
Bardzo dobrze pamiętam to spotkanie. Na ławce przy drzwiach do pokojów kasztelana siedział wysoki, przystojny mężczyzna w wieku koło trzydziestu lat, w szkarłatnej, obszytej kunim futrem husarce – ubraniu niezwykle rzadkim w tamtych czasach, noszonym przeważnie przez tych, którzy bywali w ziemiach tureckich lub na Węgrzech. Oni z moim ojcem dobrze się znali – co zrozumiałem po mocnym przyjaznym uścisku dłoni i szczerym uśmiechu, jakim Seweryn obdarzył mojego ojca. Z dalszej rozmowy wynikało, że Pan kasztelan zaprosił Nalewajkę aby nadać mu stanowisko setnika, dowodcy sotni kozackiej – drugiej najważniejszej rangi w chorągwi dworskiej. W trakcie rozmowy zdałem sobie również sprawę, że mój ojciec bardzo szanuje Nalewajkę – co było nieco zaskakujące, biorąc pod uwagę, że byli oni niemal równi w służbie.
Wkrótce nas zaprosił Pan Zakrzewski. Ojciec krótko ogłosił swoją prośbę, Pan kasztelan też duzo slow nie mowilł, powiedziawszy tylko: "Dobrze, nakażę pisarzowi zapisać twojego kozaka do drugiej sotni, jutro o świcie niech zjawi się w wartowni by iść do straży". Tak zaczęła się moja służba przy księciu Ostrogskim…
Wieczorem, skrajnie zniecierpliwiony, zacząłem pytać ojca o chorągwi, z nienacka upominając Nalewajkę. Ojciec nagle się zpeszył i kazał mi nie pytać o Sewerynie – mówiąc, że jakoś nie wypada obgadywać swojego dowódcy za plecami. Na co odpowiedziałem, że Nalewajko zostanie dowódcą pierwszej sotni dworskiej, która ma strzec prywatne pokoje książece, jego skarbiec oraz wartownię z zapasem prochu strzelniczego – na dodatek to będzie jeszcze tylko od jutra, natomiast ja jestem zapisany do drugiej sotni, która wystawia strażników na murach zamku, przy bramie oraz na moście, dlatego nie ma nic złego w tym, że chcę dowiedzieć się więcej o moich towarzyszy służbowych. Ojciec mój wciąż nie chciał rozmawiać o Nalewajce – po prostu kazał mi iść do łóżka, bo jutro rano mam iść do służby. Ale to jego zmieszanie zapamiętałem…
Następne sześć miesięcy upłynęło w zwykłych dla kozaków kłopotach – straży, czyszczenie i karmienie koni, rąbanie winorośli, strzelanie z fuzi i czyszczenie broni… Uczyłem się być żołnierzem, ale to jest ciężka nauka, Panie Stasiu…
Komisarz od pomiarów znów skinął głową.
– Wiem. Jak już powiedziałem, miałem okazję uczestniczyć w ruszeniu pospolitym przy wzięciu Parnawy, w wojsku Jego Mości, hetmana Chodkiewicza. Piętnaście lat temu. Wtedy mocno spraliśmy Szwedów!
Pan Sławomir gorzko westchnął.
– W tej wojnie w Kirchholmie zginął mój syn, Władysław. Nigdy nie znalazłem jego ciała… Huzarzy z jego chorągwi, których udało mi się znaleźć – powiedzieli, że mój chłopiec podczas ataku został strącony z konia przez kulę z fuzi, spadł z klifu do Dźwiny i był porwany przez strumień…
– Współczuję, Panie Sławomirze…
– Najcięższym ciężarem, Panie Stanisławie, jest trumna z ciałem syna na ramionach ojca… I nie miałem nawet czasu, aby pochować mojego chłopca…. – Szlachcic ze lzami w oczach zamilkl na kilka chwil, po czym kontynuował: – Wszelako moja historia nie jest o kłopotach oraz smutkach mojej rodziny, obiecałem przecież historię o rokoszu Nalewajki. Jednak dla tego się cofnę na początek ubiegłego stulecia – uwierz mi, Panie Stasiu, to jest konieczne.
– Słucham Pana uważnie.
– Jak już powiedziałem, zmieszanie mojego ojca podczas moich pytań o Nalewajce tylko podgrzało moją ciekawość – nie zapomij, Pan, że miałem tylko piętnaście lat. Więc kiedy w końcu tysiąc pięćset osiemdziesiątego czwartego roku musiałem dostarczyć do starosty Husiatyńskiego list od książego podskarbiego – przypomniałem sobie znów Nalewajkę, w końcu kozacy mówili, że pochodzeniem był Husiatyniem, dorastał w rodzinie miejscowego podstarosty. Nie ukrywam, że to zadanie – typowe dla kozaków dworskich – bardzo mnie ucieszyło.
Przez Krzemieniec i Zbaraż w trzy dni dotarłem do Husiatynia. Ciche, spokojne miasto na śpiącym Zbruczu – w owych czasach żyło w nim zaledwie trzydzieści rodzin, z których jedną trzecią były to rodziny żydowskie, ale miasteczko było samorządne, prawo magdeburskie przyznano mu dwadzieścia pięć lat wcześniej przez Zygmunta Augusta… Szybko znalazłem posiadłość miasteczkowego starosty, wręczył mu list od podskarbiego, wysłuchał skargę na brzemię – dekretem książęcym nakazano im było wybudować most nad Zbruczem, któremu starostat się sprzeciwił, aby uniknąć zbędnych wydatków – i zapytał, czy można byłoby zobaczyć rodzinę Seweryna Nalewajki, mojego setnika? Starosta tylko machnął ręką w kierunku sąsiedniego dworu.
Podstarosta i jego rodzina nie byli obecni w domu – wszyscy wyjechali w odwiedziny do krewnych, na podwórku się nudził strożujący czterdziestoletni kozak, nie chętny do rozmów, natomiast w komnatach zostały tylko młoda pokojówka i wiekowa staruszka, cała ubrana na czarno – lub niańka, lub po prostu utrzymanka. Usłychawszy, jak zapytałem młodą pokojówkę o Pana Seweryna Nalewajkę – jakoś nagle ożyła i zaczekawszy, aż wyjdę na ganek, złapała mnie za rękę.
Patrząc na mnie łzawiącymi, wyblakłymi od przeżytych lat oczami cichym półszeptem staruszka powiedziała: "Zabije… zabije on mojego chłopczyka…"
Zatrzymałem się, bardzo oszołomiony tymi słowami. "Kto?" – "Przebiegły lis, Judasz, obłudnik i faryzeusz, kłamca i zdrajca – twój książę". "Kogo zabije?" – "Chłopczyka mojego, Symeona, syna Dymitra i Elżbiety".
– Jakiego Symeona? – Zapytał zaskoczony komisarz.
Szlachcic skinął głową w odpowiedzi:
– Właśnie o to zapytałem staruszkę. Zamiast odpowiedzi chwyciła mnie jeszcze mocniej za rękaw żupana i pociągnęła mnie do podziemia – ale tak mocno, że na miejscu osłupiałem – po drodze, dławiąc się z niecierpliwości, coś pośpiesznie zaczęła mi mówić.
– Długo nie mogłem zrozumieć, co usiłuje mi powiedzieć stara kobieta, która na pierwszy rzut oka wyglądała jakby wpadła w szaleństwo. Ale byłem cierpliwy – i wkrótce z jej niewyraźnych i poplątanych zdań udało mi się odczytać prośbę o obronie Pana Seweryna przed złem księcia Ostrogskiego – co, nie ukryję, początkowo wywołało u mnie przerażenie. "Babciu, ale Pan Nalewajko jest najbliższym bojarem księcia, Jego Mość Pan Bazyli powierzył mu swój skarbiec i życie, jak to możliwe, jak może się zdarzyć między nimi coś takiego jak zdrada lub nieuczciwa podłość?" Staruszka westchnęła ciężko, posadziwszy mnie na skrzyni, usiadła obok mnie na ławeczkę do przędzenia wełny, smutno się uśmiechnęła i odpowiedziała: "Nie wierzysz mi, uważasz za opętaną – widze to po oczach. Ale jak usłyszysz moją historię, zrozumiesz mnie, chłopcze…" Oczywiście, poprosiłem ją, aby powiedziała mi to, co postanowiła mi ujawnić – mając nadzieję usłyszeć historię o strasznych tajemnicach i okrutnych zbrodniach, jednak odbierając ich w głębi duszy jako bajki dla dzieci, takich jak te, które moja matka opowiadała mi, gdy byłem mały. Biedna moja matula, ona tak bardzo mnie kochała…
Przepraszam, Panie Stasiu, wrócę do mojej opowieści. Staruszka przemawiała dość długo – skuliliśmy się w podziemiach koło trzeciej po południu, lecz pod koniec opowiadania na dworze było już ciemno, strożujący kozak zamknął bramę, przy tym narzekając, przeprowadził mojego karego do pańskiej stajni, zdjął siodło, puślisko i dał mu owsa. W taki sposób więc było mi zaproponowano, abym spędził noc w domu podstarosty – ale nie to mnie zaskoczyło. Historia, opowiadana przez starą kobietę naprawdę zmusiła mnie do szczerego zdziwienia…
Panie Stanisławie, oczywiście pamięta Pan, kim tak naprawdę był książę Konstanty Iwanowicz Ostrogski?
Pan Komisarz skinął głową.
– Oczywiście, Panie Sławomirze. Kto nie pamięta zwyciężcy bitwy pod Orszą?
– Kasztelana Wileńskiego, Wielkiego hetmana Litewskiego, wojewody Trockiego… Wielki to był człowiek. Na Litwie jest niewielu mężów stanu, równych do niego ani w inteligencji i umiejętnościach wojskowych, ani we wspaniałomyślności i hojności. Nie wiem nawet, który z obecnych wojewodów może porównać się z nim… Ale nie o to chodzi, nie o osiągnięciach tego czlowieka. Jak wiecie, Panie Stanisławie, książę Konstanty był dwukrotnie żonaty. Za pierwszym razem zaręczył się z Tatianą Golszańską, córką księcia Symeona Golszańskiego, przywódcy Łucka i marszałka województwa Wołyńskiego. Z tego małżeństwa urodził się najstarszy syn księcia, Ilya. Niestety, to małżeństwo skończyło się smutno – gdy Ilya miał dwanaście lat, jego matka nagle zmarła. Po raz drugi więzi boskiego zjednoczenia połączyły Jego Mość księcia Ostrogskiego z Aleksandrą Słucką, córką księcia Symeona Słuckiego – wynikiem tego małżeństwa był najmłodszy syn Bazyli. Oznacza to, że synowie Konstantego Iwanowicza byli przyrodnimi braćmi, ich matki były inne, do tego Ilya był o szesnaście lat starszy od Bazyla. Jest to rzeczą powszechną, wszystko może się zdarzyć w życiu, ale w naszej historii ta okoliczność ma dość ważne znaczenie.
Komisarz skinął głową.
– Słyszałem o tym. Ilya zmarł bardzo młodo, jak wiem?
Pan Sławomir pokręcił głową.
– Nie tylko bardzo młodo. Śmierć ta była o tyle niezwykłą, że spowodowała, wybacz mi Pan takie słowa, długie plotki i ołbrzym szeptów za plecami…
– O, zaczynają się właśnie tajemnice, które Pan mi obiecał na początku? – Pan Stanisław lekko się uśmiechnął.
– Eee tam, Panie Stasiu, będzie ich o wiele więcej… Syn Wielkiego hetmana i słynnego dowódcy, Ilya Konstantynowicz, jak wiemy, nie wykazał żadnych szczególnych zdolności do służby wojskowej, chociaż odpierał najazdy tatarskie oraz ze swoją choragwią dworskiej brał udział w wojnie Starodubskiej z Moskwą, oblegając wraz z Janem Glebowiczem Siebież, chociaż to bez skutku. Laury ojca okazały się nieposilne dla młodego księcia… Ale też nie o to chodzi w mojej historii. Książę Ilya okazał się bardzo przeciętnym wojownikiem, ale nie zaryzykowałbym jemu robić zarzuty. To jest moje głębokie przekonanie, że wojna jest rzemiosłem, którego umiejętności nie są do popisywania dla osoby godnej… Umiejętność zabijania jest wątpliwą sprawnością. Wybacz mi pan moje moralizatorstwo, ale jestem już starym człowiekiem, który widział wiele wojen w swoim życiu i sądzę, że mam prawo wyciągać z tego takie wnioski.
Wracając do tematu, chodzi mi nie o społecznym, lecz o prywatnym życiu księcia Ilyi. Panie Stasiu, Pan chyba słyszał opowieści o manierach i zwyczajach z połowy ubiegłego wieku, o czasach Zygmunta Starego?
Komisarz od pomiarów uśmiechnął się.
– W czasach mojej młodości byłoby dziwnym nie słuchać tych bajek o Barbarze Radziwiłłównie…
Pan Sławomir zmarszczył lekko brwi.
– Panie Stanisławie, poprosiłbym Pana nie tylko nie powtarzać tych bajek przy tym stole – ale nawet żeby żadnej sugestii o tym nie było przy naszej rozmowie. Honor damy nie jest pustym dźwiękiem, a dla szlachty tym bardziej.
– W porządku, Panie Sławomirze, oczywiście… Proszę mi wybaczyć moją lekkomyślność.
– Dziękuję, Panie Stasiu, jestem starym człowiekiem i cieszę się, że Pan zrozumiał moje słabości… Więc książę Ilya, będąc związany obietnicą swojego ojca, by poslubił Annę Elżbietę Radziwiłł – starsi w rodzinie wcześniej się dogadali o przyszłości swoich dzieci, w tych czasach takie coś było rzeczą powszechną – postanowił sprzeciwić się woli Konstantego Iwanowicza. On zdecydowanie odmówił Annie – nie wiem, jakie koty darli ze sobą… Na próżno Wielki hetman Litewski Jerzy Radziwiłł ofiarował mu swoją drugą córkę, Barbarę – książę Ilya był nieugięty. Co temu było winne, złe plotki, oszczerstwa, magia, czy co najwięcej kaprys bogatego potomka magnackiego – Bóg wie… W każdym bądź razie Zygmunt Stary w swoim przywileju pozwolił księciu Ilyi nie podążać za wolą ojca w sprawie małżeńskiej – i to właśnie rozwiązało spór między dwoma rodzinami magnackimi. Książę Ilya otrzymał swobodę wyboru narzeczonej – którą w niedługim czasie wykorzystał… A raczej, tylko myślał, że otrzymał swobodę. Czasami pionek na szachownicy jest pewny, że sam wybiera los ofiary obcej królowej….
Było to w tysiąc pięćset trzydziestym szóstym… nie, w trzydziestym siódmym roku. W Krakowie, na balu królewskim, książę Ilya poznał córkę koronnego podskarbiego Andrzeja Koscieleckiego Beatę, dziewczynę w wieku dwudziestu dwóch lat, serdeczną współtowarzyszkę królowej Bony Sforzy. Beata całe swoje życie spędziła wsród intryg krolewskiego dworu, więc szybko zawróciła głowę młodego księcia. Sześć miesięcy później Ilya ogłosił zaręczyny z młodą Kościelecką – i jak szeptano w każdym zakątku na Wawelu, córką Zygmunta Starego i Katarzyny Telniczanki, którą król Polski wydał za Pana Kościeleckiego…
Komisarz skinął głową.
– Tak, słyszałem tę historię, czasy te wyróżniały się wyjątkową frywolnością manier.
– Eee tam, Panie Stasiu, gdyby to była tylko kwestia frywolności… Jak umarła Barbara Radziwiłłówna, oczywiście, że słyszał Pan?
– Tą historię z jabłkiem? Wielu ludzi uważa za sprytną fikcję…
Szlachcic wzruszył ramionami.
– Też sądziłbym, że to jest nic więcej niż straszna bajka – gdyby był młodszy… A kiedy masz pięćdziesiąt pięć lat, zdajesz sobie sprawę, że ludzka bezduszność i podłość nie ma granic. Barbara, nich ziemia będzie jej lekką, bardzo możliwe, że nie była przykładem moralności, a opowieści o jej romansach miłosnych prawdopodobnie miały jakąś podstawę – ale Zygmunt August poślubił je z własnej woli, więc wiedział, co robił. Tym małżeństwem jednak król wrzucił pasmo płonącej słomy do gniazda szerszeni – oburzenie polskiej szlachty nie znało granic! Litwinka Barbara Radziwiłłówna Królową Polski – to było zarówno jak dla magnactwa koronnego, tak i dla królowej matki jak ostrze noża przy gardle. A śmierć nieszczęsnej Litwinki była spotkana z cichą radością na Wawelu… Przecież wie Pan, z jakiej rodziny pochodziła Bona Sforza?
– Tak, Panie Sławomirze, Bona jest dziedziczką rodzin Medici, Sforza i Borgia.
Szlachcic pokiwał głową z satysfakcją.
– Borgia. Najbardziej znani truciciele w całych Włoszech, którzy puścili na tamten świat gro ludu. Nie byłem obecny przy tej akcji, ale jestem gotów dać rękę do odcięcia – tak to właśnie było. Bona Sforza posmarowała jedną stronę ostrza noża trucizną, przecięła nim jabłko oraz tą część owoca, którą dotknęła połowa ostrza z trucizną, dała Barbarze Radziwiłłównie. Ta przyjęła poczęstunek, a miesiąc później umarła w strasznych męczarniach… Borgia bardzo dobrze znała się na truciznach!
Komisarz od pomiarów z powątpiewaniem pokręcił głową.
– A czy Pan sądzi, że Beata Kościelecka czerpała umiejętności sztuki trucia od Bony Sforzy?
– Nie mam wątpliwości! Zło zawsze usiłuje się uchwycić jak najwięcej – miasta, wioski, ludzkie dusze… Bez tego gaśnie ono i znika!
– Więc śmierć Ilyi Ostrogskiego…
– Więc śmierć najstarszego syna księcia Konstantego jest dziełem rąk ludzkich, lecz nie jest sprawą Pana Boga!
Pan Stanisław wzruszył ramionami.
– To nie do wiary, że to… Nie bardzo się znam na historii starożytnej, ale myślę, że już sto lat temu lekarze byli na tyle uzdolnieni, aby diagnozować zatrucie…
– Tak – gdyby było dozwolono im obejrzeć ciało. Ale książę Ilya, potłuczony upadkiem z konia podczas turnieju w trzeci dzień uroczystości weselnych, był przez siedem miesięcy pod nadzorem lekarza rodzinnego Ostrogskich i nikt więcej z synów Hipokratesa nie mógł go odwiedzić. Początkowo ból pleców, przeszywające kłucie w boku i codzienne poranne dolegliwości z mdłościami i wymiotami nie przeszkadzały mu zbytnio, małżonkowie nawet wyjeżdżali na polowanie, gdyż wiadomo, że książe Ilya w Puszczy Krzemienieckiej gonił niedźwiedzia, ale i obowiązki małżeńskie młody mąż spełniał regularnie. Lecz w lipcu tysiąc pięćset trzydziestego dziewiątego roku nie mógł już podnieść się z łóżka. Wszystkie wysiłki lekarza rodzinnego i młodej małżonki były bezskuteczne. Co wieczór Beata osobiście nakładała na ciało księcia cudowny balsam i podawała do picia mu eliksir z ziół leczniczych, wysyłanych do niej z Krakowa i Drezna – ale młody książę każdego dnia stawał się coraz słabszy. W końcu zmarł dwudziestego sierpnia, pięć dni przed tym podpisawszy testament, zgodnie z którym cała jego własność – niezliczona, powiem Panu, należała do niego prawie połowa Wołynia – została przydzielona im… nienarodzonemu dziecku. Beata była wtedy w ciąży i niedługo czekała na poród…
Pan Stanisław przytaknął skinieniem głowy.
– Tak, słyszałem o tym, urodziła córkę, Elżbietę, na Wołyniu wołali ją Halszką. Biedna dziewczynka, to bogactwo nie przyniosło jej szczęścia, jak mówiono w naszym domu, straciła rozum i umarła, opuszczona przez wszystkich, samotna, bezdzietna…
Szlachcic uśmiechnął się pod wąsem.
– A tutaj, Panie Stasiu, pozwól Pana poprawić. Od tego momentu, przepraszam, właśnie zaczyna się ta historia, którą stara niańka z Husiatynia mi powiedziała…
– Ale spotkał ją Pan w listopadzie tysiąc pięćset osiemdziesiątego czwartego roku, jak dobrze pamiętam Pana opowieść?
– Zgadza się, Panie Stanisławie.
– A małżonka księcia Ilyi porodziła dziecko…
– Dziewiętnastego listopada tysiąc pięćset trzydziestego dziewiątego roku. Panie Stasiu, czy Pan ma wątpliwości, że szwankująca na rozumie staruszka z Husiatynia, mogła pamiętać wydarzenia sprzed czterdziestu pięciu lat?
Komisarz opuścił oczy zawstydzony.
– Nie to, żebym wątpił, ale to wszystko brzmi jakoś… jak bajka…
Szlachcic uśmiechnął się.
– Cóż, przedstawiam Panu bajkę, ale czy Pan w nią będzie wierzył lub nie – to Pana sprawa…
Komisarz od pomiarów skinął głową.
– Zgadzam się z Panem, Panie Sławomirze. Więc co powiedziała Panu ta stara kobieta z Husiatynia?
Szlachcic nieśpiesznie pokroił półgęska, zjadł go ze smakiem, popił dobrym łykiem zbitnia – a dopiero potem, zwracając się do swojego rozmówcy, odpowiedział:
– Ta stara kobieta, jak ona mi powiedziała w podziemiu domu podstarosty husiatyńskiego, nazywała się Janina Lisowska, urodziła się w rodzinie Andrzeja Lisowskiego, szlachcica herbu Jeż, który poległ przy szturmie Marienwerdera w wojnie pruskiej; matka oddała swoją córkę do służby w rodzinie Ostrogskich, więc do narodzin Elżbiety mieszkała ona w pokojach księcia Konstantego Iwanowicza w Turowie, służąc wdową księżnej. Kiedy w rodzinie najstarszego syna księcia, która właśnie poniósła ciężką stratę, pojawiło się dziecko, dziewczynka – Janinę przeprowadzili do Ostroga, i ona została opiekunką małej Elżbiety, ponieważ jej matka nie mogła właściwie zadbać o niemowlę – wszystkie siły Beaty były ukierunkowane na rozprawę z opiekunem brata jej zmarłego męża. W roku śmierci Ilyi jego brat Bazyli skonczył dopiero trzynaście lat, więc Beata miała szansę zostać spadkobierczynią majątku całej rodziny – zwłaszcza, że owdowiała księżna sama nie zawracała sobie głowy sprawami doczesnymi. Ale książę Jerzy Symeonowicz, brat wdowej księżnej, który został opiekunem Bazylego, nie tylko zdołał powstrzymać ingerencję Beaty do Wołyńskich posiadłości rodziny Ostrogskich, ale także postanowił poważnie zbadać tajemniczą śmierć Ilyi Konstantynowicza. Dlatego Beata całą swoją siłę wykorzystywała na konfrontację z rodziną szwagra… – Po tych słowach Pan Sławomir uśmiechnął się smutno.
– Więc ta Janina była małej Halszce zamiast matki? – spytał Pan Stanisław.
– I nawet więcej. Wie Pan, czasami dzieci nie mogą powiedzieć matce wszystkiego, o czym myślą – natomiast niani może, niania zawsze więcej wie o dziecku niż własnf matka… Więc Janina została dla małej Elżbiety i matką, i nianią, i starszą siostrą – wszystkim naraz…
Jak już mówiłem, Elżbieta od urodzenia nabyła prawo do posiadania niezliczonych bogactw – zgodnie z wolą Ilyi, cała jego własność, którą najstarszy syn Wielkiego Hetmana Litewskiego odziedziczył od swego ojca: połowa Księstwa Ostrogskiego z Dubnem, Ostrogiem, Czudnowem, Połonnym, Kropiłowem, Lubartowem, Dermaniem, Meżyriczem, Litowiżem, do tego jeszcze trzy i pół dziesiątka miast i zamków z sześciuset czterdziestoma trzema miasteczkami i wioskami, gospodarstwami, zaściankami i osadami – razem ponad sześćdziesiąt tysięcy chłopów pańszczyźnianych. Miała także prawo do otrzymywania cła na wywóz zboża i lasów, polowań w Puszczy Krzemienieckiej, myta od kupców handlujących z Krymem… Elżbieta – a raczej jej matka – otrzymywała dochody z zamków, ziem uprawnych, łąk, pastwisk, ogrodów, gruntów ornych, lasów, gajów, pasiek, goscińców, fabryk, targów, myta, przewozu, mostów, jezior, stawów, rzek, lowów ryb, młynów, stad bydła domowego i z roboty niewolników i niewolnic. Rocznie to wszystko przynosiło w tamte czasy co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy kop litewskich groszy!
Komisarz westchnął ciężko.
– Skarbiec obecnie nie może nawet marzyć o takich dochodach…
Pan Sławomir rozłożył ręce.
– Panie Stasiu, ale nie można nawet porównywać – dochody z majątku Wielkiego księcia, czy Korony a ordynację Ostrogską! Książę Janusz, wnuk Jego Mości Konstantego Iwanowicza, piętnaście lat temu, wydobył w Sejmie przywileja odnośnie dalszej niepodzielnością ziem Ostrogskich – więc po wszystkich podziałach i konfiskacjach ten majorat, jak teraz to się nazywa po niemiecku, nadal składa się z trzech tuzinów miast i zamków oraz sześciuset wiosek i zaściankow! A w czasach Jego Mości księcia Bazylego, gdy był władcą prawie całego Wołynia i Podola – roczny dochód domu Ostrogskich wynosił sześćset tysięcy kop litewskich groszy! Bogactwo tej rodziny było niezliczone…
– Ale, jak pamiętam, Beata również domagała się tego majątku? Choć według woli świętej pamieci księcia Ilyi nic nie dostała? – zapytał komisarz.
Pan Sławomir skinął głową.
– Oczywiście! Dlaczego niby najpierw zawróciła głowę najstarszemu synowi Wielkiego hetmana, a potem doprowadziła go do śmierci? Ale, ku jej nieszczęściu, okazała się zbyt chciwa – żądajac nie tylko całej spuścizny swojego zmarłego małżonka, ale także ziemi owdowiałej księżnej i księcia Bazylego. Tym samym rozpętała waśń i przyniosła do własnej rodziny nasiona wzajemnej nienawiści… Małostkowy i chciwy drapieżnik, pozbawiony inteligencji, nie znający honoru i godności – oto kim była ta Beata Kościelecka, i to nie tylko opinia Janiny Lisowskiej, ale wszystkich tych ludzi, którzy znali wdowę księcia Ilyi. Chciwość zniszczyła ją, zarówno jak i jej dom, wieczny odpoczynek racz dać Boże jej nieszczęśliwej duszy…
Pan Stanisław westchnął.
– Stara, jak świat historia… Ale co z Halszką? Obiecał Pan ujawnić tajemnicę, związaną z jej losem?
– Jak obiecałem – zrobię to. A raczej opowiem Panu, co Janina Lisowska powiedziała mi w listopadzie tysiąc pięćset osiemdziesiątego czwartego roku w Husiatyniu.
Tak więc, mała Elżbieta dorastała, nie widząc łaski rodzicielskiej – ojciec, jak powiedziałem, oddał duszę Bogu trzy miesiące przed jej narodzinami, matka z całą swoją istotą walczyła się z młodszą gałęzią Ostrogskich, prawie zapominając o swojej córce – dopóki w roku tysiąc pięćset czterdziestym drugim Wielki Książe nadaną mu władzą nie zakazał waśni Ostrogskich, skarg i oszczerstw, które bardzo zniesmaczyły jego, tak również Wielkiego podskarbiego Litewskiego, który musiał te swary łagodzić. Komisja, wysłana przez Zygmunta Starego do Wołynia, podzieliła spuściznę Jego Mości księcia Ilyi w sposób następny: przypisała Ostróg i okoliczne wioski wdowie, natomiast Połonne, Czudnów, Meżyricz, Litowiż oraz Kropiłów wraz z okolicznymi zamkami, miasteczkami, wioskami, osadami i gospodarstwami – dla córki. Jednak biorąc pod uwagę nieletność Halszki, Beata przejęła wodze rządzenia całością spuścizny – zaniechawszy jednak spór z opiekunem księcia Bazylego o ziemie poza Prypiecią oraz Wołoczyskę z małymi miasteczkami… Wydawało się, że wszystko się poukładało, Beata otrzymała dochody, o których marzyła w latach panieńskich – ale niestety zamiast tego, żeby się zająć wychowaniem córki, pogrążyła się do próżniactwa, snobizmu i pozerstwa oraz rywalizacji w megalomanii przy dworze Krakowskim, odwiedzając Ostróg tylko na krótki czas… Natomiast wujek Elżbiety, młody książę Bazyli, coraz częściej zaczął odwiedzać zamek ojca – i za każdym razem jego wizyty stawały się dłuższe… Córka Ilii ujrzała w wuju ojca – którego ona, niestety, nigdy nie poznala za życie.
Kiedy młoda Elżbieta skonczyła dwanaście lat, Sejm w Wilnie, na specjalnie zwołanym posiedzeniu, przyjął rezolucję w sprawie losu młodej księżniczki Ostrogskiej. Nie mogła wyjść za mąż bez zgody opiekunów – to byli jej wuj książę Bazyli Ostrogski, król Zygmunt August oraz stary książę Sanguszko, starosta Winnicki i Bracławski, marszałek ziemi Wołyńskiej. Książę Bazyli był mocno zaprzyjaźniony ze synem starego Sanguszki, Dymitrem. Młody Sanguszko, będąc starostą Żytomierskim, a od roku tysiąc pięćset pięćdziesiątego drugiego Kaniowskim i Czerkaskim, choć był młody, ale w pełni się pojadł gorzkiego chleba wojny, ponieważ co roku musiał odpierać najazdy tatarskie…
Komisarz od pomiarów nagle się ożywił.
– Tak, pamiętam! To jest ten Sanguszko, który chwycił księżniczkę Połubińską i trzymał ją w niewoli, zamierzając poślubić ją wbrew woli jej krewnych, a następnie zabrał młodą księżniczkę Ostrogska do Bohemii, gdzie zginął?
– Tak, to on, Panie Stasiu, przepraszam… A Pan dobrze się zna na historii ubiegłego wieku!
Pan Stanisław westchnął.
– Złote czasy, Panie Sławomirze, złote czasy…
– Pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem, Panie Stanisławie. Tak, nie było wielkich wojen, podobnych do Iinflańskiej, a Korona i Księstwo żyły spokojniejsze i dostatniejsze – ale nawet wtedy zdarzały się tragedie…
Komisarz skinął głową.
– Tak, historia księcia Dymitra Sanguszki jest prawdziwą tragedią greckiego układu…
Pan Sławomir tylko machnął ręką.
– Eee tam, Panie Stasiu, w porównaniu do naszej historii – co tam Ajschylos, Sofokles oraz Eurypides! – Po chwili zastanowienia kontynuował: – A więc o młodym Sanguszce. Po raz pierwszy przybył do Ostrogu w roku tysiąc pięćset pięćdziesiątym trzecim, tuż przed świętem Trzech Króli – a za nim, mimo młodego wieku, rozciągał się ołbrzymi tren rozmaitych plotek i kłamstw. Które nie zawsze były kłamstwami…
Komisarz pokręcił głową.
– Ale księżniczkę Marynę Połubińską zabrał na siłę, zabrał wprost z ojcowskiego domu?
– Zabrał, tak. Desperat, co tu zrobisz! Ale trzeba mieć wobec niego pobłażliwość, dziadek księżniczki, książe Bazyli Andrejewicz, starosta Mścisławski, przed śmiercią obiecał młodemu Sanguszce rękę swojej wnuczki – a Dymitr Fiodorowicz chciał tylko uniknąć kolizji losu…
– Ale dlaczego wtedy nie poślubił księżniczki Maryny? Połubińscy są Gediminowiczami, rodziną szlachecka, pochodzącej od Olgerdowiczów…
Pan Sławomir ironicznie spojrzał na swojego rozmówcę i odpowiedział:
– A księżniczce Marynie w tym roku drogę przekroczyła Anna Jagellonka…
Komisarz ze zdumienia aż wstał.
– Jak to?
– A tak. – Zadowolony z efektu, stary szlachcic uśmiechnął się spod wąsów. – Młody Sanguszko nie tylko miał zdesperowaną głowę i talent wojownika, jakich mało na Litwie – z wygłądu był taki przystojny, jak anioł… To według Janiny Lisowskiej, która zobaczyła go po raz pierwszy podczas święta Trzech Kroli w zimie tysiąc pięćset pięćdziesiątego trzeciego roku. A o serdecznej więzi młodego Sanguszki i siostry Jego Łaskawości króla Zygmunta Augusta opowiedziała pokojówka jego matki, Anny Iwanowny, która również gościła w Ostrogu.
– Coraz ciekawsza jest historia, Panie Sławomirze, Po prostu nowela Boccacco!
– Raczej sonet Petrarki – przecież między młodym Sanguszką a królewną Anną ledwo zaczęła się rozwijać duszewna skłonność, którą od samego początku stłumiła królowa-matka. Poza tym córka Zygmunta Starego była o siedem lat starsza od księcia Dymitra…
– Nie tylko nie słyszałem o tym, ale nawet nie myślałem, że to możliwe!
– Phi, Panie Stasiu, jak pisał Szekspir, "jest wiele rzeczy w świecie, bracie Horacy, o których naszym mędrcom się nie śniło"…
Młody Sanguszko i Anna Jagellonka spotkali się na balu królewskim na apostoła Filipa, w przeddzień postu Bożonarodzeniowego, w listopadzie tysiąc pięćset pięćdziesiątego drugiego roku. Królewna jak tylko zobaczyła księcia Dymitra – wnet zapłoneła do niego gorącą namiętnością. Tego samego wieczoru młody Sanguszko otrzymał list od Anny Jagellonki – nie pozostawiający żadnych wątpliwości co do intencji królewny; Książę Dymitr, zawstydzony i zdumiony, nie odważył się odpowiedzieć – a trzy dni później otrzymał drugi list, na który już ułożył odpowiedź. Lecz Anna Jagiellonka nie dostała tego listu, bo służącego, który niósł pismo, zatrzymała Bona Sforza. Królowa-matka była na tym samym balu, widziała, jak jej córka patrzy na młodego Litwina – i, oczywiście, wszystko pięknie rozumiała. Dzięki swoim sługom dowiedziała się o rozpoczęciu powieści epistolarnej i postanowiła zdławić ją w najbardziej zdecydowany sposób. Więc odpowiedź Dymitra Sanguszki trafiła nie do królewny Anny, lecz do jej matki…
Następnego ranka młodemu ksieciu był odczytany dekret Wielkiego Księcia Litewskiego, by natychmiast udał się do Bracława szykować prowincję do nadchodzącego najazdu Tatarów, ale werbalnie było dodane, by juz nigdy więcej nawet nosa nie pokazywał na Wawelu, źeby uniknać najgorszych nieszczęść w swiecie…
Młody Sanguszko, będąc poddanym Wielkiego Księcia Zygmunta Augusta, nie ośmielił się zaniechać dekretu – ale gniew i pragnienie zemsty za upokorzenie po prostu ogniem wypalały całą jego istotę… Natychmiast wyjechał z Krakowa – ale ani w swoim rodowym zamku w Kowlu, ani w Bracławiu, gdzie kazano mu jechać – nie pojawił się, a przez następne dwa miesiące miotał się na Rusi Litewskiej, nie wiedząc, jak zgasić swój gniew i gorycz… Nie zapomijmy, że Sanguszki są z rodu Gediminowiczów, pochodzenie swoje wiodą od Lubarta, Jagielloni nie są im równi. Z oburzenia, które dręczyło jego duszę, młody książę całkiem zapomniał o młodej księżniczce Połubińskiej, pozostawionej pod opieką ciotki Teodii Andrejewny i został pochłonięty niezdolnością pomszczenia za upokorzenie – pamięta Pan, że Zugmunt August, jak by to nie było, był królem i Wielkim Księciem…
I z tego palącego smutku książę Dymitr pojechał do Ostroga – mając nadzieję, że w towarzystwie Jego Mości młodszego Ostrogskiego pozbawi się goryczy przy chmielowych ucztach… Ale chodziło mu nie o Annę Jagiellonkę, chociaż uwaga królewny była pochlebna dla młodego księcia – był on wsciekły z pogardy, którą nie da się odkupić. W każdym bądź razie, tak to opowiadała Janinie Lisowskiej pokojówka Anny Iwanowny, matki młodego księcia. Ale duszy kobiety w takich przypadkach nie da się okłamać – kobieta wyczuwa to nie umysłem swoim, ale sercem…
No… a teraz o pierwszym przybyciu Dymitra Sanguszki do Ostroga. Przyjechał tam, płonąc słusznym pragnieniem zemsty – której, niestety, nie mógł w żaden sposób zaspokoić. I nagle, na obiedzie, podanym z okazji przybycia wybitnych gości, spotyka młodą Elżbietę!
О tym wydarzeniu Janina Lisowska opowiadała w szczegółach – przecież to było początkiem tragicznego epilogu życia młodego księcia. Dymitr Sanguszko wszedł do sali kominkowej w książęcych pokojach; przy głównym stole siedzieli jego matka, owdowiała księżna Anna Iwanowna, książę Bazyli oraz przyszły teść młodego Ostrogskiego, Wielki hetman koronny Jan Tarnowski; natomiast przy stole gościnnym – stary książę Czetwertyński, który zatrzymał się w Ostrogu po drodze do Wilna, koronny pościelniczy Koniecpolski, zaproszony przez księcia Bazylego do omówienia niektórych spraw – i Beata, która przybyła godzinę wcześniej.
Równocześnie z młodym księciem do sali weszła młoda Elżbieta w towarzystwie niani – ziewczynka dopiero skończyła trzynaście lat, dopiero zaczęła poznawać swoją kobiecość, była świeża, młoda, nieśmiała i urzekająca swoją bezpośredniością… w tym miejscu słowa Janiny mogły wywoływać pewne wątpliwości, bo Elżbieta była prawie jej córką. Ale w każdym razie, dla młodego księcia, dziewczyna, która weszła z nim do sali, została najlepszym lekarstwem przeciwko dręczącego jego pragnienia zemsty i gorzkiej świadomości tego, że nic z tym nie da się zrobic, – jestem starym człowiekiem i doskonale rozumiem uczucia, Dymitra Sanguszki podczas spotkania z młodą Elżbietą… Młodość jest zawsze urocza! – zakończył swój monolog szlachcic i mocno przypił się do kubka z miodem.
– Ile lat miał wtedy książę Dymitr? – żwawo zapytał komisarz.
– Dwadzieścia dwa lata.
– A księżniczka Ostrogska, mówi Pan, trzynaście?
– Zgadza się. Nic dziwnego, że między nimi błysnęła iskra – to jest młodość, nic na to nie poradzisz…
Zresztą Pani Janina na Boga przysięgała, że na początku między księciem Dymitrem a księżniczką Elżbietą nie było nawet rzucone przypadkowego słowa – siedzieli po przeciwnych stronach przy stole, młoda księżniczka z musu odpowiadała na jakieś pytania matki, Dymitr usiłował podtrzymywać rozmowę z księciem Bazylim – także bez powodzenia. I tylko wtedy, gdy ich oczy się spotykały – szkarłatny rumieniec nagle się pojawiał po obu twarzach… Ale Janina Lisowska nie jedyna to zauważyła – pod koniec obiadu księżna Sanguszko poprosiła syna, aby poświęcił jej trochę czasu. Jak wie Pan, Panie Stanisławie, kobiety umieją zachować tajemnice – ale tylko wszystkie razem, wspólnie… Wieczorem szczegóły rozmowy Anny Iwanowny z księciem Dymitrem znane były wszystkim mieszkańcom pałacu Ostrogskiego. – Stary szlachcic westchnął, ukrywając pod wąsami ironiczny uśmiech.
– Księżna przypomniała synowi o młodej księżniczce Połubinskiej, marnującej się w Kowlu? – Uśmiechnął się i zapytał komisarz.
– I o tym też. A także o decyzji Sejmu w Wilnie. O tym, że po tak ryzykownie rozpoczętej korespondencji z Anną Jagellonką młody książę nie ma szansy na zgodę Zygmunta Augusta na ślub z młodą Ostrogską, ponieważ królowa Bona Sforza jest niezwykle pamiętliwa, mściwa i złośliwa. Ale to, według słów pokojówki księżnej, tylko podgrzało zainteresowanie młodego Sanguszki do Elżbiety. Młodość – to jest wyjątkowo niebezpieczna pora życia, a wszelkie zakazy tylko zachęcają do ich złamania – myślę, że Pan również doświadczył tego w swoim życiu…
Komisarz uśmiechnął się smutno.
– No… za moje młode lata najbardziej odważnym obaleniem tabu była kradzież czereśni w ogrodzie naszego sąsiada, szanownego sędziego Jana Skarzyńskiego…
– Tak, i dzięki Bogu, bo pokora od młodych paznokci jest lepszą od bezmyślnej brawury, wielkie męży stanu dorastają od pokornej młodości, a desperaci rzadko żyją do siwych włosów… Oto, Panie Stasiu, ma Pan trzydzieści z hakiem – i już jest Pan podskarbim Mścisławskim, komisarzem od pomiarów ziemi… jak załatwi Pan pomiary miejscowe – zostanie Pan starostą lub kasztelanem Witebskiem, a poźniej, patrz Panie, bliziutko jest do rangi Wileńskiego podkomorzego… – stary szlachcic uśmiechnął się z ledwo wyraźną ironią.
Komisarz podniósł brew.
– Panie Sławomirze, rozumiem Pana ironię. Ale przecież konieczne jest, źeby ktoś zarządzał w kwestiach gospodarczych, Księstwo obecnie jest w takim upadku i nędzy, że tylko cud Pana Boga pomoże nam uregulować wydatki państwowe bez obniżania zawartości srebra w mennictwie szelegu… Powiem tak Panu, że w naszych sprawach teź jest potrzebna waleczność, niech nie taka sama, co na polu bitwy, ale waleczność umysłu. O wiele łatwiej jest wygrać kolejną bitwę z Tatarami niż pokonać sam na sam mennicę węgierskiego króla Władysława z jego podłym groszem świdnickim… – Pan Stanisław poczuł się dość obrażonym sugestiami starszego szlachcica.
Wierenicz skinął głową.
– Wybacz mi, Panie Stasiu, poniosło mnie w niewłaściwym kierunku… Każdy ma swoją własną gwiazdę, pod którą się urodził, ktoś walczy z Tatarami, a ktoś radzi sobie z pomiarami, czynszami oraz mytami… Zgadzam się z Panem, głupio zachowałem się, jak małolat-gołowąs.
Pan Stanisław odetchnął z ulgą.
– I ty, Panie Slawomirze, nie bądź na mnie zły… Jednakże odeszliśmy od wydarzeń roku tysiąc pięćset pięćdziesiątego trzeciego od chrztu Pańskiego – co stało się później w książęcym zamku w Ostrogu?
Pan Wierenicz pokręcił głową.
– Według Pani Janiny działy się tam niesamowite rzeczy. Następnego dnia po uczcie, Elżbieta poprosiła matkę, aby pozwoliła jej jechać na spacer konny – chociaż nigdy do tej sztuki, jazdy w siodle, nie wykazywała żadnego zainteresowania, pomimo tego że nauczyła się jej. Na początek Beata zdecydowała się pojechać wraz z córką – ale potem, jak to zdarza się z kobietami, zmieniła zdanie, prosząc o towarzystwo dla młodej księżniczki księcia Bazylego. A kiedy Elżbieta, książę Ostrogski, hajducy, powodni kozacy choragwi dworskiej i posłańcy, orszakiem o dwustu jeźdźców opuścili bramy zamku – na brzegu Wilii spotkał ich młody Sanguszko ze swoimi ludźmi. Spacer trwał niemal do samego wieczora – następnego dnia wszystko się powtórzyło. Młoda księżniczka nagle została miłośniczką konnej jadzy, i każdego dnia zapuszczali się coraz dalej, czasem aż do klasztoru Świętej Trójcy w Meżyriczu, czasem do Rozważu, a czasami nawet do Netiszyna na Gorynie! Na szczęście zima w tym roku była łagodną, mrozy nie były za mocne, lód na rzekach był zaledwie pół wierszka – dlaczego nie miałaby jeździć by dziewczyna?
– Rozumiem, że księżniczka nie jezdziła sama? – żartobliwie zapytał Pan Stanisław.
Starszy szlachcic się uśmiechnął.
– Wiadomo, nie sama. Hajducy towarzyszyli jej – zawsze z trzema lub czterema, powodnymi, kozakiem z sotni dworskiej z szablą i arkebuzem… ale i Pan Dymitr Sanguszko ze swoimi służącymi. Początkowo książę Bazyli brał udział w tych spacerach – ale nie był zadowolony z nich, już podczas trzeciej wyprawy wyruszyła jego siostrzenica w towarzystwie wiernego człowieka księcia, szlachcica Mariana Gigoły. Szlachcic musiał strzec księżniczki przed wszelkimi rodzajami niebezpieczeństw, a przede wszystkim chronić jej honor – ale będąc leciwym mężczyzną, oprócz tego skłonnym do dobrego kubka, zwykle tuż przy bramie zamku opuszczał orszak i jechał do korczmy Nachima z Berdyczowa – gdzie zwykle spędzał czas do powrotu spacerowiczów, składając hołd dobrym miodom i gorzałce, na szczęście Pan Dymitr hojnie opłacał jego uczty… – Pan Wierenicz uśmiechnął się spod wąsów.
– Czy to Pani Elżbibeta spędzała cały czas w towarzystwie księcia Dymitra? Bez odpowiedniego nadzoru?
Starszy szlachcic rozłożył ręce.
– No przecież jak młodzi zakochani zechcą być obok siebie – nie pomoże nie tylko stróż, ale mury forteczne w kilka tuzinów sążni będą bezsilne… Tym bardziej akurat to był tydzień maślany, święta, poczucie wiosny… Sprawy młodych! Ale, Panie Stasiu, nie miej Pan złych myśli – Pan Dymitr, chociaż był odważny szlachcic i śmiały do szaleństwa – ale pojecie o honorze miał doskonałe. Z Elżbietą tylko między sobą rozmawiali – ale, jak mówiła Pani Janina, rozmowy te były takie, że za każdym razem, wracając do zamku, młoda księżniczka płonęła jak róża majowa…
– Jezusie kochany, nawet nie myślałem nic takiego… A co z Beatą? Jak ona na to patrzyła?
Starszy szlachcic westchnął
– Nikt nie mógł zrozumieć tej kobiety – tym bardziej zwykła niańka…. Janina mówiła, że po pierwszych zalotach młodego Sanguszki do jej córki wdowa księcia Ilyi całkiem przychylnie postępowała – książę Dymitr był szlachetny, bogaty, odważny, swoj szlachecki tytuł niczym nie zaplamił – i kiedy wysłał na święto Matki Boskiej Gromniczną do niej bliskiego bojara z zapytaniem o eweltualnych zaręczynach – Beata zareagowała na to bardzo przyjaźnie…
– A co z decyzją Sejmu w Wilnie? Pani Kościelecka nie mogła go zaniedbać, a książę Sanguszko też wiedział o niej…
Pan Wierenicz machnął ręką.
– Kto, będąc młodym, poważnie podąża za rozkazami starszych – choć w rodzinie, choć w kraju? Książę Dymitr widział tylko Elżbietę, jej szkarłatne policzki i figlarne oczka – co miała do tego decyzja Sejmu? A Beata, kompanka królowej-matki, prawdopodobnie wierzyła, że w razie potrzeby Bona Sforza każe synowi, co powinien zrobić…
– Ale, o ile pamiętam, wszystko potoczyło się wbrew woli młodego Sanguszki?
Starszy szlachcic westchnął.
– W Wielki post Beata wyjechała do Krakowa – w Ostrogu o tej porze nie miała nic do roboty, książę Bazyli, choć nie był gospodarzem zamku, ale był najstarszym mężczyzną w rodzinie, a będąc człowiekiem o mocnej wierze, utrzymywał dwór i zamek w surowości, pobożności i szacunku dla prawa prawosławnego. Post i modlitwa – co jest w tym ciekawego dla takiej osoby, jak Beata? Na Wawelu miała bardziej wesoło. Wróciła dopiero na Wielkanoc – a do tego czasu w Ostrogu wszyscy byli już pewni nadchodzącego ślubu młodej Elżbiety i Dymitra Sanguszki, czekali tylko na pełnolecie księżniczki Ostrogskiej. Czternaście lat powinna była skończyć w listopadzie…
– I co Beata?…
– Beata wysłała do księcia Sanguszki bezwarunkowy wymóg, aby opuścił zamek wraz z jego sługami i bliskimi bojarami. Natychmiast po przyjeździe. To był grom z jasnego nieba – wszyscy czekali od matki Elżbiety czegoś całkiem innego… Nikt w Ostrogu nie mógł niczego zrozumieć – za wyjątkiem księcia Dymitra. Pani Janina była w przyjaźni z pokojówką księżnej Anny Iwanowny – i ta powiedziała, że książę Dymitr, po otrzymaniu tak nieprzyjaznej wiadomości od Beaty, przez całą noc się miotał w swoich pokojach, powtarzając „Bądź przeklęta, francowata Włoszko!”
– Ale…czy to królowa-matka, Bona Sforza, zakłóciła ten ślub? – zdziwił się Pan Stanisław.
– Ledwo nie zakłóciła.
– O tak, oczywiście, pamiętam, książę Dymitr wbrew pozorom połączył się z młodą księżniczką Ostrogskiej… Jednak był człowiekiem krnąbrnym i upartym, ten młody Sanguszko!
Leciwy szlachcic skinął głową.
– Desperat, co tu mowić… Ale Panie Stasiu, rozważ Pan tutaj, że ślub księcia Bazylego i Zofii, córki Pana Jana Tarnowskiego, Wielkiego hetmana koronnego, był już wyznaczony w dniu święta Trójcy. Okazało się, że Bazyli był pożądanym narzeczonym, a księciu Dymitrowi Beata wystawiła dynię, jak to było w tradycji rosyjskich województw wśród szlachty… To był podwójna obraza! To było w ogóle nie do zniesienia!
– Ale czy młody Sanguszko jednak opuścił Ostrog?
Pan Wierenicz rozłożył ręce.
– A co mógł zrobić? Tego samego dnia, bez opóźnień – honoru miał obficie… I wraz z nim wyjechał książę Bazyli, udał się do siebie, w Turów. Ale ani książę Dymitr do Kowla, ani młody Ostrogski do Turowa – wciąż nie dojechali. Oba pojazda zatrzymały się w Klewaniu, w zamku Czartoryjskiego.
– W tym, który w czasach Jarosława Mądrego był Koływaniem? – błysnął erudycją Pan Stanisław.
Szlachcic skinął głową.
– Tak jest. Książęta obozowali w Klewaniu, wymyślając, jak zrealizować plan małżeństwa Dymitra i Elżbiety – ponieważ teraz Sanguszce po prostu nie było gdzie się wycofać. Można było znieść upokorzenie od matki króla, choć wymagało to znacznego hartu ducha. Ale od bękarta?!? To było po prostu nie do pomyślenia!
– Ale Beata jednak była córką Zygmunta Starego… – zaprzecił komisarz.
– Bękartem była! – odciął starszy szlachcic. I dodał już łagodniejsze: – Panie Stasiu, w tej sprawie ja, przepraszam, jestem stronniczy i jestem po stronie młodego Sanguszki – więc moja historia nie będzie kroniką Nestora… Jestem stary, sentymentalny i kocham wszystkie takie bzdury o miłości, niech mi Pan to wybacy wielkodusznie… a młody książę Dymitr i Elżbieta kochali się, Pani Janina w tym na Boga przysięgała… Za Pana zgodą kontynuuję moją opowieść. Tak więc, obóz w zamku nad rzeką Stubłą i rodowy zamek w Ostrogu natychmiast połączyły się linią pocztową, która zaczęła pracować z całej siły…
Każdego dnia posłaniec wyruszał z Klewaniu do Ostroga z listem do młodej księżniczki – oraz każdego dnia z zamku Ostrogskich wysyłana była odpowiedź do brzegów Stubły. Co napisali do siebie Dymitr i Elżbieta – Bóg wie, ale Pani Lisowska zapewniła, że z każdym dniem wzrastało zaangażowanie Halszki w młodego Sanguszkę. A kiedy wołynskie Romeo i Julia spotkali się na ślubie Bazylego, nawet ślepy nie mógł nie zauważyć nieodwracalność ich związku.
– A co Beata?
– Zaraz po ślubie Beata wyjechała do Krakowa, by szukać wsparcia u Bony Sforzy. Ale królowa-matka w tym czasie prawie straciła swój wpływ na syna – i temu, jak Pan pamięta, w niemałym stopniu posłużyła śmierć Barbary Radziwiłłówny. Nie wiadomo, o czym rozmawiały Beata Kościelecka i Bona Sforza, ale negocjacje te trwały dość długo – aż do święta proroka Eliasza matka Elżbiety przebywała w Krakowie. Młodzi książęta też nie marnowali czasu – przygotowywali sposoby zarówno na szczęśliwe rozwiązanie sprawy, jak i na ten przypadek, gdyby nad zakochanymi zabrzmiała królewska burza. Po pomyślnym zakończeniu młodzi planowali udać się do Kaniowa i spędzić pierwsze miesiące życia w tamtejszym zamku. Natomiast w przypadku nieszczęśliwego rozwiązania postanowili przygotować ucieczkę do granic cara. Książę Bazyli napisał do swojego teścia, Pana Tarnowskiego, i namówił go aby dał schronienie naszym wołyńskim Romeo i Julii w swoim zamku w Roudnicach nad Łabą, który jest w Bohemii – jak Zygmuntowi Augustowi stwardnie serce i rzuci swój gniew na Sanguszkę za zaniedbanie królowskiej woli.
– Jednak to jest słusznie! – zauważył komisarz ziemski.
Starszy szlachcic skinął głową.
– Książę Bazyli za młodych lat miał skłonność do myślenia o kilka kroków naprzód – które, nawiasem mówiąc, bardzo mu później pomogło po klęsce rokoszu Nalewajki… Jednak wrócimy do sierpnia roku tysiąc pięćset pięćdziesiątego trzeciego. Beata, bezsensownie spędziwszy czas w Krakowie, wróciła do Ostroga – akurat pierwszego dnia postu przed świętem Wniebowzięcia. Następnego ranka pod murami zamku Ostrogskiego pojawili się młodzi książęta z kozakami i służącymi; drużyna nie była liczna, Pani Janina twierdzi, że bylo ich nie więcej niż trzy tuziny konnych, z których prawie połowa była poważnie uzbrojona w piki, fuzje i arkebuzy, lecz reszta miała tylko szable – ale ani Sanguszko, ani książę Bazyli nie planowali szturmować Ostroga. Po przybyciu Beata zamknęła się w swoich pokojach i słuzącym kazała nie budzić się do południa – natomiast młodzi książęta przybyli o świcie. Klucznik zamkowy zameldował o gościach przed dowodcą straży, ten – przed książęcym podkomorzym, a ten ostatni, który, nie chcąc zostać się przedmiotem gniewu księżnej, obudził księżniczkę, która tylko udawała, że śpi, lecz przez całą noc, nie zamknęła oczu. Elżbieta przyjęła Pana Kwiecińskiego, który wówczas był książęcym podkomorzym, i kazała otworzyć bramę – co natychmiast się stało. No a dalej – jasne co… – i starszy Pan, westchnąwszy, podniósł kubek z miodem.
– Czy młody Sanguszko porwał Halszkę?
Pan Sławomir parsknął.
– To jeszcze trzeba popatrzeć, kto kogo porwał… Beatę, która wstała z łóżka z powodu hałasu na dziedzińcu, książę Bazyli kazał swoim ludziom zamknąć w sypialni. Kozaków dworskich z Ostrogu ludzie Sanguszki do pałacu nie wpuścili – ale te nie szczególnie tam wejść – Beata nie była lubiana przez służby dworskie… Ogólnie mówiąc, przed południem w Ostrogu już nie było ani młodych książąt z ich drużynami, ani Elżbiety z nianią i Marianem Gigołą – cała kompania w kłusie wyjechała do Klewania.
– I ślub odbył się w Klewaniu? Poza wolą Beaty?
Pan Wierenicz pokręcił głową.
– Czyżby Bazyli nie był głową rodziny? Z Klewania zostały rozesłane zaproszenia ślubne do wszystkich notabli Rusi Litewskiej i Litwy, a także do wybranych arystokratów Korony. I wielu z pierwszych osób z Wołynia, Podola, Małopolski, Podkarpackiej Rusi, Mśсisławszczyzny, Witebszczyzny, Bracsławszczyzny i Kijowa zgodziło się przybyć, choć słyszeli, że to małżeństwo nie było całkiem prawne… Ale rodzina Ostrogskich w Księstwie Litewskim nie była ostatnią – więc wielu uważało zaproszenie księcia Bazylego za znacznie ważniejsze niż decyzja Sejmu w Wilnie…
Wesele zaplanowane w było Ostrogu. Trzy dni po porwaniu Elżbiety, młodzi książęta, księżniczka i wszyscy służący wrócili do zamku rodowego, z którego w tym czasie już wyjechała Beata. A piętnastego września w kościele dworskim zamku Ostrogskiego odbyła się ślubna liturgia święta na rzecz Elżbiety i Dymitra. Beata nie była obecna, wszystko to było tylko według woli księcia Bazylego – natomiast Kościelecka, przeciwstawiając się jego planom i mając nadzieję na wydobycie z tego własnej korzyści, napisała skargę do Zygmunta Augusta. Podkreślała w skardze, że małżeństwo odbyło się wbrew woli jednego z opiekunów, Jego Mości Wielkiego Księcia i Władcy Państwa. Jaka by nie była, a w pomyślunku Beacie nie można było odmówić… Zygmunt August przeczytał jej donos, oburzył się z powodu tak oczywistego zaniedbania swoich dekretów – cóż, jeśli dodamy, że Bona Sforza też nie omieszkała dolać do tej czary goryczy swoją kroplę trucizny – wtedy można zrozumieć reakcję Wielkiego Księcia. Nie to że twoja wola jest wyzywająco zaniedbana, to jeszcze w oczach matki, która zawsze uważała ciebie za rozpieszczonego mięczaką, po prostu stajesz się żałosnym…
– Więc Zygmunt August…
– Więc Wielki Książę Litewski zdecydował się na coś takiego, czego świat jeszcse nie widział…