Читать книгу Lecz imieniem Twoim… - Александр Усовский - Страница 6

Jak Sławomir Wierenicz-Stachowski został zaufanym powiernikiem Jego Mości księcia Bazylego Ostrogskiego i dlaczego nie był z tego zadowolony…

Оглавление

W pokoju zawisła napięta cisza – taka gęsta, że słychać było, jak listopadowy deszcz monotonnie mży za oknem.

Podskarbi Mścisławski, kręcąc głową, nalał sobie i starszemu szlachcicowi miodu, przesunął kubek do rozmówcy – i spytał cichym głosem:

– Panie Sławomirze, może wyjaśni mi Pan swoje słowa? A to zacząłem już słabo rozumieć wszystkie zawiłości Pana historii.

Pan Wierenicz, kręcąc głową, podniósł kubek, zrobił łyk bursztynowego napoju, chrząknął – i odpowiedział:

– Cóż, wyjaśnię. Ale w tym celu najpierw opowiem Panu, Panie Stasiu, opowieść o rokoszu Kosińskiego, myśle, ze słyszał Pan o tej rebelii?

Komisarz skinął głową.

– Historia ta jest dawna, ale znana. Czy wojewoda Kijowski ztłumił ten rokosz, jak pamiętam?

Starszy szlachcic uśmiechał się chytrze, a w jego oczach błysnęły psotne iskierki.

– Ztłumił, jak było nie ztłumić… Ale na na początku go… rozpalił!

Pan Stanisław rozłożył ręce ze zdumienia.


– Panie Sławomirze, znów mnie Pan zadziwia! Jak to – rozpalił? Czy nie Pan Krzysztof Kosiński osobiście podburzył kozaków z województwa Kijowskiego do buntu i szturmu Białej Cerkwi? I czy to nie jego kozacy niszczyli, ruinowali, niosli głód i mór majątkom Ostrogskich?

Starszy szlachcic skinął głową.

– Tak jest, Panie Stasiu. Ale wcześniej zdarzyło się wiele rzeczy, o których Pan, jak myślę, nie wie. Na przykład, czy wie Pan, kto był piastunem na weselu Krzysztofa Kosińskiego z księżniczką Maruszą Rużyńską? – i, nie czekając na odpowiedź, dodał: – Jego Mośc książę Bazyli Ostrogski.

– I co z tego, Panie Sławomirze? Kogo to obchodzi, kto i kogo kiedyś ożenił, to jest taka sprawa…

– Zgadzam się z Panem, Panie Stasiu, ile jest przykładów w historii, gdy nie tylko bliscy znajomi – krewni gotowali sobie nawzajem krwawe łaźnie… Ale tutaj chodzi o coś innego.

– O co, Panie Sławomirze?

Starszy szlachcic przerwał rozmowę, westchnął i odpowiedział:

– Panie Stasiu… Zna się Pan na gospodarce, więc wie Pan, z czego żyje Wołyń, a także Podole, Kijowszczyzna, Bracławszczyzna oraz zadnieprowskie ukrajny. Ale i sam Pan niedawno mówił, że pszenica z Rusi Litewskiej jest prawie jedyną rzeczą, którą żywi i daje dochód Rzeczpospolitej. Przecież to jest tak?

Podskarbi Mścisławski przytaknął.

– Tak. Co prawda, na ten dochód dużo jest szabrowników, ale wciąż pszenica z województw ruskich jest złotem stepowym. Gdyby nie ona, to dawno byśmy poszli w świat z wygiągniętą ręką.

Starszy szlachcic skinął głową z zadowoleniem.

– Rozumie Pan więc, że ziemie zadnieprowskie, na których uprawia się tą pszenicę, województwa Kijowskie, Podole i Bracławszczyzna są olbrzymim majątkiem.

Komisarz w milczeniu pokiwał głową. Pan Wierenicz kontynuował:

– W tym roku książę Janusz Ostrogski, syn Jego Mości księcia Bazylego, otrzymał przywilej do własnych ziem na górnym Ingulcu i Rosi, za wyjątkiem nieużytków Rokytnego i Olszanki, razem dwieście wołok dobrych gleb i pół sta wołok traw zalewowych i pastwisk. Dobra posiadłość, ale książę Janusz miał znacznie szersze plany. Ingulec, jak wiadomo, wpada do Dniepru już w tatarskich granicach, ale z ujścia rzeki Żółtej i do połączenia jej z Saksaganią, przed pierwszymi tatarskimi rogatkami, teren wokół Ingulca, nie mniej niż tysiąc wołok najlepszych pól uprawnych i pół tysiąca pastwisk i nieużytków – były wtedy niczyje, ani Korony, ani magnatów, ani kozackie, ani tatarskie. Ale do tych ziem – półtora tysiąca wołok w środkowym Ingulcu – miał swój interes starosta Czerkaski, książę Wiśniowiecki. Kłopot polegał na tym, że Jego Mość król Zygmunt Waza w swoim przywileju nie ograniczył ziem dla księcia Janusza z południa – wierząc, jak myśle skromnym swym rozumem – że na stepach tych sam diabeł nogę złamie. Otóż, książę Janusz, oczywiście, zrozumiał, że skoro granice jego posiadłości nie zostały ostatecznie wskazane, wówczas może dowolnie traktować ten przywilej. I właśnie w tym miejscu życzenia młodszego księcia Ostrogskiego spotkały się z ambicjami księcia Wiśniowieckiego – który również uważał, że jak ziemi w środkowym Ingulcu są niczyje, to może przygarnąć ich do siebie.

– A co Kosiński do tego miał? – spojrzał z niezrozumieniem na starszego szlachcica komisarz.

– Kosiński nic do tegonie miał. Posiadał kilkanaście wołok wzdłuż Rosi, nieużytki Rokytne i Olszankę, ale nie miał ani chłopów pańzczyźnianych, którzy te ziemie by uprawiali, ani dzierżawców, którzy mogli je wynająć. Pan Krzysztof był, przepraszam Pana, żebrakiem, psem na sianie – posiadał ziemie, których nie mógł wykorzystać. Dlatego Pan Janusz uznał możliwym traktowanie królewskiego przywileju… hmm, jak to powiedzieć poprawnie… nieco poszerzone, zgodnie z jego własnym rozumieniem, włączając ziemie, uprzywilejowane dla Pana Kosińskiego, do swojej własnej posiadłości. Ale te dwa majątki były niczym w porównaniu z ziemią w środkowym Ingulcu, na które miał oko książę Wiśniowiecki. I na które Jego Mość książę Janusz patrzył z pożądaniem. I dlatego, żeby pomóc swojemu synowi, Jego Mość książę Bazyli, zazgrał figurą Kosińskiego…

– Zagrał? – w głosie komisarza było słychać zdumienie.

– Dokładnie tak, jak grę w szachy. – Po chwili starszy szlachcic kontynuował: – Kłopot w tym, że nasz król, niech Bóg błogosławi dni Jego Łaski, jest katolikiem z krwi i kości, gorliwym wyznawcą wiary i prawdziwym paladynem Świętego Przestołu; na ziemiach Korony jest to tylko jedna zaleta, ale w województwach litewskich, a zwłaszcza ruskich, stosunek do takiegoj fanatyzmu… jest co najmniej dwojaki. Panie Stasiu, błagam Pana o wybaczenie, jaką religię Pan wyznaje?

– Jestem katolikiem, Panie Sławomirze.

– A ojciec Pana, oby sto lat żył?

– Prawosławny jest. Nasza rodzina jest z Holszan, niedaleko Krewa. Mój ojciec przez całe życie był dzierżawcą majątku Podkołody w województwie Trockim, trzy razy był wybierany na podkomorzego przez sejmik powiatowy, ale trzy razy nie dostał tego stanowiska z powodu swojej religii prawosławnej. Dlatego kazał ochrzczyć mnie w wierze katolickiej, abym mógł osiągnąć więcej.

– No cóż, widać, nie na daremno – w wieku trzydziestu lat już jest Pan podskarbim Mścisławskim, komisarzem od pomiarów ziemi, negocjuje Pan z Moskwą, patrzeć, rok czy dwa, a już będzie Pan klucznikiem, a nawet kasztelanem Wileńskim! A już nie jest wtedy daleko do godnoóci kanclerza… – w głosie Pana Sławomira, mimo ostentacyjnego podziwu, pojawiła się oczywista nutka ironii.

– Panie Sławomirze, już o tym rozmawialiśmy… – z wyrzutem powiedział podskarbi Mścisławski.

– Milczę, milczę, Panie Stasiu, więcej o tym ani słowa! Tak więc, król i nasz Wielki Książę, niech Bóg błogosławi jego dni – bardzo chłodno traktował notabli wiary prawosławnej, z jakiegoś powodu wierząc, że tylko i wyłącznie przynależność do Stolicy Apostolskiej daje pełne zaufanie. Więc księcia Wiśniowieckiego, katolika, chociaż w pierwszym pokoleniu – Wielki Książę faworyzował, natomiast księcia Janusza, wtedy jeszcze prawosławnego – nie, z czego ten ostatni wywnioskował, że przywilej na ziemie w środkowym Ingulcu będzie wydany do starosty Czerkaskiego. O czym Janusz nie omieszkał poinformować rodzica. Utrata prawa do tych ziem oznaczała utratę pięćdziesięciu tysięcy pudów pszenicy do czystego dochodu; ani Ostrogscy, ani Wiśniowieccy nie mogli sobie na to pozwolić. I książę Ostrogski postanowił udowodnić Jego Łaskawości królowi, że poddane prawosławni nie są gorsi od katolików w służbie Korony…

Lecz imieniem Twoim…

Подняться наверх