Читать книгу Wiza do Iranu - Artur Orzech - Страница 4

Оглавление

WSTĘP

Na wszelki wypadek nie wyznaczam sobie początku opowieści na chwilę zwycięstwa rewolucji islamskiej. Po to, żeby łatwiej mi było w przyszłości utrzymać oficjalny kontakt z władzami Iranu i żebym mógł znowu pojechać tam bez przeszkód natury formalnej. O rewolucji więc też będzie.

Jeśli się tak zdarzy, co nie daj Boże, że obecna administracja mnie odrzuci – będę cierpiał, bo moje życie bez żywego kontaktu z Irańczykami w dalekiej Azji Środkowej będzie o wiele uboższe. Ale zniosę to, bo i Jahjor, mój perski przyjaciel z Lublina, wybitny muzyk, santurzysta oraz mistrz kraju w zapasach, to znosi i wielu innych, rozsianych po świecie. Oni mają trudniej. Utracona ojczyzna dla nich to nie tylko ważne słowo. To ich życie.

Chcę tu opisać to, co czuję. Po prostu. Bez ekstazy – w miarę moich możliwości i bez stronniczości – szczególnie europocentrycznej.

Z emocjami się jednak nie rozstanę, bo tym razem i bez tej książki o wizę nie było już łatwo. Nawet po latach. Nawet mnie – tłumaczowi rządowemu, wykładowcy uniwersyteckiemu, z dwunastoletnim stażem pracy na uczelni i piętnastoletnim tłumacza, dla którego Iran, jego tradycja, szczególnie poetycka, mityczna i historia kraju, jest miłością życia. Obecnie moja droga po wizę usłana jest raczej kolcami perskich róż aniżeli ich kwiatami. Teraz usłyszałem wyraźne „NIE”. Kiedyś było inaczej.

Uznałem jednak, że to nie powód, żebym jako iranista obrażał się na procedury państwa. W pewnym sensie – mojego państwa, bowiem Iran to moja druga ojczyzna, chociaż pewnie o tym nie wie. Wybaczam, bo i oficjalni Irańczycy to dumny i mądry naród, oszołomiony i zagubiony w biurokracji, którą zresztą uwielbia od wieków. Koghazparoni (biurokracja) to ich ukochane zajęcie.

Niektóre fragmenty tej książki powstały, by pokazać, że nie należy bać się odmienności i „nieznanego”. Ale przede wszystkim nie wolno bać się Iranu jako kraju ludzi dumnych, inteligentnych i wspaniałych.

Chcę pokazać, że Iran cały czas ma się nieźle. Nie jego ustrój, nie system, ale Iran jako miejsce żyjących tam ludzi. Nie chcę postrzegać Iranu jedynie przez pryzmat obowiązującego systemu religijno-państwowego, w obecnym układzie geopolitycznym. Pragnę przybliżyć to miejsce nam, Polakom, Indoeuropejczykom, jakimi i my, i oni, Irańczycy, jesteśmy, choć i od polityki z pewnością nie uciekniemy. Przenika ona do życia każdego z nas. Chcę spojrzeć na Iran obecny, nie odcinając się od minionego. To, co było, zdarzyło się na przestrzeni tysięcy lat i nadal rzutuje na irańskie ego. Spróbuję opisać obecnych i tych, którzy odeszli, a byli wspaniali. Tych podszytych złem również. Mam nadzieję, że moja teza, może dyskusyjna, skłoni Państwa do przemyśleń. Oto ona:

Po wielu wiekach, po trzydziestu pięciu latach od rewolucji Iran znów jest potężny. Nie jest mocarstwem na miarę Rosji i USA, lecz wpływa nieustannie na obraz współczesnego świata.

Większość z nas, zwykłych obywateli, poddanych medialnej nagonce ideologicznej, przyjmie tę tezę dosyć niechętnie, lecz musimy dostrzec, że w obecnej formie obrona archetypu Iranu jako mocarstwa na jego współczesną miarę ma się – wbrew pozorom – nieźle. Iran w znacznym stopniu zarządza „kryzysowo” Bliskim Wschodem i Azją Środkową. Zaskoczenie? Nie dla mnie.

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej w swojej polityce zagranicznej obawiają się głównie Iranu. I oczywiście Rosji. Mówiąc wprost – boją się. Kraje Europy Zachodniej podobnie. Nigdy w czasach starożytnych, poza Grecją i Aleksandrem Macedońskim, nikt nie obawiał się hegemonii irańskiej. W epoce nowożytnej praktycznie zanikał strach przed Iranem.

Wydawało się, że pod koniec XX wieku USA opanowały kraj i całkowicie go sobie podporządkowały. Odrodzenie za szaha Rezy Pahlawiego siły perskiej jako Trzeciego Mocarstwa Świata było iluzoryczne. Iluzją nie jest jednak wpływanie przez Iran na losy Bliskiego Wschodu i Azji w XXI wieku poprzez nieoficjalne wsparcie niektórych partyzanckich działań zbrojnych w regionie. Trudno więc wyzbyć się mitycznej świadomości królewskiej dominacji w regionie, która była faktem przez wieki, a nawet prawieki.

Jestem bardzo daleki od stwierdzenia, że Iran czyni dobro w regionie i na globie. Sponiewierany, przez wieki poddany Arabom, Rosji, Anglii i USA, w takim kształcie, jaki ma obecnie, nie ma szans na odrodzenie.

Ale obarczony moim spaczeniem iranistycznym, napiszę teraz coś wielce niepoprawnego: Iran jest potężny, bo Iran zawsze był sobą. I nikt mi nie wmówi, że jego nieustanna próba utrzymania niezależności, nawet pod hasłem na gharbi, na szarqi, dżomhuri-je eslomi (ani Zachód, ani Wschód, jedynie Republika Islamska), nie była poszukiwaniem własnej drogi. Wschód się skończył, Zachód kuleje. Iran w najgorszych momentach swojej podległości szukał powrotu do własnej tożsamości.

O ostatecznym końcu komunistycznej Europy Wschodniej imam Chomejni, z całym szacunkiem, nie mógł mieć zielonego pojęcia – o kryzysie zachodniej gospodarki również. W Iranie żyje się źle. Inflacja jest niepokojąca. Ludzie otwarcie, na ulicach, bazarach, w domach i taksówkach krytykują władze. Zielona Rewolucja z 2009 roku pokazała jedynie, że mogą oni wybierać tylko między kandydatami konserwatywnymi a liberalizującymi obecne prawo. Wszyscy bowiem kandydaci na fotel prezydenta kraju bądź aktywni uczestnicy życia politycznego pochodzą z tej samej fali zmian. Fali rewolucji Chomejniego. Dla mnie najciekawsze jest to, że nawet pod zieloną flagą Iran kontynuuje, być może podświadomie, podbudowany wiekami archetyp Państwa Świata, hegemona, decydenta w swoim regionie.

Przestrzeń świata Achemenidów zamykała się w granicach Azji, Grecji, Afryki Północnej i basenu Morza Śródziemnego. Od tamtych czasów świat powiększył się znacznie za sprawą internetu i środków masowego przekazu. Aspiracje polityczne Irańczyków dzięki tym narzędziom mogłyby się umocnić, ale tak się nie stało. Wynika to z blokady twardego systemu, który korzysta ze zdobyczy nowoczesnych technologii, ale tylko dla własnych potrzeb, a nie w celu demokratyzacji kraju. Mimo to Irańczycy radzą sobie. Działa muzyczne podziemie. Artyści tworzą swoje enklawy i za pomocą serwerów zagranicznych publikują swoją sztukę.


1. Oprócz telewizji i radia, gazety są popularnym medium opiniotwórczym.


2. Krawaty są zakazane, a jednak...


3. Meczet przy Starym Bazarze w Teheranie. Assalam Wa Alaykum Wa Rahmatullahi Wa Barakatu.


4. Z tomikiem wierszy największego perskiego poety Hafeza tuż przy jego szczęśliwym grobowcu, miejscu pielgrzymek.


5. Teheran. Transport dywanów perskich. Każdy z nich wart ok 2 000 dolarów. Przed targowaniem...


6. Po persku to nie kryptoreklama? :)


7. Farsz to po persku dywan. Tak właśnie wygląda naprawa dywanów.


8. Jedno z najbardziej uczęszczanych miejsc tuż przy wejściu do Starego Bazaru w Teheranie. Cóż to, randka?


9. Teherańskie metro. W drodze do Tadżirisz na Szemiranie.

Praktycznym wymiarem obecności Iranu na arenie politycznej jest fakt, że nieustannie się o nim mówi. Zazwyczaj źle, bo podkreślany jest jedynie kontekst polityczny. Dobrze – dopiero kiedy ktoś wreszcie tam pojedzie i odrzuciwszy politykę, spotyka się z ludźmi łaknącymi kontaktu ze światem zewnętrznym i niezwykle życzliwymi. I nie jest to prosty skutek tego, że mieszkają w państwie odartym z możliwości łatwego uzyskania wiz turystycznych, ponieważ wnioski wizowe w ambasadach spotykają się z natychmiastową odmową wydania, a powodem tego jest irański paszport. Politycy myślą po swojemu. To dzięki nim (po obu stronach tej politycznej barykady) o dawnej Persji mówi się dzisiaj źle. Ale politycy to jedynie „wybrańcy narodu”. A Irańczycy żyją swoim rytmem od ponad 2500 lat. Profesorowie, sportowcy, artyści, poeci, pisarze, kupcy. Ich domy tętnią wspaniałym życiem rodzinnym, wolnym od polityki globalnej i często wewnętrznej. Wspaniały i mądry Iran trwa w domach.

Zapraszam zatem do odbycia wspólnej podróży do Iranu. Bez konieczności ubiegania się o wizę.

W tej książce stosuję bardzo uproszczoną transkrypcję słów i terminów używanych w języku perskim. Czasami ulegam uzusowi społecznemu i utartej tradycji piśmienniczej, szczególnie jeśli chodzi o utrwaloną, anglojęzyczną transkrypcję nazwisk powszechnie znanych postaci. W jednym przypadku będę z tą tradycją walczył. Otóż słowo szach będę konsekwentnie pisał przez „h”, czyli szah, bo taki jest zapis w oryginale. W języku perskim, w którym głoskę „h” wymawia się na trzy różne sposoby, na końcu tego słowa, tłumaczonego jako „król” na język polski, w zapisie używa się perskiej litery „h”, bezdźwięcznej. Podobnie jest ze słowem szahinszah, czyli król królów. Nie widzę powodu, abym i ja nadal utrwalał wielowiekowy błąd językowy.

Wiza do Iranu

Подняться наверх