Читать книгу Przeliczeni - Daniel Dziewit - Страница 6

CZĘŚĆ PIERWSZA. LUDZIE Miałem być księdzem

Оглавление

Nie jestem królikiem, nie wyskoczyłem z cylindra. Dzieciństwo spędziłem w rodzinnym mieście, w Tychach. Przypadło ono na schyłek naszego rodzimego socjalizmu, kiedy nikomu nie śniło się, że kiedyś tam w przyszłości zakupy będzie można robić w wielkich, ociekających tandetnym blichtrem centrach handlowych. Wtedy był to przecież symbol zgniłego Zachodu… Pamiętam mój osiedlowy sklepik — większość półek była pusta, a jedynym towarem, którego nigdy nie brakowało, był ocet i czeskie słone masło. „Po co komu tyle octu?” — zastanawiałem się wtedy, nie rozumiejąc, że octu jest tyle, ile potrzeba. To innych rzeczy nie było.

Był więc ocet, ale było też coś jeszcze, czego nie brakowało wtedy i czego nie brakuje teraz — alkohol. Wyrosłem w domu, gdzie butelka była często na pierwszym miejscu, kosztem, rzecz jasna, rodzinnej atmosfery. Długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego ten dziwny trunek zmienia kochających rodziców w nieczułych ludzi. Dlaczego sprawia, że rodzicielska miłość ulatuje gdzieś w przestworza, zostawiając po sobie jedynie zgliszcza. Było mi wtedy źle i smutno.

Kiedy więc zacząłem dorastać, nie myślałem już o niczym innym, jak tylko o tym, aby uciec z rodzinnego domu gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nie będzie zapachu wódki, gdzie bliscy mi ludzie będą normalni. Uciekłem w sport, w tenis stołowy. Liga, turnieje, wyjazdy, sukcesy, pierwsze notki w gazetach o moich sukcesach. Pierwsze zarabiane na sporcie pieniądze. Byłem dumny, miałem swój własny świat. Nie wszedłem w podwórkowy alkohol, butapren i bezczynne przesiadywanie na osiedlowych ławkach. Miałem cel. I nagle to wszystko trafił szlag, nie z mojej winy. Trener mnie ukarał i przez rok nie mogłem grać. Dla mnie był to koniec. Domowe koszmary powróciły, a mój mały świat runął jak przysłowiowy domek z kart.

Chciałem od niego uciec i rozstać się z życiem, gdzie nie było dla mnie miejsca. Pewnego dnia obudziłem się w szpitalu i z miejsca pokłóciłem się z psychologiem, który próbował udawać, że mu na mnie zależy. Nie on mi pomógł, ale przypadek. Będąc już na skraju wytrzymałości, poznałem ludzi mocno związanych ze środowiskiem kościelnym. Byli to moi dawni kumple z podstawówki. Któregoś dnia jeden z nich, patrząc mi uważnie w oczy, zapytał:

— Daniel, a może przyjdziesz do nas na religijne spotkanie? Może tam znajdziesz jakiś drogowskaz? Pogadamy, powspominamy, jak cię to znudzi, po prostu odejdziesz.

Zacząłem nad tym rozmyślać. Do tej pory nigdy poważnie nie zastanawiałem się nad wiarą i Kościołem. Oaza wydawała mi się z gruntu jakaś obciachowa. Co powiedzą na osiedlu?

Mój znajomy tymczasem nie naciskał, był cierpliwy. Co jakiś czas pytał jedynie, czy może się zdecydowałem. Pomyślałem w końcu, że spróbować nie zaszkodzi. Działo się to w jednym z najgorszych momentów mojego życia. Nienawidziłem pijanego ojca, domu, nie widziałem sensu życia. Jakkolwiek to zabrzmi, chciałem wtedy umrzeć. Nic nie czuć, nie widzieć, nie słyszeć. Nie być w tym cholernym świecie, który jawił mi się absolutnie niesprawiedliwym i stworzonym nie dla mnie. Poszedłem więc na spotkanie oazowe.

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz znalazłem się w małej salce pełnej młodych, uśmiechniętych ludzi, najpierw poczułem się, jakbym był ulepiony z innej gliny. Wydawało mi się, że zupełnie nie pasuję do tego normalnego towarzystwa. Podejrzewałem, że każdy z tych młodych ludzi miał normalny dom, rodziców, którzy nie tracą ostatniego grosza na wódkę, są po prostu szczęśliwi. „Co ty tutaj robisz, Daniel? — zastanawiałem się, witając się z nowymi znajomymi. — Oni i tak mają cię gdzieś. Jesteś dla nich tylko dziwolągiem. Taką ludzką małpą…”.

Pomyliłem się jednak. Szybko dotarło do mnie, że ci obcy jeszcze do niedawna ludzie naprawdę byli zainteresowani moim losem. Że im na mnie zależało! To był moment zwrotny w moim życiu, bo nagle okazało się, że nie byłem sam. Zacząłem to odczuwać i z dnia na dzień robiło mi się lżej na sercu. Czułem, że powoli staję na nogi. Że mam jakieś wyjście, jakąś nadzieję na kolejne dni. Że mam moc i nie jestem sam.

Tak zaczęła się moja przygoda z Kościołem. Rozpocząłem naukę w technikum. Ping-ponga zastąpiłem boksem i kickboxingiem. Nie miałem już więc czasu rozmyślać nad złymi rzeczami. Dom rodzinny coraz bardziej zostawał gdzieś z tyłu, w tle mojego nowego życia. Był jedynie koniecznością, do której na razie musiałem wracać. Przestałem się bać. Obcy był mi strach przed pijanym ojcem i awanturami. Znowu poczułem się pewnie.

Tak dotrwałem do klasy maturalnej. I wtedy właśnie poprzez spotkania oazowe zaproszono mnie na tygodniowe rekolekcje. Jak dzisiaj pamiętam ich myśl przewodnią: „Ewangelię głosić ubogim posłał mnie Pan”. To było to. Naraz ze zdziwieniem odkryłem, że to może być mój cel w życiu — pomagać innym. Z miejsca przypomniał mi się wówczas pewien epizod z dzieciństwa, kiedy miałem jedenaście lat. Któregoś dnia matka w przypływie serdeczności i czułości wręczyła mi pięćdziesiąt złotych i kazała iść do sklepu, i kupić sobie coś fajnego do ubrania. Poszedłem.

Przed szarym domem towarowym spotkałem jednak człowieka. Był żebrakiem i trzymał w ręce puszkę. Kiedy przechodziłem obok, słyszałem, jak mówił do przechodniów, że zbiera na jedzenie. Ktoś mu poradził, żeby lepiej zniknął z chodnika, bo zaraz zwiną go gliniarze. Ale żebrak wciąż stał w tym samym miejscu, z wyciągniętą ręką. Podszedłem do niego i wrzuciłem mu do puszki wszystkie pieniądze, które dostałem od mamy — stare pięćdziesiąt złotych. Pęczniałem z dumy.

W domu dostałem za to prawdziwy ochrzan i zupełnie nie rozumiałem dlaczego. Przecież mama zawsze powtarzała, że trzeba innym pomagać. A kiedy to zrobiłem, była wściekła.

— Jak mogłeś to zrobić?! — krzyczała. — Tyle pieniędzy podarować.

Pobyt na rekolekcjach utwierdził mnie w przekonaniu, że nie nadaję się do normalnego życia. Zupełnie nie widziałem się w roli człowieka, który miałby założyć rodzinę, chodzić na osiem godzin do pracy, wracać do domu i siedzieć przed telewizorem. Mając moje domowe doświadczenia, nie wierzyłem, że potrafiłbym w przyszłości sprostać wyzwaniom codziennego życia. Nie wierzyłem w siebie pod tym względem i nie chciałem, a tak naprawdę bałem się okropnie tego, że skończę jak mój ojciec — topiąc frustracje w wódce. Z drugiej strony widziałem już szeroko otwarte drzwi — do innego życia, w służbie człowiekowi i Bogu. Po zdaniu matury wstąpiłem więc do zakonu misjonarzy oblatów, gdzie tylko utwierdziłem się w moim postanowieniu i wyborze życiowej drogi. Moi rodzice, a zwłaszcza matka, nie umieli się z tym pogodzić.

— To nie jest powołanie, to jest sposób na życie. Liczy się spokój, pieniądze, pozycja. Nie ma czegoś takiego jak powołanie. — Matka z niedowierzaniem kręciła głową, kiedy zrozumiała, że wstąpienie do zakonu nie jest dla mnie jedynie formą buntu, ale przemyślanym wyborem.

— Nie wierzę ci, na pewno tak nie jest. Jest wielu ludzi, którzy poświęcają swoje życie dla innych — tłumaczyłem spokojnie. — I nie przekonasz mnie, że jest inaczej, bo nie masz żadnych argumentów. Nie odnajdę się w życiu, jakie widzę wokół. Nie wiem, czy sobie poradzę, ale spróbuję.

Szkoda było zresztą dyskusji. Matka i tak mnie nie rozumiała, a przynajmniej tak to wówczas widziałem. Byłem więc w zakonie, gdzie przede wszystkim skutecznie wyciszyłem własne emocje i zobaczyłem świat z innej, lepszej perspektywy. A później skierowano mnie na studia do seminarium. Spędziłem w nim kilka kolejnych lat, podczas których nie oblałem żadnego egzaminu, będąc zawsze w czołówce najlepszych studentów. Moi przełożeni byli ze mnie do tego stopnia zadowoleni, że nawet wysłano mnie w nagrodę na kilkumiesięczny kurs języka francuskiego do Strasburga. Już nie czułem się wyrzutkiem.

Po dwóch latach, podczas których z rodzinnym domem miałem jedynie sporadyczny kontakt, a tak naprawdę to raczej zupełnie go nie było, nieoczekiwanie moja matka przysłała mi list, przypominając tym samym, że przeszłość wciąż istnieje i żadną miarą nie da się jej zetrzeć niczym koślawego słowa w zeszycie. Kiedy zobaczyłem zaadresowaną do siebie kopertę i nadawcę, przez moment zastanawiałem się, czy nie lepiej spalić ją bez otwierania. Nie bardzo mogłem zrozumieć, co się takiego nagle stało, że matka się do mnie odezwała. W końcu przez długi czas prawie nie miałem z nią kontaktu. I nagle list?

Pełen złych przeczuć otworzyłem go jednak, powodowany bardziej ciekawością aniżeli czułością. W środku była mała kartka papieru, a na niej jedno zdanie: „Nie mam już siły, mam już dosyć. Twoja mama”. To było tak, jakby ktoś znienacka przedziurawił cienki lód, a na zewnątrz wybuchły długo tłumione uczucia. Zalała mnie zwykła tęsknota za rodzicami i strach, że w domu naprawdę źle się dzieje. W końcu byłem ich dzieckiem. Jedynym. Pamiętam, że jako dziesięcioletni chłopiec któregoś dnia przyszedłem do domu i zastałem zamknięte drzwi, przez które ulatniał się gaz. Wiedziałem, że mama była w środku. Ogarnęła mnie panika. Przerażony pobiegłem szukać ojca w jednym ze sklepów. Znalazłem go. Pędem wróciliśmy do domu i zdążyliśmy ją uratować. Ten list oznaczał więc dla mnie, że matka może odebrać sobie życie. Że myśli o tym, bo jest bezsilna.

Od zawsze byłem człowiekiem zdecydowanym i konkretnym. Zazwyczaj nie musiałem się długo zastanawiać nad podjęciem decyzji, a kiedy już zapadła, nie było od tego odwrotu. Wtedy, po przeczytaniu listu, wiedziałem, co muszę zrobić. Postanowiłem rzucić seminarium i wracać do domu. Czułem, że tam będę bardziej potrzebny, że na odległość nie zdołam przecież pomóc matce. Tak się jednak złożyło, że przed ostateczną decyzją powstrzymał mnie mój ówczesny przyjaciel z seminarium. Pochodził z bogatej rodziny i kiedy dowiedział się o moich rodzinnych problemach i o tym, że chcę rzucić studia, zaproponował mi pomoc.

— To nie ma sensu, Daniel — przekonywał mnie. — Jesteś na dobrej drodze, wybrałeś ją świadomie i nie możesz teraz rezygnować. Pomogę ci.

Bartek pojechał ze mną do Tychów. W domu zastaliśmy piekło. Płonąłem przed przyjacielem żywym wstydem, kiedy przekroczyliśmy próg mojego rodzinnego mieszkania. To była już niemal pijacka melina. Rodzice byli po uszy zadłużeni, matka nie widziała sensu dalej tego ciągnąć.

— Spłacę wszystkie wasze długi, ale pod jednym warunkiem… — zaproponował moim rodzicom Bartek. — Zgodzicie się pójść na leczenie.

Rodzice się zgodzili. I tak przecież nie mieli innego wyjścia. Nie bardzo wierzyłem, że dotrzymają słowa, ale po jakimś czasie ze zdumieniem odkryłem, że naprawdę przestali pić, że powoli podnoszą się i stają się na powrót sobą. To był cud. Prawdziwy cud. I jeden z nielicznych do tamtej pory szczęśliwych okresów w moim życiu. Być może uczyniła to moja wiara, a może po prostu pierwszy raz w życiu oboje uwierzyli w siebie samych; że jeszcze nie wszystko jest stracone. Dość powiedzieć, że rodzice przyjeżdżali mnie odwiedzać, mogliśmy wreszcie rozmawiać. Były to zwykłe słowa, proste gesty, jakich tysiące pomiędzy ludźmi, ale dla mnie były one niezwykłe i magiczne. Jakbym się znalazł nagle w innym świecie.

Oni się cieszyli, tymczasem ja coraz częściej zastanawiałem się, czy rzeczywiście seminarium i stan duchowny to jest to, czego najbardziej pragnę w życiu. Ze zgrozą zacząłem rozumieć, że nie wszystko jest takie, jak jeszcze nie tak dawno o tym myślałem. Moje wyobrażenia na temat niesienia pomocy ubogim zderzyły się z brutalną rzeczywistością. Zrozumiałem, że jako duchowny bardziej pomagać mam słowem, wsparciem duchowym, mniej zaś w sposób przyziemny, czyli konkretnym groszem. Zacząłem więc mieć wątpliwości. Byłem wtedy na czwartym roku seminarium.

Moje dylematy rozwiązało samo życie. Nie tak, jakbym tego pragnął, bo los zawsze ma własne scenariusze, najczęściej takie, które tylko nielicznym przypadają do gustu. Niestety ja w tej elitarnej grupie szczęśliwców nie byłem ujęty. Jak wspomniałem wcześniej, był to okres, kiedy moja matka często mnie odwiedzała. Któregoś dnia przyjechała i wybraliśmy się na koncert. Razem słuchaliśmy muzyki, śmialiśmy się, wspominaliśmy dawne czasy, te, oczywiście, które były przyjemne, pozostawiając złe rzeczy w jakimś dziwnym zawieszeniu. Tuż przed odjazdem matka niespodziewanie wyznała mi, że jest chora na raka. Skłamałbym, gdybym powiedział, że zrobiła to z uśmiechem na ustach. Nie powiedziała tego jednak w sposób rozpaczliwy czy dramatyczny. Po prostu podała mi tę informację tak, jakby mówiła, że nasza sąsiadka trafiła do szpitala, bo złamała nogę.

— Czy to coś poważnego? — Nie chciałem uwierzyć. — Czy jest złośliwy? Powiedz, że to taki sprawdzian, co ja na to…

— Jeszcze nie wiem — powiedziała spokojnie i wkrótce się pożegnała.

Wiedziałem, że kłamie, czułem, że jest inaczej. Zostałem z tą wiedzą sam jak palec. Nie wiedziałem, co robić. Byłem autentycznie przerażony.

Następnego dnia poszedłem do rektora uczelni i poprosiłem o urlop dziekański.

— Nie mogę się zgodzić, Danielu — usłyszałem. — Za daleko zaszedłeś. Za dwa tygodnie masz śluby wieczyste, za trzy miesiące święcenia. Po diakonacie dostaniesz dziekankę i z Katowic z parafii będziesz dojeżdżał do swojej matki. Teraz możesz modlić się o jej zdrowie.

— Ale muszę być teraz przy niej — upierałem się. — Jestem im potrzebny! Oni nie mają pieniędzy.

— To jest twoja decyzja. — Rektor był nieugięty.

Niestety ja też. Skoro nie mogłem dostać urlopu, to zrezygnowałem. I wróciłem do domu.

Mama zmarła dwa lata później, kiedy miałem dwadzieścia osiem lat. Odchodziła z uśmiechem na twarzy. Nie skarżyła się i nie lamentowała. Nie użalała. Przekonywała mnie, że polubiła raka i dlatego wciąż jeszcze może się uśmiechać.

— Zaprzyjaźniliśmy się — powtarzała.

Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Podziwiałem jej hart ducha, jej podejście do śmierci. Była pogodzona z losem, czego nie mogłem wówczas powiedzieć o sobie, a już na pewno nie o moim ojcu, który mimo iż wówczas dzięki mojej pomocy prowadził własną firmę, dobrze zarabiał i świetnie sobie radził, w końcu pękł i ostatecznie wrócił do picia.

Ja w tym czasie zdążyłem skończyć Uniwersytet Opolski, zrobić kurs pilota wycieczek zagranicznych i złapać dorywczą pracę w Polskim Radiu, jako dziennikarz sportowy. W końcu dostałem kontrakt w Orbisie i wyjechałem do Hiszpanii, jako rezydent. Dzięki tej pracy, w Wenecji, Monte Carlo i Barcelonie czułem się jak u siebie. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, świetnie zarabiałem, miałem powodzenie u kobiet, byłem opalony i dobrze ubrany, a praca ta poszerzyła moje horyzonty. W końcu wylądowałem na francuskiej riwierze, w Cannes, gdzie pracowałem jako kucharz na jachcie tureckiego bogacza. Poznałem osobiście członka rodu Ferrari, dzisiaj nie pamiętam już jego imienia, zwiedziłem należący do niego ekskluzywny jacht. Poznałem też włoskiego markiza, który wywodził się z drzewa genealogicznego rzymskich papieży, prezesa Coca-Coli oraz francuską dziedziczkę zamku nad Loarą. Zobaczyłem świat jak z bajki, pełen przepychu i bogactwa. Ku mojemu zaskoczeniu ci ludzie traktowali mnie jak partnera. Nie okazywali swojej wyższości, odnosząc się do mnie niemal jak do członka rodziny. Nie czułem więc dzielącego nas dystansu, choć nie mogłem nie zauważyć, że nie miałem niczego i byłem trzy razy tańszą siłą roboczą niż na przykład Francuz.

To był czas pełen wrażeń. Nauczyłem się szacunku do ciężkiej pracy i przynajmniej na jakiś czas zapomniałem o rodzinnych smutkach. Wszystko się jednak kiedyś kończy. Moja umowa o pracę dobiegła końca, a kolejnego miejsca zatrudnienia nie zdołałem znaleźć. Pod koniec 1999 roku wróciłem więc do Polski, do moich szarych Tychów i do starego mieszkania. Miałem wrażenie, że miałem już za sobą pół życia, a wciąż miałem tak niewiele lat. Mój ojciec dalej pogrążał się w swoim dwuwymiarowym i chwiejącym się świecie, a ja mimo wielkich chęci nie potrafiłem mu pomóc. W końcu zrezygnowany wyprowadziłem się i znalazłem pracę w Bielsku-Białej. Znowu w radiu, tym razem jako prawdziwy reporter — materiały śledcze, interwencyjne, reportaże. To była moja nowa pasja. Dopiero wtedy odkryłem, że będąc dziennikarzem, mogę w konkretny sposób pomagać innym, zajmując się głównie problemami zwykłych ludzi. Trwało to kilka następnych lat, aż do momentu, w którym raczkujący kryzys sprawił, że zarabiane w radiu pieniądze przestały wystarczać na życie. Kolejny więc raz stanąłem przed dylematem, co dalej.

Moje rozterki zniknęły, kiedy dotarło do mnie, że los — jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało — trzeba brać we własne ręce. Założyłem więc pierwszą w swoim życiu własną działalność gospodarczą. Był rok 2005.

Przeliczeni

Подняться наверх