Читать книгу Inferno - Дэн Браун - Страница 18

Rozdział 11

Оглавление

Przedmiot na dłoni Langdona wydawał się zadziwiająco ciężki jak na swoje rozmiary. Był to smukły i gładki cylinder z  polerowanego metalu. Długi na piętnaście centymetrów i zaokrąglony po obu stronach, przypominał miniaturową torpedę.

– Radziłabym go obejrzeć dokładniej, zanim zaczniesz przy nim manipulować – ostrzegła Sienna, uśmiechając się wymuszenie. – Mówiłeś, że wykładasz ikonografię?

Robert skupił wzrok na cylindrze i obracał go, dopóki w polu widzenia nie pojawił się jaskrawoczerwony symbol wytrawiony w powierzchni metalu.

Poczuł, że wszystkie mięśnie mu tężeją.

Jako profesor ikonografii zdawał sobie sprawę, że tylko kilka znaków ma moc wywołania natychmiastowego lęku u niemal każdego człowieka. Znak wytrawiony na przedmiocie spoczywającym w jego dłoni niewątpliwie należał do tej grupy. Reakcja Roberta była instynktowna i natychmiastowa: odłożył cylinder na stół, po czym odsunął się razem z krzesłem.

Sienna pokiwała głową.

– Też tak zareagowałam.

Symbol był bardzo prosty:


i jak Langdon gdzieś wyczytał, został stworzony przez firmę Dow Chemical w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku z myślą o zastąpieniu szeregu wcześniejszych, niezbyt skutecznych symboli ostrzegawczych. Jak wszystkie chwytliwe znaki, był nie tylko niezwykle prosty, ale też jasny i łatwy do nakreślenia. To nowoczesne oznaczenie kojarzące się różnie różnym ludziom – jedni widzieli w nim kraba, a drudzy shurikena używanego przez wojowników ninja – bardzo szybko stało się równoznaczne ze słowami „niebezpieczeństwo skażenia biologicznego” oraz szerzej „uwaga, zagrożenie!”.

– To pojemnik stosowany do przenoszenia szczególnie niebezpiecznych substancji – wyjaśniła Sienna. – Od czasu do czasu mamy z nimi do czynienia w medycynie. W jego wnętrzu znajduje się wkład z pianki, do którego wsuwa się fiolki z preparatami, aby nie zostały uszkodzone podczas transportu. W tym wypadku… – wskazała na symbol – zgaduję, że możemy mieć do czynienia z bronią chemiczną… albo… wirusem. – Zamilkła na moment. – W podobnych pojemnikach przywożono z Afryki pierwsze próbki wirusa Ebola.

Nie to chciał usłyszeć.

– Co to cholerstwo robiło w mojej marynarce? Jestem profesorem ikonografii, dlaczego miałbym przenosić takie paskudztwa?

Przed oczyma natychmiast przemknęły mu obrazy wijących się ciał… i unosząca się nad nimi ptasia maska.

Ve… sorry. Ve… sorry. „Bardzo przepraszam”…

– Skądkolwiek się wziął ten pojemnik – ciągnęła Sienna – zaawansowana technologia nie ulega kwestii. Cylinder jest wykonany z powlekanego ołowiem tytanu. To zapewnia nieprzenikalność nawet dla promieniowania. Domyślam się, że zrobiono go na zamówienie rządowe. – Wskazała palcem na panel umieszczony obok symbolu. – Czytnik linii papilarnych. Zabezpieczenie na wypadek kradzieży. Tego typu pojemniki mogą otwierać tylko określone osoby.

Langdon wiedział, że jego mózg pracuje już na normalnych obrotach, niemniej wciąż miał wrażenie, że nie nadąża.

Miałem przy sobie zabezpieczony biometrycznie pojemnik na wirusy.

– Gdy znalazłam go w twojej marynarce, chciałam pokazać go w sekrecie doktorowi Marconiemu, ale nie zdążyłam przed twoim wybudzeniem. Zastanawiałam się też, czy nie przytknąć twojego kciuka do czytnika, kiedy leżałeś nieprzytomny, jednakże nie miałam pojęcia, co może znajdować się w środku, dlatego…

– Mój kciuk? – Langdon potrząsnął głową. – Niemożliwe, aby ten pojemnik został zaprogramowany na mnie. Nie mam bladego pojęcia o biochemii. Nigdy nie trzymałem czegoś takiego w ręku.

– Jesteś pewien?

Był pewien jak cholera. Wyciągnął dłoń i przyłożył kciuk do czytnika. Oczywiście nic się nie stało.

– Widzisz? Mówiłem…

W tytanowym cylindrze coś kliknęło głośno. Langdon cofnął gwałtownie rękę. A niech to! Spoglądał na pojemnik, jakby ten lada moment miał się samoistnie otworzyć, by uwolnić zabójczy gaz. Po trzech sekundach rozległo się drugie kliknięcie, co mogło świadczyć o tym, że pojemnik zamknął się automatycznie.

Robert, nie mogąc wydobyć z siebie głosu, spojrzał na Siennę. Nie mniej zdenerwowana od niego kobieta odetchnęła głośno.

– Cóż, wygląda na to, że mimo wszystko jesteś właściwym człowiekiem.

Nie wierzył w to ani przez chwilę.

– Niemożliwe – powtórzył. – Po pierwsze, jak niby przemyciłbym taki kawał metalu przez kontrolę bezpieczeństwa na lotnisku?

– Może przyleciałeś tutaj prywatnym odrzutowcem? Albo dostałeś pojemnik już po przylocie do Włoch?

– Sienna. Muszę zadzwonić do konsulatu. Natychmiast.

– Nie uważasz, że najpierw powinniśmy otworzyć ten pojemnik?

Langdon wielokrotnie dał się namówić do zrobienia nie tego co trzeba, lecz z całą pewnością nie zamierzał otwierać w kuchni pojemnika mogącego zawierać zabójcze substancje.

– Chcę przekazać go władzom. I to już.

Sienna wydęła wargi, zastanawiając się nad dostępnymi rozwiązaniami.

– Zgoda, ale od tej chwili działasz na własną rękę. Ja nie mogę być w to zamieszana. I zapamiętaj, nie wolno ci ich tutaj zaprosić. Moja sytuacja jest, jak by to ująć… skomplikowana.

Langdon spojrzał jej w oczy.

– Wiem tylko tyle, że uratowałaś mi życie. Postąpię tak, jak sobie życzysz.

Skinęła głową z zadowoleniem, a potem podeszła do okna i  rozejrzała się po ulicy.

– Dobrze. Zatem zrobimy tak…

Wyjaśniła pokrótce plan. Był prosty, sprytny i bezpieczny.

Langdon przyglądał się, gdy blokowała w swojej komórce identyfikację numeru i wybierała numer. Miała delikatne palce, ale poruszała nimi bardzo zdecydowanie.

– Informazioni abbonati? – zapytała z doskonałym włoskim akcentem. – Per favore, può darmi il numero del Consolato americano di Firenze? – Odczekała chwilę, a potem zapisała numer. – Grazie mille – rzuciła i przerwała połączenie.

Przesunęła kartkę razem z telefonem w stronę Langdona.

– Teraz ty. Pamiętasz, co masz powiedzieć?

– Mojej pamięci nic nie dolega – stwierdził z uśmiechem, wybierając numer zapisany na świstku. Usłyszał sygnał łączenia.

Raz kozie śmierć.

Przełączył telefon na głośnik i położył na stole, aby Sienna także mogła słyszeć. Po chwili zgłosił się automat podający informacje o godzinach otwarcia konsulatu i świadczonych tam usługach, które będą dostępne dopiero po ósmej trzydzieści.

Langdon spojrzał na zegarek. Była szósta.

– Jeśli to przypadek alarmowy – kontynuował nagrany głos – wybierz siedem, by skontaktować się z oficerem dyżurnym nocnej zmiany.

Robert natychmiast wcisnął podany numer.

Znów usłyszał sygnał łączenia.

– Consolato americano – odezwał się jakiś zaspany mężczyzna. – Sono il funzionario di turno.

– Lei parla inglese? – zapytał Langdon.

– Oczywiście. – Oficer mówił z amerykańskim akcentem. Sądząc po tonie, nie był zadowolony z tego, że przerwano mu drzemkę. – W czym mogę pomóc?

– Jestem Amerykaninem goszczącym we Florencji i zostałem zaatakowany. Nazywam się Robert Langdon.

– Proszę podać numer paszportu. – Oficer ziewnął głośno.

– Straciłem paszport. Chyba mi go skradziono. Zostałem postrzelony w głowę. Byłem w szpitalu. Potrzebuję pomocy.

Funkcjonariusz natychmiast otrzeźwiał.

– Mówi pan, że pana postrzelono? Proszę podać pełne nazwisko.

– Robert Langdon.

Z głośnika dobiegły jakieś szmery, a za moment dało się słyszeć, że oficer stuka palcami po klawiaturze. Komputer ożył z  piknięciem. Chwila ciszy. Znowu klepanie w klawisze. I kolejne piknięcie. Potem trzy przenikliwe piknięcia jedno po drugim.

Tym razem cisza trwała dłużej.

– Nazywa się pan Robert Langdon? – zapytał oficer.

– Zgadza się. I mam problemy.

– Rozumiem, sir. Pańskie nazwisko jest zaznaczone w naszej bazie danych, co znaczy, że muszę połączyć pana natychmiast z sekretarzem konsula generalnego… – mężczyzna zamilkł, jakby nie mógł uwierzyć w to, co właśnie powiedział. – Proszę zostać na linii.

– Chwileczkę! Może mi pan chociaż powiedzieć…

Z głośnika dobiegał już sygnał łączenia. Po czwartym z kolei ktoś odebrał.

– Mówi Collins – odezwał się ktoś mocno zachrypniętym głosem.

Langdon zaczerpnął tchu i przemówił najspokojniej i  najjaśniej, jak potrafił.

– Panie Collins, nazywam się Robert Langdon. Jestem Amerykaninem odwiedzającym Florencję. Zostałem postrzelony. Potrzebuję pomocy. Zamierzam zgłosić się jak najszybciej do konsulatu. Może mi pan pomóc?

Jego rozmówca odpowiedział bez chwili wahania.

– Żyje pan, panie Langdon. Dzięki Bogu… Czekaliśmy na pana.

Inferno

Подняться наверх