Читать книгу Ala Betka i demon miasta - Ida Pierelotkin - Страница 6

Оглавление

„Wyższa konieczność”, czyli spojrzenie wstecz

A wszystko przez to, że pod sam koniec ubiegłego roku szkolnego, dwudziestego pierwszego czerwca (która to data długo jeszcze miała pulsować w pamięci Ali Betki w szczególnie odpychający i natarczywy sposób) mama Ali otrzymała depeszę. Stryjeczna siostra jej świętej pamięci ojca, Larysa Kornelia Betka, niemająca żadnych żyjących krewnych poza trójosobową rodziną Betków: mamą Ali, bratem Ali i sama Alą, dokonała żywota w godnym wieku lat 101, pozostawiając odległej – dosłownie, bo nigdy niewidywanej– lecz jedynej rodzinie cały swój dobytek, to jest mieszkanko przy ulicy Koszykowej 33, w samym centrum stolicy. Dosłownie pół godziny przed tym, gdy pani Betka otrzymała tę smutną, a jednak rewelacyjną wiadomość, kotka Polinka – czwarty z domowników – strąciła ze stołu gazetę, a wzrok mamy Betki, która po nią sięgała, wygłaszając krytyczną uwagę pod adresem kociej swawolności, padł na niewielką, obwiedzioną zieloną ramką rubrykę w ogłoszeniach o pracę:

Ekskluzywna firma krawiectwa sukien „Żorżeta” pilnie zatrudni dyspozycyjną krawcową z doświadczeniem i polotem, posiadającą własny lokal pracy w centrum Warszawy.

Mamę Ali – zdolną, lecz ubogą krawcową z dwojgiem dzieci na samotnej głowie, wiecznie zalegającą z czynszem za wynajem pokoju z kuchnią i łazienką w obskurnej kamienicy, zapożyczającą się u znajomych na artykuły pierwszej potrzeby i nieustająco drżącą o byt i przyszłość swych beztroskich pociech – przeszył dreszcz. Pewien charakterystyczny rodzaj dreszczu, który ma zwyczaj przeszywać ludzi na życiowych rozstajach – chwilę przed podjęciem niezwykle ważnej decyzji, nie wolnej od ryzyka, a jednak niosącej świeższy niźli oceaniczna bryza wiew przygody… Co tchu popędziła do sąsiadki z sutereny pod pralnią, pani Jagody, która hobbystycznie przepowiadała znajomym przyszłość – z fusów po herbacie.

Tym razem informowały one niezbicie: nadszedł czas zmian. Wielkich zmian. I to na lepsze!

– Widzę… Tak! Wyraźnie widzę maszynę… do szycia. I pieniądze… stosy, całe góry banknotów… Mały, fantastycznie prosperujący zakład krawiecki… – mamrotała pani Jaga, wpatrując się przenikliwie w mokre listki na dnie filiżanki. – Suknie, stosy strojnych balowych sukien… I długą kolejkę klientek… Ba! Cały tłum oszalałych z pragnienia posiadania tychże przewytwornych sukien... W tym tłumie widzę kilka celebrytek!

– Celebrytek? – Zmarszczyła nos pani Betka, której wiecznie brakowało pieniędzy na rachunki, ale nigdy nie zależało na blichtrze lub rozgłosie.

– Tylko kilka – uspokoiła ją pani Jagoda. – Wygląda na to, że zostaniesz… – ściszyła głos do radośnie podekscytowanego szeptu – projektantką mody…

– Ja? – zdumiała się pani Betka.

– Nigdy wcześniej fusy nie wołały do mnie tak wyraźnie – zapewniła z mocą pani Jaga. – Możliwość wyjazdu to uśmiech losu. Szansa przeogromna i niepowtarzalna! – orzekła gromko, z iście żelbetowym przekonaniem.

– Też tak uważam – odparła mama Ali i Artka, cicho, ale z wielką wiarą.

Chwackim gestem wychyliła resztę swojej herbaty, a gdy, odruchowo, zajrzała na dno filiżanki, przez moment zdało się jej nawet, że i ona widzi tam maleńki, ale prześwietnie prosperujący zakład krawiecki, a może nawet „projektancki”: niezliczone wieszaki z ekskluzywnymi sukniami i natłok klientek, w tym jedną panią, której twarz znała dobrze z telewizji śniadaniowej.

Była szczęśliwa. Od lat heroicznie walczyła z obezwładniającym ją przygnębieniem, dawno temu zrezygnowała ze snucia jakichkolwiek marzeń, które nie przynosiły jej nic oprócz rozczarowań… Mawiała tylko: „Jest jak jest”, w ten prosty sposób zrzekając się wszelkich roszczeń względem losu, a cichutką prośbę mając wobec jednej tylko okoliczności – żeby przypadkiem nie było gorzej. Teraz, nieoczekiwanie, po długich smętnych latach, ze zdziwieniem i zachwytem przypominała sobie właśnie, jak słodkie, upojne, rzekłbyś: musujące jest uczucie nazywane „nadzieją”.

Bezzwłocznie zadzwoniła pod podany w gazetowym ogłoszeniu telefon, a uprzejma sekretarka umówiła ją na spotkanie z przełożonym. Kilka dni później – w tajemnicy, pod pozorem dopełnienia spadkowych formalności – udała się do Warszawy na rozmowę kwalifikacyjną, zaś następnego dnia rano otrzymała wiadomość, że ją przyjęto. Pracę miała rozpocząć niebawem.

Pani Betka odłożyła słuchawkę. Zmienionym ze wzruszenia głosem wyjawiła „dobrą nowinę” przyglądającym się jej niespokojnie dzieciom i białej kotce Polince.

Ala i o rok od niej starszy Artek w jednej chwili poczuli się zdruzgotani informacją. Nawet Polinka zamiauczała z rozżaleniem.

– Czy to konieczne? – wykrztusił Artek, zaatakowany przezrozpromienioną mamę Betkę ową rewelacją przy sobotnimśniadaniu (czerstwy chleb wczorajszy i mizeria z przecenionych, z racji powodowanej długotrwałą ekspozycją na nasłonecznionym straganie targowym, ogórków, okraszonych dyskontową śmietaną).

Artek był to chłopak dziarski i rezolutny. Jego siostra nieczęsto widywała jego wesołą gębę zasępioną, a pogodneoczy zaszklone łzami. Dziś miała po temu niezwykłą okazję.

– Czy to konieczne? – powtórzyła za bratem. – Czy… nie możemy… – zastanawiała się chwilkę, co nie było łatwe, bo jej myśli stały się niezwykle chaotyczne, szok i rozpacz rozproszyły je, jak głębinowy drapieżnik uderzający w kulistą ławicę małych rybek. – Po prostu… żyć normalnie? – dokończyła ostatecznie.

Mama przybrała zatroskany wyraz twarzy, pełen czułości, a jednak niezmiernie zdecydowany.

– To konieczne – oświadczyła, a niewielu odgadłoby, jak wiele wysiłku kosztuje ją pewność, z jaką wymówiła te słowa. – Bo to jest nasza szansa. Nie ma na co czekać! – zakończyła energicznie i co prędzej zerwała się od stołu, nie mogąc patrzeć na zbolałe twarze swoich walczących z płaczem dzieci, po czym zaczęła zbierać ze stołu naczynia, mimo że ani Ala, ani Artek, ani tym bardziej ona sama nie skończyli jeszcze mizernej mizerii.

Postanowiła. I teraz już nie mogła się wahać. Byłoby to równoznaczne z krokiem wstecz, a ją interesował jedynie marsz, cwał, lot! do przodu.

Była pewna, że czyni słusznie. Nie mogła być miękka… Musiała działać. A działać oznacza: ryzykować. Oznacza: zdecydować się. I – nie zwlekać!

Ala była pewna, że los wcale nie zrzuca im w prezencie żadnej szansy, ale że w biegu wszechświata zaistniał jakiś paskudny błąd, skrupiający się oto na Bogu ducha winnych niej samej i Artku. I oczywiście na Polince, bo – jak dobrze wiedzą miłośnicy wąsatych czworonogów – koty to terytorialiści, którzy niekoniecznie gustują w zmianach otoczenia. W wypadku zrozpaczonego brata, uważała Ala, krzywda nie była aż tak bolesna. Po wakacjach Artek szedł do gimnazjum – co prawda, w miejscowym wylądowałby wraz z całą bandą koleżków z podstawówki, ale w gimnazjum w Warszawie miał być równie „nowy” jak każdy inny uczeń. O rok młodsza Ala została skazana na zmianę szkoły w ostatniej, szóstej klasie. A to był naprawdę koszmar.

Ale klamka zapadła – skrupulatnie wtajemniczeni w skomplikowane i zawiłe finansowe argumenty mamy, utrzymującej uparcie, że przeprowadzka do stolicy jest dla nich wszystkich ratunkiem, nadzieją i powodem do radości, wśród szlochów i pomstowań, które są jedynym orężem nieletnich wobec bezlitośnie racjonalnych postanowień rodzicielskich – skapitulowali, godząc się na niepewny, choć być może ekscytujący, los tułaczy.

W miasteczku odbył się nawet mały bankiet pożegnalny na cześć Betków, zorganizowany przez burmistrzową, jednak Ala nie wzięła w nim udziału. Chyłkiem wymknęła się na dwór i pobiegła pod swoją „starą” szkołę – zagapiła się smętnie na ogromną jabłoń na dziedzińcu, na której dojrzewały drobne jeszcze, twarde i zielone jabłuszka. Gdyby w tej całej Warszawie przyszło opowiedzieć dzieciom, jak nieprawdopodobnych dziwów piękne to drzewo było świadkiem, najpewniej by jej nie uwierzyły… Znacząco popukawszy się palcem w czoło, uznałyby ją za pomyloną, pomyślała ponuro dziewczynka. Podeszła do drzewa i oparła dłonie o chropowaty pień, a potem nawet przytuliła do kory policzek – płakała i płakała, a jabłoń nic nie potrafiła poradzić na jej smutki, więc tylko szumiała kojąco i czule, i pachniała drzewem i jabłkami, jeszcze mocniej niż zwykle, jakby chciała powiedzieć, że jej także będzie ogromnie brak małej, roztrzepanej Ali Betki.

Ostatniej nocy przed wyjazdem najwierniejsze przyjaciółki Ali – Kunia i Firleta – spały u Betków. „Spały” to, jak wiadomo, umowne określenie: żadna z nich nie zmrużyła oka. Szlochały całą noc, przysięgając, że będą ze sobą regularnie korespondować i odwiedzać się, naprzemiennie, co siódmy weekend; nigdy rzadziej. Zapewniały się nawzajem, że Polska to przecież całkiem niewielki kraj, a Warszawa nie leży w strefie podbiegunowej, tylko dwie i pół godziny jazdy pociągiem z ich miasteczka, i że nigdy, przenigdy o sobie nie zapomną…

Ala Betka i demon miasta

Подняться наверх