Читать книгу Taka zabawna historia (tw) - Juliusz Ćwieluch - Страница 4
ОглавлениеJuliusz Ćwieluch: A dziś jak będzie – na ostro czy na łagodnie?
Krzysztof Kowalewski: Dziś łagodnie.
– Czyli żadnej wojny?
– Wręcz przeciwnie. Bardzo dużo wojny, bo ja proszę pana pamiętam tę wojnę jako czas wielkich przygód, a czasem nawet świetnej zabawy. To znaczy wtedy mi się wydawało, że to wszystko jest niesamowicie zabawne. W ogóle nie miałem świadomości, co tak naprawdę dzieje się wokół mnie.
– Fajny pomysł na scenariusz, gdyby nie to, że Benigni zrobił już taki film i jeszcze zgarnął za niego Oscara.
– Jednak musi pan przyznać, że scena, w której świat zwariował i zawzięcie się wyrzyna, a młody polski Żyd służy do katolickiej mszy, którą odprawia nieletni syn niemieckiego kolaboranta, ma potencjał.
– Krytycy znów kręciliby nosem, że przekombinowane.
– Powstanie warszawskie zastało nas na Noakowskiego. Ale z czasem lokatorzy zostali rozkwaterowani, bo w kamienicy ulokował się jakiś ważny sztab. Nas miejscowa komenda AK przeniosła na ulicę Wilczą. Mieszkanie było piękne. Ogromne. Miało chyba z osiem pokoi. Dzieci lokatorów jeździły po nim na rowerach, bo to zawsze bezpieczniej niż na podwórku.
– A kim były te dzieci?
– No i tu jest pewien szkopuł, bo ich ojciec był redaktorem naczelnym gadzinówki. Nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, jak on się nazywał. Jakoś na N. Jego w każdym razie rozstrzelano za kolaborację. A żona z czwórką dzieci została. Była jeszcze kucharka. Zupełnie głucha. Co było o tyle zabawne, że to było ostatnie piętro i co jakiś czas jakieś odłamki wpadały do kuchni, a ona zupełnie nie zwracała na to uwagi.
– Była głucha, ale przecież nie ślepa.
– Oni tam mieli mnóstwo jedzenia, zwłaszcza mąki. I ta kucharka ciągle smażyła im naleśniki, taką grubą stertę. I raz odłamek rąbnął prosto w nie. No, to wtedy zaczęła lamentować.
– Gościnni byli?
– Jak cholera: pani domu zwracała się do matki per „bolszewiczko”. Oni w ogóle jacyś wyjątkowo religijni byli. Zwłaszcza najstarszy syn, który miał kompletną korbę religijną. Posiadał cały sprzęt liturgiczny, wszystkie szaty. No po prostu ksiądz w miniaturze. Brakowało mu tylko ministranta i w tym charakterze upatrzył sobie mnie. Przygotowany był perfekcyjnie, bo trzymał nawet dla mnie komżę.
– A pan się w tym odnajdował?
– A skąd. Obrządek był po łacinie. Nic z tego nie rozumiałem. Ciągle popełniałem jakieś błędy i obrywałem za to po łbie. Zresztą w czasie tych mszy atmosfera była napięta, bo sąsiadki jak tylko słyszały dzwonki, to wydzierały się, że Bóg ich pokarze i w dom trafi bomba. A jego matka odszczekiwała, że synalek ma pozwolenie od samego biskupa.
– Czyli ministranturę ma pan odsłużoną?
– Można tak powiedzieć.
– Długo tam mieszkaliście?
– Wystarczająco, żeby się napatrzeć. Tym bardziej, że najmłodszy z kolei nienawidził kąpieli. Kiedy tylko zaczynali go mydlić, miał patent, żeby to przerwać. Jak już stał namydlony w balii, to mówił tylko dwa sakramentalne słowa: mamo, nalot. I ona leciała z nim z tego ostatniego piętra do piwnicy. Po jakichś czterdziestu minutach wracali z krzykiem. I następnego dnia znów: mamo, nalot.
– Bał się pan?
– Sam nie wiem, czy to był strach. Raczej rodzaj szoku. Zresztą psychika jest nieprzewidywalna. W czasie powstania napatrzyłem się na trupy. Ale trudno byłoby mi przypomnieć sobie jakiegoś konkretnego.
Za to świetnie pamiętam trupa, którego nie widziałem.
– ...
– To była mogiła na ulicy. Musieli się śpieszyć, bo nie zerwali bruku. Po prostu usypali ją na nim. Wstawili krzyż. I spod tej ziemi po bruku sączyła się strużka krwi.
– Dlaczego pamięta pan właśnie to?
– Niech mnie pan o to nie pyta. To po prostu samo przychodzi. Pojawia się. Niezbyt nachalnie. Ale się pojawia.
– Co jeszcze?
– Taka kretyńska scena. A raczej moje kretyńskie zachowanie.
Od pewnego momentu mieszkanie cioci Bieniewskiej było punktem przerzutowym dla Żydów, którzy uciekali z getta. Oni właściwie uciekali z grobu, bo nad gettem unosił się już gruby warkocz dymu, było po prostu dobijane. Tam już chyba nikt nie miał żadnych wątpliwości, co im zgotowano i gdzie pojadą pociągami, do których ich pędzono. Po twarzach tych ludzi widać było, że przychodzili z innego świata. Choć do getta były stamtąd jakieś trzy kilometry.
– Pamięta ich pan?
– Twarze. Żadnych nazwisk.
Co chwila dzwonił dzwonek. Wchodził jakiś obcy człowiek. Pobył godzinę, dwie i znikał.
Właściwie zapamiętałem tylko jednego, bardzo znerwicowanego pana. Taki nieduży, bardzo przestraszony Żyd. Kiedy ktoś dzwonił do drzwi, a tych dzwonków było od cholery, to on wpadał do klozetu. A tam było małe okienko, które wychodziło na ślepe podwórko. Wyskakiwał przez to okienko i wisiał, trzymając się parapetu. Ależ mnie to cholernie bawiło! Ustawiałem się pod klozetem i czekałem, aż będzie biegł, i pokładałem się ze śmiechu na podłodze. Miałem ubaw jak cholera. A matka syczała do mnie: „Chodź tu, ty kretynie”.
– Spotkał pan kiedyś tego człowieka?
– Jego nie.
Ale za to spotkałem kiedyś naszego sąsiada. Powinienem był go zapamiętać, bo bardzo lubiłem jego psa. Pies pasował do właściciela, bo to był owczarek niemiecki. A właściciel w uznaniu zasług zaczął się pojawiać w gestapowskim mundurze.
– Gdzie go pan spotkał?
– Na planie filmowym Krzyżaków. Nas tam zwieźli całym rokiem w charakterze halabardników. Głównymi gwiazdami byli jednak kawalerzyści. A tak naprawdę przedwojenni ułani. Starsi już panowie, którzy tyrali na planie od rana do wieczora. Między nimi kręcił się lekarz, który za wszelką cenę chciał się z nami zaprzyjaźniać.
– I pan go zdemaskował?
– Ja go nie poznałem. W trakcie zdjęć odwiedziła mnie matka. Poszliśmy na spacer. Kiedy go zobaczyła, momentalnie włożyła przeciwsłoneczne okulary.
– I już? Żadnej awantury, nie poszła na milicję?
– Ojciec Jurka Karaszkiewicza, kolegi z roku, był głównym kwatermistrzem w UB. Karaś był w tym lekarzu niemal zakochany. Ale wierciłem mu dziurę w brzuchu. „Karaś, pogadaj z ojcem, sprawdź tego gościa. Ojciec normalny człowiek, pomoże”. Ojca Karasia raz w życiu spotkałem, ale od razu można było poznać, że znał życie. „Z tą szklanką przeszedłem szlak od Lenino do Berlina”. Szklanką spirytusu oczywiście.
– I?
– Wyszło, że ubek. W czasie wojny współpracował z Gestapo. Po wojnie z UB. Taki elastyczny człowiek.
A moja mama wyszła cało z wielu opresji dzięki niesamowitemu opanowaniu. W czasie okupacji zatrudniła się jako kelnerka w kawiarni w podziemiach zburzonego Prudentialu. Przychodził tam jeden taki aktor. Amant sceniczny. Jak się upił, to wykrzykiwał na cały lokal: „Co tu się dzieje, tu Żydówki pracują”.
– Co się z nim stało?
– Wiele lat później graliśmy w jednym zespole, w Teatrze Rozmaitości. Widać nie był wtedy aż tak bardzo pijany, bo raczej mnie unikał.
– Dał mu pan w mordę?
– Dałem mu spokój.
To też kara. W mordę dałem mężowi dozorczyni. Sprowokował mnie. Ale dostał też i za okupację.
– A konkretniej?
– Matka miała tak zwany dobry wygląd. Była piękną kobietą, o blond włosach i niebieskich oczach. Nazwisko zmieniła dużo wcześniej. Funkcjonowała jako aryjka. Ale byli tacy, którzy podejrzewali, a może nawet wiedzieli. Na przykład dozorczyni w moim rodzinnym domu przy Nowogrodzkiej 25. Matka bała się, że nas zakapuje na Gestapo, co zresztą tamta nawet sugerowała. Wobec tego w dużym pośpiechu musieliśmy opuścić mieszkanie. Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na panią Bieniewską, czyli późniejszą ciocię Józię, która mnie bardzo rozpieszczała. Bieniewska była żoną fabrykanta, ale cały ten majątek gdzieś przepadł i zostało jej tylko to mieszkanie, w którym podnajmowała pokoje. Z tego żyła.
– Wiedziała, że jesteście Żydami?
– Jeden z pokojów wynajmowała nam, drugi pewnej krawcowej. Ta krawcowa przerażona mówiła: „Co pani robi, pani Józefo, tu są Żydzi. Tu przyjdzie Gestapo i nas pozabija”. A ona tak spokojnie mówiła: „Pani tu widzi jakichś Żydów? Dziwię się pani. Tutaj nie ma żadnych Żydów”.
Myślę, że się orientowała, ale na sto procent tego nie wiem. Sądząc po tym, ile osób uratowała w czasie likwidacji getta, to nie miało to dla niej znaczenia.
Ciąg dalszy w wersji pełnej