Читать книгу Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas - Kamil Fejfer - Страница 9
ОглавлениеPieniądze śmierdzą. Zwłaszcza monety. Jeżeli przekładasz je z ręki do ręki przez cały wieczór, to twoje dłonie nasiąkają tym specyficznym metalicznym zapachem, którego trudno się pozbyć. Jeszcze gorzej jest z ubraniami. Trzymają zapach dłużej niż dłonie. Kiedy pracujesz intensywnie przez kilka godzin w oparach potraw i mocnego alkoholu, wszystko zaczyna śmierdzieć barem. A później przynosisz pracę do domu. Przynosisz ją na swetrze, kurtce, szaliku, spodniach, koszulce. Wracasz, żeby odpocząć, a korytarz, w którym zostawiłaś ubrania, nie może przestać przypominać ci o wódce z colą i quesadilli za 22,50.
Wcale nie chcesz przynosić pracy do domu. Monika mówi, że ta robota lasuje mózg. Burger z żurawiną, pasta, piwo pszeniczne, piwo najtańsze, dla pani piña colada, dla koleżanki mojito, dla pana łycha, pan pyta, co tak piękna dziewczyna robi po pracy, dla kolegi tylko frytki, fritz-kola, bo bardziej etyczna, a fajniej jest, jak coś jest bardziej etyczne, dla pana niegazowana, bo coś mu się sypie spod nosa i musi się nawodnić, znowu burger, teraz jesienny specjał z grzybami, vege burger, znowu pszeniczne, znowu najtańsze, quesadilla, working class beer – żubr „weź stary w końcu znajdź jakąś normalną robotę i przestań pić to gówno”, mojito, podwójna żubrówka z sokiem jabłkowym, carlsberg, jakieś ciekawe kraftowe piwo, może IPA, a macie dymione?, znowu żubr i do tego, no nie wiem, może paluszki, burger z żurawiną.
Kiedy stoisz za barem, ludzie ciągle cię obserwują, pytają wzrokiem, kiedy podejdziesz, gdzie ich alkohol, niecierpliwią się, ktoś się wepchnął w kolejkę. Dla klientów bez przerwy istniejesz, ani na chwilę nie przestajesz być niewidoczna. Niektórzy to lubią, innym trudno to znieść. Monika należy raczej do tej drugiej grupy. Ale za coś trzeba kupić jedzenie i zapłacić rachunki, więc czasami po prostu nie ma się wyboru. Wybór to domena tych, którzy mają poduszkę bezpieczeństwa. Możesz pomyśleć nad przekwalifikowaniem się, ale nie stać cię na darmowy staż, ponieważ nie masz oszczędności, a nie da się zjeść wpisu w CV ani zapłacić za rachunki ładnym portfolio. Z równie oczywistych względów nie stać cię na szkolenia i kursy. Jesteś w czarnej dziurze, która nazywa się gastronomia.
Monika po zmianie trwającej od dziewiętnastej do pierwszej w nocy przychodzi do domu, siada na łóżku i przez godzinę patrzy w ścianę, uspokajając oddech. W tym czasie znikają quesadille za 22,50, piwa pszeniczne, mojito i frytki. Schodzi z niej całe napięcie i uspokaja się młynek. Wtedy może zasnąć.
W gastronomii raczej nie pracuje się z wyboru, tylko z braku wyboru. Średnia płaca tutaj to 2650 złotych brutto, czyli 1900 na rękę. Na umowie o pracę. Ale kto się przejmuje takimi rzeczami jak prawo pracy? Odpowiedź jest równie prosta, co brutalna – w polskiej gastronomii wszyscy kładą na to chuja. Nawet 40 procent osób w gastro pracuje na czarno. Praw pracowniczych nie pilnują tu ani związki, ani państwo, które po 1989 roku uznało, że przedsiębiorcom nie należy przeszkadzać, bo wszystko wyreguluje wolny rynek. Oczywiście w długiej perspektywie. A jak wiadomo, w długiej perspektywie wszyscy będziemy martwi.
Jeśli gastronomia nauczyła czegoś Monikę, to mówienia w myślach „jeb się” ludziom, wobec których nie mogła się bronić w inny sposób.
– Zrobiłam się wtedy mocno agresywna w sposobie myślowego reagowania. Ktoś do mnie coś mówi, a ja w głowie mam „spierdalaj”. Nie zrobiłam się agresywna zachowaniowo, ale zaczęłam tak myśleć o świecie. To wynik tej roboczej młócki. Czułam frustrację i bunt. To był sposób, aby nie wkładać tego w siebie. „Spierdalaj” i robiło mi się lepiej – mówi Monika.
Dziewczyna w tamtym momencie była już badaczką sztuki, pisała teksty naukowe oraz wykładała. Ale nie miała możliwości utrzymania się z tej pracy. Stąd gastro.
– To był moment, kiedy świat nie dawał mi możliwości realizacji mojego potencjału w tym, w czym podobno jestem dobra. To, czym się zajmuję, jest istotną częścią mojej tożsamości. Kiedy świat mi mówił „nie utrzymasz się z tego”, „nie jestem zainteresowany – ja świat – tym, żebyś ty mogła z tego żyć”, to ja odbierałam jako komunikat: „nie jesteś potrzebna w ogóle”. Uogólnione „SPIERDALAJ” było mi potrzebne, aby zachować przekonanie, że zajmowanie się teorią sztuki ma naprawdę sens: spierdalaj, obejrzę ten spektakl, napiszę ten artykuł, przeczytam tę książkę.
Jest rok 2014 i Monika od dwóch lat pracuje na przemian w barach i szatniach instytucji kultury. Zawsze bez umowy. Pracuje na gębę za 10 złotych na godzinę plus napiwki. Wszystko zależy więc od tego, ile godzin wyrobi. Czasami klienci wychodzą o dwudziestej trzeciej, a czasami impreza trwa do czwartej rano. W ten sposób nie można pracować codziennie, bo dostanie się udaru z przemęczenia. Chociaż teoretycznie możesz zarabiać i 3 tysiące, to raczej kłamstewka, aby oszukać samego siebie. Dobre pieniądze w gastro są jak yeti – wszyscy o nich słyszeli, nikt ich nie widział.
Jeśli gastro nauczyło Monikę wyzywania w myślach klientów, to praca w teatralnych szatniach pokazała brzydkie oblicze klasy średniej i wyższej, ludzi, którzy mają się za oczytanych i wrażliwych. Dziewczynom i chłopakom po drugiej stronie lady z numerkami ubrania oddaje jaśniepaństwo. „O popatrz, ona czyta książkę” – mówi pani w sobotnim outficie zdradzającym wysoką pozycję w korporacji. Mówi tak, jakby Monika nie miała uszu. Dziewczyna jest robotem odbierającym numerki i wydającym ubrania.
– Miałam wrażenie, że dla większości jestem po prostu przedmiotem z rękoma – mówi. – To się wyczuwa w spojrzeniu i w geście. Oglądałam moją grupę społeczną z drugiej strony szatni. Jakimi wrednymi chujami potrafią być ci ludzie.
Monika od strony szatni widzi ich od podszewki. Jeśli nikt nie ma pojęcia, jakie ktoś po drugiej stronie lady ma wykształcenie, jeśli nie wie, że Monika obejrzała setki spektakli i potrafi je zanalizować, osadzając w kontekście historycznym, i przeprowadzić analizę porównawczą recepcji dzieła w różnych kręgach kulturowych, to ten ktoś jest w najlepszym przypadku grzeczny, ale to jest grzeczność jak wobec krzesła czy stołu. To jest grzeczność pana, który nie uderzy poddanego. Jest w tym coś z rozkoszy i zarazem obrzydliwości władzy, ducha gnuśnego dworu, który Polski – pomimo prób modernizacyjnych egzorcyzmów – nie chce opuścić.
Najgorsi są pijani kolesie.
– To jest zmora. „Umówi się pani ze mną? Nie. A może jednak? Nie. To ja tu postoję, nazywam się Marcin, pracuję w banku”. To jest nadużywanie relacji, w której ja nie mogę powiedzieć „odwal się koleś”. Komunikaty wysyłane przeze mnie były absolutnie nieszanowane. Jednocześnie wyobrażam sobie, że ten człowiek w stosunku do swoich koleżanek i kolegów może być ujmującym człowiekiem. Tylko że w takiej sytuacji, w szatni, przed barem, nie rozumie albo nie chce rozumieć, że wykorzystuje swoją pozycję. Bo ja tu pracuję między innymi po to, żeby mu było miło, więc mogę tylko asertywnie mówić: przepraszam, nie jestem zainteresowana znajomością. Nie mogę mu powiedzieć won. A, i możesz napisać, że ci kolesie są strasznie żałośni – mówi.
No więc piszę – kolesie podrywający nachalnie barmanki, jesteście, kurwa, żałośni!
Kiedyś Monikę ktoś zapytał, czy nie jest jej nudno tak siedzieć w tej robocie. Pewnie miał dobre intencje, chciał w jakiś sposób wczuć się w sytuację po drugiej stronie. Ale jeśli nie byłeś po drugiej stronie, to nie wiesz, co wypada.
– Co miałam powiedzieć? Że to jest spełnienie moich ambicji? Że się świetnie bawię? To jest trochę tak, jakby ktoś zapytał bezdomnego w grudniu, czy nie jest mu zimno.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.