Читать книгу Ostatni dyżur - Karin Wahlberg - Страница 5

1

Оглавление

Tego roku zima jakby nie chciała się skończyć. Lodowate porywy wiatru znad morza uparcie przebijały się przez grube warstwy ubrania i przenikały aż do szpiku kości. Nad miastem zalegał mrok, okrywając je szczelnie jak kołdra. Pokrywa śniegu tylko przez krótki czas była wystarczająco gruba, aby rozjaśnić ciemność. Na szczęście śnieg spadł w samą wigilię Bożego Narodzenia. Dominowały jednak plucha i brudna, szara maź, które nastrajały pesymizmem. Najważniejszym motywem rozmów stało się pytanie, czy należy spodziewać się nadejścia nowej epoki lodowcowej. Niektórzy wyciągali z banku oszczędności i wykupywali wycieczki do ciepłych krajów, żeby tydzień albo dwa tygodnie później wrócić z piękną opalenizną, która kontrastowała z bladą cerą pozostałych mieszkańców miasta.

Nawet Veronika po raz pierwszy w życiu zaczęła tęsknić za prawdziwym letnim urlopem, na przykład na Majorce, Wyspach Kanaryjskich, Costa del Sol albo w jakimkolwiek innym miejscu, gdzie jest tyle światła i ciepła, że choć trochę mogłaby odtajać. Postanowiła jednak wstrzymać się do kwietnia i odwiedzić córkę, która niedawno rozpoczęła studia w Hiszpanii. Czekała na ten wyjazd z niecierpliwością.

Od pewnego czasu była w niezbyt dobrym nastroju. Dość długo walczyła z przygnębieniem, zanim doszła do wniosku, że nie może przymykać oczu na monotonię, jaka wkradła się do jej życia. Odczuwała to wyraźniej, odkąd Cissi wyjechała do Hiszpanii.

Mijały dni, a ona odliczała je z mechaniczną precyzją jak dobrze naoliwiona maszyna. Robiła, co do niej należało, czasem nawet trochę więcej. Momenty zaskoczenia zdarzały się w jej życiu coraz rzadziej. Kiedy się nad tym zastanawiała – a w ostatnich dniach czyniła to dosyć często – zadawała sobie pytanie, jak mogło do tego dojść. Czy to nieuniknione? Czy jej życie będzie coraz bardziej nijakie, nudne i przewidywalne? A może wyglądało tak zawsze? Może czegoś jej brakuje? Była jednak zbyt zajęta innymi sprawami, by tracić czas na głębsze rozważania.

W czwartek jedenastego marca, za piętnaście siódma rano, Tyra Blomstrand obserwowała przez kuchenne okno, jak Veronika zgodnie ze swoim zwyczajem wyprowadza z garażu rower. Ubrana w granatowy dres, który nie przepuszczał chłodu ani wilgoci, na głowie miała cytrynowy kask z czarnym napisem „Crescent”.

Tyra nalała mężowi, Karlowi-Henrikowi, kawy do kubka.

– Jak zwykle punktualna – powiedziała suchym tonem.

Karl-Henrik uniósł wzrok znad gazety. Oboje przyglądali się, jak Veronika silnym kopnięciem zamyka bramę garażu, wsiada na rower i pedałuje z całych sił pustą jeszcze ulicą. W końcu stracili jej żółty kask z oczu.

Veronika przejechała mocno już zatłoczoną ulicą ciągnącą się z północy na południe, minęła obrzeża strefy przemysłowej i skręciła w willową dzielnicę Kastanjen. Niebo szybko jaśniało, a bijący z niego blask rozświetlił asfalt i skute mrozem ogrody. Światło takiego poranka potrafi zmusić każdego, kto tkwi w zimowych ciemnościach, do zastanowienia się nad sensem życia – pomyślała z zachwytem i melancholią.

Pochyliła się nad kierownicą, żeby zebrać siły przed ostatnim odcinkiem drogi prowadzącym w górę. Wreszcie poczuła ciepło przenikające uda. Czuła też, że ma rozgrzaną twarz. Oddychała równo i regularnie, a jej myśli krążyły swobodnie we wszystkich kierunkach.

W tej chwili czuła się po prostu dobrze.

Po niebie szybko przesuwały się gęste chmury, które zakryły słońce. Znowu zrobiło się szaro, zimno i dżdżysto. Przy szkole nauki jazdy Enlunda skręciła w prawo. Firma mieściła się w brzydkiej przybudówce przylegającej do ładnej, pomalowanej na żółto, drewnianej willi właściciela. Veronika często się zastanawiała, jakie trzeba mieć znajomości w urzędzie miasta, żeby załatwić sobie pozwolenie na coś tak szkaradnego.

Kiedy mijała szkołę nauki jazdy, niebo znowu rozbłysło nieśmiałymi promieniami słońca. Tym razem kolory bardziej się ożywiły. Veronika poczuła nagle, że w tym roku też przyjdzie wiosna, chociaż trudno było w to uwierzyć. Ustawiła przerzutkę na piąty tryb i nadal utrzymywała dużą prędkość. Wciągała nosem przyjemny zapach suchego asfaltu i nagle w samym środku rozważań o wiośnie podjęła odważną decyzję: zrezygnuje z podwójnego nazwiska. Lundborg-Westman zawsze brzmiało dość niezręcznie. Właściwie nigdy nie czuła się dobrze z tym, że ma podwójne nazwisko, którego żaden normalny człowiek nie był w stanie zapamiętać. Poza tym po co jej dwa nazwiska, skoro jest rozwódką? Wystarczy Lundborg, panieńskie nazwisko. Dzisiaj to załatwi. Obiecała sobie, że zadzwoni do urzędu skarbowego i poprosi o formularze. Niepotrzebnie zwlekała z tym tak długo!

*

Tego samego ranka pielęgniarka Beata Molin siedziała przy swoim biurku na oddziale chirurgii znajdującym się na szóstym piętrze głównego bloku szpitalnego. Smukłymi palcami segregowała karty pacjentów, których przyjęto w nocy, i wkładała je do czarnych segregatorów z niebieskimi grzbietami. Wyniki badań laboratoryjnych, zapisy w historii choroby, opisy rentgenowskie, epikryzy, EKG i ewentualne wyniki badań bakteriologicznych trafiały do konkretnych przekładek. Molin nuciła temat z opery Rinaldo Händla. Akurat on utkwił jej w pamięci, kiedy przed dwoma tygodniami oglądała na wideo razem z Henrikiem słynny szwedzki film Życie jest piękne o miłości nauczycielki i młodszego od niej o dwadzieścia lat ucznia.

Czuła się wypoczęta i pełna energii, ponieważ poprzedniego wieczoru poszła spać wcześniej niż zwykle. I pewnie dlatego nie była ani zestresowana, ani niewyspana. Poza tym z niecierpliwością na coś czekała. Dziś wieczorem, choć to dopiero czwartek, przyjdzie do niej Henrik. Spędzą razem długi weekend. Kupiła filet wieprzowy, który włożyła do zalewy, i butelkę dobrego czerwonego wina. Zachęcił ją do tego Philip Jarl, ich lekarz, który szczycił się dobrym wychowaniem i znajomością win. Zauważyła, że zwraca na nią uwagę. Zresztą przyglądał się wszystkim ładnym kobietom.

Henrik Enlund chodził z Beatą już w czasach licealnych, ale znali się jeszcze dłużej. Był jej kolegą z dzieciństwa. Zalecał się do niej od najmłodszych lat i wybrał ją spośród innych. Nazywał ją „swoją małą Beatką”. Dla niego była uśmiechem i światłem. Wiele innych osób podzielało tę opinię. Po latach pragnień i zalotów Beata została jego kobietą. Henrik uczcił zwycięstwo, wręczając jej pierścionek zaręczynowy. Któregoś cichego letniego wieczoru wsunął go na jej smukły palec. Stało się to na plaży. Czyż mogła sobie lepiej wymarzyć?

Henrika znała najlepiej spośród wszystkich ludzi. Całkowicie mu ufała, a on nigdy jej nie zawiódł. Dlatego uważała, że kocha go bardziej niż kogokolwiek innego. I tak powinno być. Razem dorastali i są sobie przeznaczeni. Kiedy za rok Henrik skończy wyższą szkołę pedagogiczną w Växjö, wezmą ślub. Zaczęła już oglądać suknie w magazynach mody. Krótko mówiąc, plany były dość zaawansowane, a marzenia o wspólnej przyszłości wprost gigantyczne.

Z korytarza dobiegł ją odgłos jakiegoś zamieszania. Beata słyszała szybkie kroki pielęgniarek i dlatego starała się jak najszybciej skończyć pracę papierkową, żeby im pomóc. Spojrzała na wiszącą na ścianie tablicę z rozkładem dziesięciu sal i łóżek. Rubryki pod spodem wypełnione były czarnym tuszem. Inicjały pacjentów zaznaczono kolorem niebieskim. Beata miała pod nadzorem pięć najdalej położonych sal – dwie z czterema łóżkami i trzy z dwoma. W sumie czternastu pacjentów. Sale były w pełni obłożone, więc nie potrafiła sobie przypomnieć, któremu z nich trzeba będzie rano zmienić pozycję. Na poprzednim dyżurze zajmowała się wszystkimi salami, co utrudniało jej zapamiętanie każdego pacjenta z osobna. Szukała wzrokiem dużej zielonej gwiazdki, która oznaczała, że chorego trzeba ułożyć w nowej pozycji. Znalazła ją pod numerem 5:1. Pacjent z pierwszego łóżka w sali numer 5 jest w bardzo złym stanie. Nie wiadomo, czy w ogóle się z tego wygrzebie. Razem z Sonją – jedną z pielęgniarek, która była z nią akurat na dyżurze – musiały same przekręcać na drugi bok tego nieszczęsnego chudzielca, żeby opatrzyć mu odleżyny, które jak krater wżarły się głęboko w okolice pośladków. Rana nie chciała się goić. Szkoda, że nie powiedziano jej o tym wieczorem. Właściwie wygląda na to, że nastąpiło pogorszenie. Powinna dać mu najpierw jakieś środki przeciwbólowe. Na szczęście to cierpliwy człowiek i nie marudzi.

Włączył się faks i zaczęły z niego spływać wyniki próbek pobranych dla laboratorium od ostatnio przyjętego pacjenta. Bladego, wyniszczonego mężczyzny w wieku czterdziestu kilku lat. Beata oderwała faks i szybkim, wyuczonym ruchem wpisała wynik do karty, żeby znalazł się tam przed rannym obchodem. Pacjent został przywieziony karetką późną nocą. Wcześniej dzwoniła jego żona, gdyż bała się trzymać go dłużej w domu. Była to mądra decyzja, bo mężczyzna źle wyglądał. Pielęgniarka, która przyjmowała go na nocnej zmianie, napisała, że w ciągu dnia należy go przenieść na internę, jak tylko zwolni się tam miejsce po jakimś wypisanym pacjencie. Wszędzie jest pełne obłożenie. To nie pierwszy taki przypadek w tym tygodniu – westchnęła. Na szczęście zdążyli się już uodpornić.

Beata wpisała wyniki prób wątrobowych, które wydawały się w normie, po czym zerknęła na poziom kreatyniny. Boże! Liczba 1020 wskazywała na to, że nerki nie funkcjonują, jak powinny. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz widziała u jakiegoś pacjenta równie wysoki poziom. Nic dziwnego, że jest taki wycieńczony. Musi o tym powiadomić lekarza dyżurnego.

Cholera, czeka na nią Sonja.

– Sonju! – zawołała w stronę korytarza.

– O co chodzi? – spytała Sonja, stając w drzwiach ambulatorium.

– Przyjdź tu na chwilę, muszę poszukać lekarza dyżurnego.

– Okay. Zaczekam na ciebie – odparła pielęgniarka bez cienia irytacji w głosie.

Beata posłała jej ciepły uśmiech. Sonja nigdy nie sprawiała kłopotów. Powinny tu pracować tylko takie osoby jak ona. Większość pielęgniarek zrobiła się bardzo nerwowa i czuła na swoim punkcie, odkąd dwa oddziały połączono w jeden, a one musiały teraz krążyć między jedną sekcją a drugą. Zniknęła gdzieś dawna chęć do pracy i zawodowa satysfakcja płynąca z dobrze wypełnianych obowiązków względem coraz to nowych pacjentów.

Nie podnosząc się z krzesła, Beata obróciła się w stronę okna i na tarczy telefonu stojącego na parapecie za firanką wybrała numer lekarza dyżurnego. W oczekiwaniu, aż ktoś się zgłosi, spoglądała przez nieumytą szybę na rozciągający się za nią przepiękny widok: pofałdowane pola, które przechodziły łagodnie w niewysokie wzgórza wznoszące się ku niebu. Możliwość obserwowania zmian, jakie dokonują się na nich o każdej porze roku, uważała za jedną z korzyści związanych z pracą w tym miejscu.

U lekarza dyżurnego nikt nie odbierał. Telefon wewnętrzny milczał. Dlaczego nikt nie podnosi słuchawki? – westchnęła głęboko. Wiedziała, że czasem trudno się dodzwonić. Od dawna mówiło się o wymianie przestarzałego systemu łączności wewnętrznej, ale zawsze pojawiały się inne, ważniejsze wydatki. Na wszelki wypadek jeszcze raz wybrała numer i z górnej szuflady biurka wyjęła plastikowy skoroszyt z listą lekarzy dyżurnych. Czując, że traci cierpliwość, gorączkowo przeglądała spis w poszukiwaniu nazwiska lekarza. Dziś dyżur pełni Ronny Alexandersson. Na niego zawsze można liczyć, natychmiast odbiera, jeśli ktoś do niego dzwoni. Tym razem wewnętrzny telefon nie odpowiadał. Może Ronny bierze prysznic? Cóż, trzeba pomóc Sonji. Sama nie przekręci pacjentów na drugi bok. Poza tym jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia. Trzeba podłączyć kroplówki i podać lekarstwa. Psiakość! – pomyślała i zagryzła dolną wargę. Za godzinę obchód. Sprawa może poczekać. Pacjent cierpi na poważną chorobę, ale odkąd go tu przywieziono, jego stan się nie pogorszył.

*

Veronika zręcznie zjechała rampą prowadzącą na dolną kondygnację szpitala, skręciła ostro w lewo i zahamowała przed stanowiskiem, na którym zazwyczaj zostawiała swój rower. Kiedyś jeden już jej ukradziono, potem dwa razy wymontowano kosz. W końcu kupiła najlepszą dostępną kłódkę i od tej pory zamykała ją wokół ramy. Kosz zabierała ze sobą na górę.

Weszła sama do ciasnej windy. Dzięki temu miała dla siebie całe lustro. Widok, jaki w nim ujrzała, nie był zbyt zachęcający. Parujące ubranie, zaczerwieniona skóra. Nacisnęła guzik z numerem 4, zdjęła kask i przeczesała palcami krótkie ciemnoblond włosy. Niewiele to dało.

Nie jest chyba brzydka. Można raczej powiedzieć, że ma szczególny wygląd, który sprawia, że typ jej urody można nazwać interesującym. Czasem, przez krótką chwilę, potrafi być nawet na swój sposób ładna. Kiedy robiła sobie zdjęcie u fotografa, nigdy zbyt szeroko nie otwierała ust. Miała szpiczaste zęby, jak u gryzonia. Tak przynajmniej uważała. Natura obdarzyła ją za to pięknymi oczami: zielononiebieskimi z odrobiną szarości i brązu. Gęstych ciemnych rzęs nie musiała dodatkowo podmalowywać. Czasem jednak używała mascary. Błyszczyk w kolorze koraloworóżowym stał się z czasem mniej lub bardziej obowiązkowy, ale przeważnie nie używała szminki. Reszta twarzy mogłaby jednak wyglądać lepiej. Nos był wąski i wydłużony, czoło niezbyt wysokie. Na końcu mocno zarysowanego podbródka znajdował się mały dołek.

Wyszła z windy i szybkim krokiem skierowała się w stronę szklanych drzwi. Prowadziły na korytarz, w którym, podobnie jak inni lekarze, miała swój gabinet. Znajdował się tam również pokój lekarza dyżurnego, kuchnia dla personelu, salka konferencyjna, biblioteka i biuro sekretarki ordynatora, Gunilli Åhman – opoki, na której wspierała się cała klinika.

Kiedy Veronika zamknęła za sobą drzwi, korytarz był jeszcze pusty i panowała na nim cisza. Jak zwykle przyszła pierwsza, jeśli nie liczyć sprzątaczki. Inga Feldt zdążyła już otworzyć wszystkie pomieszczenia i właśnie zabierała się do pracy.

Veronika weszła do swojego gabinetu, rzuciła na krzesło torebkę i kask, zdjęła sportowe buty, potem wierzchnie ubranie, które wchłaniało pot, i wszystko to cisnęła na podłogę. Z wieszaka wzięła ręcznik kąpielowy z emblematem szpitala, owinęła go wokół ciała i związała oba końce na piersi. Włożyła szpitalne sandały, a z szafy na ubranie wyjęła czystą bieliznę i parę białych spodni. W końcu zdjęła z wieszaka fartuch lekarski, którego kieszenie były wypełnione różnymi przedmiotami. Jak zwykle zdziwiła się, że codziennie dźwiga w nim tyle rzeczy. Nic dziwnego, że ciągle bolą ją plecy.

Wyszła na korytarz i pomachała Gunilli, która stała na drugim końcu. Na głowie miała kapelusz, a ubrana była w płaszcz na ciepłej podpince. Otwierała właśnie drzwi do swojego pokoju.

– Dzień dobry! Będziemy chyba mieć dzisiaj ładną pogodę! – zawołała Gunilla, aż w całym korytarzu rozległo się echo.

– Wszyscy nie mogą się doczekać zmiany – odparła Veronika, chwytając za klamkę drzwi, które prowadziły do pomieszczenia z prysznicami.

Cholera, zajęte! Słyszała, jak w środku leje się woda, więc podeszła do drewnianej ławki obok umywalki i położyła na niej czyste ubranie. Potem zamknęła się w toalecie. Rzadko się zdarza, żeby dwie osoby chciały skorzystać z prysznica w tej samej chwili. Tym razem tak się właśnie stało. Widocznie dzisiaj jest taki dzień. Dobrze się zaczął – od wiosennego nieba i zapachu ziemi, ale to już najwidoczniej koniec dobrych wiadomości. Trochę się zdenerwowała. Usiadła na sedesie i wsłuchała się w odgłos wody, wciąż cieknącej za ścianą.

Kiedy wyszła, sytuacja się nie zmieniła. Veronika stanęła przed drzwiami prysznica. Czuła narastające zniecierpliwienie. Na jednej z dwóch umywalek, obok pomieszczenia z prysznicem, ujrzała czarny pager używany w izbie przyjęć podczas ostrego dyżuru. Jakiś dowcipniś przykleił na nim kiedyś nalepkę z Myszką Miki. A więc jest tak, jak przypuszczała. To któryś z lekarzy dyżurnych postanowił się odświeżyć pod prysznicem. Ale trwa to już za długo! O tej porze dnia musi utrzymywać równe tempo. Niech wreszcie tamten skończy i wyjdzie!

Zaczęła dobijać się do drzwi. Najpierw lekko, żeby nie wyjść na natręta. Potem trochę mocniej. Nikt nie odpowiadał, więc w końcu zaczęła w nie walić.

– Halo! – krzyknęła.

Nikt nie odpowiedział. Jej głos zginął w szumie wody.

– Halo! Jest tam kto? To ja, Veronika – zawołała jeszcze głośniej.

Nadal brak odpowiedzi. Słychać było tylko szum wody.

Próbowała ustalić w myślach, kto to może być, ale jej mózg jeszcze nie całkiem się rozbudził. Jest już późno, musi się pospieszyć.

Delikatnie nacisnęła klamkę. Drzwi nie były zamknięte. Uchyliła je powoli. Czuła się jak podglądacz i nie chciała postawić nikogo w niezręcznej sytuacji.

Z początku przez gęste strumienie wody nie zauważyła niczego szczególnego. Ostrożnie postawiła gołą stopę na wilgotnej podłodze, prawą ręką oparła się o pokrytą kafelkami ścianę, podczas gdy lewą zaczęła szukać kranu. Jej stopy natrafiły na opór czegoś miękkiego i ciepłego.

Instynktownie poczuła, że coś jest nie w porządku.

Znalazła kran i zakręciła wodę. Gorące opary przenikały przez drzwi.

Zmusiła się, żeby spojrzeć w dół. Ujrzała kobiece ciało w dziwacznej pozycji. Kobieta na wpół siedziała, oparta plecami o mokrą ścianę. Wyglądało to tak, jakby się potknęła i upadła. Prawa noga była zgięta w kolanie na zewnątrz, a goleń utkwiła w przestrzeni między podłogą a szarobrązową ścianką, która oddzielała prysznic od pomieszczenia z wieszakami na ręczniki. Można by pomyśleć, że kobieta się zakleszczyła i teraz nie może się stamtąd wydostać.

Później Veronika sama się dziwiła, że w tak krytycznej sytuacji zdołała zapamiętać tyle nieistotnych szczegółów. W ułamku sekundy zauważyła, że kobieta ma paznokcie stóp pomalowane czerwonym lakierem. Ujęła ją za przyklejone do czaszki włosy i przekręciła zwieszoną w przód głowę, żeby zobaczyć twarz. Jako doświadczony lekarz od razu się domyśliła, że kobieta jest martwa.

Ostatni dyżur

Подняться наверх