Читать книгу Świat bez końca - Ken Follett - Страница 13

Оглавление

6

W Zielone Świątki tego roku, w którym Merthin kończył dwadzieścia jeden lat, na katedrę w Kingsbridge spadła wielka ulewa.

Ogromne krople deszczu bębniły o dachówki, strumienie wody wlewały się do rynsztoków, z gargulców tryskały fontanny, między wieżyczkami rozsnuwały się zasłony deszczu, potoki przelewały się nad łukami i kolumnami, zalewając posągi świętych. Niebo, wielki kościół i miasteczko — wszystko wyglądało, jakby pociągnięte zostało wilgotną szarą farbą.

Zielone Świątki upamiętniają dzień, w którym Duch Święty zstąpił na uczniów Jezusa. Przypadają na siódmą niedzielę po Wielkanocy, w maju lub czerwcu, a więc w Anglii wkrótce po strzyżeniu owiec. Właśnie wtedy zaczynały się targi wełny w Kingsbridge.

Merthin przedzierał się przez deszcz, idąc na poranną mszę w katedrze. Nasuwał kaptur na twarz w daremnej nadziei, że pozostanie sucha. Droga prowadziła przez targ. Na rozległym zielonym trawniku na zachód od kościoła setki kupców rozstawiło swoje kramy. Teraz w pośpiechu przykrywali je płachtami nasączonego oliwą materiału. Najważniejsi na targach byli ci, którzy handlowali wełną — od drobnych handlarzy skupujących wełnę od wieśniaków, po wielkich kupców takich jak Edmund, mających składy pełne towaru. Wokół ich straganów pojawiły się kramy, na których można było kupić niemal wszystko: słodkie wino znad Renu, srebrny brokat przetykany złotą nicią z Lucki, szklane naczynia z Wenecji, kminek i pieprz z krain na Wschodzie, których nazwy znało niewielu ludzi. Byli także zwykli ludzie zaspokajający podstawowe potrzeby gości i kupców: piekarze, piwowarzy, sprzedawcy słodyczy, wróżbiarze oraz prostytutki.

Kupcy przyjęli ulewę dzielnie, żartując między sobą, starając się tworzyć wrażenie zabawy. Jednak deszcz źle wróżył ich dochodom. Niektórzy musieli prowadzić interesy bez względu na pogodę: włoscy i flamandzcy kupcy potrzebowali delikatnej angielskiej wełny do tysięcy krosien we Florencji i Brugii. Lecz bardziej przypadkowi klienci zostaną w domu: żona rycerza, która postanowiła kupić gałkę muszkatołową i cynamon; zamożny kmieć potrzebujący serdaka na zimę; adwokat, który stwierdził, że jego kochanka ucieszyłaby się ze złotej bransoletki.

Merthin nie zamierzał niczego kupować, bo nie miał pieniędzy. Był czeladnikiem, któremu nie płacono, i mieszkał ze swoim mistrzem, Elfrikiem Builderem. Jadł z gospodarzami, spał w kuchni na podłodze, nosił używane rzeczy Elfrica, ale nie dostawał żadnych pieniędzy. W długie zimowe wieczory rzeźbił ozdobne zabawki, które sprzedawał za kilka pensów — szkatułkę na klejnoty z tajnymi schowkami, kogucika, który wysuwał język, kiedy nacisnęło mu się ogon — lecz latem nie było wolnego czasu, gdyż rzemieślnicy pracowali aż do zmroku.

Terminowanie Merthina dobiegało końca. Za niespełna pół roku, pierwszego dnia grudnia, w wieku dwudziestu jeden lat zostanie członkiem cechu ciesielskiego w Kingsbridge. Nie mógł się już tego doczekać.

Wielkie zachodnie drzwi katedry były otwarte na przyjęcie tysięcy mieszczan i gości, którzy ściągną na dzisiejsze nabożeństwo. Merthin wszedł do środka, strząsając wodę z ubrania. Kamienna posadzka była śliska od wody i błota. W pogodny dzień wnętrze kościoła było rozświetlone kolumnami słonecznego światła, lecz dziś tonęło w półmroku. Witraże zasnuły się szarością, która okryła także wiernych odzianych w mokre ubrania.

Co się stało z lejącą się z nieba wodą? Wokół katedry nie było rowów odwadniających. Dziesiątki tysięcy galonów deszczówki po prostu wsiąkały w grunt. Czy woda płynie głębiej i głębiej, by znów spaść w postaci deszczu w piekle? Nie. Katedrę wzniesiono na zboczu. Woda wędrowała pod ziemią, sącząc się z północy na południe. Fundamenty wielkich kamiennych budowli projektowano tak, żeby przepuszczały wodę, gdyż jej nagromadzenie groziło niebezpieczeństwem. Deszczówka wlewała się do rzeki płynącej wzdłuż południowego krańca terenu opactwa.

Merthin wyobraził sobie, że przez posadzkę czuje pod stopami pęd wody, jej dudniącą wibrację, gdy przesącza się przez fundamenty.

Podbiegł do niego mały czarny psiak, machając wesoło ogonem.

— Cześć, Scrap — powiedział Merthin i poklepał suczkę. Rozejrzał się w poszukiwaniu jej pani, Caris. Serce zabiło mu nieco szybciej.

Miała na sobie szkarłatny płaszcz odziedziczony po matce. W ponurej szarości panującej wewnątrz katedry była to jedyna barwna plama. Merthin uśmiechnął się szeroko na widok dziewczyny. Trudno było powiedzieć, co sprawiało, że jest taka ładna. Miała drobną okrągłą twarz o regularnych rysach, jasnobrązowe włosy i zielone oczy nakrapiane złotymi plamkami. Nie różniła się zbytnio od setek dziewcząt w Kingsbridge, ale nosiła czepek lekko na bakier, a w jej oczach czaiła się drwiąca inteligencja. Spoglądała nimi na Merthina z psotnym uśmiechem, który obiecywał niejasne, lecz kuszące rozkosze. Znał ją od dziesięciu lat, ale dopiero kilka miesięcy temu uświadomił sobie, że ją kocha.

Caris pociągnęła go za kolumnę i pocałowała. Koniuszek jej języka przesunął się lekko po jego ustach.

Całowali się przy każdej okazji: w kościele, na rynku, kiedy spotkali się na ulicy. Ale najlepiej było wtedy, gdy znaleźli się sami w jej domu. Merthin żył tymi chwilami. Myślał o pocałunkach przed zaśnięciem i zaraz po przebudzeniu.

Bywał w domu Caris dwa lub trzy razy w tygodniu. Jej ojciec, Edmund, lubił Merthina, ale o ciotce Petranilli nie można było tego powiedzieć. Edmund był jowialnym mężczyzną i często zapraszał młodzieńca, by został na kolacji. Merthin przyjmował te zaproszenia z wdzięcznością, wiedząc, że u Elfrica nigdy nie skosztuje takich łakoci. Grali z Caris w szachy lub warcaby, albo po prostu siedzieli i rozmawiali. Merthin z przyjemnością słuchał, jak dziewczyna coś opowiada albo wyjaśnia, kreśląc w powietrzu rysunki. Jej twarz wyrażała rozbawienie lub zdziwienie, odzwierciedlała każde słowo. Ale najbardziej czekał na chwilę, kiedy będzie mógł skraść jej pocałunek.

Merthin rozejrzał się po kościele; nikt na nich nie patrzył. Wsunął rękę pod płaszcz i dotknął Caris przez miękką sukienkę. Jej ciało było ciepłe. Ujął w dłoń jej małą, okrągłą pierś. Cudownie było czuć, jak jej ciało reaguje na jego palce. Nigdy nie widział Caris nagiej, lecz piersi znał doskonale.

W jego marzeniach posuwali się dalej. Znajdowali się na polanie w lesie lub w wielkiej sypialni na zamku, i byli nadzy. Jednak, o dziwo, jego sny zawsze kończyły się o jedną chwilę za wcześnie. Zanim w nią wszedł, budził się, przepełniony rozczarowaniem.

Kiedyś, pewnego dnia, myślał.

Nie rozmawiali jeszcze o ślubie. Czeladnikom nie wolno było się żenić, musiał więc czekać. Caris na pewno zastanawiała się, co zrobią, kiedy Merthin zakończy terminowanie, ale nie wypowiedziała na głos swoich przemyśleń. Wystarczało jej cieszenie się każdym dniem życia. A Merthin odczuwał zabobonny lęk przed rozmową o ich wspólnej przyszłości. Mówiło się, że pielgrzymi nie powinni za długo planować podróży, bo usłyszą o zbyt wielu niebezpieczeństwach i w końcu porzucą zamiar wyruszenia w drogę.

Merthin z poczuciem winy wysunął rękę spod sukienki Caris na widok przechodzącej zakonnicy, ona jednak nie zwróciła na nich uwagi. W ogromnym wnętrzu katedry ludzie robili rozmaite rzeczy. W zeszłym roku Merthin zauważył parę kochającą się przy ścianie w południowej nawie. Było to w czasie pasterki, w kościele panował półmrok. Zostali za to wyrzuceni. Teraz Merthin myślał o tym, że przez całą mszę będą się dyskretnie pieścili.

Jednak Caris miała inne zamiary.

— Chodźmy na przód — powiedziała, łapiąc Merthina za rękę i prowadząc go przez tłum wiernych. Merthin znał wielu z nich, ale nie wszystkich: Kingsbridge było jednym z większych miast w Anglii, mieszkało w nim około siedmiu tysięcy ludzi, więc trudno było znać każdego. Dotarli do transeptu. Tam natrafili na drewnianą barierkę zamykającą przejście do wschodniego końca, czyli prezbiterium, miejsca przeznaczonego tylko dla duchownych.

Merthin znalazł się obok Buonaventury Carolego, najważniejszego z włoskich kupców, krępego mężczyzny ubranego w bogato haftowany płaszcz z grubej wełny. Caroli pochodził z Florencji — mówił, że to największe miasto w świecie chrześcijańskim, ponad dziesięć razy większe od Kingsbridge — ale obecnie mieszkał w Londynie, kierując handlem rodziny z angielskimi producentami wełny. Rodzina Carolich miała tyle pieniędzy, że pożyczała je królom, jednak Buonaventura był miłym i przystępnym człowiekiem. Powiadano wszelako, że w interesach potrafi być niezwykle twardy.

Caris przywitała się z nim swobodnie, jak z kimś dobrze znanym, gdyż Caroli gościł w jej domu. Kupiec skinął Merthinowi głową, choć nawet on musiał odgadnąć, że ma do czynienia ze zwykłym czeladnikiem. Wskazywał na to wiek młodzieńca i znoszone ubranie.

Buonaventura przyglądał się architekturze katedry.

— Przyjeżdżam do Kingsbridge od pięciu lat — rzekł — ale dopiero dzisiaj zauważyłem, że okna w transepcie są o wiele większe od tych, które znajdują się w pozostałych ścianach kościoła.

Mężczyzna mówił po francusku, wplatając słowa używane w Toskanii.

Merthin rozumiał go bez trudu. Tak jak większość synów angielskich rycerzy, rozmawiał z rodzicami w dialekcie normańskim, a po angielsku — z kolegami. Znaczenie wielu włoskich słów potrafił odgadywać dzięki temu, że w szkole klasztornej uczył się łaciny.

— Mogę panu powiedzieć, dlaczego okna są tak rozmieszczone — oznajmił.

Buonaventura uniósł brwi, zdziwiony, że czeladnik może się pochwalić taką wiedzą.

— Kościół wzniesiono dwieście lat temu, gdy wąskie spiczaste okna, takie jakie są w nawie i prezbiterium, były nowością. Sto lat później biskup zażyczył sobie wyższej wieży, kazał więc jednocześnie przebudować transepty i umieścić w nich większe okna, które wtedy stały się modne.

— A skąd o tym wiesz? — spytał Buonaventura, na którym wiedza czeladnika zrobiła duże wrażenie.

— W klasztornej bibliotece znajduje się dzieło opisujące dzieje klasztoru, zatytułowane Księga Timothy’ego. Można w niej przeczytać o budowie katedry. Większość napisano w czasach wielkiego przeora Philipa, ale później różni autorzy dopisywali nowe fragmenty. Przeczytałem ją jako uczeń w szkole klasztornej.

Buonaventura przypatrywał się uważnie twarzy Merthina, jak gdyby starał się utrwalić ją sobie w pamięci.

— To piękna budowla — rzucił po chwili mimochodem.

— Czy budowle w Italii bardzo różnią się od naszych? — Rozmowy o innych krajach fascynowały Merthina. Ciekawiło go wszystko, zwłaszcza architektura.

Buonaventura się zadumał.

— Wydaje mi się, że podstawowe zasady architektury są wszędzie takie same. Ale nigdzie w Anglii nie widziałem kopuł — rzekł wreszcie.

— Co to jest kopuła?

— Okrągły dach, taki jak połowa kuli.

Merthin był zdumiony.

— Nigdy o czymś takim nie słyszałem! Jak to się buduje?

Buonaventura parsknął śmiechem.

— Młodzieńcze, ja jestem kupcem. Potrafię odróżnić runo owcy z Cotswoldu od runa z Lincolnu, wystarczy, że potrę je między palcami, ale nie mam pojęcia, jak buduje się kurnik, a co dopiero katedrę.

Do kościoła wszedł mistrz Merthina, Elfric. Był zamożnym człowiekiem i nosił drogie ubrania, które jednak zawsze wyglądały na nim tak, jakby należały do kogoś innego. Zignorował Caris i Merthina, lecz jako notoryczny lizus ukłonił się nisko Buonaventurze.

— To wielki zaszczyt znów gościć cię w naszym mieście, panie.

Merthin się odwrócił.

— Jak sądzisz, ile jest języków? — zapytała Caris.

Dziewczyna ciągle zaskakiwała go takimi dziwacznymi pytaniami.

— Pięć — odparł bez zastanowienia Merthin.

— Bądź poważny. Jest angielski, francuski i łaciński, mamy więc trzy. Florentczycy i Wenecjanie mówią inaczej, choć mają dużo takich samych słów.

— Masz rację — rzekł Merthin, podejmując zabawę. — To już daje pięć języków. Jest jeszcze flamandzki.

Niewielu ludzi rozumiało język kupców przybywających do Kingsbridge z tkackich miast we Flandrii: Ypres, Brugii i Ghentu.

— I duński.

— Arabowie mają swój język, a gdy piszą, używają innych liter niż nasze.

— Matka Cecilia powiedziała mi, że wszystkie barbarzyńskie narody mają swoje języki, których nikt nawet nie potrafi zapisywać: Szkoci, Walijczycy, Irlandczycy i inne pewnie też. To już jedenaście, a przecież mogą istnieć ludy, o których w ogóle nie słyszeliśmy!

Merthin uśmiechnął się szeroko. Caris była jedyną osobą, z którą mógł prowadzić takie rozmowy. Nikogo spośród ich rówieśników nie bawiło wyobrażanie sobie nieznanych narodów i ich życia. Caris tymczasem potrafiła niespodziewanie zapytać: „Jak to jest mieszkać na krańcu świata?”. „Czy księża mają niewłaściwe pojęcie o Bogu?”. „Skąd wiesz, że nie śnisz, na przykład w tej chwili?”. Wtedy wyruszali w podróż do krainy spekulacji, prześcigając się w najdziwaczniejszych pomysłach.

Szmer rozmów w katedrze nagle ucichł. Merthin zobaczył, że mnisi i zakonnice zajmują swoje miejsca. Jako ostatni wszedł chórmistrz, Ślepy Carlus. Mimo że nie widział, poruszał się po kościele i budynkach klasztornych bez niczyjej pomocy. Chodził powoli, lecz pewnie, jak człowiek widzący, znał bowiem na pamięć każdą kolumnę i kamień. Zaintonował pieśń swoim głębokim barytonem i chór zaczął śpiewać hymn.

Merthin odnosił się do kleru ze skrytym sceptycyzmem. Księża mieli władzę, która nie zawsze licowała z ich wiedzą. To samo można było powiedzieć o jego mistrzu, Elfricu. Lubił jednak chodzić do kościoła. Msze wprowadzały go w rodzaj transu. Muzyka, architektura i łacińskie inwokacje czarowały go, miał wrażenie, jakby spał z otwartymi oczami. Znów wyobraził sobie, że czuje wodę deszczową płynącą strumieniem pod jego stopami.

Jego wzrok błądził po trzech poziomach nawy: arkadzie, galerii i przezroczu. Wiedział, że kolumny buduje się, układając jeden kamień na drugim, lecz na pierwszy rzut oka nie sposób było tego odgadnąć. Kamienne bloki były ociosane tak, że każda kolumna wyglądała jak wiązka belek. Merthin przyjrzał się dokładniej ogromnej kolumnie, wyrastającej z wielkiej kwadratowej podstawy i biegnącej aż do miejsca, w którym jedna z belek odchodziła ku północnej stronie katedry, by utworzyć łuk w bocznej nawie. Dalej, na poziomie trybuny, druga belka biegła ku zachodowi, tworząc arkadę na galerii i łuk przezrocza. Ostatnia belka rozdzielała się niczym bukiet kwiatów, przechodząc w zakrzywione ożebrowanie wysokiego sklepienia. Merthin powiódł wzrokiem wzdłuż jednej belki, od broszy w najwyższym punkcie sklepienia do równoległego punktu na przeciwległym filarze.

W tym samym momencie stało się coś dziwnego. Widok jakby się rozmył. Merthin miał wrażenie, że wschodnia strona transeptu się poruszyła.

Rozległ się głuchy pomruk, tak głęboki, że prawie niesłyszalny. Posadzka zadrżała, jak gdyby nieopodal runęło drzewo.

Głos chóru zadrżał.

Na południowej ścianie prezbiterium pojawiło się pęknięcie, tuż obok filara, na który spoglądał Merthin.

Młodzieniec odwrócił się do Caris. Kątem oka dostrzegł cegły lecące na chór. Nagle wszyscy zaczęli krzyczeć, rozległ się ogłuszający łoskot ogromnych kamieni spadających na posadzkę. Po dłuższej chwili zapadła cisza. Merthin przyciskał do siebie Caris lewą ręką, a prawą osłaniał jej głowę. Odgradzał ją swoim ciałem od miejsca, w którym leżał gruz z katedry.

* * *

To cud, że nikt nie zginął.

Największemu zniszczeniu uległa południowa nawa prezbiterium, w której w czasie mszy nikogo nie było. Wiernych tam nie wpuszczano, a duchowni zgromadzili się w środkowej części zwanej chórem. Kilkunastu mnichów ledwo uszło z życiem, co tym bardziej skłoniło ludzi do mówienia o cudzie. Inni odnieśli lekkie obrażenia od odłamków kamieni fruwających w powietrzu. Wierni mieli tylko zadrapania. Niewątpliwie ocaliła ich cudowna moc świętego Adolfa, którego kości spoczywały pod wielkim ołtarzem i który uleczył wielu chorych, a nawet ocalił od śmierci. Jednak panowała powszechna opinia, że to Pan Bóg zesłał mieszkańcom Kingsbridge przestrogę. Nie było natomiast jasności, przed czym ich ostrzegał.

Godzinę później czterech mężczyzn zaczęło badać zniszczenia. Brat Godwyn, kuzyn Caris, był kościelnym, odpowiadał więc za katedrę i mieszczące się w niej skarby. Jego podwładnym, odpowiedzialnym za naprawy i remonty, był brat Thomas, który dziesięć lat temu nazywał się sir Thomas Langley. Umowę na prace konserwacyjne w katedrze miał Elfric, wykwalifikowany cieśla zajmujący się budownictwem. Merthin towarzyszył mu jako czeladnik.

Wschodnia część kościoła była podzielona kolumnami na cztery sekcje zwane wykuszami. Katastrofa dotknęła dwóch wykuszy znajdujących się najbliżej spojenia. Kamienne sklepienie nad południową nawą uległo całkowitemu zniszczeniu w pierwszym wykuszu, a częściowemu w drugim. Na galerii pojawiły się rysy, a z okien w przezroczu powypadały słupki.

— Słabość cementu sprawiła, że sklepienie się zawaliło, a to z kolei doprowadziło do pojawienia się pęknięć na wyższym poziomie — stwierdził Elfric.

Merthin nie był przekonany o słuszności tej hipotezy, nie znał jednak innego wytłumaczenia katastrofy.

Nienawidził swojego majstra. Z początku terminował u ojca Elfrica, Joachima, budowniczego z dużym doświadczeniem, który pracował przy budowie kościołów i mostów w Londynie i Paryżu. Staruszek z przyjemnością objaśniał Merthinowi tajniki murarstwa, które nazywał „arkanami”. Dotyczyły one głównie arytmetycznych podstaw budownictwa, takich jak stosunek wysokości budowli do głębokości fundamentów. Merthin lubił arytmetykę, chłonął więc wszystko, czego Joachim go uczył.

Potem stary mistrz umarł i jego obowiązki przejął Elfric. Twierdził, iż najważniejszą rzeczą, której powinien nauczyć się czeladnik, jest posłuszeństwo. Merthinowi trudno było się z tym pogodzić, więc Elfric karał go zmniejszonymi porcjami jedzenia, lichymi ubraniami i pracą pod gołym niebem w mroźną pogodę. Co gorsza, córka Elfrica, Griselda — tęga dziewczyna, rówieśniczka Merthina — chodziła syta i ciepło ubrana.

Przed trzema laty zmarła żona Elfrica, a ten ożenił się z Alice, starszą siostrą Caris. Ludzie uważali, że Alice jest ładniejszą z sióstr, i rzeczywiście miała regularniejsze rysy twarzy, lecz brakowało jej wdzięku Caris. Merthin uważał ją za nudziarę. Kiedyś miał wrażenie, że Alice lubi go prawie tak samo jak jej siostra, liczył więc na to, że dzięki niej Elfric zacznie go lepiej traktować. Stało się jednak na odwrót. Alice uznała za swój obowiązek dręczyć Merthina tak samo jak mąż.

Merthin wiedział, że wielu innych czeladników także cierpi; znosili to, gdyż terminowanie stanowiło jedyną drogę do dobrze płatnego fachu. Cechy skutecznie eliminowały intruzów. Nikt nie mógł prowadzić interesów w mieście, nie należąc do cechu. Nawet ksiądz, mnich czy kobieta pragnąca handlować wełną lub warzyć piwo na sprzedaż, musieli się do cechu zapisać. A poza miastami interesów się raczej nie robiło, gdyż kmiecie sami budowali sobie chaty i szyli koszule.

Po zakończeniu terminu większość chłopców zostawała u majstrów, pracując za pensję. Nieliczni stawali się ich wspólnikami, by przejąć warsztat po śmierci właściciela. Merthin nie zamierzał tego czynić. Za bardzo nienawidził Elfrica i chciał odejść, gdy tylko będzie mógł.

— Spójrzmy na to z góry — zaproponował Godwyn.

Podeszli do wschodniego krańca katedry.

— Miło cię widzieć po twoim powrocie z Oksfordu, bracie Godwynie — rzekł Elfric. — Pewnie tęsknisz za towarzystwem wykształconych ludzi?

Godwyn skinął głową.

— Profesorowie są wspaniali.

— Studenci też zapewne są niezwykłymi młodzieńcami. Choć słyszy się również czasem o ich wybrykach.

— Niektóre z tych opowieści są prawdziwe — przyznał ze smutkiem Godwyn. — Kiedy młody kapłan lub mnich znajdą się pierwszy raz z dala od domu, czyhają na nich rozmaite pokusy.

— No cóż… My jednak powinniśmy się cieszyć, że mamy w Kingsbridge absolwentów uniwersytetu.

— To bardzo uprzejme z twojej strony.

— Taka jest prawda.

Merthin miał ochotę powiedzieć: „Zamknij się, na litość boską”. Ale taki już był Elfric: marny rzemieślnik i kiepski znawca przedmiotu, za to świetnie wiedzący, jak się przypochlebić. Merthin widział to wiele razy: Elfric potrafił być czarujący dla tych, od których chciał coś uzyskać, i równie grubiański dla tych, od których niczego nie potrzebował.

Bardziej dziwiła go postawa Godwyna. Jak to możliwe, że ten inteligentny i wykształcony człowiek nie przejrzał Elfrica? Może trudniej jest to dostrzec adresatowi komplementów?

Godwyn otworzył małe drzwiczki i ruszył do góry wąskimi spiralnymi schodami ukrytymi w ścianie. Merthin był zachwycony. Wejście do niedostępnego zwykle zakamarka katedry sprawiło mu wielką przyjemność. Był także ciekaw, jak doszło do zawalenia się kościoła. Chciał wyjaśnić tę zagadkę.

Nawy były jednokondygnacyjnymi elementami budowli umieszczonymi po obu jej stronach. Ich kamienne sklepienia opierały się na żebrowaniu. Przybudowany do sklepienia dach wznosił się od zewnętrznej krawędzi nawy ku podstawie przezrocza. Pod spadzistym dachem znajdowało się trójkątne puste pomieszczenie, którego podłoga kryła się pod sklepieniem nawy. Czterej mężczyźni wspięli się tam, by spojrzeć z góry na rumowisko.

Padało na nie światło z okien kościoła, poza tym Thomas okazał się przewidujący i zabrał ze sobą lampę oliwną. Pierwszą rzeczą, którą zauważył Merthin, było to, że sklepienia widziane z góry nie są dokładnie takie same w każdym wykuszu. Wschodnie było minimalnie bardziej płaskie od sąsiedniego, następne, częściowo zawalone, wyglądało jeszcze inaczej.

Szli po grzbiecie łuku, trzymając się jak najbliżej krawędzi, gdzie sklepienie było najmocniejsze. Dotarli do zawalonej części tak blisko, jak się dało. Sklepienie było zbudowane tak samo jak reszta katedry z kamieni połączonych cementem, różnica polegała jedynie na tym, że kamienie tworzące sklepienie były cienkie i lekkie. Sklepienie prawie pionowe u podstawy później nachylało się do środka, by spotkać się z murarką wznoszącą się z drugiej strony.

— Po pierwsze, należy odbudować sklepienia nad dwoma wykuszami nawy — orzekł Elfric.

— Od dawna nikt w Kingsbridge nie budował żebrowania — zauważył Thomas, po czym odwrócił się do Merthina. — Potrafisz zrobić formę?

Na skraju sklepienia, tam, gdzie murarka stała niemal pionowo, kamienie utrzymywały się na miejscu dzięki swojemu ciężarowi, ale wyżej potrzebne było jakieś podparcie, żeby nie spadły, zanim cement wyschnie. Służyła do tego drewniana rama albo inaczej forma, na której układało się kamienie.

Stanowiło to niemałe wyzwanie dla cieśli, gdyż łuki musiały być dobrze wyprofilowane. Thomas wiedział, że Merthin zna się na swoim fachu, bo od lat nadzorował prace wykonywane przez niego i Elfrica w katedrze. Zachował się jednak nietaktownie, zwracając się wprost do niego, a nie do mistrza. Ten zareagował błyskawicznie:

— Pod moim okiem da sobie radę — zapewnił.

— Mogę zrobić formę — odparł Merthin, już zastanawiając się, jak rama będzie się opierać na szalunku i rusztowaniu, na którym będą stali murarze. — Ale do budowy tych sklepień nie użyto form.

— Nie pleć bzdur, chłopcze — zganił go Elfric. — Co ty możesz o tym wiedzieć?

Merthin miał świadomość, że nie jest roztropnie spierać się z pracodawcą. Z drugiej zaś strony za pół roku będzie konkurował z Elfrikiem o zlecenia, wolał więc, żeby ludzie tacy jak brat Godwyn znali jego umiejętności. Ubodła go także pogarda w głosie Elfrica, poczuł więc nieodpartą ochotę, by pokazać, że majster się myli.

— Spójrzcie na sklepienia — rzekł ze złością. — Po zakończeniu roboty w jednym wykuszu murarze z pewnością użyliby formy w następnym. Wszystkie sklepienia miałyby wtedy takie same łuki. A one się różnią.

— To oczywiste, że nie używali tej samej formy — zauważył poirytowany Elfric.

— Dlaczego mieliby tak postąpić? — nie dawał za wygraną Merthin. — Na pewno chcieli oszczędzać drewno, że nie wspomnę o wynagrodzeniu dla wykwalifikowanych cieśli.

— Nie da się zbudować sklepień bez formy.

— Ależ da się — zapewnił Merthin. — Istnieje sposób…

— Dosyć tego — przerwał mu Elfric. — Jesteś tu po to, żeby się uczyć, a nie nauczać.

— Chwileczkę, Elfricu — wtrącił się Godwyn — jeśli chłopak ma rację, klasztor mógłby zaoszczędzić dużo pieniędzy. — Spojrzał na Merthina. — Co zamierzałeś powiedzieć?

Merthin nie był już pewien, czy dobrze zrobił, podnosząc tę kwestię. Elfric urządzi mu później piekło. Ale teraz nie było już wyjścia. Gdyby się wycofał, wszyscy pomyśleliby, że sam nie wie, o czym mówi.

— Opisano ten sposób w książce, która znajduje się w klasztornej bibliotece. To bardzo prosta metoda. Każdy kładziony kamień obwiązuje się sznurem. Jeden koniec sznura przywiązuje się do muru, a drugi obciąża kawałkiem drewna. Sznur układa się pod kątem prostym nad krawędzią kamienia i nie pozwala mu zsunąć się z cementu na ziemię.

Zapadło milczenie, wszyscy próbowali wyobrazić sobie, jak to wygląda. Thomas skinął głową.

— To możliwe.

Elfric był wściekły.

Godwyna zaintrygowały słowa czeladnika.

— Co to za książka?

— Nosi tytuł Księga Timothy’ego — odparł Merthin.

— Wiem o niej, ale nigdy jej nie czytałem. A wygląda na to, że powinienem. — Godwyn zwrócił się do pozostałych mężczyzn: — Zakończyliśmy oględziny?

Elfric i Thomas skinęli głowami. Gdy zaczęli schodzić, Elfric zwrócił się półgłosem do Merthina:

— Zdajesz sobie sprawę, że właśnie pozbawiłeś się kilku tygodni roboty? Na pewno nie zrobisz tego, kiedy pójdziesz na swoje.

Merthin nie wziął tego pod uwagę. Elfric miał rację: wykazując, że forma nie jest konieczna, stracił szansę na wykonanie pracy. Jednak w rozumowaniu Elfrica tkwił poważny błąd. To nie w porządku, jeśli każe się komuś wydawać niepotrzebnie pieniądze tylko dlatego, żeby mieć pracę. Merthin nie chciał żyć z oszukiwania klientów.

Zeszli spiralnymi schodami do prezbiterium.

— Przyjdę jutro i przedstawię kosztorys — oznajmił Godwynowi Elfric.

— Dobrze.

Elfric odwrócił się do Merthina.

— A ty zostań tutaj i przelicz kamienie w sklepieniu nawy. Później przyjdź do mnie i powiedz mi, ile ich jest.

— Dobrze.

Elfric i Godwyn wyszli, lecz Thomas został.

— Wpędziłem cię w tarapaty.

— Starałeś się mnie zachęcić.

Mnich wzruszył ramieniem. Jego lewą rękę amputowano w łokciu przed dziesięcioma laty, po tym jak zakażenie wdało się w ranę, którą zadano mu w walce. Merthin był świadkiem tej potyczki.

Chłopiec rzadko myślał o osobliwej scenie, która rozegrała sie w lesie — przywykł do widoku Thomasa w habicie mnicha — lecz teraz przypomniał ją sobie: dwaj uzbrojeni mężczyźni, dzieci ukryte w zaroślach, łuk i strzała, zakopany list. Thomas zawsze okazywał mu życzliwość, prawdopodobnie z powodu tamtego zajścia.

— Nie powiedziałem nikomu o liście — rzekł cicho Merthin.

— Wiem — odparł Thomas. — Gdybyś to zrobił, już byś nie żył.

* * *

Większość dużych miast było zarządzanych przez gildie, czyli stowarzyszenia zrzeszające najważniejszych obywateli. Gildii podlegały liczne cechy rzemieślnicze, które skupiały murarzy, cieśli, garbarzy, tkaczy, krawców. Istniały także gildie parafialne, niewielkie grupy wiernych skupione wokół miejscowego kościoła, zajmujące się zbieraniem pieniędzy na szaty dla kapłanów i precjoza, oraz na wsparcie dla wdów i sierot.

Z miastami katedralnymi sprawa przedstawiała się inaczej. Miastem Kingsbridge, tak samo jak St. Albans i Bury St. Edmunds, zarządzał klasztor, do którego należała prawie cała ziemia w mieście i wokół niego. Przeorzy nie zgadzali się na powstanie gildii. Jednak najważniejsi rzemieślnicy i kupcy należeli do gildii parafialnej Świętego Adolfa. Bez wątpienia powstała ona niegdyś jako stowarzyszenie szczególnie pobożnych parafian, którzy postawili sobie za cel zbieranie funduszy dla katedry, teraz jednak była najważniejszą organizacją w mieście. Ustanawiała zasady prowadzenia interesów i wybierała starszego oraz sześciu urzędników, którzy mieli pilnować przestrzegania owych praw. W siedzibie gildii przechowywano wzorce do ważenia worka wełny, szerokości beli materiału i objętości buszla stosowanego w handlu w Kingsbridge. Kupcy nie mogli jednak zwoływać sądów i wymierzać sprawiedliwości tak, jak to czynili ich odpowiednicy w mniejszych miastach — to prawo zachował dla siebie przeor Kingsbridge.

Po południu w Zielone Świątki gildia wydała ucztę dla najznaczniejszych kupców przybyłych z innych miast. Starszym gildii był Edmund Wooler, a Caris towarzyszyła mu w roli gospodyni, toteż Merthin musiał znaleźć sobie zajęcie bez niej.

Na szczęście Elfric i Alice także poszli na przyjęcie, więc czeladnik mógł usiąść w kuchni, słuchając szumu deszczu i rozmyślając. Nie było zimno, lecz w kuchni płonął niewielki ogień, przy którym przyjemnie się siedziało.

Merthin słyszał, jak Griselda, córka mistrza, chodzi na piętrze. Dom był ładny, choć mniejszy od domu Edmunda. Na parterze znajdowała się tylko duża izba i kuchnia. Na górze przy schodach sypiała Griselda, a obok znajdowała się sypialnia pana domu i jego żony. Merthin spał w kuchni.

Przed kilkoma laty Merthina dręczyły w nocy fantazje, że wchodzi po schodach i kładzie się pod kocem obok ciepłego, pulchnego ciała Griseldy. Ona jednak uważała się za lepszą od niego i traktowała go jak sługę. Nigdy w żaden sposób go nie zachęciła.

Siedząc na ławeczce i patrząc w płomienie, Merthin wyobrażał sobie drewniane rusztowanie, które wzniesie dla murarzy mających odbudowywać zawalone sklepienie katedry. Drewno było drogie, a długie belki należały do rzadkości. Właściciele lasów często ulegali pokusie i sprzedawali drzewa, zanim osiągnęły pełną dojrzałość, toteż budowniczowie starali się oszczędzać drewno używane na rusztowania. Zamiast zaczynać od poziomu posadzki, podwieszali je do istniejących murów.

Griselda weszła do kuchni, żeby nalać sobie piwa z beczki.

— Napijesz się? — zaproponowała. Merthin przyjął zaproszenie, zdziwiony jej uprzejmością. Zaskoczyła go ponownie, siadając na taborecie naprzeciwko niego.

Ukochany Griseldy, Thurstan, zniknął przed trzema tygodniami. Bez wątpienia dziewczyna czuła się samotna, dlatego nie pogardziła teraz towarzystwem Merthina. Trunek rozgrzał mu żołądek i sprawił, że chłopak się rozluźnił.

— Co się stało z Thurstanem? — zapytał, nie wiedząc, co powiedzieć.

Griselda zarzuciła głową niczym rozbrykana klacz.

— Powiedziałam mu, że za niego nie wyjdę.

— Dlaczego?

— Jest dla mnie za młody.

Nie przekonało to Merthina. Thurstan miał siedemnaście lat, a Griselda dwadzieścia, lecz dziewczyna nie wyglądała nadmiernie dojrzale. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że uznała, iż Thurstan jest dla niej zbyt niskiego stanu. Przybył do Kingsbridge znikąd kilka lat temu i pracował jako niewykwalifikowany robotnik u kilku rzemieślników w mieście. Pewnie znudził się Griseldą albo miastem i po prostu ruszył dalej.

— Dokąd powędrował?

— Nie wiem i nie dbam o to. Powinnam wyjść za kogoś w moim wieku, kogoś odpowiedzialnego, kto być może pewnego dnia przejmie warsztat mojego ojca.

Merthinowi przyszło do głowy, że może mieć na myśli jego. Niemożliwe, zreflektował się, zawsze patrzyła na mnie z góry. Griselda wstała, podeszła i usiadła na stołku obok niego.

— Mój ojciec jest wobec ciebie złośliwy — rzekła. — Zawsze tak uważałam.

Merthin był zdumiony.

— Długo trwało, zanim to powiedziałaś… Mieszkam tutaj od sześciu i pół roku.

— Trudno mi stawać przeciwko rodzinie.

— Dlaczego on mnie tak podle traktuje?

— Bo myślisz, że znasz się na fachu lepiej od niego i nie potrafisz tego ukryć.

— A może naprawdę lepiej się znam?

— A widzisz?

Merthin parsknął śmiechem. Pierwszy raz się zdarzyło, że Griselda go rozbawiła. Miał na sobie wytartą lnianą koszulę sięgającą do połowy uda i spodnie takie same jak te, które nosili wszyscy mężczyźni. Czuł przez ubranie ciepło ciała dziewczyny. Co jej się stało? Spojrzał z niedowierzaniem na Griseldę. Miała lśniące ciemne włosy i brązowe oczy. Jej twarz była pulchna, lecz na swój sposób ładna. Miała ładne usta, które zachęcały do pocałunku.

— Lubię siedzieć w domu w czasie burzy — powiedziała. — Jest tak przytulnie.

Merthin poczuł, że jest podniecony, i odwrócił głowę. Co by pomyślała Caris, gdyby w tej chwili weszła? Usiłował stłumić pożądanie, lecz tylko pogorszył sprawę.

Spojrzał na Griseldę. Jej wargi były wilgotne i lekko rozchylone. Nachyliła się do niego. Pocałował ją. Od razu wsunęła język do jego ust. To było nagłe, zaskakujące i podniecające. Zrobił to samo, co Griselda. Pocałunki Caris były inne…

Ta myśl nim zawładnęła. Oderwał się od Griseldy i wstał.

— Co się stało? — zapytała.

Merthin nie chciał powiedzieć jej prawdy.

— Nigdy mnie nie lubiłaś.

— Przecież właśnie ci powiedziałam, że musiałam brać stronę ojca — prychnęła Griselda z irytacją.

— Tak nagle ci się odmieniło.

Dziewczyna wstała i podeszła do niego. Cofał się, aż poczuł za plecami ścianę. Wzięła go za rękę i przycisnęła ją do swego łona. Miała duże krągłe piersi, Merthin nie mógł się powstrzymać, by ich nie dotknąć.

— Robiłeś to już z dziewczyną, tak naprawdę? — spytała.

Merthin nie mógł wydobyć słowa, ale potwierdził skinieniem głowy.

— A myślałeś, żeby zrobić to ze mną?

— Tak — wykrztusił.

— Możesz to zrobić teraz, póki ich nie ma. Możemy pójść na górę i położyć się na moim łóżku.

— Nie.

Griselda przytuliła się do niego.

— Od całowania się z tobą zrobiłam się gorąca i mokra w środku.

Merthin ją odepchnął. Pchnął mocniej, niż chciał, i dziewczyna wylądowała na pulchnym siedzeniu.

— Zostaw mnie w spokoju — powiedział, choć sam nie był pewien, czy naprawdę tego chce.

— Więc idź do diabła! — krzyknęła, po czym wstała i pobiegła z hałasem na górę.

Merthin stał, dysząc. Teraz żałował, że odrzucił zaproszenie.

Czeladnicy nie byli atrakcyjni dla młodych dziewcząt, które nie chciały długo czekać na ślub. Mimo to Merthin zalecał się do kilku panien z Kingsbridge. Jedna z nich, Kate Brown, polubiła go tak, że pewnego dnia w gorące popołudnie, gdy znaleźli się w ogrodzie jej ojca, pozwoliła mu na wszystko. Później jej ojciec zmarł nagle i matka wyprowadziła się z rodziną do Portsmouth. Tylko ten jeden raz Merthin był z kobietą. Odebrało mu rozum, że odrzucił zaloty Griseldy?

Powiedział sobie, że może mówić o szczęściu. Griselda była złośliwą dziewczyną, która tak naprawdę go nie lubiła. Powinien być dumny, że oparł się pokusie. Nie poszedł za instynktem niczym bezrozumne zwierzę, tylko podjął decyzję jak mężczyzna.

Nagle Griselda zaczęła płakać.

Nie płakała głośno, ale Merthin dobrze ją słyszał. Podszedł do tylnych drzwi. Tak samo jak wszystkie domy w mieście dom Elfrica miał na tyłach długi, wąski kawałek ziemi z ustępem i śmietnikiem. Większość właścicieli trzymała tam kury i świnie, a także uprawiała warzywa i owoce, lecz podwórze Elfrica było wykorzystywane jako składowisko drewna i kamieni, powrozów, wiader, taczek i drabin. Merthin patrzył na padający deszcz, ale wciąż słyszał szlochanie Griseldy.

Postanowił wyjść z domu i doszedł do drzwi, ale nie wiedział, dokąd się udać. W domu Caris była tylko Petranilla, która nie przywitałaby go serdecznie. Mógłby pójść do rodziców, ale nie chciał się z nimi widzieć w takim stanie. Mógł porozmawiać z bratem, lecz Ralph miał przybyć do Kingsbridge pod koniec tygodnia. Poza tym uświadomił sobie, że nie może wyjść z domu Griseldy bez płaszcza — nie dlatego, że boi się deszczu, tylko z powodu wybrzuszenia z przodu, które jakoś nie chciało zniknąć.

Skierował myśli na Caris. Pewnie pije wino, zajada pieczone mięso i pszenny chleb. Wyobraził sobie, jak jest ubrana. Jej najlepsza sukienka miała różowoczerwony kolor i prostokątny dekolt, ukazujący jasną skórę na szczupłej szyi. Jednak szlochanie Griseldy nie pozwalało mu myśleć. Chciał ją pocieszyć, powiedzieć, że mu przykro, chciał wytłumaczyć, że jest ładną dziewczyną, ale nie są dla siebie stworzeni.

Usiadł, lecz po chwili wstał. Trudno mu było słuchać płaczu kobiety. Nie mógł myśleć o budowie rusztowania, gdy dom wypełniał odgłos cierpienia. Nie mógł zostać, nie mógł wyjść, nie mógł usiedzieć na miejscu.

Poszedł na górę.

Griselda leżała na brzuchu na sienniku służącym za łóżko. Sukienka podwinęła się aż do jej grubych ud. Skóra na nogach była biała i wyglądała, jakby była bardzo miękka.

— Przepraszam — powiedział Merthin.

— Odejdź.

— Nie płacz już.

— Nienawidzę cię.

Merthin ukląkł i poklepał ją po plecach.

— Ale ja nie mogę siedzieć w kuchni i słuchać twojego płaczu.

Griselda przetoczyła się na plecy i spojrzała na niego z twarzą mokrą od łez.

— Jestem brzydka i gruba i dlatego mnie nienawidzisz.

— To nie jest tak, że cię nienawidzę. — Merthin otarł jej twarz wierzchem dłoni.

Złapała go za rękę i pociągnęła.

— Naprawdę?

— Nie, ale…

Położyła dłoń z tyłu jego głowy, przyciągnęła go do siebie i pocałowała. Merthin stęknął, podniecony jeszcze bardziej niż przedtem. Osunął się na siennik obok dziewczyny. Za chwilę odejdę, pomyślał. Tylko ją trochę pocieszę, a później wstanę i zejdę na dół.

Griselda wsunęła sobie jego rękę pod spódnicę, między nogi. Poczuł kędziory włosów, miękką skórę pod nimi, wilgotną szparkę, i wiedział, że jest zgubiony. Pogładził ją szorstko, jego palec wsunął się do środka. Czuł się tak, jakby za chwilę miał eksplodować.

— Nie mogę przestać — jęknął.

— Teraz, prędko — wydyszała Griselda. Podciągnęła mu koszulę i zsunęła kalesony. Merthin położył się na niej.

Poczuł, że traci nad sobą kontrolę, gdy wprowadziła go w siebie. Wyrzuty sumienia, które go przedtem dręczyły, nagle znikły.

— O nie — wycharczał. Wraz z pierwszym pchnięciem poczuł, że zaczyna się wytrysk. Jeszcze chwila i było po wszystkim. Osunął się na Griseldę, zamykając oczy. — O Boże. Chciałbym umrzeć.

7

Buonaventura Caroli zaskoczył wszystkich przy śniadaniu w poniedziałek rano, dzień po wielkiej uczcie w siedzibie gildii.

Caris nie czuła się zbyt dobrze, siadając przy dębowym stole w jadalni. Bolała ją głowa i miała mdłości. Zjadła odrobinę chleba z ciepłym mlekiem, żeby uspokoić żołądek. Smakowało jej wino podawane na uczcie i zastanawiała się, czy aby nie wypiła go za dużo. Czy było to poranne odczucie nazajutrz po biesiadzie, o którym opowiadali mężczyźni i chłopcy, przechwalając się, kto więcej może wypić?

Ojciec i Buonaventura jedli zimną baraninę, a ciotka Petranilla snuła opowieść:

— Kiedy miałam piętnaście lat, zaręczył się ze mną bratanek hrabiego Shiring. Stanowiłam dobrą partię: jego ojciec był dość ubogim rycerzem, a mój bogatym kupcem. Później hrabia i jego jedyny syn polegli w Szkocji w bitwie pod Loudon Hill. Mój narzeczony, Roland, został hrabią i zerwał zaręczyny. Nadal jest hrabią. Gdybym wyszła za niego przed bitwą, byłabym teraz hrabiną Shiring.

Umoczyła chleb w piwie.

— Może wola Boga była inna — zauważył Buonaventura. Rzucił kość Scrap, która złapała ją, jakby nie jadła od tygodnia. — Przyjacielu, powinienem ci o czymś powiedzieć, zanim przejdziemy się do interesów — rzekł do Edmunda.

Z tonu jego głosu Caris wywnioskowała, że ma złe nowiny. Ojciec musiał poczuć to samo.

— To zabrzmiało groźnie — odparł.

— Od kilku lat nasz handel idzie coraz gorzej — ciągnął Buonaventura. — Co roku moja rodzina sprzedaje mniej tkanin, co roku kupujemy mniej wełny w Anglii.

— W interesach zawsze tak było — stwierdził Edmund. — Raz idzie lepiej, raz gorzej, i nikt nie wie dlaczego.

— Ale teraz wasz król postanowił interweniować.

Była to prawda. Edward III zauważył, że handel wełną przynosi zyski, i postanowił, że do królewskiego skarbca musi trafiać więcej pieniędzy. Wprowadził nowy podatek w wysokości jednego funta od worka. Standardowy worek wełny ważył trzysta sześćdziesiąt cztery funty i sprzedawano go za mniej więcej cztery funty. Podatek wynosił jedną czwartą wartości, czyli dużo.

— Co gorsza, król utrudnił eksport wełny z Anglii — mówił Buonaventura. — Muszę dawać duże łapówki.

— Zakaz eksportu zostanie wkrótce zniesiony — odparł Edmund. — Kupcy z kompanii handlu wełną negocjują z królewskimi urzędnikami…

— Obyś się nie mylił. Jednak w tej sytuacji moja rodzina uważa, że nie potrzebuję jeździć na dwa targi wełny w tej części kraju.

— Słusznie! — przyznał Edmund. — Przyjeżdżaj do nas i zapomnij o targu w Shiring.

Miasto Shiring znajdowało się dwa dni drogi od Kingsbridge. Było mniej więcej tej samej wielkości i choć nie miało katedry ani opactwa, mogło się poszczycić zamkiem szeryfa i siedzibą sądu hrabstwa. Co roku odbywały się tam konkurencyjne targi wełny.

— Obawiam się, że nie znajduję tutaj odpowiedniego asortymentu wełny. Widzisz, targi w Kingsbridge podupadają. Coraz więcej kupców jeździ do Shiring. Tamtejsi sprzedawcy oferują większą różnorodność towaru.

Caris się przeraziła. To mogła być dla ojca zapowiedź katastrofy.

— Dlaczego kupcy wolą Shiring?

Buonaventura wzruszył ramionami.

— Tamtejsza gildia postarała się, żeby targi były bardziej atrakcyjne. Nie trzeba czekać w kolejce do bram miasta, kupcy mogą wynajmować namioty i budki, postawiono budynek, w którym można handlować w czasie deszczu…

— My też możemy to wszystko zrobić — zauważyła Caris.

Jej ojciec parsknął sarkastycznie.

— Nie jestem tego pewny.

— Dlaczego, tato?

— Shiring jest niezależnym miastem, ma prawa miejskie nadane przez króla. Tamtejsza gildia może wprowadzać udogodnienia dla kupców. A Kingsbridge należy do opactwa…

— Na chwałę Boga — wtrąciła Petranilla.

— Bez wątpienia — przytaknął Edmund. — Jednak nasza gildia parafialna nie może zrobić nic bez zgody klasztoru… A przeorzy to ludzie ostrożni i konserwatywni, mój brat nie jest żadnym wyjątkiem. Większość nowatorskich planów jest odrzucana.

— Przez wzgląd na nasze stare związki z tobą, Edmundzie, a przedtem z twoim ojcem, przyjeżdżaliśmy do Kingsbridge. Ale w ciężkich czasach nie ma miejsca na sentymenty.

— Chciałbym wobec tego poprosić cię o drobną przysługę w imię naszej długiej znajomości — rzekł Edmund. — Nie podejmuj jeszcze ostatecznej decyzji. Daj sobie czas na zastanowienie.

To bardzo sprytne, pomyślała Caris. Zręczność ojca w negocjacjach często ją zdumiewała. Nie namawiał Buonaventury do zmiany decyzji, bo w ten sposób tylko utwierdziłby go w powziętym postanowieniu. Włoch znacznie łatwiej przystanie na to, że jego decyzja nie jest ostateczna. W ten sposób do niczego się nie zobowiązuje, ale zostawia sobie otwarte drzwi.

Buonaventura nie odmówił.

— Zgoda, ale w jakim celu?

— Chcę mieć szansę ulepszenia targów, a zwłaszcza mostu — odparł Edmund. — Gdybyśmy stworzyli w Kingsbridge lepsze warunki niż w Shiring i przyciągnęli więcej sprzedawców, przyjeżdżałbyś nadal, prawda?

— Naturalnie.

— A zatem to właśnie musimy zrobić. — Gospodarz wstał. — Pójdę teraz do brata. Caris, będziesz mi towarzyszyła. Pokażemy przeorowi kolejkę przy moście. Albo nie, zaczekaj. Przyprowadź tego zmyślnego cieślę, Merthina. Przyda nam się jego wiedza.

— Pewnie teraz pracuje.

— Powiedz jego mistrzowi, że starszy gildii parafialnej go potrzebuje — wtrąciła się Petranilla. Była dumna z tego, że brat zajmuje takie stanowisko i nie omieszkała przypominać o tym przy każdej okazji.

Miała rację. Elfric będzie musiał puścić Merthina.

— Poszukam go — zgodziła się Caris.

Włożyła płaszcz z kapturem i wyszła. Wciąż padało, choć nie tak bardzo jak wczoraj. Elfric, podobnie jak większość ważnych obywateli miasta, mieszkał przy głównej ulicy biegnącej od mostu do bramy klasztoru. Trakt był szeroki, zapełniały go wozy i ludzie zmierzający na targi mimo padającego deszczu i kałuż.

Dziewczyna jak zawsze cieszyła się na myśl o spotkaniu z Merthinem. Polubiła go przed dziesięcioma laty, w dniu Wszystkich Świętych, gdy zjawił się na strzelnicy z własnoręcznie wykonanym łukiem. Był inteligentny i zabawny. Podobnie jak Caris wiedział, że świat jest większym i ciekawszym miejscem, niż wyobrażają sobie zwykli mieszkańcy Kingsbridge. Jednak pół roku temu odkryli, że istnieje coś jeszcze lepszego niż przyjaźń.

Caris całowała się wcześniej z chłopcami, choć nieczęsto. W gruncie rzeczy nie wiedziała, po co ma to robić. Z nim było inaczej, ciekawie i podniecająco. Merthin miał w sobie coś łobuzerskiego, co sprawiało, że wszystko nabierało posmaku psoty. Lubiła także, kiedy jej dotykał. Chciała więcej, ale starała się o tym nie myśleć. To „więcej” oznaczało małżeństwo, a żona musi być podporządkowana mężowi, który był jej panem — taka koncepcja wydawała jej się okropna. Na szczęście do tej pory Caris nie musiała się nad tym zastanawiać, gdyż Merthin mógł się ożenić dopiero po zakończeniu terminu, czyli za pół roku.

Dotarła do domu Elfrica i weszła do środka. W izbie zobaczyła swoją siostrę Alice i jej pasierbicę Griseldę. Jadły chleb z miodem. Alice zmieniła się, od kiedy przed trzema laty wyszła za Elfrica. Zawsze miała szorstki charakter, podobny do charakteru Petranilli, a pod wpływem męża stała się bardziej podejrzliwa i złośliwa.

Ale dzisiaj zachowywała się uprzejmie.

— Siadaj, siostrzyczko — zaprosiła. — Mamy świeży chleb.

— Nie mogę, szukam Merthina.

Alice spojrzała na nią z dezaprobatą.

— O tak wczesnej porze?

— Ojciec go do czegoś potrzebuje. — Caris przeszła przez kuchnię, stanęła w tylnych drzwiach i wyjrzała na podwórze. Sterty materiałów budowlanych mokły na deszczu. Jeden z robotników Elfrica ładował mokre kamienie na taczkę. Merthina nie było.

— Pewnie jest w katedrze — powiedziała Alice. — Robi drzwi.

Caris przypomniała sobie, że Merthin o tym wspominał. Drzwi w północnym portyku katedry spróchniały i Merthin je wymieniał.

— Rzeźbi dziewice — dodała z uśmiechem Griselda, żując chleb z miodem.

O tym też Caris wiedziała. Stare drzwi zdobiły płaskorzeźby ukazujące przypowieść o Jezusie na Górze Oliwnej; występowały w niej mądre i niemądre dziewice. Merthin musiał odwzorować obraz. Jednak w uśmieszku Griseldy było coś nieprzyjemnego, jakby naśmiewała się z Caris, że ta jest dziewicą.

— Pójdę do katedry — odparła Caris, machnęła rękę i wyszła.

Po chwili znalazła się na trawniku otaczającym budowlę. Przemykając między kramami na targu, odniosła wrażenie, że zawisło nad nimi złe powietrze. Czyżby coś sobie wyobrażała z powodu tego, co powiedział Buonaventura? Odrzuciła tę możliwość. Pamiętała targi z dzieciństwa, wtedy bywało na nich więcej ludzi, panował większy ruch. Targ nie mieścił się w zabudowaniach opactwa, pobliskie uliczki były zapchane nielegalnymi straganami — często składały się ze stolika z rozłożonymi drobiazgami — oraz domokrążcami, wróżbitami, grajkami i wędrownymi mnichami nawołującymi grzeszników do pokuty. Teraz wydawało się, że na terenie opactwa znalazłoby się miejsce na jeszcze kilka budek.

— Buonaventura ma rację — rzekła do siebie. — Na targi przyjeżdża coraz mniej kupców.

Jakiś kupiec spojrzał na nią dziwnie i Caris uprzytomniła sobie, że mówi na głos. To był zły nawyk: ludzie uważali, że przemawia w ten sposób do duchów. Caris oduczyła się tego, ale czasem zapominała, zwłaszcza gdy była czymś przejęta.

Obeszła wielki kościół i zbliżyła się do północnej strony.

Merthin pracował w portyku, przestronnym miejscu, w którym często organizowano spotkania. Drzwi stały pionowo w mocnej drewnianej ramie, która je unieruchamiała, a on rzeźbił. Stare drzwi wciąż tkwiły w łuku, spróchniałe i popękane. Młodzieniec stał tyłem do Caris, więc światło padało ponad jego ramionami na drewno. Nie zauważył dziewczyny, a szum deszczu zagłuszył jej kroki, mogła więc przez chwilę obserwować go niezauważona.

Był niskim mężczyzną, niewiele wyższym od Caris. Miał umięśnione ciało, na którym spoczywała duża, znamionującą inteligencję głowa. Jego drobne ręce przemykały zręcznie po płaskorzeźbie, spod ostrego dłuta sypały się wąskie skręcone wióry.

„On wcale nie jest przystojny”, stwierdziła Alice, wykrzywiając usta, gdy Caris powiedziała, że zakochała się w Merthinie. Rzeczywiście nie dorównywał urodą swojemu bratu Ralphowi, lecz Caris uważała, że jego twarz jest cudowna: miała nieregularne rysy, w których czaiła się drwina, mądrość i śmiech. Właśnie taki był Merthin.

— Hej! — powiedziała. Merthin aż podskoczył, a Caris parsknęła śmiechem. — To niepodobne do ciebie, tak się przestraszyć.

— Zaskoczyłaś mnie. — Zawahał się chwilę, a potem ją pocałował. Zrobił to trochę niezdarnie, ale czasem taki bywał, gdy pochłaniała go praca.

Caris spojrzała na płaskorzeźbę. Po każdej stronie drzwi stało po pięć dziewic; mądre ucztowały na swoich ślubach, a niemądre trzymały lampki do góry nogami, pokazując, że nie ma w nich oliwy. Merthin skopiował obraz ze starych drzwi, wprowadzając w nim jednak subtelne zmiany. Dziewice stały w rzędach po pięć, tak jak kolumny w katedrze, lecz na nowych drzwiach nie wyglądały dokładnie tak samo. Merthin nadał każdej rys indywidualności. Jedna była ładna, inna miała kręcone włosy, następna płakała, a jeszcze inna psotnie puszczała oko. Sprawił, że wyglądały prawdziwie; w porównaniu z nimi panny ze sceny na starych drzwiach wydawały się sztywne i pozbawione życia.

— Wspaniale — pochwaliła Caris. — Ale nie wiem, czy mnisi będą zachwyceni.

— Bratu Thomasowi się podoba.

— A przeorowi?

— Jeszcze nie widział drzwi. Ale nie będzie protestował. Nie zechce płacić po raz drugi.

Caris przyznała mu rację. Wuj Anthony nie lubił się awanturować, ale był sknerą. Dziewczyna przypomniała sobie, po co przyszła.

— Mój ojciec chce, żebyś spotkał się z nim i z przeorem na moście.

— Powiedział, po co?

— Wydaje mi się, że chce namówić Anthony’ego do zbudowania nowego mostu.

Merthin schował narzędzia do skórzanego pokrowca i szybko zamiótł posadzkę, a następnie ruszył z Caris główną ulicą w stronę drewnianego mostu. Dziewczyna powtórzyła mu to, co Buonaventura mówił przy śniadaniu. Merthin zgodził się z nią, że targi nie tętnią życiem tak jak te, które pamiętał z dawnych czasów.

Mimo to u bram Kingsbridge ustawiła się długa kolejka ludzi i wozów. Na krańcu mostu stała niewielka budka strażnicza, w której siedział mnich i pobierał jednego pensa od każdego kupca wkraczającego do miasta z towarami na sprzedaż. Most był wąski, więc nikt nie mógł przecisnąć się obok kolejki. Z tego powodu ci, którzy nie musieli płacić — głównie mieszkańcy miasta — także musieli czekać. Na domiar złego niektóre deski na moście pogięły się i połamały, toteż woźnice musieli zachować dużą ostrożność. Kolejka ciągnęła się aż na przedmieście, jej koniec niknął w deszczu.

Most był za krótki. Kiedyś z pewnością oba jego krańce spoczywały na suchej ziemi, lecz albo rzeka się poszerzyła, albo, co bardziej prawdopodobne, w ciągu setek lat ludzie i wozy sprawili, że brzegi stały się płaskie, tak że teraz po obu stronach trzeba było brnąć przez błotnistą plażę.

Caris zauważyła, że Merthin przygląda się konstrukcji. Znała to spojrzenie: zastanawiał się, w jaki sposób most utrzymuje równowagę. Często patrzył tak na elementy katedry, ale czasem także wówczas, gdy zobaczył jakiś dom, kwitnące drzewo lub nawet wiszącego wysoko jastrzębia. Wtedy nieruchomiał, jego spojrzenie się wyostrzało, jakby usiłował rzucić światło na zacienione miejsce, rozwikłać jego zagadkę. Gdy go o to pytała, odpowiadał, że próbuje zobaczyć rzecz od podszewki.

Podążyła za spojrzeniem Merthina, wyobrażając sobie, co dostrzegł w starym moście. Konstrukcja miała sześćdziesiąt jardów i była najdłuższa, jaką Caris kiedykolwiek widziała. Stała na dwóch rzędach potężnych dębowych podpór przypominających kolumny po obu stronach nawy w katedrze. Było pięć par filarów. Te, które stały w płytkiej wodzie, były dość krótkie, lecz trzy środkowe pary wystawały piętnaście stóp nad powierzchnię wody.

Każdy filar składał się z czterech dębowych bali ściśniętych zworami z desek. Według legendy król podarował opactwu Kingsbridge dwadzieścia cztery najlepsze dęby w Anglii, by można było zbudować trzy środkowe pary podpór. Ich wierzchołki były połączone belkami leżącymi w dwóch równoległych liniach. Od jednej do drugiej biegły krótsze belki, tworząc powierzchnię drogi. Po obu stronach znajdowała się drewniana poręcz. Co parę lat jakiś pijany woźnica wjeżdżał w nią i tonął razem z koniem w rzece.

— Na co patrzysz? — zapytała Caris.

— Na pęknięcia.

— Ja nie widzę żadnych pęknięć.

— Drewno bali ze środkowej podpory pęka. Widać miejsca, w których Elfric wzmocnił je żelaznymi klamrami.

Teraz i Caris dostrzegła paski metalu przybite gwoździami do pali.

— Martwisz się — zauważyła.

— Bo nie wiem, dlaczego drewno popękało.

— Czy to ważne?

— Oczywiście.

Merthin nie był tego dnia zbyt rozmowny. Caris chciała go zapytać o przyczynę takiego zachowania, ale nie zdążyła.

— Nadchodzi twój ojciec — zauważył młody cieśla.

Caris się odwróciła. Idący obok siebie bracia stanowili osobliwą parę. Rosły Anthony unosił habit i ostrożnie omijał kałuże z wyrazem obrzydzenia na bladej twarzy. Edmund, bardziej energiczny, mimo że starszy, miał czerwoną twarz i długą, potarganą siwą brodę. Szedł prosto przed siebie, powłócząc bezwładną nogą w błocie, tłumacząc coś głośno bratu i energicznie gestykulując rękami. Patrząc na ojca z daleka, tak jak mógłby na niego patrzeć obcy człowiek, zawsze czuła przypływ tkliwości.

Dyskusja trwała nieprzerwanie, nawet gdy mężczyźni dotarli do mostu.

— Spójrz na tę kolejkę! — wykrzyknął Edmund. — Setki ludzi nie mogą handlować, bo nie dotarli jeszcze na miejsce! Możesz być pewien, że połowa z nich spotka kupca na swój towar w kolejce i tam dobije targu, a później odjedzie, nie przekraczając bramy miasta!

— To spekulacja, prawo zabrania takiego handlu — przypomniał Anthony.

— Idź i powiedz im to, jeśli zdołasz pokonać most! Ale nie zdołasz, bo jest za wąski! Posłuchaj, Anthony, jeśli Włosi się wycofają, targi już nigdy nie będą takie same. Twój i mój dobrobyt zależy od targów, nie wolno pozwolić, żebyśmy je utracili!

— Nie możemy zmusić Buonaventury, żeby przyjeżdżał robić tu interesy.

— Ale możemy się postarać, żeby nasze targi był atrakcyjniejsze od tych w Shiring. Musimy ogłosić początek jakiejś nowej symbolicznej inwestycji, natychmiast, jeszcze w tym tygodniu, by przekonać Włochów, że targi wełny w Kingsbridge nie upadły. Musimy im powiedzieć, że rozbierzemy stary most i zbudujemy nowy, dwa razy szerszy. — Nagle Edmund odwrócił się do Merthina: — Jak długo będzie trwała budowa, młodzieńcze?

Merthin był trochę zaskoczony, ale zareagował błyskawicznie.

— Najtrudniejsze będzie znalezienie drewna. Potrzeba długich bali, dobrze wysuszonych. Potem należy wbić podpory w dno rzeki, a to jest trudne, bo pracuje się w nurcie. Później to już tylko ciesiołka. Dałoby się skończyć przed świętami.

— Nie ma pewności, czy rodzina Caroli zmieni postanowienie, jeśli zbudujemy nowy most — zauważył Anthony.

— Zrobią to — rzekł z naciskiem Edmund. — Gwarantuję.

— Tak czy owak nie stać mnie na budowę mostu. Nie mam pieniędzy.

— Nie stać cię, żeby go nie zbudować! — zawołał Edmund. — Zrujnujesz siebie, a przy okazji miasto.

— To wykluczone. Nie wiem nawet, skąd wziąć pieniądze na remont południowej nawy katedry.

— Co więc zamierzasz?

— W Bogu nadzieja.

— Ci którzy pokładają nadzieję w Bogu i sieją, mają szansę zebrać plon. Ale ty nie siejesz.

Anthony był zirytowany.

— Wiem, że trudno ci to zrozumieć, Edmundzie, ale opactwo Kingsbridge nie jest przedsięwzięciem handlowym. Jesteśmy po to, by oddawać cześć Bogu, a nie żeby zarabiać pieniądze.

— Nie będziesz mógł czcić Boga, nie mając co włożyć do ust.

— Pan Bóg da.

Twarz Edmunda poczerwieniała jeszcze bardziej, zrobiła się purpurowa.

— Kiedy byłeś dzieckiem, dzięki pieniądzom zarobionym przez ojca miałeś co jeść, w co się ubrać i za co się kształcić. Od kiedy zostałeś mnichem, żyjesz dzięki temu, że obywatele tego miasta i chłopi z okolicznych wsi płacą czynsz, dziesięcinę, myto, płacą za wynajem kramów, a także uiszczają mnóstwo innych opłat. Żyjesz jak pchła na grzbiecie ciężko pracujących ludzi, a teraz masz czelność mówić, że pan Bóg da.

— Zbliżasz się niebezpiecznie do bluźnierstwa.

— Nie zapominaj, że znam cię od dziecka, Anthony. Zawsze miałeś smykałkę do wymigiwania się od pracy. — Edmund często podnosił głos, ale teraz go zniżył. Caris wiedziała, że ojciec jest naprawdę zły. — Kiedy przychodził czas opróżniania ustępu, kładłeś się do łóżka, żeby odpocząć przed następnym dniem w szkole. Jako dar ojca dla Boga zawsze miałeś wszystko, co najlepsze, i nigdy nie kiwnąłeś palcem, żeby na to zasłużyć. Pożywne jedzenie, najcieplejszy pokój, najlepsze ubrania… byłem jedynym chłopakiem, który nosił rzeczy po młodszym bracie!

— I nigdy nie pozwoliłeś mi o tym zapomnieć.

Caris czekała na okazję, żeby położyć kres kłótni.

— Musi być jakiś sposób, żeby zbudować most — rzekła.

Mężczyźni spojrzeli na nią zaskoczeni.

— Czy mieszczanie nie mogliby zbudować mostu? — zapytała dziewczyna.

— To śmieszne — odparł Anthony. — Miasto należy do opactwa. Sługa nie urządza domu swojego pana.

— Ale gdyby poproszono cię o zgodę, nie miałbyś powodu, by odmówić.

Anthony nie odrzucił pomysłu od razu, co stanowiło dobry znak. Jednak Edmund pokręcił głową.

— Nie sądzę, by udało mi się ich przekonać do wyłożenia pieniędzy — rzekł. — Rzecz jasna, byłoby to dla nich korzystne w przyszłości, lecz ludziom trudno jest myśleć o przyszłości, jeśli prosi się ich, by oddali swoje pieniądze.

— Ha! — prychnął Anthony. — A po mnie spodziewasz się, że będę myślał perspektywicznie.

— Ty zajmujesz się życiem wiecznym, nieprawdaż? — odparował Edmund. — Jak mało kto powinieneś być w stanie widzieć dalej niż koniec następnego tygodnia. Poza tym dostajesz pensa od każdego, kto przekracza most. Pieniądze by ci się zwróciły, a jeszcze skorzystałbyś na lepszym handlu.

— Wujek Anthony jest duszpasterzem — zauważyła Caris. — Uważa, że jego rola nie polega na zarabianiu pieniędzy.

— Ale jest panem swoich poddanych! — wykrzyknął ojciec. — Tylko on może zbudować most! — Nagle spojrzał pytająco na córkę, uświadomiwszy sobie, że nie sprzeciwiłaby mu się bez powodu. — Co masz na myśli?

— A gdyby mieszczanie zbudowali most i dostali zwrot z myta?

Edmund otworzył usta, żeby zgłosić jakieś obiekcje, lecz żadnych nie znalazł.

Caris spojrzała na Anthony’ego.

— Gdy powstało opactwo, jedyny dochód czerpało z mostu — powiedział przeor. — Nie mogę go oddać.

— Pomyśl, co mógłbyś zyskać, gdyby targi wełny i cotygodniowy rynek dawały takie zyski jak kiedyś: nie tylko myto z mostu, ale także opłaty za kramy, procent od utargu i dary dla katedry!

— Oraz zyski z własnej sprzedaży: wełny, ziarna, skór, książek, figurek świętych…

— Zaplanowałeś to, prawda? — Anthony oskarżycielsko wycelował palec w brata. — Podpowiedziałeś córce i temu chłopakowi, co mają mówić. On nigdy nie wymyśliłby takiego podstępu, a ona jest tylko kobietą. To twoja robota. Uknułeś spisek, żeby pozbawić mnie myta za przejście przez most. Ale zawiedziesz się. Dzięki Bogu nie jestem głupi!

Przeor odwrócił się i ruszył przez błoto.

— Nie wiem, jak to możliwe, że mój ojciec spłodził takiego bezrozumnego syna — westchnął Edmund, po czym także odszedł.

Caris zwróciła się do Merthina:

— I co o tym wszystkim myślisz?

— Sam nie wiem. — Odwrócił się, unikając jej spojrzenia. — Muszę wracać do pracy.

Odszedł, nie całując Caris na pożegnanie.

— Co w niego wstąpiło?! — zapytała głośno dziewczyna, gdy się oddalił.

8

Hrabia Shiring przybył do Kingsbridge w piątek tygodnia, w którym odbywały się targi. Towarzyszyli mu dwaj synowie, członkowie rodziny i orszak złożony z rycerzy i giermków. Wysłannicy hrabiego na godzinę przed jego przyjazdem zamknęli wejście na most, żeby nie musiał czekać w kolejce z plebsem, gdyż to uwłaczałoby jego godności. Ludzie hrabiego nosili czerwono-czarne liberie, pędzili na koniach przez miasto, powiewając jego proporcami i ochlapując przechodniów wodą i błotem. Hrabiemu Rolandowi dobrze się powodziło w ciągu ostatniej dekady — za królowej Izabeli i później, gdy na tronie zasiadł jej syn, Edward III — i chciał pokazać to światu. Ludzie możni i bogaci często tak postępują.

W jego orszaku znajdował się Ralph, syn Geralda i brat Merthina. W tym samym czasie, gdy Merthin został czeladnikiem u ojca Elfrica, Ralph trafił jako giermek do zamku hrabiego Rolanda i od tej pory był szczęśliwy. Dobrze go karmiono i ubierano, nauczył się jeździć konno i walczyć. Większość czasu spędzał na polowaniach, uprawianiu sportu i zabawie. Przez sześć i pół roku nikt nie kazał mu czytać ani pisać. Jadąc za hrabią pomiędzy stłoczonymi straganami na targu wełny i spoglądając na pełne lęku i zazdrości twarze, litował się nad kupcami i rzemieślnikami, którzy w błocie musieli harować na każdego pensa.

Hrabia zsiadł z konia przed domem przeora, po północnej stronie katedry. To samo uczynił jego młodszy syn Richard. Został biskupem Kingsbridge, więc katedra była teoretycznie jego kościołem. Jednakże pałac biskupa znajdował się w mieście Shiring, dwa dni drogi od katedry. Odpowiadało to biskupowi, który poza obowiązkami religijnymi zajmował się również polityką, a także mnichom wolącym, aby nie sprawowano nad nimi zbyt surowego nadzoru.

Richard miał zaledwie dwadzieścia osiem lat, lecz jego ojciec był sojusznikiem króla, a to liczyło się bardziej od wieku.

Reszta orszaku dotarła do południowego krańca zielonego terenu otaczającego katedrę. Starszy syn hrabiego, William, lord Caster, kazał giermkom zaprowadzić konie do stajni. Grupa rycerzy udała się w tym czasie do szpitala. Ralph pospieszył, by pomóc żonie Williama, Philippie, zsiąść z konia. Była to wysoka, urodziwa niewiasta o długich nogach i wydatnym biuście. Ralph był w niej beznadziejnie zakochany.

Gdy konie znalazły się w stajni, Ralph udał się w odwiedziny do rodziców. Nie płacąc czynszu, zajmowali mały domek w południowo-zachodniej części miasta, w pobliżu rzeki. Cuchnęło tam przeraźliwie za sprawą warsztatów garbarskich. Zbliżając się do domku, Ralph aż kurczył się ze wstydu w swojej czerwono-czarnej liberii. Mógł się tylko cieszyć, że lady Philippa nie widzi, w jakim upodleniu pędzą żywot jego rodzice.

Nie widział ich od roku i odniósł wrażenie, że się postarzeli. We włosach matki pojawiło się sporo siwych nitek, a ojciec tracił wzrok. Poczęstowali go cydrem od mnichów i dzikimi truskawkami, które matka zebrała w lesie. Ojciec podziwiał jego liberię.

— Czy hrabia pasował cię już na rycerza? — spytał z nadzieją.

Ambicją każdego giermka było zostać rycerzem, lecz Ralph pragnął tego bardziej niż inni. Ojciec nigdy nie przebolał upokorzenia, jakim było pozbawienie go ziemi. Tamtego dnia przeszedł na utrzymanie klasztoru, a Ralph poczuł się tak, jakby wbito mu miecz w serce. Ból nie minie, dopóki nie zmyje plamy na honorze rodziny. Jednak nie wszyscy giermkowie zostawali rycerzami. Mimo wszystko ojciec rozmawiał z nim zawsze tak, jakby w przypadku Ralpha było to tylko kwestią czasu.

— Jeszcze nie — odparł chłopak. — Ale niebawem wyruszymy na wojnę z Francją, więc dostanę szansę.

Powiedział to spokojnie, nie chcąc okazać, jak bardzo marzy o tym, by wyróżnić się w bitwie.

— Dlaczego królowie wiecznie toczą wojny? — zapytała z oburzeniem matka Ralpha.

— Do tego stworzeni są mężczyźni! — odpowiedział ze śmiechem jej mąż.

— Wcale nie — rzekła ostro. — Kiedy w bólu rodziłam Ralpha, nie pragnęłam, żeby jakiś Francuz uciął mu głowę toporem albo przebił serce strzałą z łuku.

Gerald machnął na nią lekceważąco ręką.

— Czemu uważasz, że będzie wojna? — zapytał syna.

— Książę Filip zagarnął Gaskonię.

— Aha. A my nie możemy się na to zgodzić.

Angielscy królowie władali francuską prowincją, Gaskonią, od pokoleń. Nadali przywileje kupcom z Bordeaux i Bayonne, którzy więcej handlowali z Londynem niż z Paryżem. Mimo to prowincja wiecznie przysparzała kłopotów.

— Król Edward wysłał ambasadorów do Flandrii, by zyskać sojuszników — dodał Ralph.

— Sojusznicy mogą zażądać pieniędzy.

— Właśnie dlatego hrabia Roland przybył do Kingsbridge. Król chce zaciągnąć pożyczkę u kupców handlujących wełną.

— Ile chce pożyczyć?

— Mówi się o dwustu tysiącach funtów w całym kraju. Miałaby to być zaliczka na poczet podatku od wełny.

— Król powinien uważać, bo zniszczy kupców tymi podatkami — zauważyła ponuro matka Ralpha.

— Kupcy mają mnóstwo pieniędzy, spójrz tylko na ich ubrania — odparł z goryczą ojciec. Ralph zauważył, że ma na sobie wytartą płócienną koszulę i zniszczone trzewiki. — Poza tym kupcy chcą, żebyśmy powstrzymali francuską flotę, która utrudnia nam handel.

W ciągu ubiegłego roku francuskie okręty napadły na miasta w południowej Anglii, łupiąc porty i podpalając stojące w nich statki.

— Francuzi atakują nas, więc my atakujemy Francuzów — powiedziała matka. — Jaki to ma sens?

— Kobiety nigdy tego nie pojmą — odparował ojciec.

— Taka jest prawda — nie dawała za wygraną jego żona.

Ralph postanowił zmienić temat rozmowy.

— Jak się miewa mój brat?

— Jest dobrym rzemieślnikiem — odparł ojciec i Ralph pomyślał, że w taki sposób handlarz końmi zachwala kucyka jako wierzchowca dla kobiety.

— Zakochał się w córce Edmunda Woolera — dodała matka.

— W Caris? — spytał z uśmiechem Ralph. — Zawsze ją lubił. Bawiliśmy się razem jako dzieci. Była z niej mała kokietka i lubiła się rządzić, ale Merthinowi to nie przeszkadzało. Ożeni się z nią?

— Tak mi się zdaje — odpowiedziała matka. — Kiedy zakończy termin.

— Niczego mu nie zabraknie — stwierdził z przekonaniem Ralph, wstając. — Gdzie on teraz jest?

— Pracuje w katedrze, w północnym portyku — odrzekł ojciec. — Ale teraz może je obiad.

— Znajdę go. — Ralph ucałował rodziców i wyszedł.

Deszcz przestał padać, chwilami słońce przedzierało się przez chmury, odbijając się w kałużach. Z mokrych płacht straganów unosiła się para. Dostrzegł znajomą kobiecą twarz o prostym nosie i wyraźnie zaznaczonej szczęce. Lady Philippa była starsza od Ralpha, miała około dwudziestu pięciu lat. Oglądała bele jedwabiu z Italii, a Ralph pochłaniał wzrokiem zaokrąglenie jej bioder, uwydatnione przez letnią suknię. Skłonił się przesadnie nisko.

Lady Philippa niedbale skinęła mu głową.

— Piękne materiały — zagaił.

— Tak.

W tej samej chwili pojawiła się drobna postać z potarganą czupryną w kolorze marchwi. Ralph ucieszył się na widok swojego brata Merthina.

— To mój starszy brat, mądra głowa — rzekł do Philippy.

— Proszę kupić ten bladozielony, pasuje do koloru pani oczu — doradził Merthin.

Ralph aż się skrzywił. Merthin nie powinien odzywać się tak poufale do damy.

— Jeśli zechcę zasięgnąć opinii chłopca, zapytam syna — odparła lady Philippa z lekką przyganą. Mimo to uśmiechnęła się do niego prawie zalotnie.

— To jest lady Philippa, głupcze! Proszę wybaczyć mojemu bratu tę impertynencję, pani.

— Jak mu na imię?

— Jestem Merthin Fitzgerald, do usług, ilekroć będzie się pani wahała w kwestii wyboru jedwabiu.

Ralph wziął go pod rękę i odprowadził, żeby brat nie powiedział czegoś jeszcze gorszego.

— Nie wiem, jak ty to robisz! — rzekł Ralph głosem, w którym desperacja mieszała się z podziwem. — Pasuje do jej oczu?! Gdybym ja coś takiego powiedział, kazałaby mnie wychłostać.

Przesadzał, lecz było prawdą, że Philippa zazwyczaj reagowała ostro na bezczelność. Sam nie wiedział, czy się śmiać, czy złościć, że dla Merthina była tak wyrozumiała.

— Cały ja — odparł Merthin. — Jestem marzeniem każdej kobiety.

Ralph wychwycił gorycz w jego głosie.

— Coś się stało? — zapytał. — Jak się miewa Caris?

— Zrobiłem coś strasznie głupiego. Później ci opowiem. Rozejrzyjmy się, póki świeci słońce.

Ralph wypatrzył kram, na którym mnich o popielatych włosach sprzedawał ser.

— Patrz — zwrócił się do brata, po czym zbliżył się do straganu. — Ten ser wygląda smakowicie. Skąd pochodzi?

— Wyrabiamy go w klasztorze pod wezwaniem Świętego Jana z Lasu. To małe odgałęzienie opactwa Kingsbridge. Jestem tam przeorem. Nazywam się Saul Whitehead.

— Aż mi w brzuchu burczy na sam widok. Szkoda, że mnie nie stać. Hrabia nie płaci nam ani pensa.

Mnich ukroił plaster sera i podał Ralphowi.

— Weź więc za darmo, w imię Jezusa Chrystusa.

— Dziękuję ci, bracie Saulu.

Gdy odeszli kilka kroków, Ralph uśmiechnął się do brata.

— Widzisz, jakie to proste? Z taką samą łatwością mógłbym odebrać jabłko dziecku!

— I byłby to równie chwalebny postępek — zauważył ironicznie Merthin.

— Ależ z niego głupiec! Dał mi sera, bo poczęstowałem go łzawą historyjką!

— On pewnie uważa, że lepiej jest wyjść na głupca, niż odmówić głodnemu.

— Jesteś dzisiaj w cierpkim nastroju. Tobie wolno rzucać bezczelne uwagi arystokratce, a ja nie mogę wydębić kawałka sera od tępego mnicha?

Merthin zaskoczył brata, uśmiechając się.

— Tak jak wtedy, gdy byliśmy mali.

— Otóż to! — Ralph znów nie wiedział, czy się gniewać, czy śmiać. Zanim zdążył się zdecydować, pojawiła się ładna dziewczyna z jajkami na tacy. Była szczupła, a pod jej prostą sukienką prężył się drobny biust. Ralph wyobraził sobie, że jej piersi są białe i krągłe jak jajka. Uśmiechnął się. — Po ile? — zapytał, choć nie potrzebował jajek.

— Dwanaście za pensa.

— Są smaczne?

Dziewczyna wskazała pobliski stragan.

— Pochodzą od tych kur.

— A czy kokoszki mogą liczyć na usługi zdrowego koguta? — Merthin przewrócił oczami i zrobił minę udawanej rozpaczy.

Jednak dziewczyna podjęła zabawę.

— Tak, proszę pana — odparła z uśmiechem.

— Szczęściary z nich, co?

— Ja tam nie wiem.

— Bo i skąd? Panna niewiele może wiedzieć o tych sprawach.

Ralph przyjrzał się dziewczynie. Miała jakieś osiemnaście lat, jasne włosy i zadarty nos.

Zatrzepotała rzęsami.

— Proszę mi się tak nie przyglądać.

— Annet! Chodź tutaj! — zawołał kmieć stojący za straganem, bez wątpienia ojciec dziewczyny.

— A więc masz na imię Annet — zauważył Ralph.

Dziewczyna zignorowała wołanie rodziciela.

— Jak się nazywa twój ojciec?

— Perkin z Wigleigh.

— Naprawdę? Mój przyjaciel Stephen jest lordem Wigleigh. Dobrze was traktuje?

— Lord Stephen jest łagodny i sprawiedliwy — odparła grzecznie dziewczyna.

— Annet! Jesteś tu potrzebna! — znów zawołał ojciec.

Ralph wiedział, dlaczego Perkin się niepokoi. Nie miałby nic przeciwko temu, żeby wyszła za giermka, byłby to dla niej awans społeczny. Obawiał się jednak, że Ralph chce z nią poromansować, a później ją rzucić. I nie mylił się.

— Nie odchodź, Annet — poprosił Ralph.

— Nie odejdę, dopóki nie kupi pan ode mnie jajek.

— Jedno warte drugiego — jęknął Merthin.

— Zostaw te jajka i chodź ze mną — zaproponował Ralph. — Pospacerujemy nad rzeką.

Między rzeką a ścianą klasztoru rozciągało się szerokie nabrzeże, o tej porze roku porośnięte dzikimi kwiatami i krzewami. Właśnie tam pary urządzały sobie schadzki.

Jednak Annet nie była łatwa do zdobycia.

— Ojciec byłby niezadowolony.

— Nie przejmujmy się nim.

Kmieć nie mógł przeciwstawić się woli giermka, zwłaszcza jeśli ten nosił barwy potężnego hrabiego. Napaść na sługę była traktowana jak obraza jego pana. Mężczyzna mógł przemówić córce do rozsądku, lecz próba powstrzymania jej siłą mogłaby go wiele kosztować.

Ktoś inny przyszedł mu jednak w sukurs.

— Witaj, Annet — odezwał się młodzieńczy głos. — Wszystko w porządku?

Ralph odwrócił się do przybysza. Chłopak wyglądał na szesnaście lat, ale wzrostem prawie dorównywał Ralphowi, miał szerokie bary i duże dłonie. Był uderzająco przystojny, jego twarz o regularnych rysach wyglądała jak wyrzeźbiona wprawną ręką artysty. Miał gęste kasztanowe włosy i zaczątki brody tego samego koloru.

— Kim ty, u diabła, jesteś? — mruknął Ralph.

— Jestem Wulfric z Wigleigh, panie. — Chłopak okazał Ralphowi szacunek, ale nie przestraszył się go. Odwróciwszy się do Annet, rzekł: — Przyszedłem ci pomóc sprzedawać jajka.

Wulfric wsunął się między Ralpha i Annet, jego muskularne ramię osłaniało dziewczynę, oddzielając ją jednocześnie od giermka. Była to lekka zniewaga i Ralph poczuł ukłucie gniewu.

— Usuń się, Wulfricu z Wigleigh. Nic tu po tobie.

Wulfric odwrócił się i spojrzał Ralphowi prosto w oczy.

— Jestem narzeczonym tej kobiety, panie — oznajmił tonem pełnym szacunku, lecz pozbawionym lęku.

— To prawda, panie — potwierdził Perkin. — Tych dwoje ma się pobrać.

— Nie pleć mi o swoich chłopskich zwyczajach — warknął pogardliwie Ralph. — Nic mnie to nie obchodzi, czy dziewczyna jest żoną tego prostaka.

Rozgniewało go, że ludzie niższego stanu odzywają się do niego w ten sposób. Nie mają prawa mu rozkazywać.

Merthin postanowił interweniować.

— Chodźmy, Ralphie — rzekł. — Zgłodniałem, a Betty Baxter sprzedaje gorące ciastka.

— Ciastka? Jajeczka są bardziej apetyczne.

Ralph wziął z tacy jedno jajko i pogładził je sugestywnym gestem, a potem położył rękę na lewej piersi dziewczyny. Była sprężysta i obła jak jajko.

— Co pan robi? — zapytała z oburzeniem dziewczyna, ale się nie odsunęła.

Ralph ścisnął delikatnie pierś.

— Badam towar.

— Proszę zabrać rękę.

— Za chwilę.

Wulfric odepchnął go gwałtownie.

Zaskoczył Ralpha, który nie spodziewał się ataku ze strony kmiecia. Zachwiał się, zatoczył i upadł z głośnym plaśnięciem. Ktoś parsknął śmiechem. Ralph poczuł się upokorzony. Zerwał się na równe nogi, kipiąc wściekłością.

Nie miał przy sobie miecza, ale nosił u pasa długi sztylet. Byłoby to niehonorowe, gdyby użył broni przeciwko bezbronnemu chłopu — straciłby szacunek rycerzy i innych giermków. Musiał dać Wulfricowi nauczkę pięściami.

Perkin wysunął się zza straganu.

— Okropna niezdara z tego chłopaka, panie — mówił szybko. — Bardzo żałuje tego, co zrobił, zapewniam pana…

Lecz jego córka wcale nie okazywała strachu.

— Ach, ci chłopcy! — powiedziała tonem udawanej przygany, lecz sprawiała wrażenie zadowolonej.

Ralph zignorował oboje. Zrobił krok w stronę Wulfrica i podniósł prawą rękę, a gdy Wulfric zasłonił się rękami przed ciosem, uderzył go w brzuch.

Jednak brzuch okazał się twardszy, niż Ralph się spodziewał. Wulfric zgiął się wpół, łapiąc się rękami za zbolałe miejsce. Wtedy Ralph zadał cios prawą ręką, trafiając go w kość policzkową. Dłoń zabolała, lecz radość była większa od bólu.

Ku jego zdumieniu Wulfric mu oddał.

Zamiast upaść na ziemię i pozwolić się skopać, młody kmieć uderzył Ralpha prawą ręką, wkładając w cios całą siłę. Nos giermka eksplodował krwią i bólem. Ralph ryknął z wściekłości.

Wulfric cofnął się, jak gdyby uświadomił sobie, co zrobił, i opuścił ręce.

Jednak na żal było już za późno. Ralph rzucił się na niego z pięściami, okładając po twarzy i tułowiu. Wulfric bez przekonania usiłował osłaniać się i uchylać. Ralph domyślał się, dlaczego nie ucieka: wolał przyjąć razy teraz, niż czekać, aż później spotka go coś gorszego. Giermek musiał przyznać, że ma odwagę, ale to rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Uderzał coraz mocniej. Wypełniał go gniew na równi z podnieceniem. Merthin próbował się wtrącić.

— Dość, na rany Chrystusa — powiedział, kładąc rękę na ramieniu brata. Ale Ralph ją odtrącił.

Wulfric opuścił ręce, zatoczył się i upadł. Jego twarz była cała we krwi. Ralph zaczął go kopać. Nagle stanął obok niego krzepki mężczyzna w skórzanych spodniach.

— Dość tego, młodzieńcze, bo go zabijesz.

Ralph rozpoznał Johna, miejskiego porządkowego.

— On się na mnie rzucił! — poskarżył się gniewnie.

— Ale już się nie rzuca, prawda, panie? Leży na ziemi i zasłania oczy. — John stanął przed Ralphem. — Wolałbym uniknąć zachodu z koronerem.

Wokół Wulfrica zgromadzili się ludzie: Perkin, zarumieniona z radości Annet, lady Philippa oraz kilku gapiów.

Podniecenie minęło i Ralph poczuł, że nos boli go straszliwie. Mógł oddychać tylko ustami. Poczuł smak krwi.

— Ten łobuz uderzył mnie w nos — powiedział takim głosem, jakby był bardzo przeziębiony.

— Wobec tego zostanie ukarany — odparł John.

Pojawiło się dwóch mężczyzn podobnych do Wulfrica. Ralph domyślił się, że to jego ojciec i starszy brat. Podnieśli go, rzucając wściekłe spojrzenia na Ralpha.

— Giermek zadał pierwszy cios — odezwał się Perkin, tęgi mężczyzna z podstępnym wyrazem twarzy.

— Ten kmieć mnie pchnął! — wykrzyknął Ralph.

— Giermek obraził przyszłą żonę Wulfrica.

— Nieważne, co powiedział giermek, Wulfric powinien wiedzieć, że nie wolno podnosić ręki na sługę hrabiego Rolanda. Spodziewam się, że hrabia obejdzie się z nim surowo.

— Czyżby ustanowiono nowe prawo, które mówi, że mężczyźnie w liberii wolno robić wszystko, na co ma ochotę?

Wśród zgromadzonych przebiegł szmer aprobaty. Młodzi giermkowie często wywoływali awantury i unikali kary tylko dlatego, że nosili barwy jakiegoś wielmoży. Szanujący prawo kupcy i chłopi byli temu zdecydowanie przeciwni.

— Jestem synową hrabiego i widziałam całe zajście — odezwała się lady Philippa. Miała niski melodyjny głos, lecz biła z niego pewność siebie i poczucie władzy. Ralph spodziewał się, że dama go wesprze, ale spotkał go srogi zawód. — Przykro mi to stwierdzić, lecz całą winę ponosi Ralph. Dotykał dziewczyny w najbardziej haniebny sposób.

— Dziękuję, pani — rzekł z szacunkiem porządkowy. Zniżywszy głos, zwrócił się do lady Philippy: — Wydaje mi się, że hrabia jednak nie zechce puścić tego płazem.

Dama z namysłem skinęła głową.

— Lepiej nie wszczynać zatargów. Zakuj chłopca w dyby na dwadzieścia cztery godziny. Jest w takim wieku, że nic mu nie będzie, a sprawiedliwości stanie się zadość. Hrabiego to zadowoli, mówię to w jego imieniu.

John się zawahał. Ralph domyślił się, że porządkowy wolałby nie przyjmować rozkazów od nikogo poza swoim panem, przeorem Kingsbridge. John stwierdził jednak, że decyzja Philippy usatysfakcjonuje obie strony. Ralph wolałby, żeby Wulfric został wychłostany, ale zaczął podejrzewać, iż nie wyszedł z tego zajścia jako bohater, a domagając się surowej kary, wypadłby jeszcze gorzej.

— Dobrze więc, pani — rzekł po chwili namysłu John. — Tak uczynię, jeśli bierzesz na siebie odpowiedzialność.

— Owszem, biorę.

— A więc idziemy. — John chwycił Wulfrica pod ramię. Chłopak szybko doszedł do siebie. Rodzina kroczyła za nim. Może przyniosą mu coś do jedzenia, kiedy będzie zakuty w dyby, i nie pozwolą obrzucać go kamieniami.

— Jak się czujesz? — spytał brata Merthin.

Ralph miał wrażenie, że twarz puchnie mu jak nadmuchany pęcherz. Źle widział, mówił przez nos i strasznie go bolało.

— Świetnie — mruknął. — W życiu nie czułem się lepiej.

— Pójdziemy do mnichów, niech któryś cię obejrzy.

— Nie. — Ralph nie bał się walki, lecz zabiegi lekarzy — upuszczanie krwi i przekłuwanie wrzodów — napawały go lękiem. — Jedyne, czego mi trzeba, to butelka mocnego wina. Zabierz mnie do najbliższej gospody.

— Dobrze — odparł Merthin, ale nie ruszył się z miejsca. Mierzył brata osobliwym spojrzeniem.

— O co chodzi? — zapytał Ralph.

— Ty się nigdy nie zmienisz, prawda?

Ralph wzruszył ramionami.

— Czy ktoś w ogóle się zmienia?

Świat bez końca

Подняться наверх