Читать книгу Filary Ziemi - Ken Follett - Страница 14

Rozdział 2

Оглавление

I

Peter z Wareham był urodzonym intrygantem. Przeniesiono go do tej małej wspólnoty w lesie z macierzystego domu zakonnego w Kingsbridge. Nietrudno było dociec, dlaczego przeor Kingsbridge tak bardzo chciał się go pozbyć. Peter był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną pod trzydziestkę. Silna osobowość i pogardliwe maniery doprowadziły do tego, że żył w poczuciu oburzenia na wszystko i na wszystkich. Kiedy pojawił się tu i zaczął pracować w polu, nadawał wściekłe tempo, a potem oskarżał mnichów o lenistwo i obijanie się. Ku jego zaskoczeniu, większość braciszków przyznała mu rację i okazali się zdolni dotrzymać mu kroku, a w końcu młodsi nawet go wyprzedzili. Znalazł sobie wówczas inną wadę mnichów. Wybór padł na obżarstwo.

Zaczął jeść połowę swego przydziału chleba i nie spożywał wcale mięsa. W ciągu dnia pił tylko wodę ze strumienia, piwo rozcieńczał i odmawiał wina. Nakrzyczał na młodego, zdrowego braciszka, kiedy poprosił o repetę owsianki, i doprowadził do łez innego, który dla żartu wypił wino z cudzego kubka.

Mnisi wcale nie dawali żadnych dowodów obżarstwa — myślał przeor Philip, kiedy schodzili ze wzgórza, śpiesząc na obiad. Młodzi byli szczupli i muskularni, a starsi krzepcy i opaleni. Żaden z nich nie miał tej bladej krągłości, pojawiającej się wówczas, gdy się za dużo je i niewiele, albo nic, nie robi. Jego zdaniem mnisi powinni być szczupli. Otyli braciszkowie wyzywali zawiść i niechęć zwracające się przeciwko sługom bożym. Peter, co charakterystyczne, swe oskarżenia przedstawiał w formie wyznania. „Popełniłem dzisiaj grzech obżarstwa — powiedział rano, gdy odpoczywali na pniach drzew, które sami ścięli, posilając się żytnim chlebem i pijąc piwo. — Sprzeniewierzyłem się Regule świętego Benedykta, która mówi, że mnichom nie wolno jeść mięsa i pić wina. — Obrzucił spojrzeniem pozostałych braci; głowę zadzierał wysoko, a ciemne oczy błyszczały dumą, w końcu zatrzymał wzrok na Philipie. — I wszyscy tutaj mają na sumieniu to samo przewinienie” — zakończył. To bardzo smutne, że Peter zachowuje się w ten sposób, pomyślał przeor. Ten człowiek poświęcił się służbie bożej, ma Bogu wiele do zaoferowania. Wygląda jednak na to, że bardzo chce poczuć się kimś wyjątkowym i zwracać na siebie uwagę innych. Stąd te ciągłe sceny. A przecież Philip kochał go tak samo jak innych. Wiedział, że pod arogancją i pogardą kryje się zbolała dusza, niedowierzająca, że ktokolwiek mógłby się nią naprawdę zająć.

— A jak brzmią słowa świętego Benedykta? Czy możesz je zacytować, Peterze? — poprosił przeor.

— Powiada tak: „Wszyscy poza chorymi winni powstrzymywać się od mięsa”, a potem: „Wino w ogóle nie jest napojem dla mnichów” — odparł Peter.

Philip skinął głową. Zgodnie z oczekiwaniami, Peter nie znał reguły tak dobrze jak on.

— Z małą poprawką — rzekł. — Święty nie mówi o mięsie, ale o „ciele czworonożnych zwierząt”, i czyni wyjątki, nie tylko, jak powiedziałeś, dla chorych, lecz również dla słabych. A cóż rozumie przez pojęcie „słabi”? Tutaj, w naszej małej wspólnocie, przyjmujemy, że ludzie wykonujący pracę wymagającą wysiłku są osłabieni i z tego powodu mogą posilać się mięsem, by odzyskać utracone siły.

Peter słuchał. Jego czoło zmarszczyło się w wyrazie dezaprobaty, czarne krucze brwi ściągnęły się u nasady wielkiego, zakrzywionego nosa, twarz zdradzała tłumiony opór.

— W kwestii wina święty mówi: „Czytamy, że wino nie jest napojem mnichów” — ciągnął Philip. — Użycie słowa „czytamy” implikuje, że święty nie w pełni aprobuje zakaz. Powiada przecież także, że pół kwarty wina powinno wystarczyć każdemu na cały dzień. I ostrzega, byśmy nie gasili pragnienia całkowicie. Czy jest tedy jasne, czy też nie, że święty Benedykt nie oczekuje od mnichów zupełnego wyrzeczenia się wina?

— Ale rzecze też, że we wszystkim powinno być zachowywane umiarkowanie.

— Czy chcesz przez to powiedzieć, że my tutaj jemy bez umiaru?

— Tak — oznajmił dźwięcznym głosem.

— „Niech ci, których Bóg obdarzył abstynencją, wiedzą, że otrzymają właściwą nagrodę” — zacytował Philip. — Jeśli uważasz, że nasze posiłki są dla ciebie zbyt obfite, możesz jeść mniej. Lecz pamiętaj, co jeszcze mówi święty. Cytuje Pierwszy list do Koryntian, w którym święty Paweł oznajmił: „Istnieje różnorodność darów łaski, lecz jeden i ten sam Duch… Jednemu bywa dany dar mądrości, innemu zaś dar umiejętności” i tak dalej. I dlatego powiada święty Benedykt, nie można bez wahania określić ilości jedzenia potrzebnego innym. Proszę, pamiętaj o tym, kiedy pościsz i medytujesz nad grzechem obżarstwa.

Potem wrócili do pracy. Peter roztaczał aurę męczeństwa. Można go było bez trudu uciszyć, doszedł do wniosku Philip. Z trzech ślubów zakonnych, takich jak ubóstwo, czystość i posłuszeństwo, tym, który sprawiał Peterowi trudności, był ślub posłuszeństwa.

Oczywiście istniały sposoby postępowania z nieposłusznymi mnichami: izolacja, chleb i woda, chłosta, a w końcu ekskomunika i wyrzucenie z klasztoru. Zazwyczaj nie wahał się przed użyciem takich kar, szczególnie wówczas, gdy mnich starał się nadszarpnąć jego autorytet. Dlatego sądzono, że utrzymuje rygor. W rzeczywistości jednak nienawidził stosowania kar — powodowały one dysharmonię w zakonnej wspólnocie i unieszczęśliwiały wszystkich. Jeśli chodzi o Petera, to kara i tak byłaby nieskuteczna, z pewnością uczyniłaby tego człowieka jeszcze bardziej próżnym i nieustępliwym. Philip musiał znaleźć sposób na to, by jednocześnie zapanować nad Peterem i ułagodzić go. Nie będzie to łatwe. Ale, pomyślał, gdyby wszystko było proste, człowiek nie potrzebowałby Bożego wsparcia.

Dotarli do zabudowań klasztornych. Kiedy wyszli na otwartą przestrzeń, Philip zauważył, że z zagrody dla kóz macha do nich energicznie brat John. Zwano go Johnny Osiem Pensów, bo był trochę ograniczony umysłowo. Zastanawiał się, co też go mogło tak podniecić. Razem z Johnnym był jeszcze mężczyzna w szatach księdza. Wyglądał jakoś znajomo i Philip przyśpieszył kroku.

Ksiądz był niskim, krępym mężczyzną w wieku około dwudziestu pięciu lat, miał krótko przycięte czarne włosy i jasne niebieskie oczy, iskrzące się żywą inteligencją. Patrzenie na niego było dla Philipa jakby spoglądaniem w lustro. Ten ksiądz, uprzytomnił sobie z lekkim wstrząsem, to jego młodszy brat, Francis.

Francis trzymał noworodka.

Philip nie wiedział, kto stanowi większą niespodziankę, Francis czy dziecko. Mnisi stłoczyli się dookoła. Francis wstał, podał dziecko Johnny’emu. Philip objął brata.

— Co tutaj robisz? — rzekł z radością. — I skąd masz to dziecko?

— O tym, dlaczego tutaj jestem, powiem ci później — odrzekł Francis. — Jeśli chodzi o dziecko, to znalazłem je w lesie, leżało samo niedaleko żarzącego się ogniska.

— I… — przynaglił go Philip.

— Nie potrafię więcej powiedzieć. — Francis wzruszył ramionami. — To wszystko, co wiem. Miałem nadzieję, że dotrę do was wczoraj wieczorem, ale musiałem zanocować w chacie strażnika królewskich lasów. Wyruszyłem dzisiaj o świcie. Jechałem traktem, kiedy usłyszałem płacz dziecka. W chwilę później je dostrzegłem, zabrałem ze sobą i przyniosłem tutaj. I to cała opowieść.

Philip patrzył z niedowierzaniem na zawiniątko w objęciach Johnny’ego. Niepewnie wyciągnął rękę i podniósł róg koca. Miał przed sobą pomarszczoną różową twarzyczkę, otwarte bezzębne usteczka i małą głowinę — miniaturę starego mnicha. Zajrzał głębiej i zobaczył małe delikatne barki, wymachujące ramionka i zaciśnięte piąstki. Przyjrzał się z bliska kawałkowi pępowiny dyndającej przy brzuszku dziecka. To wzbudzało niesmak. Czy to coś normalnego? — zastanawiał się. Wyglądało na to, że rana goi się dobrze i najlepiej będzie nie ruszać tego. Odsunął koc jeszcze bardziej.

— Chłopiec — powiedział z zakłopotanym kaszlnięciem.

Jeden z nowicjuszy zachichotał.

Nagle Philip poczuł się bezradny. Cóż, u licha, mam z nim zrobić? Nakarmić?

Dziecko zapłakało, a dźwięk ten poruszył go jak bliska sercu pieśń.

— Jest głodne. — Gdzieś w zakątku myśli jawiło się pytanie: Skąd ja to wiem?

— Nie potrafimy go nakarmić — odezwał się jakiś mnich.

Przeor już miał powiedzieć: „Dlaczego nie?” — ale uświadomił sobie, że przecież w promieniu wielu mil nie ma kobiet.

Jednakże Johnny już rozwiązał ten problem. Siadł na stołku, trzymając dziecko. W ręku miał chustę z jednym końcem skręconym. Zanurzył go w skopku mleka i pozwolił, by nasiąknął dobrze płynem, a potem wsadził namoczony róg w usta noworodka. Dziecko zaczęło ssać.

Philip miał ochotę krzyknąć z radości.

— To sprytne, Johnny — pochwalił go.

Brat John uśmiechnął się.

— Robiłem to już, kiedy karmiąca koza zdechła, zanim odstawiła swoje małe — oświadczył z dumą.

Wszyscy mnisi patrzyli z zainteresowaniem, a Johnny powtarzał proste czynności, po czym dziecko zaczynało ssać. Gdy dotykał usteczek noworodka, niektórzy bracia zakonni otwierali własne usta, z rozbawieniem zauważył Philip. Takie karmienie było powolne, ale przecież dzieci karmi się wolno.

Peter z Wareham, który nie mógł się oprzeć powszechnemu zachwytowi i w konsekwencji zapomniał, że ma być zawsze krytycznie do wszystkiego nastawiony, teraz się pozbierał i rzekł:

— Mniejszym kłopotem byłoby znaleźć dziecku matkę. Najlepiej jego własną.

— Wątpię, czy to możliwe — stwierdził Francis. — Matka jest prawdopodobnie niezamężna i obciążona moralnym występkiem. Podejrzewam, że to młoda kobieta. Może udało się jej utrzymać ciążę w tajemnicy, a kiedy zbliżył się jej czas, poszła do lasu, rozpaliła ognisko, urodziła bez pomocy i potem porzuciła dziecko na łaskę wilków, by wrócić tam, skąd przyszła. Upewniła się, że nie zostanie zdradzona.

Dziecko zasnęło. Philip odruchowo wziął je od Johnny’ego i przycisnął do piersi.

— Biedactwo, biedactwo — szeptał — nieszczęsna mizerotka. — Odczuł nagłą potrzebę zaopiekowania się maleństwem. Zauważył, że mnisi wpatrują się w niego, zdumieni okazywaniem czułości. Nigdy nie widzieli u niego ukazywania uczuć; coś takiego było w klasztorze surowo zabronione. Najwidoczniej uważali go za niezdolnego do czułości. No cóż, pomyślał, wobec tego znają prawdę.

— Będziemy musieli zawieźć dziecko do Winchesteru i tam znaleźć mu zastępczą matkę — przemówił znów Peter z Wareham.

Gdyby powiedział to ktokolwiek inny, Philip nie śpieszyłby się tak bardzo z przeciwstawieniem się temu pomysłowi, ale że to właśnie Peter zgłaszał sprzeciw, przeor szybko zaprotestował… Ta chwila miała w decydujący sposób zmienić jego życie.

— Nie oddamy go do żadnej zastępczej matki. To dziecko jest darem od Boga. — Popatrzył po wszystkich. Szeroko otwarte oczy mnichów śledziły jego usta. — Zajmiemy się dzieckiem sami. Będziemy je karmić, uczyć i wskażemy drogę do Boga. Potem, kiedy wyrośnie na mężczyznę, sam zostanie mnichem. Tym sposobem zwrócimy go Panu.

Zapadła martwa cisza.

Peter przerwał ją, mówiąc ze złością:

— To niemożliwe! Dziecko nie może być wychowywane przez mnichów!

Philip pochwycił spojrzenie swego brata i uśmiechnęli się obaj do wspólnych wspomnień. Kiedy znów przemówił, jego głos był przytłumiony ciężarem przeszłości.

— Niemożliwe? Mylisz się, Peterze. Przeciwnie. Jestem tak samo jak mój brat całkowicie przekonany, że mnisi to potrafią. Znamy to z własnego doświadczenia. Nieprawdaż, Francis?

Pamiętał tamten dzień, jakby to było wczoraj. Jego ojciec wrócił do domu ranny. Philip pierwszy dostrzegł, jak wijącą się ścieżką wspinał się na koniu do położonej na wzniesieniu niewielkiej osady w górzystej Walii Północnej. Sześcioletni Philip wybiegł mu na spotkanie, jak zwykle, tym razem jednak tatko nie dźwignął swego malucha, by posadzić go przed sobą na koniu. Jechał powoli, to zsuwając się z siodła, to poprawiając, wodze trzymał w prawej ręce, lewa zaś zwisała bezwładnie. Twarz miał bladą, a odzież poplamioną krwią. Dzieciak był zarówno zaciekawiony, jak i przestraszony, bo dotychczas nigdy nie widział ojca słabego.

— Idź po matkę — rzekł tatko.

Kiedy wprowadzili go do domu, mama rozcięła ojcu koszulę. Philip przeraził się — widok matki, zawsze tak oszczędnej, a teraz niszczącej odzież, był bardziej wstrząsający niż krew.

— Nie martw się o mnie — powiedział tatko. Jego zwykły mocny bas osłabł do pomruku. Nikt nie zwrócił uwagi na to kolejne wstrząsające spostrzeżenie; słowo ojca było prawem. — Zostawcie mnie i zabierajcie się wszyscy do klasztoru na górze — powiedział. — Ci przeklęci Anglicy wkrótce się tu zjawią.

Na wzgórzu stał kościół i klasztor, ale Philip nie pojmował, dlaczego mają tam iść, skoro nie była to niedziela.

— Jeśli stracisz jeszcze trochę krwi, nie będziesz w stanie nigdy i nigdzie pójść — odparła mama, a ciotka Gwen powiedziała, że podniesie alarm, i wyszła.

Wiele lat później, kiedy myślał o wydarzeniach, jakie potem nastąpiły, uświadomił sobie, że wszyscy zapomnieli wtedy o nim i o jego czteroletnim bracie Francisie i nikomu nie przyszło do głowy, by zabrać ich do bezpiecznego klasztoru. Zapewne rodzice myśleli o dzieciach i spodziewali się, że nic im się nie stanie, bo są z nimi, ale tatko wykrwawiał się na śmierć, a mama próbowała go ratować i w ten sposób Anglicy przyłapali ich czwórkę razem.

Nic w dotychczasowym krótkim życiu Philipa nie przygotowało go na pojawienie się dwu zbrojnych mężów, którzy kopniakami otwarli drzwi i wpadli do jednoizbowego domu. W innych warunkach nie daliby się zastraszyć, bo przecież napastnicy byli tylko wielkimi niezgrabnymi podrostkami, którzy kpili ze starych kobiet i wymyślali Żydom, a o północy w piwiarniach wszczynali bójki na pięści. Teraz jednak (Philip zrozumiał to wiele lat później, kiedy wreszcie zdołał myśleć o tym dniu obiektywnie) tych dwu młodych opanowała żądza krwi. Byli w bitwie, słyszeli rycerzy wyjących w agonii i widzieli przyjaciół padających trupem. Lecz bitwę wygrali i udało im się nie polec, a teraz ogarnęła ich gorączka pościgu za wrogami i nic nie mogło ich nasycić. Pragnęli więcej krwi, więcej wrzasku, więcej ran i śmierci… Mieli to wypisane na powykrzywianych twarzach, kiedy wdarli się do izby jak lisy do kurnika.

Poruszali się szybko, lecz Philip zapamiętał na zawsze każdy szczegół, jakby wszystko trwało bardzo długo. Obaj nosili lekkie zbroje, kolczugi zrobione z metalowych oczek, i skórzane hełmy, wzmocnione żelaznymi taśmami. Trzymali w rękach wyciągnięte miecze. Jeden, brzydki, zezowaty i z wielkim złamanym nosem, obnażył zęby w małpim przerażającym grymasie. Drugi miał lśniącą brodę, posklejaną kroplami krwi, prawdopodobnie cudzej, bo sam nie wyglądał na rannego. Omietli wzrokiem izbę, nie zatrzymując go na niczym. Ich bezlitosne, chytre oczy nie zatrzymały się na Philipie i Francisie, zauważyły mamę i skierowały się na tatka. Natarli na niego, zanim ktokolwiek zdołał się poruszyć.

Mama pochylała się nad tatkiem, wiążąc bandaż na jego lewym ramieniu. Wyprostowała się i odwróciła ku intruzom, w jej oczach płonęła odwaga i determinacja. Tatko zerwał się na nogi, sięgnął po miecz. Philip wydał okrzyk strachu.

Ten brzydki podniósł miecz nad głowę i uderzył rękojeścią w głowę mamy, po czym odepchnął ją, ale nie wykonał pchnięcia, pewnie z tego powodu, że nie chciał, by miecz utkwił w jej ciele, podczas gdy tatko jeszcze żył. Philip odtworzył to wiele lat później: biegł wtedy do mamy, nie rozumiejąc, że ona już nie może go obronić. Mama potknęła się, ogłuszona, a ten brzydki minął ją, wznosząc miecz ponownie. Philip pochwycił jej spódnicę, gdy się zatoczyła w oszołomieniu, nie potrafił jednak przestać patrzeć na ojca.

Tatko dobył miecza i uniósł w pozycji obronnej. Brzydki uderzył z góry i ostrza brzęknęły przy zetknięciu. Niczym dzwonek. Tak jak wszyscy mali chłopcy, Philip uważał, że ojciec jest niezwyciężony, a tu nagle okazało się, że prawda jest inna. Tatko osłabł wskutek utraty krwi. Kiedy ostrza się spotkały, ojcowski miecz opadł; atakujący szybko uniósł swoją broń i uderzył ponownie. Cios trafił w miejsce, w którym wielkie mięśnie szyi łączą się z barkami. Philip zaczął przeraźliwie krzyczeć na ten widok. Brzydki cofnął rękę, złożył się do pchnięcia i wbił miecz w brzuch tatka.

Sparaliżowany przerażeniem Philip patrzył na matkę. Ich oczy spotkały się w momencie, kiedy ten drugi, brodaty, powalił ją ciosem z góry. Padła na podłogę. Krew płynęła strumieniem z rany na głowie. Brodaty obrócił swój miecz sztychem w dół i, trzymając oburącz, podniósł go jak najwyżej, niemal jakby chciał się sam przebić, i opuścił gwałtownie. Rozległ się mdlący trzask pękających kości, kiedy sztych wdzierał się w pierś mamy. Wszedł głęboko, tak głęboko (zauważył Philip, mimo że znajdował się w kleszczach ślepego histerycznego strachu), iż musiał przejść na zewnątrz przez plecy i wbić się w ziemię, przybijając mamę do podłogi, tak jak gwóźdź.

Philip dziko wpatrywał się w ojca. Zobaczył, jak pada pod ciosem miecza, a z ust chlusta mu krew. Jego zabójca odstąpił i szarpnął, chcąc uwolnić swoją broń. Tatko potknął się, robiąc krok w stronę mordercy. Brzydki krzyknął i obrócił miecz w brzuchu ojca. Udało mu się go wyszarpnąć. Tatko padł na podłogę, a jego ręce powędrowały do otwartych wnętrzności, jakby chciał zakryć ranę. Philip zawsze wyobrażał sobie, że ludzkie wnętrze jest jednolite, widok tego, co wypadło z ojca, zaskoczył go i przyprawił o mdłości. Napastnik podniósł swój miecz wysoko, ponad ciałem tatka, jak brodaty nad ciałem mamy, i zadał ostatni cios.

Obaj Anglicy spojrzeli na siebie i zupełnie nieoczekiwanie Philip wyczytał w ich twarzach ulgę. Odwrócili się razem, popatrzyli na przerażone dzieci. Jeden skinął głową, drugi wzruszył ramionami i Philip pomyślał, że oni chcą zabić jego i brata cięciami tych swoich ostrych mieczy, a kiedy jeszcze uświadomił sobie, jak bardzo będzie to boleć, zdrętwiał ze strachu.

Ten z krwią na brodzie schylił się lekko i chwyciwszy Francisa za kostkę u nogi, podniósł go. Trzymał chłopca do góry nogami, a on wołał mamę, nie rozumiejąc, że jest martwa. Brzydal wyciągnął miecz z ciała tatka i cofnął ramię. Zamierzył się na Francisa.

Cios nie padł. Rozległ się rozkazujący głos i obaj mężczyźni zamarli w bezruchu. Zapadła cisza. Philip uświadomił sobie, że przestał krzyczeć. Spojrzał na drzwi i zobaczył opata Petera z drewnianym krzyżem w ręku, jakby to był miecz. Jego oczy wyrażały oburzenie.

Kiedy Philip przeżywał w koszmarach sennych ten dzień i budził się spocony, krzycząc w ciemności, to zawsze przywoływał obraz człowieka z krzyżem, bez broni. Wtedy uspokajał się i w końcu zasypiał.

Opat przemówił. Philip nie rozumiał jego słów, bo mnich mówił po angielsku, pojął jednak ich znaczenie, gdyż obaj napastnicy zawstydzili się, a brodaty położył Francisa na ziemię. Nie przestając mówić, mnich wkroczył pewnie do chaty. Zbrojni cofnęli się o krok. Opat odwrócił się lekceważąco i kucnął, by porozmawiać z Philipem. Głos brzmiał rzeczowo:

— Jak cię zwą?

— Philip.

— Aha, pamiętam. A twój brat to…?

— Francis.

— Właśnie. — Opat popatrzył na krwawiące ciała na podłodze. — To jest twoja mama, tak?

— Tak — powiedział Philip. Zaczęła go ogarniać panika, kiedy wskazywał okaleczone ciało ojca, mówiąc: — A to jest mój tatko!

— Wiem — uspokajająco rzekł mnich. — Przestań płakać i odpowiedz na moje pytania. Czy rozumiesz, że oni nie żyją?

— Nie — odrzekł Philip żałośnie. Widział zdychające zwierzęta, ale żeby coś takiego przydarzyło się mamie i tatkowi?

— To tak, jak pójść spać — wyjaśnił opat.

— Ale mają otwarte oczy! — krzyknął Philip.

— Ciii… Lepiej więc je zamknijmy.

— Tak — zgodził się Philip. Poczuł, że to może coś rozwiązać.

Mnich wstał, wziął Philipa i Francisa za ręce i poprowadził przez izbę do ciała ich ojca. Ukląkł przy nim i ujął w swoją dłoń prawą rękę Philipa.

— Pokażę ci jak. — Pociągnął rękę Philipa, przesunął ją nad twarz ojca, ale nagle Philip zaczął odczuwać lęk, bo ciało tatka wyglądało obco i było ohydnie poranione. Wyrwał więc rękę i z niepokojem spojrzał na opata Petera, którego wszyscy słuchali, lecz on nie wydawał się rozgniewany. — Chodź — powiedział łagodnie i wziął ponownie rękę chłopca. Tym razem Philip się nie opierał. Trzymając palec Philipa między swym kciukiem i palcem wskazującym, mnich spowodował dotknięcie przez chłopca powieki ojca i przesunięcie jej w dół, aż zakryła przerażająco wytrzeszczoną gałkę oczną. Wtedy opat puścił rękę Philipa i rzekł: — Zamknij drugie oko.

Tym razem bez pomocy Philip sięgnął, dotknął powieki ojca i zamknął ją. Poczuł się lepiej.

— To samo zrobimy z oczami mamy, dobrze? — zaproponował opat.

— Tak.

Uklękli przy jej ciele. Opat wytarł z jej twarzy krew swoim rękawem. Philip zapytał:

— A Francis?

— Może on też mógłby pomóc.

— Zrób to, co ja, Francis — zwrócił się Philip do brata. — Zamknij mamie oczy, tak jak ja tatkowi, żeby mogła spać.

— A oni śpią? — spytał Francis.

— No, nie, ale to jest jak spanie — odparł autorytatywnym tonem — więc ona musi mieć zamknięte oczy.

— No to dobrze — zgodził się Francis i bez wahania wyciągnął pulchną dłoń, i uważnie zamknął oczy matki.

Potem opat wziął ich obu na ręce i, bez jednego spojrzenia na żołnierzy, wyniósł małych z domu i zaniósł stromą ścieżką na górę, do klasztoru.

Nakarmił ich w klasztornej kuchni; później zaś, by nie zostawiać ich sam na sam z myślami, bezczynnie, polecił im pomóc kucharzowi w przygotowywaniu kolacji dla mnichów. Następnego dnia pokazał dzieciom ciała rodziców, umyte i ubrane, z ranami oczyszczonymi, zaszytymi i częściowo ukrytymi. Leżały w trumnach obok siebie w nawie kościoła. Przyszło jedynie kilkoro spośród ich krewnych, bo nie wszyscy ze wsi schronili się w klasztorze przed armią najeźdźców. Opat Peter zabrał chłopców na pogrzeb i dopilnował, aby byli obecni przy złożeniu dwu trumien do jednego grobu. Kiedy Philip zapłakał, Francis zapłakał także. Ktoś zaczął ich uciszać, ale opat Peter powiedział:

— Pozwól im szlochać.

A kiedy oswoili się z myślą, że rodzice odeszli i nigdy już nie wrócą, zaczął mówić o przyszłości.

Wśród ich krewnych nie było ani jednej rodziny, która by kogoś nie straciła — w każdej albo matka, albo ojciec zostali zabici. Nie było też nikogo, kto mógłby zająć się chłopcami. Pozostawały dwie możliwości. Można było oddać lub sprzedać braci jakiemuś kmieciowi, który mógłby ich wykorzystywać do niewolniczej pracy, póki nie dorośliby na tyle, by uciec. Albo mogli zostać oddani Bogu.

Umieszczanie małych chłopców w klasztorach nie było niczym nowym. Zazwyczaj oddawano ich w wieku jedenastu lat, a dolna granica wynosiła lat pięć, bo mnisi nie byli po to, by dzieci niańczyć. Do klasztoru trafiały sieroty, bywało, że przebywający tam chłopcy nie mieli jednego z rodziców, a czasem ich rodzice mieli za dużo synów. Zazwyczaj rodzina wraz z dzieckiem przekazywała jakiś wartościowy dar, wiano, gospodarstwo, kościół, a czasami całą wioskę. W razie skrajnej nędzy dar nie był wymagany. Ponieważ ojciec Philipa zostawił skromne gospodarstwo na wzgórzu, więc chłopcy nie musieli korzystać z miłosierdzia. Opat Peter zaproponował, że klasztor weźmie chłopców i przejmie gospodarstwo, na co ci krewni, którzy przetrwali, zgodzili się; umowa została zatwierdzona przez księcia Gwynedd, Gruffyda ap Cynana. Został on wprawdzie pobity, ale nie obalony przez żołnierzy króla Henryka, tych, którzy zabili ojca Philipa.

Opat wiedział wiele o smutku, ale mimo całej swej wiedzy nie był przygotowany na to, co spotkało Philipa. Mniej więcej po roku, kiedy wydawało się, że żal już przeminął, a obaj chłopcy okrzepli w klasztornym życiu, Philip popadł w jakiś rodzaj nieuzasadnionej złości. Warunki życia wspólnoty na szczycie wzgórza nie były aż tak złe, by jego gniew usprawiedliwić: mieli jedzenie, odzież, zimą w dormitorium płonął ogień, a nawet było trochę miłości i przywiązania. Ostra dyscyplina i pieczołowicie dopełniane rytuały w końcu miały służyć utrzymaniu porządku i równowagi. Philip jednak zaczął zachowywać się, jakby zamknięto go w więzieniu, i to niesprawiedliwie. Nie słuchał poleceń, przy każdej okazji podważał autorytet przełożonych, kradł żywność, tłukł jaja, spuszczał konie, przedrzeźniał słabszych i obrażał starszych. Ale w końcu wyrósł z tego. W Boże Narodzenie rozmyślał o minionych dwunastu miesiącach i uświadomił sobie, że nawet jednej nocy w tym roku nic spędził w celi pokutnej.

Trudno powiedzieć, co sprawiło, że powrócił do normalności. Prawdopodobnie pomogło to, że interesował się przedmiotami, których się uczył. Matematyczna teoria muzyki zafascynowała go, a nawet sposób koniugowania łacińskich czasowników miał pewną satysfakcjonującą logikę. Został skierowany do pomocy klucznikowi klasztornemu, mnichowi, którego pieczy powierzono wszystkie zapasy i całe zaopatrzenie, od sandałów do ziarna na siew, i to także wzbudziło zainteresowanie Philipa. Rozwinęło się w nim uczucie uwielbienia dla brata Johna, przystojnego, krzepkiego mnicha, który wydawał się chłopcu wcieleniem uczoności, świątobliwości, mądrości i uprzejmości. Czy to przez naśladownictwo Johna, czy z powodu własnych skłonności, czy też z obu powodów naraz, zaczął znajdować pociechę w codziennej modlitwie i nabożeństwach. I tak wkroczył w dorastanie, z umysłem naszpikowanym wiedzą o organizacyjnych sprawach klasztoru i sercem pełnym religijnego natchnienia.

W nauce bracia wyprzedzali znacznie swych rówieśników. Myśleli, że to dlatego, iż mieszkając w klasztorze, mają lepsze możliwości zdobywania wiedzy. Wówczas nie uświadamiali sobie jeszcze, że są wyjątkowi. Nawet wtedy, kiedy zaczęli nauczać w małej klasztornej szkółce — a sami, zamiast od pedantycznego starca, mistrza nowicjatu, brali lekcje od opata — przypuszczali, że to wyprzedzanie bierze się z ich wcześniejszego startu.

Gdy tak zastanawiał się nad swoją młodością, wydawało mu się, że właśnie wtedy przeżywał swój krótki złoty wiek, rok, a może mniej, między zakończeniem buntu a zaciekłym atakiem cielesnej żądzy. Nadszedł wówczas pełen męczarni okres myśli nieczystych, zmaz nocnych, przerażająco kłopotliwych sesji ze spowiednikiem (był nim opat), niekończących się pokut i umartwień przez samobiczowanie.

Żądza nigdy całkowicie go nie opuściła, ale w końcu stała się mniej ważna, dokuczała mu z rzadka, gdy jego umysł i ciało pozostawały bezczynne, podobna do starej rany, która odzywa się przy złej pogodzie.

Francis toczył swą walkę nieco później. Jakkolwiek nie zwierzał się na jej temat Philipowi, ten odnosił wrażenie, że jego brat walczył ze zmysłowym pożądaniem nieco mniej dzielnie, a porażki przyjmował trochę zbyt radośnie. Najważniejsze, że sprawa została ostatecznie rozstrzygnięta: obaj po bitwie z namiętnościami, tym największym wrogiem życia klasztornego, osiągnęli pokój.

Kiedy Philip współpracował z klucznikiem, Francis pracował dla przeora, zastępcy opata Petera. Po śmierci klucznika Philip miał dwadzieścia jeden lat i mimo młodego wieku przejął jego obowiązki. Kiedy zaś Francis ukończył dwadzieścia jeden lat, opat zaproponował utworzenie specjalnie dla niego nowego urzędu subprzeora. Propozycja ta jednak przyśpieszyła kryzys. Francis błagał, by go zwolnić z odpowiedzialności. A skoro nadarzyła się taka okazja, poprosił także o zgodę na opuszczenie klasztoru. Pragnął bowiem przyjąć święcenia kapłańskie i służyć Bogu po drugiej stronie klasztornych murów.

Philip zdumiał się tym i przeraził. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że któryś z nich może chcieć opuścić klasztor, więc wiadomość ta wprawiła go w takie zakłopotanie, jakby się dowiedział, że jest następcą tronu. Jednakże stało się. Mimo próśb i gróźb Francis pożegnał mnichów, a niedługo potem został kapelanem hrabiego Gloucesteru.

Zanim wydarzyło się to wszystko, Philip widział swą przyszłość bardzo zwyczajnie. Będzie wiódł pokorne i posłuszne życie mnicha, a na starość, być może wzorem ojca Petera, zostanie opatem. Teraz zastanawiał się, czy też Bóg nie przewidział dla niego innego losu. Przypomniał sobie przypowieść o talentach: Bóg nie chce jedynie zachowania bogactwa, ale jego powiększenia. Podzielił się swymi myślami z opatem Peterem, gotowy na reprymendę za uleganie grzechowi pychy.

Ku jego zaskoczeniu opat powiedział:

— Zastanawiałem się już, jak wiele czasu zajmie ci zauważenie tego. Oczywiście, że jesteś przeznaczony do czegoś innego. Urodzony w pobliżu klasztoru, stałeś się sierotą w wieku sześciu lat, wychowany przez mnichów, zostałeś klucznikiem, mając dwadzieścia jeden lat. Bóg nie zadawałby sobie tyle trudu, by ukształtować człowieka, który ma spędzić resztę życia w małym klasztorze na ponurym szczycie wzgórza w zapadłym księstwie. Nie masz tu pola do popisu. Musisz opuścić to miejsce.

Philip osłupiał. Zanim jednak opuścił opata, przyszło mu do głowy pytanie, które musiał zadać:

— Jeśli ten klasztor jest tak nieistotny, dlaczego Bóg postawił tutaj ciebie?

Mnich uśmiechnął się.

— Być może, bym się tobą zajął.

W tymże roku opat pojechał do Canterbury, by złożyć wyrazy szacunku arcybiskupowi, a kiedy wrócił, powiedział Philipowi:

— Oddałem cię przeorowi Kingsbridge.

Philip poczuł się przytłoczony. Kingsbridge to jeden z największych i najbogatszych domów zakonnych w kraju. Jego kościół był katedrą, siedzibą biskupa, a biskup pełnił funkcję opata klasztoru, aczkolwiek w praktyce klasztorem zarządzał przeor.

— Brat James jest moim starym przyjacielem. W ciągu ostatnich paru lat zaczął upadać na duchu, choć nie wiem dlaczego. Kingsbridge potrzebuje nowej, świeżej krwi. Przeor James w szczególności ma kłopoty z małą wspólnotą w lesie i rozpaczliwie potrzebuje kogoś, na kim mógłby całkowicie polegać, kto by przejął ten mały klasztor i ponownie wprowadził na drogę do Boga.

— Miałbym tedy zostać przeorem? — spytał zaskoczony Philip.

Opat skinął głową.

— Jeśli mamy rację, myśląc, że Bóg ma dla ciebie wiele pracy, możemy się spodziewać, że pomoże ci rozwiązać wszystkie problemy tej wspólnoty.

— A jeśli się mylimy, ojcze?

— Zawsze możesz tutaj wrócić i być moim klucznikiem. Ale my się nie mylimy, mój synu. Zobaczysz.

Pożegnania były pełne łez. Spędził tutaj siedemnaście lat, a mnisi byli jego rodziną. Znaczyli dla niego więcej niż rodzice, tak barbarzyńsko mu odebrani. Prawdopodobnie nigdy więcej tych mnichów nie zobaczy. Ogarnął go wielki smutek.

Kingsbridge w pierwszej chwili onieśmieliło go. Otoczony murem klasztor wydawał się większy niż jedna wieś, katedralny kościół stanowił rozległą, mroczną jaskinię, a dom przeora był małym zamkiem. Kiedy jednak oswoił się z tym rozległym miejscem, zaczął dostrzegać to, o czym wspominał opat Peter — zwątpienie przeora Jamesa i osłabienie moralne mnichów. Modlitwy klepano pośpiesznie, regułę milczenia stale łamano, zbyt wiele było sług, więcej niż samych mnichów, a kościół wyraźnie potrzebował poważnych napraw. Philip szybko przestał czuć onieśmielenie, natomiast ogarnął go gniew. Najchętniej złapałby przeora za gardło i potrząsnął nim, mówiąc: „Jak śmiałeś do tego dopuścić? Jak śmiesz dawać Bogu te trajkotane modlitwy? Jak śmiesz pozwalać nowicjuszom grać w kości, a mnichom trzymać pokojowe psy? Jak śmiesz mieszkać w zamku, otoczony przez sługi, kiedy dom Boży popada w ruinę?”.

Nic z tego oczywiście nic powiedział. Odbył krótką, formalną rozmowę z ojcem Jamesem, wysokim, szczupłym, przygarbionym mężczyzną, który wydawał się trzymać na swych pochylonych plecach ciężar zmartwień całego świata. Potem rozmawiał z subprzeorem ojcem Remigiusem. Powiedział mu, że niezbędne są pewne zmiany w klasztorze, i oczekiwał, że Remigius zgodzi się z nim z całego serca, lecz ten popatrzył na Philipa przeciągle, jakby chciał rzec: „A ty kim jesteś?” i zmienił temat.

Subprzeor oznajmił, że małą wspólnotę Świętego Jana z Lasu ustanowiono trzy lata temu. Otrzymała trochę ziemi i ruchomości, i powinna już być samowystarczalna, a w rzeczywistości wciąż zależała od dostaw z macierzystego klasztoru. Były i inne problemy: diakon, który pewnego razu tam nocował, miał zastrzeżenia do sposobu prowadzenia nabożeństw; podróżni, którym zdarzyło się tamtędy przechodzić lub przejeżdżać, twierdzili, że zostali obrabowani przez mnichów; mówiono także o nieczystości… Fakt, że subprzeor nie chciał lub nie potrafił podać szczegółów, stanowił po prostu kolejną oznakę gnuśności, która ogarnęła wszystkie dziedziny klasztornego życia w tej wspólnocie. Philip wyjechał, w napadzie furii. Klasztor winien głosić chwałę Boga, a jeśli tego nie czyni, jest niczym. Kingsbridge lekceważył Boga wskutek gnuśności mnichów. Cóż Philip mógł na to poradzić? Mógł jedynie poświęcić się zreformowaniu filii, którą miał kierować.

Podczas podróży do klasztoru Świętego Jana z Lasu zastanawiał się nad skąpymi informacjami, jakie udało mu się otrzymać, i pobożnie rozważał charakter swojej posługi. Doszedł do wniosku, że powinien zaprowadzać porządek w sposób łagodny. Zazwyczaj przeor był wybierany przez mnichów tworzących dane zgromadzenie, ale w takich okolicznościach, jakie nastąpiły, mógł go po prostu naznaczyć przeor klasztoru macierzystego. Philip tedy nie musiał poddać swej kandydatury pod głosowanie, a to oznaczało, że w swojej posłudze nie będzie mógł liczyć na dobrą wolę mnichów. Powinien ostrożnie obrać drogę, a przede wszystkim dowiedzieć się więcej o miejscowych problemach, zanim się zabierze do ich rozwiązywania. Najważniejsze jest jednak zdobycie zaufania i szacunku mnichów, specjalnie zaś tych, którzy byli od niego starsi i mogli się spodziewać, że spośród nich zostanie wybrany przeor. Potem, kiedy już zbierze niezbędne informacje i zaakceptują go bracia, nadejdzie czas na rozpoczęcie właściwej pracy.

Nie wyszło w ten sposób.

Słońce już gasło, gdy drugiego dnia skierował kucyka na skraj polany i przyjrzał się swemu nowemu domowi. W owych czasach stał tam tylko jeden kamienny budynek, kaplica. (Philip zbudował nowe kamienne dormitorium w następnym roku). Pozostałe zabudowania były drewniane: wyglądały jak rudery. Philipowi od razu się to nie spodobało; wszystko, co mnisi budowali, miało przetrwać lata, zarówno chlewy, jak i katedry. Kiedy tak się rozglądał, dowody niedbalstwa, podobnie jak w Kingsbridge, mnożyły się: brak było płotów, siano wypadało ze stodoły, a gnojowisko wykopano obok stawu rybnego. Twarz mu tężała w tłumionym gniewie. Mówił do siebie: „Spokojnie, tylko spokojnie”.

Z początku nikogo nie zauważył. Nie dziwiło go to, był to bowiem czas nieszporów i większość mnichów powinna modlić się w kaplicy. Dotknął trzcinką boku kuca i skierował się przez polanę do budynku wyglądającego na stajnię. Młodzik o nieobecnym spojrzeniu, ze słomą we włosach, wytknął głowę znad drzwi i wytrzeszczonymi oczami patrzył zdziwiony na Philipa.

— Jak cię zwą… mój synu?

— Wołają mnie Johnny Osiem Pensów — odrzekł młodzik.

Philip zsiadł i podał mu wodze.

— Dobrze, Johnny Osiem Pensów, możesz rozsiodłać konia.

— Tak, ojcze. — Wziął wodze, okręcił je wokół kołka i skierował się do wyjścia.

— Gdzie idziesz? — ostro spytał Philip.

— Powiedzieć braciom, że przybył obcy.

— Musisz ćwiczyć posłuszeństwo, Johnny. Rozsiodłaj mego konia. Sam powiem braciom, że przybyłem.

— Tak, ojcze — niepewnie odparł chłopak i wziął się do roboty.

Philip rozejrzał się. Pośrodku polany znajdował się długi budynek, prawdopodobnie mieszczący główną salę. Obok stał mały budyneczek, okrągły, w jego dachu była dziura, przez którą unosił się dym. Pewnie kuchnia. Postanowił zobaczyć, co będzie na kolację. W klasztorach o ścisłej regule podawano tylko jeden posiłek dziennie, obiad w południe, tu jednak nie stosowano sztywnych przepisów i podawano także lekką kolację po nieszporach, zapewne chleb z serem lub soloną rybą, a może miskę krupniku z ziołami. Jednakże w miarę zbliżania się do kuchni rozpoznał nieomylnie zapach pieczeni, tak apetyczny, że aż ślina napłynęła mu do ust. Zatrzymał się, zmarszczywszy brwi, i po chwili wszedł do pomieszczenia.

Dwu mnichów i chłopiec siedziało wokół centralnie zbudowanego paleniska. Philip dostrzegł, jak jeden z braci podał dzbanek drugiemu, a ten się napił. Chłopiec trzymał rożen, na którym rumieniło się prosię.

Kiedy Philip wstąpił w krąg światła, popatrzyli na niego zaskoczeni. Nic nie mówiąc, wziął dzbanek z rąk mnicha i powąchał.

— Dlaczego pijecie wino? — zapytał.

— Bo sprawia, że jestem kontent, przybyszu — powiedział mnich. — Masz, pociągnij sobie.

Jasne, nie byli uprzedzeni, że mają się spodziewać nowego przeora. Równie jasne było, iż nie obawiali się konsekwencji, w razie gdyby przejeżdżający mnich opowiedział w Kingsbridge o ich zachowaniu. Philip poczuł przemożną chęć rozbicia dzbana z winem na głowie tego człowieka, ale wziąwszy głęboki wdech, odezwał się łagodnie:

— Dzieci biedaków głodują, abyśmy byli zaopatrzeni w mięso i napoje. Czynią to na chwałę Boga, nie po to, by cieszyć nasze serca. Koniec z winem na dzisiaj. — Odwrócił się, zabierając dzban.

Kiedy wychodził, usłyszał mnicha mówiącego:

— Myślisz, że kim ty jesteś?

Nic nie odpowiedział. Dowiedzą się niedługo.

Postawił dzbanek na ziemi obok kuchni i skierował się ku kaplicy: po drodze próbując opanować gniew, ściskał i rozwierał pięści. Nakazywał sobie, by nie przyśpieszać, być uprzejmym, zyskiwać na czasie.

Tuż przed drzwiami kaplicy na chwilę przystanął, nabrał powietrza i delikatnie popchnął wielkie dębowe drzwi. Wszedł cicho.

Może tuzin mnichów i kilku nowicjuszy stało plecami do niego w nierównych rzędach, a zakrystian, zwrócony do nich twarzą, czytał z otwartej księgi. Odmawiał nabożeństwo pośpiesznie, a mnisi niedbale mruczeli coś w odpowiedzi. Na ołtarzu trzy różnej długości świeczki kapały na brudny obrus.

W głębi dwu młodych mnichów dyskutowało z ożywieniem, zupełnie ignorując nabożeństwo. Kiedy rozgniewany Philip starał się opanować, jeden z nich powiedział coś zabawnego, a drugi wybuchnął śmiechem zagłuszającym bełkotliwe słowa zakrystiana. Dla Philipa była to ostatnia kropla przepełniająca czarę goryczy i wszystkie myśli o łagodnym traktowaniu uleciały mu z pamięci. Otwarł usta i wrzasnął z całej siły:

— UCISZCIE SIĘ!

Śmiech się urwał. Zakrystian przestał czytać. W kaplicy zapadła cisza, a mnisi odwrócili się i szeroko otwartymi oczyma patrzyli na przybysza.

Philip podszedł do mnicha, który się śmiał, i złapał go za ucho. Byli w podobnym wieku. Mnich, choć wyższy, okazał się zbyt zaskoczony, by stawić opór, gdy Philip ciągnął jego głowę w dół.

— Na kolana! — zawołał. Przez chwilę wyglądało na to, że mnich się wyrwie, lecz zapewne zdawał sobie sprawę, że popełnił błąd, bo, zgodnie z przewidywaniem Philipa, opór jego został zniweczony poczuciem winy. Kiedy Philip mocniej pociągnął za ucho, mnich ukląkł. — I wy, wszyscy! — rozkazał Philip. — Na kolana!

Mnisi składali kiedyś śluby posłuszeństwa, a haniebny brak dyscypliny nie był aż na tyle silny, by wymazać wieloletnie przyzwyczajenie; połowa mnichów i nowicjuszy uklękła.

— Złamaliście wasze śluby — oświadczył Philip, pozwalając, by jego wzgarda wyszła na jaw. — Jesteście bluźniercami, każdy z was. — Patrzył wokoło, nie unikając ich spojrzeń. — Wasza skrucha i żal za grzechy rozpoczyna się natychmiast — zakończył.

Powoli jeden za drugim klękali, z wyjątkiem zakrystiana, mężczyzny o zaspanych oczach, wysokiego. Mógł być ze dwadzieścia lat starszy od Philipa. Ten zbliżył się do niego, omijając klęczących braci.

— Daj mi księgę.

Zakrystian popatrzył wyzywająco i nic nie powiedział.

Philip sięgnął i delikatnie ujął wielkie tomisko. Zakrystian wzmocnił swój chwyt. Philip zawahał się. Dwa dni stracił na przekonanie siebie, że powinien postępować ostrożnie i spokojnie, a teraz, kiedy tu przybył, jeszcze okryty pyłem drogi, ryzykował wszystko w starciu z człowiekiem, o którym nic nie wiedział.

— Daj mi księgę i klękaj — powtórzył.

Cień szyderstwa przemknął przez twarz zakrystiana.

— Kim jesteś? — zapytał.

Philip znowu się zawahał. Oczywiste było, że jest mnichem — po habicie i ostrzyżonej głowie łatwo to poznać. Po zachowaniu wszyscy musieli się domyślić, że jest zwierzchnikiem; nie wiedzieli tylko, czy stoi wyżej od zakrystiana. Wystarczyłoby, gdyby rzekł: „Jestem nowym przeorem”, ale tego nie chciał. Nagle wydało mu się niezwykle ważne, by zwyciężył siłą autorytetu moralnego.

Zakrystian wyczuł jego niepewność i wykorzystał swą przewagę.

— Powiedz, proszę — rzekł z udawaną uprzejmością — kim jest ten, który każe nam klęczeć w swej obecności?

Wszystkie wahania nagle opuściły Philipa, pomyślał: Bóg jest ze mną, więc czego mam się bać? Wziął głęboki wdech, a słowa jego zagrzmiały, rozlegając się echem po kamiennym wnętrzu.

— To Bóg wam każe klęczeć w jego obecności! — ryknął.

Zakrystian jakby nieco stracił na pewności siebie. Philip wykorzystał okazję i pochwycił księgę. W tej chwili zakrystiana opuściła pycha i wreszcie, niechętnie, ukląkł.

Ukrywając ulgę, Philip popatrzył po wszystkich i powiedział:

— Jestem waszym nowym przeorem.

Klęczeli przez cały czas, kiedy odprawiał nabożeństwo. Trwało to bardzo długo, ponieważ kazał im powtarzać odpowiedzi dopóty, dopóki nie mówili zgodnym chórem. Potem w ciszy wyprowadził ich z kaplicy przez polanę do refektarza. Nakazał zanieść prosię do kuchni, a przynieść chleb i słabe piwo i wskazał mnicha, który miał głośno czytać, kiedy jedli. Skoro tylko skończyli, powiódł ich bez słowa do dormitorium.

Polecił przenieść łoże przeora do dormitorium; będzie spał w tym samym pomieszczeniu, co mnisi. To był najprostszy i najskuteczniejszy sposób zapobiegania grzechom nieczystości.

Przez całą pierwszą noc nie spał w ogóle, lecz siedział przy świecy, cicho się modląc, aż nadeszła pora budzenia mnichów na jutrznię. Starał się nie przedłużać modlitwy, by im uświadomić, że nie jest tak zupełnie bezlitosny. Wrócili do łóżek, ale Philip nie mógł zasnąć.

Wyszedł o świcie, zanim się obudzili. Rozglądając się dookoła, myślał o nadchodzącym dniu. Jego uwagę przyciągnął masywny pień, który musiał być kiedyś potężnym dębem. To mu nasunęło pomysł.

Po prymarii i śniadaniu polecił wziąć liny i siekiery i wyruszyli na pole. Spędzili tam cały ranek na karczowaniu ogromnego kloca. Jedni pracowali siekierami, inni ciągnęli liny, wszyscy pomagali sobie krzycząc: „Heej — rup! Heej — rup!”. Kiedy pień w końcu wydobyli z ziemi, Philip dał wszystkim chleba, piwa i po kawałku wieprzowiny, którą zabronił jeść na kolację.

Nie był to koniec problemów, ale początek rozwiązań. Poinformował, że nie będą jeść innego mięsa niż to, które wyhodują lub upolują. Zmusiło to mnichów do skrupulatnego i oszczędnego gospodarowania trzodą i zastawiania sideł na ptaki. Dawniej udział w nabożeństwie był ucieczką od pracy fizycznej, teraz cieszyli się, że Philip skrócił nabożeństwa, by mieli więcej czasu na pracę w polu.

Po dwu latach stali się samowystarczalni, a przez kolejne dwa słali do opactwa Kingsbridge mięso, dziczyznę i ser z koziego mleka, który stał się przysmakiem. Klasztor prosperował, nabożeństwa odprawiano bez zarzutu, braciszkowie byli zdrowi i szczęśliwi.

Philip mógłby być zadowolony, gdyby nie to, że macierzysty dom, Kingsbridge, coraz bardziej podupadał moralnie.

Powinien stanowić jeden z wiodących ośrodków religijnych królestwa, prowadzić ożywioną działalność, przyjmować gości w swej wspaniałej bibliotece, a przeor winien być doradcą baronów. Trzeba, żeby relikwie ściągały pielgrzymów z całego kraju, trzeba, żeby wieść o klasztornej gościnności niosła się pośród szlachty, a wśród biednych znane było klasztorne miłosierdzie. Klasztor jednak popadał w ruinę, połowa budynków ziała pustką, a przeor zadłużył się u lichwiarzy. Philip bywał w Kingsbridge co najmniej raz na rok i zawsze podczas powrotu kipiał gniewem na wspomnienie tego, jak majątek zdobyty dzięki hojności pobożnych wiernych i pomnażany przez pełnych poświęcenia mnichów, był beztrosko trwoniony, na podobieństwo postępowania marnotrawnego syna.

Część problemów wynikała z lokalizacji opactwa. Kingsbridge było małą wioską położoną przy bocznej drodze prowadzącej donikąd. Od czasu pierwszego króla Wilhelma, zwanego przez jednych Zdobywcą, przez innych Bastardem — zależnie od tego, kto się wypowiadał — prawie wszystkie katedry lokalizowano w większych miastach. Kingsbridge uniknęło takiego wstrząsu. To jednak, według Philipa, nie musiało doprowadzić do upadku — przedsiębiorczy klasztor z kościołem katedralnym mógł stanowić miasto sam w sobie.

Prawdziwym zmartwieniem był letarg starego przeora Jamesa. Statek prowadzony przez słabego sternika jest zdany na przypadek. Dryfuje, póki się nie rozbije. Albo dopóki ktoś rozważny nie ujmie steru.

Bez względu na gorzkie ubolewanie Philipa, dopóki żył przeor James, klasztor Kingsbridge był skazany na stopniowy upadek.

Owinęli dziecko w czyste płótno i położyli w wielkim koszu do chleba, jak w kołysce. Maleństwo z brzuszkiem pełnym koziego mleka zasnęło. Do opieki nad nim przeor wyznaczył Johnny’ego Osiem Pensów, bo mimo że umysł miał ograniczony, potrafił sobie radzić z różnymi stworzeniami, szczególnie tymi małymi i kruchymi.

Philip niecierpliwie czekał na rozmowę z Francisem i wyjaśnienie przyczyn niespodziewanej wizyty. W czasie obiadu czynił aluzje, ale brat nie reagował i Philip musiał stłumić ciekawość.

Po obiedzie następowała godzina studiów. Ponieważ nie mieli odpowiednich pomieszczeń, jedni siadywali na ganku przed wejściem do kaplicy i tam czytali, inni przechadzali się po polanie, studiując teksty. Dozwolone było wchodzenie co jakiś czas do kuchni, by się ogrzać. Philip i Francis spacerowali na skraju polany, idąc obok siebie, tak samo, jak czynili to na krużganku klasztoru w Walii. Francis zaczął mówić.

— Król Henryk traktował Kościół zawsze tak, jakby stanowił część jego królestwa. Wydawał biskupom rozkazy, nakładał podatki i przeciwstawiał się temu, co stanowiło bezpośrednie konsekwencje władzy papieża.

— Wiem. I co z tego?

— Król Henryk umarł.

Philip stanął jak wryty.

Francis ciągnął:

— Umarł w domku myśliwskim w Normandii, w Lyons-la-Forêt, po posiłku z krewetek, które bardzo lubił, aczkolwiek zawsze po nich chorował.

— Kiedy?

— Dziś jest pierwszy dzień nowego roku, a więc dokładnie miesiąc temu.

Philipem wstrząsnęła ta wiadomość. Śmierć króla zazwyczaj oznacza kłopoty, a bywa, że wojnę.

— Co się teraz stanie? — spytał z niepokojem.

Zatrzymali się. Francis rzekł:

— Problem polega na tym, że następca tronu wiele lat temu zginął na morzu. Ty możesz to pamiętać.

— Tak.

Philip miał wtedy dwanaście lat. Było to pierwsze wydarzenie o znaczeniu państwowym, które dotarło do jego chłopięcej wyobraźni i sprawiło, że zaczął myśleć o świecie istniejącym za murami klasztoru. Następca tronu zginął w katastrofie morskiej statku zwanego Białym Korabiem, tuż po wypłynięciu z Cherbourga. Opat Peter, który opowiadał o tym młodemu Philipowi, martwił się, że wojna i anarchia nastąpią po śmierci następcy. Jednakże król Henryk utrzymał władzę.

— Król oczywiście miał wiele dzieci — mówił dalej Francis. — W sumie dwadzieścioro, licząc mego pana, hrabiego Roberta z Gloucesteru, ale, jak wiesz, wszystkie są bastardami. Pomimo swej zdolności do płodzenia potomstwa, zdołał zostać ojcem tylko jednego syna z prawego łoża. Jest jeszcze córka, ale pozostawienie tronu kobiecie nie wróży nic dobrego, a potomkowie z nieprawego łoża nie mają prawa do dziedziczności tronu.

— Czy król Henryk wyznaczył następcę? — zapytał Philip.

— Tak. Wybrał Matyldę, swoją córkę. Ona ma syna, także Henryka. Było najserdeczniejszym życzeniem starego króla, by jego wnuk zasiadł na tronie, lecz chłopak ma dopiero trzy lata. Nakazał więc baronom złożyć przysięgę Matyldzie.

Philip nic nie rozumiał.

— Skoro król wyznaczył Matyldę, a baronowie przysięgali jej wierność… no to o co chodzi?

— Życie dworskie nie jest takie proste — powiedział Francis. — Matylda poślubiła Geoffreya z Anjou. Anjou i Normandia rywalizowały ze sobą od całych pokoleń. Normańscy suzerenowie nienawidzą Andegawenów. Szczerze mówiąc, stary król zbyt optymistycznie liczył na to, że podadzą oni rękę Andegawenom. Złożyć przysięgę nie jest jednoznaczne z jej dotrzymaniem.

Philip czuł się nieco oszołomiony. Zaskoczyło go to, że jego młodszy brat zna tajniki życia dworu i nie ma szacunku dla najważniejszych ludzi w państwie.

— Skąd ty to wszystko wiesz?

— Baronowie zebrali się w Le Neoburg, żeby zdecydować o dalszym postępowaniu. Mój pan był wśród nich, a ja pojechałem z nim jako pisarz.

Philip spojrzał na brata kpiąco, myśląc, jak bardzo różne pędzą życie. Potem przypomniał sobie coś.

— Hrabia Robert jest najstarszym synem króla, nieprawdaż?

— Tak. I chociaż to człowiek bardzo ambitny, akceptuje ogólny pogląd, że bastardzi powinni zdobywać swoje królestwa, a nie dziedziczyć.

— Kto jeszcze był na tym zjeździe?

— Król Henryk miał trzech siostrzeńców. Najstarszym jest Teobald z Blois, potem Stefan, najbardziej kochany przez zmarłego króla i obdarzony rozległymi posiadłościami w Anglii, a wreszcie najmłodszy z rodziny, Henryk, którego znasz jako biskupa Winchesteru. Baronowie wybrali Teobalda, najstarszego, zgodnie z tradycją, którą prawdopodobnie uznasz za całkiem rozsądną.

Francis patrzył na Philipa z uśmiechem.

— Zupełnie rozsądną. — Philip też się uśmiechnął. — Więc to Teobald jest naszym nowym królem?

Francis potrząsnął głową.

— On tak myślał, ale my, młodsi synowie, mamy sposoby, żeby pchać się do przodu. — Dotarli do krańca polany i zawrócili. — Kiedy Teobald wdzięcznie przyjmował hołdy baronów, Stefan przepłynął kanał i pognał do Winchesteru, gdzie z pomocą ukochanego braciszka, biskupa Henryka, zajął tamtejszy zamek królewski i, co ważniejsze, królewski skarbiec.

Philip miał na końcu języka konstatację: „Czyli Stefan jest naszym nowym władcą”. Powstrzymał się jednak. Powiedział już tak o Matyldzie i o Teobaldzie i za każdym razem się mylił.

— Stefan — ciągnął Francis — potrzebował tylko jednej rzeczy, by zapewnić sobie zwycięstwo: uzyskać poparcie Kościoła. Dopóki bowiem nie zostanie uhonorowany przez arcybiskupa, dopóty nie będzie faktycznie królem.

— Nic prostszego — rzekł Philip. — Jego brat jest jednym z najważniejszych dostojników. Biskup Winchesteru, opat Glastonbury, bogaty jak Salomon i niemal równie potężny jak arcybiskup Canterbury. Jeśli jednak biskup Henryk nie życzy sobie pomagać Stefanowi, to dlaczego ułatwił mu zajęcie Winchesteru?

Francis pokiwał głową.

— Muszę przyznać, że posunięcia biskupa w trakcie kryzysu były olśniewające. Rozumiesz, jego pomoc nie wynikała z miłości braterskiej.

— Cóż więc było motywacją?

— Zaczynając rozmowę, przypomniałem ci, jak król Henryk traktował Kościół. Biskup Winchesteru pragnie się upewnić, że nasz nowy król, ktokolwiek nim zostanie, będzie miał życzliwy stosunek do Kościoła. Zanim więc zagwarantuje poparcie, zmusi Stefana do złożenia uroczystej przysięgi, że zachowa wszystkie przywileje i prawa Kościoła.

Philip był pod wrażeniem. Stosunki Stefana z Kościołem zostałyby ustanowione zaraz na początku jego panowania, i to na warunkach Kościoła. Najważniejsze było stworzenie precedensu. Kościół musiał koronować królów, chociaż nie miał prawa do stawiania warunków. Mógł nadejść taki czas, że przejęcie władzy będzie zależało od dobicia targu z Kościołem.

— To dla nas znaczy bardzo wiele — stwierdził.

— Stefan może złamać swe obietnice, to oczywiste — rzekł Francis. — Ale masz rację. Nie zdoła nigdy być tak bezwzględny wobec Kościoła jak król Henryk. Jest jednak inne niebezpieczeństwo. Dwu baronów poczuło się bardzo dotkniętych postępkiem Stefana. Jednym z nich jest Bartholomew, hrabia Shiring.

— Znam go. Shiring jest tylko o dzień drogi stąd. Mówi się, że Bartholomew to pobożny człowiek.

— Może i tak. Wiem jednak, że jest obłudny i nieustępliwy i nie odwoła swej przysięgi lennej wobec Matyldy pomimo obietnicy wybaczenia.

— A ten drugi niezadowolony baron?

— Mój pan, Robert z Gloucesteru. Mówiłem ci, że jest ambitny. Duszę jego torturuje myśl, że jeśli byłby prawowitym synem, zostałby królem. Chce osadzić swą przyrodnią siostrę na tronie, wierząc, że ona mocno oprze się na nim, działać będzie pod jego przewodnictwem i za jego radami i w ten sposób, choć bez tytułu, on będzie sprawować władzę.

— Sądzisz, że zdecyduje się na działanie?

— Obawiam się, że tak. — Francis zniżył głos, mimo że nikogo w pobliżu nie było. — Robert i Bartholomew, wraz z Matyldą i jej mężem, chcą wzniecić bunt, by zapewnić tron Matyldzie.

— Ależ to zniweczy wszystko, co osiągnął biskup Henryk! — Philip aż się zatrzymał, chwycił brata za ramię. — Francis…

— Wiem, o czym myślisz. — Nagle cała buńczuczność opuściła Francisa, wyglądał na zaniepokojonego i przestraszonego. — Jeśli hrabia Robert dowiedziałby się, że ci powiedziałem choć słowo o tym, powiesiłby mnie. Ufa mi całkowicie. Lecz w pierwszym rzędzie pragnę zachować lojalność wobec Kościoła, tak musi być.

— Co w tej sytuacji możesz zrobić?

— Zamierzałem starać się o audiencję u nowego króla i powiedzieć mu wszystko. Obaj zbuntowani hrabiowie by się wyparli, mnie powieszono by za zdradę, ale nie doszłoby do buntu, a ja poszedłbym do nieba.

Philip potrząsnął głową.

— Uczono nas, że poszukiwanie męczeństwa to próżność.

— Myślę jednak, że Bóg przeznaczył mi znacznie więcej pracy na ziemi. Cieszę się zaufaniem w otoczeniu Roberta. Jeśli więc tam pozostanę i będę ciężko pracował, to wysunę się na czoło, a tym samym będę miał więcej możliwości do popierania racji Kościoła i zapewniania rządów prawa.

— Czy jest jakiś inny sposób?

Francis popatrzył na Philipa. Spojrzał mu prosto w oczy.

— Dlaczego tutaj jestem?

Philip zadrżał. Francis chce go prosić, by się przyłączył do jego planu. Nie było wszak innego powodu, dla którego zdradzałby ten przerażający sekret.

— Ja nie mogę zdradzić buntu, ale ty możesz — wyjaśnił Francis.

— Jezu Chryste i wszyscy święci, ratujcie mnie!

— Jeśli tutaj, na południu, spisek zostanie odkryty, to żadne podejrzenie nie padnie na Gloucester. Nikt nie wie, że tutaj jestem, nikt nie wie nawet, że jesteś moim bratem. Ty możesz wymyślić jakieś prawdopodobne wytłumaczenie, skąd dowiedziałeś się o wszystkim. Mogłeś widzieć zbierających się zbrojnych mężów albo mogło tak się zdarzyć, że ktoś z dworu hrabiego wyznał tajemnicę spisku księdzu, którego znasz.

Philip ciaśniej owinął się peleryną, drżał. Wydało mu się, że nagle się bardzo ochłodziło. To było niebezpieczne, bardzo niebezpieczne. Rozmawiali o mieszaniu się do królewskiej polityki, a ta regularnie zabijała nawet doświadczonych praktyków. Ludzie tacy jak Philip musieliby chyba zwariować, by się w to mieszać.

A przecież nie mógł stać z boku i przyglądać się, jak wybucha bunt przeciwko królowi wybranemu przez Kościół, nie wtedy, gdy miał okazję temu zapobiec. Dla Philipa było to niebezpieczne, dla Francisa byłoby samobójcze.

— Jaki jest plan buntu? — spytał.

— Hrabia Bartholomew właśnie wraca do Shiring. Stąd ma wysłać wieści do swych stronników w południowej Anglii. Hrabia Robert przybędzie do Gloucesteru za dzień lub dwa i zacznie musztrować swe wojska w Kraju Zachodnim. Na koniec Brian Fitzcount, trzymający zamek walingfordzki, zamknie bramy, a cała południowo-zachodnia Anglia będzie należeć do buntowników, i to bez walki.

— Wydaje się, że już za późno!

— Niezupełnie. Mamy jakiś tydzień. Ale musisz działać szybko.

Philip z zamierającym sercem zauważył, że tak czy owak podjął już decyzję. Trzeba coś zrobić.

— Nie wiem, komu powiedzieć. Z takimi sprawami zwyczaj każe zwracać się do hrabiego, ale akurat on jest oskarżony. Szeryf jest pewnie po jego stronie. Musimy znaleźć kogoś, kto z całą pewnością będzie po naszej.

— Przeor Kingsbridge?

— Mój przeor jest stary i zmęczony. Najprawdopodobniej nic nie zrobi.

— Musi być ktoś!

— Może biskup. — Tak naprawdę to Philip nigdy nie rozmawiał z biskupem Kingsbridge, ale był pewien, że go przyjmie i wysłucha; powinien wziąć stronę Stefana, bo ten został wybrany przez Kościół; był wreszcie dość potężny, by coś z tą sprawą zrobić.

— Gdzie mieszka biskup? — spytał Francis.

— Półtora dnia drogi stąd.

— No to będzie najlepiej, jeśli wybierzesz się w podróż jeszcze dzisiaj.

— Tak.

Francis wyglądał na skruszonego.

— Wolałbym, by był to ktoś inny — westchnął.

— Ja też — wyznał szczerze Philip. — Ja też.

Zwołał mnichów do kapliczki i oznajmił im, że król umarł.

— Musimy się modlić o pokojowy wybór następcy tronu i o nowego króla kochającego Kościół bardziej niż ostatni król Henryk — tłumaczył. Nie zdradził im jednak, że klucz do pokojowej sukcesji dziwnym trafem znalazł się w jego rękach. Powiedział natomiast: — Są jeszcze inne wieści, które zmuszają mnie do odwiedzenia naszych przełożonych w Kingsbridge. Muszę wyjechać natychmiast.

Polecił swemu zastępcy odprawiać nabożeństwa, a nad gospodarstwem nakazał czuwać klucznikowi. Wiedział jednak, że żaden nie jest w stanie poradzić sobie z Peterem, i dlatego obawiał się, że jeśli jego podróż się przedłuży, to Peter może narobić takich kłopotów, że nie zostanie nawet ślad po klasztorze. Nie zdołał jednak wymyślić nic, co pozwoliłoby kontrolować Petera bez naruszenia jego miłości własnej. Ponieważ nie miał już czasu, więc zdecydował się zrobić to, co wydało mu się najlepsze.

— Rankiem rozmawialiśmy o obżarstwie — przypomniał. — Brat Peter zasłużył na wdzięczność, iż zwrócił naszą uwagę na to, że skoro Bóg błogosławi naszemu gospodarstwu i daje nam dostatek, to nie powinniśmy ani obrastać w tłuszcz, ani wygodnie żyć, ale głosić jego chwałę. Częścią naszych świętych obowiązków jest dzielenie się bogactwem z biednymi. Aż do tej pory nie spełnialiśmy tej powinności, głównie dlatego, że tutaj, w lesie, nie ma nikogo, z kim możemy się podzielić. Brat Peter przypomniał nam, że trzeba szukać potrzebujących, aby ich wspomóc.

Mnisi byli zaskoczeni, gdyż wydawało im się, że temat obżarstwa został zamknięty. Sam Peter wyglądał niepewnie. Pochlebiało jego próżności to, że znowu jest w centrum uwagi, ale zastanawiał się, co też przeor wyciągnie z rękawa — zupełnie zresztą słusznie.

— Postanowiłem — ciągnął Philip — że co tydzień każdy mnich z naszej wspólnoty ofiaruje pensa na biednych. Jeśli z tego powodu będziemy mniej jedli, poradzimy sobie z tym, bo mamy nadzieję, że w przyszłości Bóg nam to wynagrodzi. Ważniejsze jest jednak, byśmy byli pewni, że nasze pensy są wydawane prawidłowo. Kiedy daje się pensa biednemu, by kupił chleb dla swej rodziny, on może wydać go na piwo, upić się, a potem wrócić do domu i zbić żonę, która w takich okolicznościach wolałaby nie zaznać żadnego miłosierdzia. Lepiej dać mu chleb, a jeszcze lepiej będzie, jak chleb otrzymają jego dzieci. Dawanie jałmużny jest świętą pracą, która musi być wykonywana z takim oddaniem i tak przykładnie, jak leczenie chorego czy nauczanie młodzianka. Z tych to powodów wiele domów klasztornych wyznacza jałmużnika, mnicha odpowiedzialnego za rozdzielanie jałmużny. I my tak uczynimy.

Philip rozejrzał się dokoła. Wszyscy byli czujni i zaciekawieni. Peter wyglądał na zadowolonego, najwidoczniej uważając, że ta decyzja jest jego zwycięstwem. Nikt nie wiedział, czego się ma spodziewać.

— Sprawowanie czynności jałmużnika to ciężka służba. Musi on chodzić od wsi do wsi, odwiedzać okoliczne miasta, być może trzeba będzie pójść aż do Winchesteru, by przebywać wśród najnędzniejszych, najbrudniejszych, najwstrętniejszych i najbardziej upośledzonych ludzi, bo tacy właśnie potrzebują najwięcej. Musi się za nich modlić, gdy oni będą bluźnić, odwiedzać ich, gdy będą chorzy, i wybaczać im, kiedy będą chcieli oszukać go lub obrabować. Będzie potrzebować siły, pokory i nieskończonej cierpliwości. I zacznie tęsknić za wygodami klasztoru, gdyż częściej niż tutaj będzie daleko stąd.

Jeszcze raz się rozejrzał. Teraz wszyscy patrzyli z obawą, bo zapewne nikt nie chciał tej pracy. Pozwolił swemu spojrzeniu zatrzymać się na Peterze z Wareham. Ten zorientował się, co go czeka, i twarz mu się wydłużyła.

— To Peter zwrócił naszą uwagę na zaniedbania w tej dziedzinie — Philip wolno dobierał słowa. — Zdecydowałem tedy, że on właśnie zostanie naszym jałmużnikiem. — Uśmiechnął się. — Peterze, możesz zaczynać od dzisiaj.

Twarz brata Petera pociemniała z wściekłości.

Będziesz daleko przez długi czas, nie sprawisz kłopotów, myślał Philip. Bliski zaś kontakt z podłymi, plugawymi i śmierdzącymi biedakami w Winchesterze utemperuje twą pogardę dla lżejszego życia.

Jednakże Peter z Wareham odbierał swą nominację jako zwyczajną karę i patrzył na przeora z wyrazem takiej nienawiści, że Philipa obleciał strach.

Oderwał wzrok od niego i spojrzał na innych.

— Po śmierci króla zawsze jest niebezpiecznie i niepewnie — kończył swą przemowę. — Módlcie się za mnie, kiedy mnie nie będzie.

Filary Ziemi

Подняться наверх