Читать книгу Życie sportowe w PRL - Krzysztof Szujecki - Страница 6

Wstęp

Оглавление

Początkującym entuzjastom sportu, którzy mieli okazję obserwować ostatnie występy polskich sportowców na letnich igrzyskach olimpijskich w Atenach, w Pekinie i w Londynie, gdzie udało się uzyskać po dziesięć medali w każdym ze startów, zapewne trudno jest sobie dziś wyobrazić, że z letnich olimpiad rozgrywanych w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia reprezentacja Polski tylko raz powróciła do kraju z dorobkiem mniejszym niż… 20 krążków.

Tak więc już piętnaście lat po drugiej wojnie światowej Polska, jeden z najbardziej zniszczonych i poszkodowanych w niej krajów, dołączyła w dyscyplinach letnich do najsilniejszych sportowo krajów świata, co należy uznać za niewątpliwy sukces ówczesnej polityki państwowej w zakresie sportu wyczynowego. Największym triumfem olimpijskim naszych sportowców zakończył się udział w igrzyskach w kanadyjskim Montrealu w 1976 r. Polacy zdobyli wówczas 26 medali (7 złotych, 6 srebrnych i 13 brązowych), co dało im rewelacyjne 5. miejsce w klasyfikacji medalowej i punktowej! Wspaniale zaprezentowali się zwłaszcza lekkoatleci, bokserzy, sztangiści i zapaśnicy. Wtedy też, co obecnie jest zupełnie nieosiągalne, zdobyliśmy aż trzy medale w grach zespołowych. Złoty wywalczyli siatkarze, którzy po dramatycznym i porywającym meczu pokonali Związek Radziecki 3:2, srebro zdobyła drużyna w piłce nożnej (co uznano wówczas za… porażkę), natomiast krążek brązowy – piłkarze ręczni.

Po montrealskich igrzyskach polski sport powoli zaczął tracić swoją wysoką pozycję w świecie. Na kolejnej olimpiadzie w Moskwie, gdzie zabrakło między innymi znakomitych sportowców ze Stanów Zjednoczonych, uzyskaliśmy tylko 3 złote medale. Kryzys gospodarczy w kraju, niestabilna sytuacja polityczna i wymuszony przez Związek Radziecki bojkot igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 1984 r. jeszcze bardziej przyczyniły się do obniżenia poziomu naszego sportu. Wyniki uzyskiwane w dyscyplinach, które przynosiły Polsce na najważniejszych imprezach tak liczne sukcesy, znacząco spadły. Regres dostrzegalny był zarówno w sportach indywidualnych, jak i drużynowych, które zresztą nigdy nie były mocną stroną naszego sportu. Na ostatniej olimpiadzie w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, która miała miejsce w Seulu, biało-czerwoni wywalczyli wprawdzie 16 medali, ale wśród nich tylko 2 złote, zdobyte w dyscyplinach walki, które u schyłku PRL-u stanowiły, obok kolarstwa szosowego, wizytówkę naszego słabnącego wówczas sportu.

Niniejsza książka stanowi kontynuację Życia sportowego w Drugiej Rzeczypospolitej i w subiektywny sposób prezentuje skomplikowane, ale naznaczone sukcesami, o jakich dziś możemy tylko pomarzyć, dzieje polskiego sportu w latach 1944–1989. Poprzedza je skrót najważniejszych wydarzeń z okresu drugiej wojny światowej. W opracowaniu ukazano ponurą rzeczywistość pierwszych lat powojennych, następnie żmudną drogę do dorównywania poziomem do międzynarodowej elity sportowej, który udało się utrzymać do końca lat 70. W końcowym rozdziale opisano ostatnią dekadę Polski Ludowej, w tym letnie igrzyska 1988 r., które – oceniając lokatę w klasyfikacji punktowej – zakończyły się dla naszego sportu gorzej niż… olimpiada w 1956 r. Skoncentrowano się w nim na odtworzeniu klimatu zawodów, zakulisowych rozgrywek, pozasportowych problemów, z jakimi borykali się zawodnicy, oraz fachowej analizie ich występów i uzyskanych wyników. W książce pojawiają się także ciekawostki, anegdoty, cytaty z wypowiedzi znanych postaci uczestniczących w ówczesnym życiu sportowym, trenerów, działaczy oraz przede wszystkim słowa samych sportowców – jej głównych bohaterów.

Życie sportowe w PRL obszernie prezentuje problematykę sportów zimowych, która w wielu publikacjach o charakterze przekrojowym poruszana jest w stopniu niewystarczającym lub wręcz marginalnym. Dzieje się tak zapewne dlatego, że polscy sportowcy nie odnieśli w nich wielu spektakularnych sukcesów; tym bardziej więc warto pamiętać o niemałych osiągnięciach naszych narciarzy i łyżwiarzy na światowych oraz europejskich czempionatach. W najważniejszych imprezach sportów zimowych, czyli organizowanych w odstępach czteroletnich zimowych igrzyskach, Polacy nie zdobyli wielu medali. Mieli ich wręcz nieprawdopodobnie mało jak na wielkość kraju, ilość trenujących zawodników i stosunkowo dużą liczbę wywalczonych trofeów w imprezach mistrzowskich, które też przecież gromadzą najlepszych zawodników na świecie. Owa refleksja wydaje się chyba najwłaściwsza do rozpoczęcia analiz i dyskusji w tym zakresie; świadczy dobitnie o tym, że potencjał sportowy istniał, lecz nagminnie popełniano błędy szkoleniowo-organizacyjne. Najlepszym tego dowodem może być fakt, że wszystkie medale z igrzysk zimowych wywalczone w latach 1948–1988 zdobyli zawodnicy, na których właściwie nikt nie stawiał! Franciszek Gąsienica-Groń, dwie łyżwiarki i Wojciech Fortuna mieli swoje życiowe sezony i odpowiednią formę właśnie w okolicach igrzysk. Natomiast faworyci zawodzili za każdym razem...

W całym okresie PRL, a więc od pierwszych powojennych zimowych igrzysk w Sankt Moritz do olimpijskiego startu w Calgary, Polska wywalczyła zaledwie cztery medale. Potrafiliśmy w mistrzostwach świata i w mistrzostwach Europy zdobyć ich kilkadziesiąt, a w docelowych zmaganiach, za każdym razem objętych wieloletnim programem przygotowawczym, zupełnie zawodnikom nie szło. Na olimpijskim podium nie udało się stanąć zawodnikom, którzy byli w czołówce częściej niż tylko jeden sezon, niejednokrotnie po trzy i więcej. A jednak medalu olimpijskiego nie udało się zdobyć Marusarzowi, Gąsienicy-Sobczakowi czy Szczepaniakowi, jakiejkolwiek sztafecie – biathlonistów lub biegaczek, Józefowi Gąsienicy z Cyrhli w Grenoble, żadnemu z saneczkarzy i z saneczkarek, co przed ich startami wydawało się wprost nie do pomyślenia, Andrzejowi Bachledzie, Józefowi Łuszczkowi w Lake Placid czy wreszcie Erwinie Ryś-Ferens. A byli tak blisko sukcesu...

Życie sportowe w PRL

Подняться наверх