Читать книгу Jedwabna pajęczyna - Marta Bocian - Страница 6

Оглавление

6 PAŹDZIERNIKA 2012

Może moja opowieść pomoże innym? Sprawi, że zrozpaczone i załamane osoby odnajdą w sobie siłę, by wyjść z roli ofiary i przystąpić do walki o siebie? A te, które jeszcze nie spojrzały prawdzie w oczy, szybciej rozpoznają u siebie współuzależnienie? Bo ono, choć nie jest uznane jak alkoholizm za chorobę, również czyni potężne spustoszenia w duszy i ciele człowieka. Melody Beattie w książce Koniec współuzależnienia pisze, iż współuzależnieni są ludźmi, których życie stało się trudne do ułożenia na skutek zaangażowania się w związek z alkoholikiem, narkomanem czy osobą z zaburzeniami łaknienia. Pozwalają, by zachowanie innego człowieka oddziaływało na nich ujemnie i obsesyjnie starają się to zachowanie kontrolować.

Siedem lat temu zaczęłam notować fakty związane z piciem mojego męża. W ten sposób próbowałam uwolnić się od niepokoju, wstydu, a z czasem lęku. Ratowałam się przed rozpaczą, ponieważ mąż upijał się coraz częściej, co zaburzało życie całej rodziny. Jednocześnie zaczęłam czytać strony internetowe poświęcone alkoholizmowi i wypowiedzi na forach alkoholowych. Dowiedziałam się, że istnieje problem współuzależnienia i z niedowierzaniem zaczęłam odkrywać, że to mój własny problem. Niewiele znalazłam książek na ten temat, a te, które przeczytałam, opisywały cechy współuzależnienia, podawały przykłady z życia różnych osób, nie pokazywały natomiast procesu – jak to się właściwie dzieje, że wpadamy w tę pułapkę? Kiedy, jak i dlaczego w nią wpadłam? Mogłam sobie powiedzieć tylko tyle, że tkwię w niej po uszy.

Zaczęłam przeglądać swoje notatki z nadzieją, że zrozumiem ten proces, a jak zrozumiem, to sobie z tym wszystkim poradzę. Podczas lektury w pierwszym odruchu poczułam wściekłość, bunt i przygnębienie. Dlaczego przez tyle lat tkwiłam biernie w lęku? Dlaczego niczego nie zrobiłam, żeby się ratować? Wprawdzie nie doświadczyłam, jak inne kobiety (przekonałam się o tym już na terapii), najgorszego, to znaczy przemocy, bicia czy agresji słownej ze strony mojego alkoholika, ale stopniowo traciłam rozpęd życiowy i energię, coraz mniej potrafiłam zrobić dla siebie, coraz rzadziej spotykałam się z przyjaciółmi i nie umiałam szczerze z nimi rozmawiać, a coraz szczelniej wypełniało mnie wczuwanie się i analizowanie tego, co dzieje się z mężem, który zaczął pić nagle, po dwunastu latach abstynencji. Upije się czy nie? Wróci na noc, za kilka godzin czy za kilka dni? Czułam się oszukana i zdradzona. Pogłębiał się stres, paraliżowała bezradność. Wreszcie zdecydowałam się na terapię dla rodzin z problemem współuzależnienia.

Na zajęciach żony i matki alkoholików dzieliły się przeżyciami podobnymi do moich. Jednak nie starczało czasu, by przekazać wszystko, całą swoją historię, dzień po dniu. Składa się ona przecież z godzin i minut bezradności, przyzwolenia, zaprzeczania, kontrolowania i samookłamywania. Rozciąga się to na lata, czasem dziesiątki lat. Jest niedostrzegalnym jakby znikaniem w labiryncie, w którego centrum czeka na nas bestia, a my jak zahipnotyzowane (bo to głównie dotyczy kobiet) brniemy w jej objęcia dopóty, dopóki ktoś nie chwyci nas mocno za rękę i nie pokaże drogi wyjścia. Pod warunkiem że same zechcemy wyjść.

Trudne emocje były niekiedy dla mnie tak bolesne, że pragnęłam znieczulenia za wszelką cenę. Pragnęłam zobojętnienia. Ale obojętność wykluczała stopniowo nie tylko przykre, ale także przyjemne uczucia, które przecież także miały miejsce. W stanie znieczulenia przestawałam widzieć mojego męża jako pełnego człowieka, wspaniałego mężczyznę, którego poślubiłam z miłości. Dobrego, twórczego, subtelnego. Alkohol wypaczał jego osobowość, tak jak w powieści Stevensona szacowny dr Jekyll zmieniał się w potwornego mister Hyde’a. Widziałam już tylko zło, gdyż po pewnym czasie alkoholowa „tożsamość” męża przesłoniła mi osobowość trzeźwą. Gdy okresowo nie pił, z lękiem myślałam o tym, że kiedyś i tak się upije.

Wspólne życie z alkoholikiem okazało się pajęczyną, która z dnia na dzień (można powiedzieć: z picia na picie) ukradkiem oplątywała mnie i paraliżowała. Dostrzegłam ją dopiero, czytając notatki z siedmiu lat. Przy pierwszej lekturze wydały się przerażające. Później – jednostajne i monotonne. Wciąż pisałam właściwie o tym samym, podobnymi słowami, z tymi samymi emocjami. Być może dlatego, że historia powoli postępującego współuzależnienia jest zarazem bolesna i monotonna. Pomyślałam, że warto ją opowiedzieć innym współuzależnionym oraz tym niewiedzącym jeszcze, że już nimi są – żeby w porę powiedziały „nie!” i szukały ratunku oraz wsparcia. Ratunku przede wszystkim dla samych siebie.

Jedwabna pajęczyna

Подняться наверх