Читать книгу Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji - Piotr Milewski - Страница 5
1
ОглавлениеW sobotni wieczór w połowie lutego stałem przy wyjściu ze stacji kolejowej w centrum Tokio i obserwowałem przelewający się tłum. Byłem tu umówiony z właścicielem agencji pośrednictwa pracy, który zadzwonił dwa dni wcześniej z informacją, że ma dla mnie ofertę. Miał do nas dołączyć przedstawiciel firmy K., który chciał mnie poznać i przeprowadzić ze mną rozmowę kwalifikacyjną.
Rosły, ogolony na głowie do samej skóry mężczyzna, na oko pięćdziesięciopięciolatek, pojawił się punktualnie co do minuty, a mimo to zaczął rozmowę od przeprosin za spóźnienie. Na jego twarzy rysował się naturalny uśmiech. Gdyby nie garnitur i neseser, można by go wziąć za buddyjskiego mnicha.
Udaliśmy się do malutkiej restauracji serwującej mięso z grilla. Mieściła się ona w niskim, jednopiętrowym budynku przy wąskiej alejce. Na wprost biegła betonowa estakada miejskiej autostrady.
Gdy tylko weszliśmy do środka, mężczyzna stanął naprzeciwko mnie, wykonał ukłon i wręczył mi trzymaną w obu dłoniach i obróconą w moją stronę wizytówkę.
– Nazywam się I. z firmy K. – powiedział. – Bardzo mi miło.
– Hajimemashite! Mirefusuki Piotoru to mōshimasu. Yoroshiku onegai shimasu! (Widzimy się po raz pierwszy! Nazywam się Piotr Milewski. Miło mi pana poznać!) – wyrecytowałem na jednym oddechu formułę powitania i wykonując nieco głębszy ukłon niż on, wręczyłem mu swoją kartę wizytową, własnoręcznie wykonaną i skromniejszą niż jego.
– Pan I. jest dyrektorem działu sprzedaży w firmie K. – odezwał się pośrednik, przekazując informację, którą odczytałem już z otrzymanej wizytówki. – Firma K. to bardzo duże i poważne przedsiębiorstwo, jedno z największych na świecie w swojej branży.
Po wymianie grzeczności usiedliśmy przy stoliku. Odtąd pan I. był gospodarzem wieczoru, ja gościem, a pośrednik kimś, kto miał zapewnić dobrą atmosferę podczas spotkania i w razie jakichkolwiek nieporozumień znaleźć wyjście z sytuacji. W praktyce zaś jego zadanie polegało na zachwalaniu moich przymiotów, choć właściwie zupełnie mnie nie znał. Tydzień wcześniej wysłałem mu swój życiorys i spotkaliśmy się raptem przed dwoma dniami na krótką pogawędkę o pogodzie i jedzeniu.
– Piotoru-san ma niezwykłe doświadczenie. Jest solidny, wiarygodny, pilny i pracowity. Zjeździł prawie cały świat. Zna biegle tyle języków obcych, że sam już nie potrafię wymienić wszystkich. Od dwóch i pół roku mieszka w Japonii i w tak krótkim czasie zdołał opanować nasz trudny język. – Pośrednik przedstawił mnie tak, że prawie nie rozpoznałem się w jego słowach.
Przyniesiono kufle z piwem i wznieśliśmy toast.
– Za spotkanie! – zawołał pośrednik.
– Za spotkanie! – zawtórował mu tubalnym głosem pan I.
– Za spotkanie – dołączyłem do nich i stuknęliśmy się kuflami.
Zapadła cisza.
– Jesteś żonaty? – zapytał mnie niespodziewanie pan I.
– Tak – odpowiedziałem zbity z tropu.
– Masz dzieci? Ile? Syn? Córka? W jakim wieku? Gdzie się urodziły? – Pan I. zasypał mnie gradem pytań, które zdawały się nie mieć nic wspólnego ze stanowiskiem, o które się ubiegałem: specjalisty zagranicznego w dziale sprzedaży.
– Żona jest w ciąży i została u rodziców na Hokkaido – odpowiedziałem.
– Żona jest z Hokkaido? – upewnił się.
– Tak.
Pan I. dolał mi alkoholu, wyraźnie zadowolony z tego, co usłyszał, po czym zadał kolejną serię pytań:
– Podoba ci się w Japonii? Pijesz japoński alkohol? A jedzenie? Co smakuje ci najbardziej?
Wydawało mi się, że zupełnie nie zwraca uwagi na to, co mówię, zajęty uzupełnianiem płynów w szklankach i grillowaniem mięsa, ale słuchał mnie jednak uważnie, bo gdy między słowami rzuciłem, że lubię japoński ryż, od razu położył mi na talerzu najsmaczniejszy plasterek mięsa i zapytał:
– Czy myślisz, że mógłbyś jeść ryż do końca życia?
– Chyba tak – odpowiedziałem po chwili, domyślając się, że nie o ryż tu chodzi, lecz o coś więcej.
Pan I. uśmiechnął się szeroko.
– Centrala naszej firmy mieści się w prefekturze, gdzie uprawiany jest najlepszy ryż w całej Japonii. Mamy tam również najznakomitsze sake – powiedział wyraźnie uradowany i napełnił moją czarkę specjalnie zamówionym trunkiem.
Odtąd atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Na stole lądowały kolejne półmiski z kiszonkami i surowym mięsem, które pan I. opiekał na grillu i rozdzielał po równo na trzech talerzach. Wznosiliśmy kolejne toasty za pomyślność naszych krajów, zdrowie bliskich i pokój na świecie, a ja bezskutecznie próbowałem bronić się przed kolejnymi porcjami alkoholu. W końcu pan I. zaproponował herbatę, a gdy sączyliśmy ciepły napój, dyskretnie poprosił o rachunek i zapytał, czy nie zgodziłbym się złożyć wizyty w firmie K.
– Oczywiście pokryjemy koszty podróży – dodał, właściwie nie czekając na odpowiedź, po czym na swojej wizytówce podkreślił adres tokijskiego biura. – Widzimy się zatem w najbliższy poniedziałek o godzinie dziesiątej – powiedział i pożegnał się ze mną oraz z pośrednikiem.