Читать книгу Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji - Piotr Milewski - Страница 6
2
ОглавлениеDwa dni później, kwadrans po dziewiątej rano, wyszedłem z tokijskiego dworca i szeroką aleją, obsadzoną po obu stronach miłorzębami, ruszyłem pod wskazany adres. Biuro mieściło się na parterze dziewięciopiętrowego budynku. Wchodziło się do niego prosto z ulicy przez szerokie przeszklone drzwi.
O dziewiątej pięćdziesiąt pięć stanąłem przed wejściem. Przez szybę ujrzałem niezbyt duże pomieszczenie, w którym przy biurkach siedziało kilku mężczyzn ubranych w ciemne garnitury i białe koszule, w kapciach na nogach. Wpatrywali się w ekrany laptopów lub rozmawiali przez telefon.
Poprawiłem krawat i nacisnąłem klamkę.
– Ohayō gozaimasu! O-jama shimasu! (Dzień dobry! Przepraszam, że przeszkadzam!) – zawołałem, przeciągając głoski.
– Ohayō gozaimasu! – Przywitała mnie elegancko ubrana pięćdziesięciokilkuletnia kobieta z trwałą ondulacją i mocnym makijażem, jak się domyśliłem, pełniąca funkcję sekretarki. Ruchem dłoni przywołała mnie do środka i poprosiła, bym chwilę poczekał.
Niebawem z wnętrza biura wyłonił się pan I.
– Ohayō! (Witaj!) – Powitał mnie szerokim uśmiechem i klepnięciem po plecach, jakbyśmy znali się już od dawna, a potem zaprowadził do drugiego pomieszczenia, w którym stały kanapa, dwa fotele i niski stolik. Na ścianie wisiała biała tablica magnetyczna oraz kalendarz ze zdjęciem fabryki i logo firmy K.
Usiadłem na kanapie, a pan I. przystąpił do omówienia szczegółów kontraktu. W pierwszej kolejności uzgodniliśmy wysokość pensji. Właściwie to potwierdziliśmy kwotę, którą pośrednik ustalił ze mną kilka dni wcześniej, a sobotniego popołudnia w restauracji – delikatnie zasugerował panu I. Suma ta miała być podzielona na dwanaście równych części wypłacanych co miesiąc oraz dwie wyższe wypłacane w połowie oraz na koniec roku – jako premia letnia i zimowa. Umówiliśmy się też, że pracę zacznę w pierwszy poniedziałek kwietnia, który jest w Japonii nie tylko pierwszym miesiącem roku fiskalnego, ale także tym, w którym japońskie przedsiębiorstwa przyjmują w swoje szeregi nowych pracowników. Dobrze się składało – w połowie marca miał przyjść na świat mój syn. Będę miał czas, by towarzyszyć żonie przy porodzie, a następnie spędzić z dzieckiem pierwsze tygodnie jego życia. Zdążę nacieszyć się śnieżną zimą na Hokkaido, bo kto wie, kiedy będzie następna okazja. I wreszcie bez pośpiechu przygotuję wszystko, co potrzebne do pracy – nowy garnitur, białe koszule, krawaty, buty i aktówkę. Ustaliliśmy także, że pierwsze sześć miesięcy w pracy spędzę na szkoleniu w centrali firmy, na północ od Tokio, a od października przeniosę się do biura w stolicy.
Wszystkie te informacje pan I. zapisywał w punktach czarnym markerem na tablicy. Na koniec dopisał jeszcze mój obecny adres i numer telefonu, a także adres centrali firmy oraz numer telefonu do pracownika, który miał się mną zająć na miejscu. Wreszcie nacisnął przycisk i podłączona do tablicy drukarka wypluła wydruk zapisanej treści.
Pan I. wyglądał na bardzo zadowolonego. Uśmiechał się szeroko i chwalił moją znajomość japońskiego. Uścisnęliśmy sobie dłonie.
– Tylko ubierz się ciepło na wyjazd – powiedział z troską w głosie. – O-ki wo tsukete, ne! (Uważaj na siebie!) – pożegnał się ze mną.
Zanim wyszedłem, odprowadzany wzrokiem przez pracowników, sekretarka, nisko się kłaniając, wręczyła mi elegancką kopertę, w której znajdowały się dwa bilety na pociąg.
– Itterasshai! (Szerokiej drogi!) – powiedziała, delikatnie się uśmiechając.
– Ittekimasu! (Do zobaczenia po powrocie!) – odpowiedziałem.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.