Читать книгу Jasnowidz Jackowski - Przemysław Lewicki - Страница 7

Rozdział 1. Od dziecka interesował mnie kosmos

Оглавление

ROZDZIAŁ 1

OD DZIECKA INTERESOWAŁ

MNIE KOSMOS

Jasnowidz Jackowski od urodzenia mieszka w Człuchowie, choć parokrotnie się przeprowadzał. Obecnie jego mieszkanie i zarazem biuro, gdzie przyjmuje klientów, znajduje się w południowej części miasta. Tuż obok budynku, w którym jasnowidz Jackowski mieszka, znajdują się drewniane szopy oraz niewielkie ogródki należące do mieszkańców budynku. Podczas mojej pierwszej wizyty Krzysztof Jackowski pokazał mi swój skrawek ziemi.

– Lubię tu przychodzić, nawet gdy jest zima i wszystko wokół śpi – powiedział, gdy otwierał mi furtkę.

Mieszkanie Krzysztofa Jackowskiego składa się z kilku pokoi, wnętrze – typowo rustykalne. Jego żona krząta się w kuchni, a pies Alfred, śnieżnobiały shih-tzu, z ciekawością mi się przygląda. Wizjoner z Człuchowa uchyla drzwi na balkon i zaciąga się papierosem. Swój nałóg przeklina podczas każdej rozmowy. Potem przynosi dwie herbaty i zaczyna odpowiadać na moje pytania. Co jakiś czas przerywają nam telefony, których Krzysztof Jackowski otrzymuje dziennie kilkanaście. Zdarza się jednak, że ktoś woli porozmawiać z jasnowidzem osobiście.

Na początek pytam, jak zapamiętał swoje dziecinne lata.

– Bardzo miło wspominam dzieciństwo. Wychowywałem się w dużej rodzinie – razem z mamą i tatą oraz czworgiem rodzeństwa. Grzegorz, Wioletta, Ewa, ja oraz Stanisław, na którego mówiliśmy Janusz, nie wiedzieć czemu. To chyba moja mama tak zmieniła.

Ojciec zmarł już ponad 20 lat temu, miałem z nim bardzo dobre relacje. Był specyficznym człowiekiem. Na pewno bardzo dużo pracował, cały czas miał zajęcie, był bardzo pracowity. Przypominam sobie różne sytuacje, np. gdy ojciec pomagał starszym ludziom przy rozładunku węgla i nie brał za to pieniędzy. Uważał, że nie powinien, bo oni żyją bardzo skromnie. Matka czasem denerwowała się za to na niego.

Moi rodzice pracowali fizycznie. Tata przez wiele lat pracował w człuchowskiej oczyszczalni ścieków jako pracownik fizyczny. Pamiętam, że ilekroć zanosiłem mu kanapki do pracy, zastanawiałem się, jak tata je zje, bo w tym zakładzie niesamowicie cuchnęło. Później znalazł zatrudnienie jako pracownik gospodarczy w człuchowskim szpitalu, blisko mojego rodzinnego domu. Potem przez pewien okres ubierał zmarłych w przyszpitalnej kostnicy. To był mój pierwszy kontakt ze zwłokami, ponieważ tam także zanosiłem tacie jedzenie. Przez uchylone drzwi widziałem, jak ubiera zmarłych do pogrzebów.

Mama często kazała mi wołać tatę na obiad czy kolację: „Idź do kostnicy i zawołaj tatę”. Zawsze obawiałem się tam chodzić, dlatego brałem ze sobą kolegę. Zawsze podziwiałem ojca za to, że się nie bał. W domu nigdy nie opowiadał o swojej pracy.

Jakiś czas temu skontaktował się ze mną człowiek, który pracuje przy przygotowywaniu zwłok do pogrzebu. Rozmawialiśmy dosyć długo i on – podobnie jak mój tata – także twierdzi, że nie boi się swojej pracy, choć czasem musi zostać do nocy.

Moja mama, odkąd tylko pamiętam, pracowała jako sprzątaczka. W człuchowskim inspektoracie oświaty oraz w szkole podstawowej, do której uczęszczałem. Często jej pomagałem przy pracy, korytarze na piętrach odkażało się lizolem. Niesamowicie to śmierdziało, trudno było potem domyć ręce.

Dzieciństwo wspominam dobrze. Moi rodzice byli prostymi ludźmi. Uważam, że wychowali nas dobrze, dali nam skromność i normalność. Jeśli chodzi o jasnowidzenie, to nikt z mojej rodziny nie miał takich zdolności, w domu ten temat nawet nigdy się nie pojawiał.

– Czy ktoś z pańskiej rodziny również ma takie zdolności?

– Obserwuję moją córkę i muszę przyznać, że zauważyłem u niej pewne zachowania podobne do moich. Jeszcze będąc dzieckiem, miałem różne dziwactwa – co najciekawsze mam je do dzisiaj. Mama często powtarzała, że jestem bardzo dziwny. Dlaczego? Na przykład: jako nastolatek, gdy byłem w kuchni, wszystkie przedmioty o ostrym zakończeniu, noże, widelce, nożyczki itp., odwracałem w przeciwnym kierunku. Bałem się tego i boję się do dziś. Nie rozumiem dlaczego. Uważam, że moja córka ma intuicję. Wydaje mi się, że to dlatego, że często widzi, co robię.

Co ciekawe, osoby, które się ze mną przyjaźnią, po pewnym czasie mają silne odczucia – mocniej odczuwają intuicję, częściej zwracają uwagę na sugestię. Jednego z moich znajomych nauczyłem wykonywania wizji dla mnie – i zawsze trafia perfekcyjnie. Sam nie wykonuję sobie wizji, nie potrafię. Ów mężczyzna zaczepił mnie kiedyś na ulicy i zaproponował, że podwiezie mnie do domu. W trakcie rozmowy przyznał, że chciałby nauczyć się jasnowidzenia.

– Przyzna pan, że to dosyć specyficzna umiejętność. Można się jej nauczyć?

– Jasnowidzenia można się nauczyć, to stan psychofizyczny, pewien schemat. Przez pewien czas prowadziłem nawet kursy jasnowidzenia. Zrezygnowałem jednak, bo wielu ludzi potem przesadza albo nie wie, co z tym zrobić. Tutaj muszę podkreślić: na świecie jest wielu jasnowidzów, którzy mówią o świecie astralno-duchowym, którzy o świecie wiedzą wszystko.

*

Jasnowidz wstaje i idzie zapalić papierosa. W milczeniu patrzy na drogę i przejeżdżające samochody. Potem siada do stołu, pije łyk herbaty i wyznaje:

– To, co przeszedłem w życiu, jest pewną wojną. Od sprawy do sprawy siedzę znerwicowany przy biurku i – prawdę powiedziawszy – życie przecieka mi przez palce, nie spotykają mnie żadne atrakcje. Ale o jedno zawsze będę walczył do ostatniej kropli krwi: te zmarłe osoby do mnie mówią, pokazały mi, gdzie znajdują się ich ciała. Często przeklinam, czasem bulwersuje mnie reakcja policjantów na to, co ja robię. Robię to jednak celowo i świadomie: bronię spraw, które są dla mnie niezwykle istotne i ważne. To moja walka.

– Wróćmy jednak do lat młodości. Jak panu szło w szkole?

– Uczniem byłem byle jakim, nie jestem człowiekiem wykształconym. Ale moim ulubionym przedmiotem w szkole była fizyka, fizyka i jeszcze raz fizyka. Tego, co najbardziej mnie interesowało już od młodych lat, nie było w planach lekcji: astronomii. Bo gdyby była, tobym był zakochany właśnie w tym przedmiocie. Już od dziecka interesował mnie kosmos. Przeczytałem na ten temat bardzo dużo książek, zresztą do dziś posiadam je w swojej kolekcji, np. Wszechświat, ty i ja autorstwa Fritza Kahna. Humanistą na pewno nie byłem.

Do domu przynosiłem średnie oceny, najczęściej trójki, czwórki, czasem zdarzały się piątki. Uczyłem się przeciętnie. Matka zawsze powtarzała, że gdybym był mniej leniwy, dostawałbym o wiele lepsze oceny. I chyba miała rację.

Ja natomiast nie przywiązywałem do nauki aż tak wielkiej wagi. Wychowywałem się w domu, w którym rodzice nie byli ludźmi wykształconymi. Może nie było wzorca? Zawsze będę jednak podkreślał – rodzice byli wspaniałymi ludźmi.

– Co jeszcze pan zapamiętał ze szkolnych czasów?

– Chodziłem do szkoły za czasów komuny i uczyłem się jak wielu moich kolegów. Po lekcjach najczęściej graliśmy w piłkę albo bawiliśmy się w podchody. Mieliśmy też bardzo wiele obowiązków w domu, trzeba było pomagać rodzicom, rodzeństwu. W wakacje zawsze musiałem narąbać drzewa na zimę, jesienią często chodziliśmy na grzyby. W domu zawsze było coś do zrobienia.

Obecne czasy zdecydowanie różnią się od lat, w których dorastałem. Weźmy choćby rozwój globalnej sieci, internetu. W tej chwili – oczywiście jeśli młody człowiek wykorzystuje go w sposób sensowny, nie robi głupot, nie spędza całego czasu na grach – jest idealnym narzędziem do zdobywania nowej wiedzy. Dzięki temu możemy cały czas się edukować. Kiedyś tego nie było. Gdy ja chodziłem do szkoły, nie było takich możliwości.

W szkole byłem raczej samotnikiem. Jako młody chłopak nie chodziłem na imprezy czy dyskoteki, nie interesowało mnie to. Wolałem pójść nad jezioro, przy którym zresztą mieszkałem, i tam rozmyślać, marzyć, zastanawiać się nad intrygującymi mnie sprawami. Nie ciągnęło mnie nigdy do rówieśników, chyba że graliśmy w piłkę – zawsze bardzo lubiłem ten sport. W czasach młodości wydawało mi się, że jestem całkiem niezły (śmiech).

Co jeszcze pamiętam z dzieciństwa? Na pewno swojego kumpla, z którym byłem bardzo zżyty. Co ciekawe – tuż po skończeniu szkoły nasza znajomość urwała się. I tak pozostało do dziś.

Przypominam sobie również interesującą historię – gdy miałem 10, może 12 lat, pewnego popołudnia razem z kolegami z podwórka graliśmy w piłkę. Z garażu jednego z sąsiadów zrobiliśmy sobie bramkę, jemu to się bardzo nie spodobało. Zwrócił mi uwagę: „Czy naprawdę musicie mi tak łomotać w te drzwi? Może lepiej byś się pouczył? Co z ciebie wyrośnie?!”. Tak mi powiedział. Nic na to nie odparłem. Poszedłem do drzwi i coś mnie tknęło, usłyszałem: „Powiedz temu panu, że będziesz sławną osobą”. I faktycznie – podszedłem od niego i powiedziałem: „Proszę pana, ja kiedyś będę sławną osobą”.

Gdy miałem już 50 lat, przypadkowo się spotkaliśmy. „Krzysztof, czy ty pamiętasz tamtą naszą rozmowę na klatce schodowej, gdy powiedziałeś, że będziesz sławny?”. Odpowiedziałem, że tak, pamiętam. A on mi na to: „Tyle lat minęło… Skąd ty to wiedziałeś wtedy?”.

Moim zdaniem to przeznaczenie. Żyjemy w przeznaczeniu.

– Mówi pan, że wychowywał się w domu, gdzie nie mówiło się za dużo o nauce. Komos ciekawił jednak pana od młodzieńczych lat.

– Wychowałem się w domu, gdzie nie było takich zainteresowań. Pamiętam siebie z dziecinnych lat, gdy jako młody chłopak zbierałem makulaturę. Narzekamy na obecne czasy, ale kiedyś – w domu, gdzie było pięcioro dzieci – żeby kupić książkę, która mnie ciekawiła, musiałem nazbierać makulatury albo butelek i pójść na skup. Dopiero za te pieniądze mogłem sobie kupić książkę.

Najgorsze jest to, że kiedyś mój ojciec zobaczył, jak czytam Narodziny i rozwój Układu Słonecznego. Powiedział wtedy: „Po co ty te głupoty czytasz? Tylko ci się w głowie poprzewraca od tego. Lepiej weź łopatę i zrób coś pożytecznego”. Ojciec często tak mawiał.

W dzieciństwie nocami wsuwałem się pod kołdrę i przy latarce czytałem o kosmosie. Byłem zszokowany, ale jednocześnie zafascynowany, że gdzieś na jakiejś planecie temperatura spada w nocy do -140 stopni, a w dzień wynosi 120. Było dla mnie niesamowite, że na Wenus występuje deszcz w postaci kwasów, a na Marsie jest odrobina jakiejś atmosfery. To wszystko mnie fascynowało i zresztą fascynuje do dzisiaj. Wtedy zastanawiałem się również nad czasem, nad istnieniem, nad bytem i niebytem, nad tym, dlaczego i po co jestem.

– Pierwsza praca?

– Gdy ukończyłem szkołę, mama podpowiedziała, bym uczył się na malarza. Na początek były to praktyki w jakiejś prywatnej firmie. Jako młody chłopak pracowałem po 10 godzin dziennie i malowałem elewacje, stojąc na rusztowaniu. Raz na pół roku jechało się do większego miasta na dwutygodniowy kurs. Nie skończyłem tamtej szkoły, ponieważ mój majster zapadł w śpiączkę, a potem zmarł.

Wtedy pomyślałem: „W domu się nie przelewa, trzeba iść do pracy”. Najpierw zatrudniłem się przy silosach, to była ciężka praca na trzy zmiany. Najgorsze okazały się nocki. Człowiek cały czas był tam zakurzony od ziarna. Spuszczano mnie na długiej linie i za pomocą bosaka musiałem odklejać żyto zgromadzone na ścianach silosu. Nie odpowiadała mi ta praca, ponieważ od dziecka chorowałem na astmę oskrzelową. Wytrzymałem tam około roku. Z zawodu jestem tokarzem, skończyłem szkołę zawodową, ale nigdy nie pracowałem jako tokarz.

Potem dowiedziałem się, że mogę podjąć inną pracę – w mleczarni w Człuchowie. Jej budynek już nie istnieje, został zburzony. Tam podobało mi się zdecydowanie bardziej – nie było nocek, praca była dwuzmianowa. Do moich obowiązków należało wyrabianie masła, twarogów, czasem pakowałem butelki z mlekiem. Spędziłem tam około dwóch lat.

Potem udało mi się znaleźć zatrudnienie w firmie, w której tworzono różne produkty z masy plastycznej. Zatrzymałem się tam na dość długo, bo około 10 lat. Już wtedy zaczynałem mieć te swoje przeczucia, ale mimo to nadal tam pracowałem.

Po pewnym czasie postanowiłem całkowicie się skupić na jasnowidzeniu, choć ta decyzja długo we mnie dojrzewała. Bałem się wtedy jednej rzeczy: czy ta umiejętność jest we mnie na stałe, czy będę potrafił się z tego utrzymać? Gdy podjąłem tę decyzję, miałem 30 lat.

Jasnowidz Jackowski

Подняться наверх