Читать книгу Misja błazna. Złotoskóry – tom I - Робин Хобб - Страница 7

Rozdział 1
Cierń Spadająca Gwiazda

Оглавление

Czyż czas jest obracającym się kołem, czy też koleiną, która po nim pozostaje?

Zagadka Rozgwiazdy

Przybył pod koniec deszczowej wiosny i wniósł wielki świat w moje progi. Miałem wtedy trzydzieści pięć lat. Kiedy miałem lat dwadzieścia, uważałem mężczyznę w takim wieku za sędziwego starca. Teraz nie uważam siebie ani za młodzika, ani za staruszka – raczej za człowieka w średnim wieku. Nie mogę już usprawiedliwiać się młodzieńczym nieokrzesaniem, a jeszcze nie mam prawa do starczych dziwactw. Pod wieloma względami sam już nie wiem, co mam o sobie myśleć. Czasem odnoszę wrażenie, że moje dawne życie powoli znika, rozmywając się jak ślady stóp na deszczu, aż kiedyś stanę się zwyczajnym człowiekiem, wiodącym skromny żywot w spokojnej wiosce między puszczą a morzem.

Tego ranka leżałem na łożu, wsłuchując się w codzienne, ciche dźwięki, które zwykle przynosiły mi ukojenie. Wilk miarowo oddychał przy cicho trzaskającym na palenisku ogniu. Przywołałem naszą wspólną magię Rozumienia i delikatnie obejrzałem jego senne marzenia. We śnie biegł ze swym stadem po gładkiej pokrywie śniegu otulającej wzgórza. Dla Ślepuna był to sen o ciszy, chłodzie i łowach. Pośpiesznie wycofałem się, by nie zakłócać jego spokoju.

Za okienkiem mojej chaty powracające ptaki rzucały sobie śpiewne wyzwania. Wiał łagodny wietrzyk i ilekroć poruszył liśćmi, strząsał z nich krople nocnego deszczu, które wygrywały melodie na mokrej murawie. Przed domem rosły cztery srebrzyste brzozy. Kiedy je posadziłem, ledwie sięgały mi do ramienia. Teraz ich gęste listowie rzucało miły cień przed oknem mojej sypialni. Zamknąłem oczy i niemal czułem na powiekach migotanie światła. Nie zamierzałem wstawać, jeszcze nie.

Miniony wieczór był bardzo nieprzyjemny i musiałem samotnie stawić mu czoło. Mój chłopak, Traf, wyruszył z Wilgą zwiedzać świat już trzy tygodnie temu i jeszcze nie wrócił. Nie mogłem mieć mu tego za złe. Moje ciche i samotnicze życie zaczęło być dla niego zbyt ciężkim brzemieniem. Opowieści Wilgi o życiu w Koziej Twierdzy, odmalowane zręcznie przez pieśniarkę, były zbyt interesujące, by mógł je zignorować. Tak więc niechętnie pozwoliłem, żeby zabrała go na wakacje do Koziej Twierdzy, gdzie będzie mógł zobaczyć wiosenny festyn, skosztować ciasta posypanego nasionami kopytnika, obejrzeć przedstawienie kukiełkowe, a może nawet pocałować jakąś dziewczynę. Traf dorastał i regularne posiłki oraz ciepłe łóżko przestały mu już wystarczać. Wiedziałem, że nadszedł czas, żeby wypuścić go w świat, znaleźć jakiegoś dobrego stolarza lub cieślę, który przyjąłby go na czeladnika. Traf wykazywał spore zdolności w tej dziedzinie, a im wcześniej chłopiec rozpocznie praktykę, tym więcej się nauczy. Tylko że jeszcze nie byłem gotów rozstać się z nim. Na razie zamierzałem przez ten miesiąc cieszyć się spokojem i samotnością, przypomnieć sobie, jak to jest radzić sobie samemu. Miałem przecież Ślepuna, a on miał mnie. Czego jeszcze moglibyśmy chcieć?

Mimo to zaledwie chłopiec odszedł, w domu zrobiło się zbyt cicho. Wywołane perspektywą wyjazdu podniecenie chłopca aż nazbyt przypomniało mi radość, jaką niegdyś sprawiał mi wiosenny festyn i tym podobne zabawy, przedstawienia kukiełkowe, ciastka posypane nasionami kopytnika i całowanie dziewczyn. Przywołało żywe wspomnienia, które uważałem za dawno zapomniane. Może to z tych wspomnień zrodziły się sny. Dwukrotnie budziłem się zlany potem, drżący, z zaciśniętymi pięściami. Przez kilka lat przeszłość nie zakłócała mojego spokoju, lecz w ciągu ostatnich czterech zaczęła powracać coraz częściej, w nieregularnych odstępach czasu. Tak jakby Moc nagle sobie o mnie przypomniała i usiłowała wyrwać mnie z mojej oazy spokoju i samotności. Jej zew zakłócał monotonię dni, które dotychczas płynęły gładko, podobne do siebie jak nanizane na nitkę koraliki. Czasem głód Mocy zżerał mnie, jak rak zżera ciało. Innym razem kończyło się na kolorowych, tęsknych snach. Gdyby chłopiec był w domu, zapewne zdołałbym otrząsnąć się z tego i zagłuszyć natarczywy zew Mocy. Ale jego nie było i dlatego wczorajszego wieczoru uległem niepohamowanej pokusie, jaką wywołały sny. Poszedłem na nadmorskie urwisko, usiadłem na ławce, którą zrobił dla mnie chłopak, i sięgnąłem moją magią ponad falami. Wilk siedział przez pewien czas przy moim boku, spoglądając na mnie z dezaprobatą. Próbowałem nie zwracać na niego uwagi.

– To nie jest gorsze niż twoje upodobanie do jeżozwierzy – powiedziałem.

„Tylko że ich kolce można usunąć. A te, które tkwią w tobie, wchodzą coraz głębiej i jątrzą twoje ciało”.

„Czemu nie zapolujesz na królika?”.

„Odesłałeś chłopaka z jego łukiem”.

– Wiesz co, mógłbyś sam coś upolować. Kiedyś potrafiłeś.

„Kiedyś chodziłeś ze mną na łowy. Dlaczego nie pójdziesz teraz, zamiast zajmować się bezowocnymi poszukiwaniami? Kiedy wreszcie pogodzisz się z tym, że nikt nie może cię usłyszeć?”.

„Po prostu muszę... próbować”.

„Dlaczego? Czy moje towarzystwo ci nie wystarcza?”.

„Wystarcza. Zawsze mi wystarczało”.

Otworzyłem się szerzej na naszą wspólną magię Rozumienia i usiłowałem pokazać mu, w jaki sposób pociąga mnie Moc.

„To magia tego chce, nie ja”.

„Zabierz to. Nie chcę tego widzieć”. A kiedy zamknąłem przed nim tę część mojej jaźni, zapytał żałośnie: „Czy to nigdy nie zostawi nas w spokoju?”.

Nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Po pewnym czasie wilk położył się, oparł swój wielki łeb na przednich łapach i zamknął ślepia. Wiedziałem, że zostanie ze mną, ponieważ martwi się o mnie. Poprzedniej zimy dwukrotnie zużyłem tyle energii na próby nawiązania kontaktu, że nie byłem w stanie dowlec się o własnych siłach do domu. Ślepun musiał sprowadzić na pomoc Trafa. Teraz jednak byliśmy sami.

Wiedziałem, że to głupie i bezsensowne. Ale wiedziałem również, że nic mnie nie powstrzyma. Jak głodny człowiek, który je zachłannie, żeby wypełnić straszliwą pustkę w brzuchu, tak ja dotykałem Mocą wszystkich, którzy znaleźli się w jej zasięgu. Wnikałem w ich myśli, na chwilę zaspokajając swoją tęsknotę, wypełniając pustkę. Poznałem rybaków, którzy wypłynęli w ten wietrzny dzień na połów, troski kapitana, którego statek przewoził zbyt ciężki ładunek. Bosmana niepokoił przyszły zięć, który był wprawdzie przystojnym mężczyzną, ale też patentowanym leniem. Chłopiec okrętowy zaś przeklinał swojego pecha. Statek zawinie do portu Koziej Twierdzy już po wiosennym festynie. Do tego czasu po święcie zostaną tylko usychające w rynsztokach zwiędłe wianki. Takie już jego psie szczęście.

Wszystkie te myśli pozwalały mi na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Przypominały, że świat nie ogranicza się do czterech ścian mojego domu i otaczającego go ogrodu. To nie było jednak to samo, co prawdziwe korzystanie z Mocy. Nie mogło równać się z uczuciem spełnienia, połączenia się umysłów, kiedy cały świat staje się jednością, a ciało jest zaledwie pyłkiem.

Z transu wyrwały mnie wilcze kły zaciskające się na moim przedramieniu.

„Chodź. Już wystarczy. Jeśli zemdlejesz, przeleżysz tu całą zimną i deszczową noc. Chłopca nie ma, a ja nie zdołam postawić cię na nogi. Chodź już”.

Podniosłem się z ławki i lekko pociemniało mi w oczach. Ta słabość zaraz mi przeszła, w przeciwieństwie do ponurego nastroju, który pojawił się w ślad za nią. Poszedłem za wilkiem przez gęstniejący mrok, z powrotem do dogasającego na palenisku ognia i pełzającego na stole blasku świec. Zrobiłem sobie napar z kozłka, czarny i gorzki, wiedząc, że jeszcze bardziej pogłębi moją duchową samotność, ale za to złagodzi dokuczliwy ból głowy. Wykorzystałem energię dostarczoną przez napar, aby popracować nad opisaniem reguły gry w kamyki. Już kilkakrotnie próbowałem napisać taki traktat i za każdym razem dochodziłem do wniosku, że jest to niewykonalne, że można nauczyć się tej gry jedynie grając w nią. Tym razem dodałem do tekstu szereg ilustracji ukazujących przebieg typowej rozgrywki. Kiedy przed świtem odłożyłem pióro, miałem wrażenie, że jest to najmniej udana z dotychczasowych prób. Położyłem się spać o wschodzie słońca.

Obudziłem się późnym rankiem. W odległym kącie podwórza kury grzebały w ziemi i zawzięcie plotkowały. Głośno piał kogut. Jęknąłem. Powinienem wstać i sprawdzić, czy kury zniosły jajka, i sypnąć im trochę ziarna. Rośliny w ogrodzie już zaczęły kiełkować. Powinienem zabrać się za pielenie i ponownie obsiać grzędę sałaty, którą zżarły ślimaki. Dobrze byłoby także zerwać jeszcze trochę tych purpurowych kosaćców, dopóki kwitną. Wprawdzie ostatnia próba uzyskania z nich inkaustu okazała się nieudana, ale chciałem spróbować ponownie. Powinienem także narąbać drewna na opał i równo je poukładać. Ugotować owsiankę, wygarnąć popiół z paleniska. A także wdrapać się na rosnący przy kurniku jesion i odciąć nadłamaną gałąź, zanim zwali ją wiatr.

Ślepun dodał do mojej listy jeszcze jeden punkt.

„Powinniśmy też pójść nad rzekę i sprawdzić, czy ryby zaczęły już płynąć na tarło. Świeża ryba to dobra rzecz”.

„W zeszłym roku o mało nie padłeś po zjedzeniu zepsutej ryby”.

„Tym bardziej powinniśmy pójść teraz, kiedy są świeże. Mógłbyś wziąć włócznię chłopca”.

„Przemoknę i zmarznę”.

„Lepiej przemoknąć i zmarznąć niż głodować”.

Przewróciłem się na drugi bok i zamknąłem oczy. Poleniuchuję sobie w ten jeden ranek. Kto się o tym dowie i kogo to obchodzi? Kury? Niestety, po jakimś czasie Ślepun trącił mnie myślą.

„Obudź się, bracie. Nadjeżdża jakiś obcy koń”.

Natychmiast się ocknąłem. Skośna smuga wpadającego przez okienko światła wskazywała, że minęło kilka godzin. Wstałem, wciągnąłem przez głowę szatę, spiąłem ją pasem i wepchnąłem stopy w sandały na grubej skórzanej podeszwie. Odgarnąłem włosy z czoła i przetarłem zaspane oczy.

– Idź zobaczyć, kto to – powiedziałem do Ślepuna.

„Sam sobie zobacz. Jest już prawie przy drzwiach”.

Nikogo nie oczekiwałem. Wilga przyjeżdżała trzy lub cztery razy do roku, przywożąc mi najnowsze plotki, porządny pergamin i dobre wino, ale ani ona, ani Traf nie wrócą tak szybko. Inni goście bardzo rzadko zachodzili w moje progi. W sąsiedniej dolinie mieszkał Zatokowy, hodowca świń, lecz on nie miał konia. Dwa razy do roku odwiedzał mnie wędrowny druciarz. Po raz pierwszy trafił tu przypadkiem, kiedy jego koń okulał w czasie burzy, i wtedy zobaczył między drzewami światełko mojego domu. Czasem odwiedzali mnie podobni podróżni. Na drzewie, które rosło przy dróżce wiodącej do mojej chaty, druciarz wyciął zwiniętego w kłębek kota – symbol gościnnego domostwa.

Tak więc ten jeździec zapewne był zagubionym podróżnym lub znużonym kupcem. W duchu powiedziałem sobie, że niespodziewany gość może być miłą odmianą, choć mówiłem to bez przekonania.

Stukot końskich kopyt ucichł przed samym domem i usłyszałem charakterystyczne dźwięki towarzyszące zsiadaniu z konia.

„To Stary” – warknął cicho wilk.

Serce na moment przestało mi bić. Otworzyłem drzwi w tej samej chwili, w której przybysz podniósł rękę, żeby w nie zastukać. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się szeroko.

– Rycerski, mój chłopcze. Och, Bastardzie!

Wyciągnął ramiona, żeby mnie objąć. Przez moment stałem jak wryty, nie mogąc się ruszyć. Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Przeraziło mnie, że mój dawny mistrz odnalazł mnie po tylu latach. Musiał istnieć po temu jakiś ważny powód, a nie tylko chęć, żeby znów mnie zobaczyć. Jednocześnie poczułem łączące nas pokrewieństwo dusz, głębokie zainteresowanie, jakie zawsze budził we mnie Cierń. Kiedy byłem chłopcem, w sekrecie wzywał mnie po nocach do swej tajemnej komnaty, znajdującej się na szczycie wieży Koziej Twierdzy. Tam mieszał swe trucizny, uczył mnie skrytobójczego fachu i wiązał ze sobą na zawsze. Za każdym razem, kiedy otwierałem zamaskowane drzwi, serce biło mi mocniej. Pomimo upływu wielu lat i tylu cierpień wciąż tak na mnie działał. Wydawało się, że spowija go aura tajemnicy i przygody.

Zatem chwyciłem go za zgarbione ramiona i uścisnąłem. Cierń znowu był tak chudy jak wtedy, kiedy go poznałem. Tylko że teraz ja byłem zaniedbanym wieśniakiem w znoszonej szacie z szarej wełny. On miał na sobie błękitne spodnie i tego samego koloru kaftan, z wyłogami równie zielonymi jak jego skrzące się oczy. Nosił również wysokie buty z czarnej skóry i takie same rękawiczki. Zielony płaszcz był dobrany barwą do wyłogów kaftana i podbity futrem. Miał koronkowy kołnierz i rękawy. Ślady po ospie, które stary skrytobójca kiedyś tak skwapliwie ukrywał, były ledwie widoczne na opalonej twarzy. Siwe włosy opadały mu na ramiona i lekko kręciły się nad czołem. W uszach miał kolczyki ze szmaragdami, a na środku złotej obręczy na jego szyi tkwił taki sam klejnot.

Cierń uśmiechnął się, widząc, że podziwiam jego strój.

– No cóż, doradca królowej musi należycie się prezentować, jeśli ma budzić szacunek, na jaki oboje zasługują.

– Rozumiem – wymamrotałem. – Wejdź, wejdź. Obawiam się, że mój dom jest nieco uboższy od tych, do jakich przywykłeś, ale mimo to jest gościnny.

– Nie przyjechałem tu, by gawędzić o twoim domu, chłopcze. Przybyłem zobaczyć się z tobą.

– Chłopcze? – powtórzyłem z uśmiechem, wprowadzając go do środka.

– No cóż. Dla mnie chyba zawsze nim będziesz. To jeden z przywilejów podeszłego wieku. Mogę nazywać każdego jak mi się podoba i nikt nie ośmieli się ze mną spierać. Ach, widzę, że wciąż masz tego wilka. Ślepun, czy tak? Widzę, że też ma już swoje lata. Nie pamiętam tej siwizny na jego pysku. Chodź tu, dobry wilk. Bastardzie, czy zechciałbyś oporządzić mojego wierzchowca? Przez cały ranek byłem w siodle, a ostatnią noc spędziłem w wyjątkowo podłym zajeździe. Trochę zesztywniałem, no wiesz. I czy możesz przynieść moje juki?

Pochylił się, by podrapać wilka za uszami. Uśmiechnąłem się i wyszedłem. Kara klacz, na której przyjechał, była pięknym, łagodnym i posłusznym zwierzęciem. Miło jest zajmować się takim stworzeniem. Napoiłem ją, dałem jej trochę ziarna z zapasu dla kur, a potem wpuściłem do pustej zagrody kucyka. Juki, które niosłem do domu, były dość ciężkie, a z jednego z nich dobiegało obiecujące bulgotanie.

Wszedłem i zastałem Ciernia siedzącego przy biurku w moim gabinecie i przeglądającego moje papiery.

– Ach, jesteś już. Dziękuję, Bastardzie. To gra w kamienie, prawda? Ta, której nauczyła cię Pustułka, żeby odwrócić twoją uwagę od drogi Mocy? Fascynujące. Chciałbym dostać jeden taki manuskrypt, kiedy go skończysz.

– Jeśli chcesz... – odparłem cicho. Czułem się nieswojo. Niedbale wymieniał imiona i nazwy, które pochowałem w niepamięci. Pustułka. Droga Mocy. Dawno odepchnąłem je od siebie. – Już nie jestem Bastardem. Teraz zwę się Tom Borsuczowłosy.

– Ach tak?

Dotknąłem białego pasemka zasłaniającego bliznę na głowie.

– Od tego. Ludziom mówię, że urodziłem się z tym kosmykiem siwizny i rodzice dlatego tak mnie nazwali.

– Rozumiem – mruknął niechętnie. – No cóż, to ma sens. – Odchylił się na moim drewnianym krześle, aż zatrzeszczało. – W jukach jest brzoskwiniówka, jeśli masz kubki. A także trochę pierniczków od starej Szałwii... Pewnie nie spodziewałeś się, że pamiętam, jak bardzo je lubiłeś? Chyba trochę się pogniotły, ale nie straciły smaku.

Wilk podszedł i oparł pysk o krawędź stołu. Nie odrywał wzroku od juków.

– Czy Szałwia wciąż jest kucharką w Koziej Twierdzy? – zapytałem, szukając dwóch porządnych kubków. Sam nie miałem nic przeciwko używaniu wyszczerbionych naczyń, ale nie chciałem zmuszać Ciernia do korzystania z takiego.

Wyszedł z gabinetu i podszedł do kuchennego stołu.

– Och, niezupełnie. Nogi bardzo jej dokuczają, kiedy zbyt długo stoi. Ma teraz wielki i miękki fotel, ustawiony na podwyższeniu w kącie kuchni, i z niego nadzoruje pracę. Przygotowuje tylko to, co najbardziej lubi: wymyślne pasztety, ciasta z korzeniami i inne słodycze. Większość potraw przyrządza młodzieniec zwany Łamagą.

Mówiąc to, rozpakowywał sakwy. Wyjął z nich dwie butelki brzoskwiniówki z Piaszczystych Kresów. Już nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ją piłem. Potem, sypiąc okruchami, odwinął z lnianej serwetki pierniczki, nieco zgniecione, tak jak zapowiadał. Wilk pożądliwie powęszył i zaczął się ślinić.

– Widzę, że on też je lubi – zauważył sucho Cierń i rzucił mu jeden.

Wilk zręcznie chwycił ciasteczko w powietrzu i zaniósł pod piec, żeby je tam w spokoju schrupać.

Z juków szybko wyłaniały się kolejne skarby. Ryza dobrego pergaminu, kałamarze z niebieskim, czerwonym i zielonym inkaustem. Gruby korzeń imbiru, zaczynający właśnie puszczać pędy, gotowy do zasadzenia. Kilka paczuszek przypraw. I rzadki u mnie luksus – krążek dojrzałego sera. A w drewnianym kuferku były rzeczy wyglądające obco, chociaż tak znajome. Drobiazgi, które już dawno temu uznałem za bezpowrotnie stracone. Pierścień, należący niegdyś do księcia Ruriska z Królestwa Górskiego. Grot strzały, która przebiła mu pierś i o mało go nie uśmierciła. Drewniane puzderko na trucizny, zrobione przeze mnie przed laty. Otworzyłem je. Było puste. Zamknąłem puzderko i postawiłem na stole. Spojrzałem na gościa. Nie był zwykłym starym człowiekiem, który przyjechał z wizytą. Ciągnął za sobą całą moją przeszłość, jak dama wlecze haftowany tren swojej sukni. Z chwilą kiedy wpuściłem go do mojej chaty, wraz z nim wtargnął do niej mój dawny świat.

– Dlaczego? – zapytałem cicho. – Dlaczego odszukałeś mnie po tylu latach?

– No cóż. – Cierń przysunął do stołu krzesło i opadł na nie z westchnieniem ulgi. Odkorkował butelkę brzoskwiniówki i nalał dla nas obu. – Z tuzina powodów. Zobaczyłem twojego chłopca z Wilgą. Natychmiast domyśliłem się, kim on jest. Nie jest podobny do ciebie, tak samo jak Pokrzywa nie jest podobna do Brusa, ale po prostu ma twoje nawyki: nigdy się nie śpieszy i najpierw starannie ocenia sytuację, zanim podejmie decyzję. Gdy tak rozmyśla z lekko przechyloną głową, bardzo przypomina mi ciebie, kiedy byłeś w jego wieku...

– Widziałeś Pokrzywę – wtrąciłem beznamiętnie. To nie było pytanie.

– Oczywiście – odrzekł spokojnie. – Chciałbyś wiedzieć, jak ona się miewa?

Nie odpowiedziałem, z obawy, że może załamać mi się głos. Rozsądek ostrzegał mnie, żebym nie okazywał zbytniego zainteresowania jej osobą. Mimo to poczułem ukłucie niepokoju na myśl o tym, że Pokrzywa, moja córeczka, którą widywałem tylko w snach, może być powodem wizyty Ciernia. Spojrzałem na kubek, zastanawiając się, czy powinienem pić brzoskwiniówkę przed śniadaniem. Potem znowu pomyślałem o Pokrzywie, nieślubnym dziecku, które wbrew mej woli musiałem opuścić jeszcze przed jej narodzinami. Wypiłem. Już zapomniałem, jak gładko pije się brzoskwiniówki z Piaszczystych Kresów. Ciepło rozeszło się po moim ciele z szybkością młodzieńczego pożądania.

– Jest bardzo podobna do ciebie – rzekł Cierń i uśmiechnął się. – Jednak, chociaż to dziwne, jeszcze bardziej jest podobna do Brusa. Przejęła więcej jego nawyków i zachowań niż którykolwiek z jego pięciu synów.

– Pięciu! – wykrzyknąłem ze zdumieniem.

Cierń wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Pięciu chłopców, tak grzecznych i posłusznych ojcu, jak tylko można sobie życzyć. W przeciwieństwie do Pokrzywy. Ona znakomicie opanowała ponurą minę Brusa i obrzuca go takim spojrzeniem, kiedy ją karci. Co rzeczywiście rzadko się zdarza. Wcale nie twierdzę, że jest jego ulubienicą, ale sądzę, że jej hardość podoba mu się bardziej niż uległość synów. Ona jest równie niecierpliwa jak Brus i tak samo wyczulona na dobro i zło. Ponadto jest uparta, tak jak ty, chociaż tego może też nauczyła się od niego.

– Zatem widziałeś się z Brusem?

On mnie wychował, a teraz wychowywał moją córkę jako swoją własną. Ożenił się z kobietą jakoby opuszczoną przeze mnie. Oboje uważali mnie za zmarłego. W ich życiu od dawna nie było dla mnie miejsca. Wieści o nich wywołały ból zmieszany z rozczuleniem. Spłukałem go solidnym łykiem brzoskwiniówki z Piaszczystych Kresów.

– Nie mógłbym zobaczyć Pokrzywy, nie widząc się z Brusem. Pilnuje jej jak... jak ojciec. On miewa się dobrze. Z wiekiem nie przestał utykać, jednak rzadko porusza się na piechotę, więc raczej mu to nie przeszkadza. Jak zawsze, prawie wszędzie jeździ na koniu. – Cierń odkaszlnął. – Wiesz, że królowa i ja zadbaliśmy o to, żeby dostał źrebaki po Fircyku i Sadzy? No cóż, te dwa wspaniałe konie zapewniły mu dostatnie życie. Węgielek, tę klacz, którą przed chwilą rozsiodłałeś, kupiłem właśnie od niego. Teraz nie tylko hoduje konie, ale także je układa. Nigdy nie będzie bogaty, bo za każdy zaoszczędzony grosz kupuje nowego konia lub kolejne pastwisko. Jednak, kiedy zapytałem go, jak mu się wiedzie, odparł: „Całkiem nieźle”.

– A co Brus powiedział na twoją wizytę? – zapytałem.

Byłem dumny, że nie mówiłem tego zduszonym głosem.

Cierń znów się uśmiechnął, tym razem nieco żałośnie.

– Kiedy otrząsnął się z zaskoczenia, był bardzo uprzejmy i gościnny. A gdy następnego dnia dosiadałem konia, którego osiodłał dla mnie jeden z jego bliźniaków, chyba Zwinny, Brus szepnął, że prędzej mnie zabije, niż pozwoli, by coś stało się Pokrzywie. Powiedział to ze smutkiem, ale stanowczo. Nie wątpię, że dotrzymałby słowa.

– Czy ona wie, że Brus nie jest jej ojcem? Czy wie coś o mnie?

Dziesiątki pytań cisnęły mi się na usta, ale odepchnąłem je. Nienawidziłem impulsu, który kazał mi zadać te dwa, ale nie zdołałem się powstrzymać. To było jak głód Mocy, ta niepohamowana ciekawość, chęć poznania faktów po tylu latach.

Cierń odwrócił wzrok i sączył brzoskwiniówkę.

– Nie wiem. Nazywa go tatusiem. Bardzo go kocha, bezgranicznie. Och, często się z nim spiera, ale akceptuje go bez zastrzeżeń. Obawiam się, że jej stosunki z matką są bardziej napięte. Pokrzywa nie interesuje się pszczołami ani świecami, a Sikorka chciałaby, żeby córka poszła w jej ślady. Ponieważ jednak Pokrzywa jest bardzo uparta, Sikorka będzie musiała przekazać fach jednemu lub drugiemu synowi. – Spojrzał za okno i dodał cicho: – Nie wymawialiśmy twojego imienia, kiedy Pokrzywa była w pobliżu.

Obracałem w dłoniach kubek.

– Co ją interesuje?

– Konie. Sokoły. Miecze. Ponieważ ma piętnaście lat, myślałem, że będzie mówiła o chłopcach, ale ci najwyraźniej wcale jej nie interesują. Może jeszcze nie obudziła się w niej kobieta, a może ma zbyt wielu braci, żeby żywić jakieś romantyczne złudzenia co do chłopców. Chciałaby pojechać do Koziej Twierdzy i wstąpić do straży miejskiej. Wie, że Brus był kiedyś królewskim koniuszym. Zresztą jednym z powodów mojej wizyty u niego była propozycja królowej, aby zechciał ponownie objąć to stanowisko. Ale Brus odmówił. Pokrzywa nie mogła zrozumieć dlaczego.

– Ja rozumiem.

– Ja też. W trakcie wizyty powiedziałem mu, że, nawet jeśli on nie chce wrócić na zamek, mógłbym znaleźć tam miejsce dla Pokrzywy. Mogłaby być moim paziem, chociaż jestem pewien, że królowa Ketriken z przyjemnością wzięłaby ją do siebie. Poznałaby twierdzę i miasto, posmakowała życia na dworze, powiedziałem Brusowi. Ale on bez namysłu odmówił; sprawiał wrażenie niemal obrażonego.

Mimo woli odetchnąłem z ulgą. Cierń upił kolejny łyk brzoskwiniówki i siedział, uważnie mi się przypatrując. Równie dobrze jak ja wiedział, o co teraz zapytam. Po co odszukał Brusa, dlaczego zaproponował, że zabierze Pokrzywę do Koziej Twierdzy? Ja też pociągnąłem brzoskwiniówki i przyglądałem się Cierniowi. Zestarzał się, ale nie tak, jak większość ludzi. Włosy wprawdzie mu posiwiały, lecz pod śnieżnobiałymi lokami jego zielone oczy płonęły jeszcze intensywniej niż kiedyś. Zastanawiałem się, ile trudu wkłada w to, żeby się nie garbić, jakie leki zażywa, by zachować siły witalne, a także, jaką płaci za to cenę. Był starszy od króla Roztropnego, a ten nie żył już od wielu lat. Tak samo jak ja był bękartem królewskiego rodu, lecz w przeciwieństwie do mnie uwielbiał dworskie intrygi i spiski. Ja unikałem dworu i wszystkiego, co się z nim wiązało. Cierń pozostawał na dworze i stał się niezastąpiony dla kolejnego pokolenia Przezornych.

– No tak. A jak się miewa Cierpliwa? – zapytałem ostrożnie. Wieści o żonie mojego ojca nie były tymi, które interesowały mnie najbardziej, ale chciałem wykorzystać jego odpowiedź do poruszenia najważniejszego dla mnie tematu.

– Księżna Cierpliwa? Och, nie widziałem jej od wielu miesięcy, chyba już ponad rok. Jak wiesz, mieszka w Kupieckim Brodzie. Włada nim, i to całkiem nieźle. To niezwykłe, kiedy się nad tym zastanowić. Gdy była królową i żoną twojego ojca, nigdy się nie udzielała. Jako wdowa zadowalała się opinią ekscentrycznej księżnej Cierpliwej. Jednak gdy wszyscy inni uciekli, ona stała się rzeczywistą władczynią Koziej Twierdzy. Królowa Ketriken mądrze uczyniła, oddając jej Kupiecki Bród we władanie, gdyż dla mieszkańców Koziej Twierdzy Cierpliwa zawsze pozostawałaby prawdziwą władczynią.

– A książę Sumienny?

– Jest bardzo podobny do swojego ojca – stwierdził Cierń.

Obserwowałem go uważnie, zastanawiając się, co też ten stary lis chce przez to powiedzieć. Co on wie?

Zmarszczył brwi i mówił dalej:

– Królowa powinna czasem wypuszczać go spod swoich skrzydeł. Lud ma o Sumiennym takie samo zdanie, jak o twoim ojcu, Rycerskim. „Porządny, ale słaby”, powiadają, i już zacząłem się obawiać, że mogą mieć rację.

Ledwie słyszalna zmiana tonu jego głosu sprawiła, że nadstawiłem ucha.

– Ale...? – spytałem cicho.

Cierń posłał mi niemal przepraszający uśmiech.

– Ostatnio chłopiec zmienił się nie do poznania. Zawsze był samotnikiem, lecz to normalne w przypadku jedynego dziedzica tronu. Musi nieustannie pamiętać o swojej pozycji, uważać, aby nie uznano, że faworyzuje któregoś ze swoich towarzyszy. W rezultacie zamknął się w sobie. Jednak od niedawna znacznie sposępniał. Stał się nieobecny i ponury, i często popada w tak głęboką zadumę, że zupełnie nie wie, co się wokół niego dzieje. Nie jest nieuprzejmy ani obojętny. Mimo to...

– Ile ma lat, czternaście? – zapytałem. – Z tego, co słyszę, zachowuje się prawie tak samo, jak od niedawna Traf. Ja też doszedłem do wniosku, że powinienem wypuścić go spod moich skrzydeł. Czas, żeby zobaczył kawałek świata i nauczył się czegoś nowego od innych ludzi, nie tylko ode mnie.

Cierń skinął głową.

– Sądzę, że masz rację. Królowa Ketriken i ja podjęliśmy taką samą decyzję w sprawie księcia Sumiennego.

Ton jego głosu ostrzegł mnie, że właśnie przed chwilą sam włożyłem głowę w pętlę.

– Ach tak? – powiedziałem ostrożnie.

– Ach tak? – powtórzył za mną Cierń, a potem nachylił się, by dolać sobie brzoskwiniówki. Uśmiechnął się, dając mi znać, że zabawa skończona. – Z pewnością już zgadłeś. Chcielibyśmy, żebyś wrócił do Koziej Twierdzy i uczył księcia władania Mocą. Mógłbyś również uczyć Pokrzywę, gdyby udało się nakłonić Brusa, żeby puścił ją do zamku, i jeśli dziewczynka posiada taki dar.

– Nie – powiedziałem pośpiesznie, ale czułem, że moja odmowa nie była należycie zdecydowana.

Zaledwie Cierń wystąpił z tą propozycją, a już zaczęła mi się podobać. Była jakże prostym wyjściem z sytuacji męczącej mnie przez tyle lat. Mogłem stworzyć nowy krąg Mocy. Wiedziałem, że Cierń ma zwoje i tabliczki opisujące zasady posługiwania się Mocą. Przed laty mistrz Konsyliarz, a potem książę Władczy bezprawnie pozbawili nas dostępu do tych źródeł wiedzy. Teraz jednak mógłbym je przestudiować, nauczyć się więcej i wyszkolić innych należycie, nie tak, jak to robił Konsyliarz. Książę Sumienny miałby krąg Mocy, który broniłby go i pomagał mu, a także zakończył moją długoletnią samotność. Sięgając Mocą, zawsze znalazłbym bratni umysł.

I moje dzieci poznałyby mnie jako człowieka, chociaż nie jako swego ojca.

Cierń był sprytny, jak zawsze. Widocznie wyczuł me wahanie, gdyż pozostawił moją odmowę zawieszoną w próżni, bez słowa komentarza. Zajrzał do kubka, przez moment przypominając mi Prawego, a potem podniósł wzrok i zmierzył mnie bystrym spojrzeniem zielonych oczu. O nic nie pytał, niczego nie żądał. Tylko czekał. Wiedział, że przed taką taktyką nie zdołam się obronić.

– Wiesz, że nie mogę. Dobrze wiesz, dlaczego nie powinienem.

Nieznacznie pokręcił głową.

– Nie wiem. Dlaczego książę Sumienny ma być pozbawiony tego, do czego ma słuszne prawo jako potomek rodu Przezornych? – I nieco ciszej dodał: – Czy Pokrzywa nie ma do tego prawa?

– Prawo? – Zaśmiałem się z goryczą. – To raczej dziedziczna choroba, Cierniu. To nałóg, który może opanować człowieka w takim stopniu, że powiedzie go daleko poza Królestwo Górskie. Sam widziałeś, co stało się ze Szczerym. Moc pochłonęła go. Wprawdzie wykorzystał to do swoich celów, rzeźbiąc smoka i wnikając weń, aby ocalić Królestwo Sześciu Księstw. Jednak Szczery wyruszyłby w góry nawet wtedy, gdyby nie musiał walczyć ze szkarłatnymi okrętami. To miejsce wzywało go. Taki koniec może spotkać każdego, kto jest obdarzony Mocą.

– Rozumiem twoje obawy – przyznał cicho. – Sądzę jednak, że się mylisz. Uważam, że Konsyliarz celowo zaszczepił ci te obawy, skąpo wydzielając ci wiedzę i próbując cię zastraszyć. Czytałem zwoje Mocy. Wprawdzie nie zrozumiałem wszystkiego, ale wiem, że Moc to coś znacznie więcej niż tylko umiejętność porozumiewania się na odległość. Dzięki niej człowiek może żyć dłużej i w lepszym zdrowiu. Moc zwiększa siłę perswazji mówcy. Twoje szkolenie... Założę się, że Konsyliarz nauczył cię tylko tyle, ile musiał. – W głosie Ciernia słyszałem rosnące podniecenie, jakby mówił o jakimś ukrytym skarbie. – W Mocy kryją się ogromne, niewiarygodne możliwości. Z niektórych pism wynika, że można ją wykorzystać do uzdrawiania, do diagnozowania obrażeń i leczenia ich. Osoba obdarzona Mocą może czytać w oczach innych ludzi, poznawać ich obawy i uczucia. I...

– Cierniu.

Przez chwilę czułem wzbierający gniew, spowodowany tym, że czytał zwoje. Nie miał do tego prawa, pomyślałem, ale zaraz uświadomiłem sobie, że jeśli otrzymał je od królowej, to był jak najbardziej uprawniony do tego, żeby je przeczytać. Bo któż inny mógł to zrobić? Nie było już żadnego mistrza Mocy. Wszyscy obdarzeni tym darem powymierali. No, niezupełnie. Ja ich zabiłem. Pozabijałem jednego po drugim ostatnich przeszkolonych adeptów Mocy, członków kręgu stworzonego w Koziej Twierdzy. Zdradzili swego króla, więc zniszczyłem ich, a wraz z nimi ich magię. Racjonalna część mojego umysłu podpowiadała mi, że tego rodzaju magii nie należy wskrzeszać.

– Nie jestem mistrzem Mocy, Cierniu. Moja wiedza o niej jest skromna, a umiejętności nazbyt zawodne. Jeśli przeczytałeś zwoje, to z pewnością wiesz, że zażywanie kozłka to najgorsze, co może uczynić człowiek obdarzony Mocą. To ziele ogranicza, a nawet zabija magiczne umiejętności. Próbowałem unikać tego środka ze względu na uboczne skutki jego działania, jednak nawet powodowane przezeń otępienie jest lepsze od głodu Mocy. Czasem, kiedy nie mogłem już wytrzymać, zażywałem go przez kilka dni z rzędu. – Odwróciłem głowę, widząc zatroskaną minę starego. – Jeśli nawet miałem dar Mocy, to teraz jest już pewnie w zaniku.

Cierń odpowiedział łagodnie:

– Wydaje mi się, że twój nieustanny głód Mocy wskazuje, że jest wprost przeciwnie, Bastardzie. Przykro mi słyszeć, że tak cierpiałeś. Naprawdę nie mieliśmy o tym pojęcia. Myślałem, że głód Mocy jest czymś w rodzaju nałogu i w wyniku przymusowej abstynencji po pewnym czasie słabnie.

– Nie, nic podobnego. Czasem tylko przycicha. Mijają miesiące, a nawet lata, i bez żadnej wyraźnej przyczyny głód znów się budzi. – Na moment zacisnąłem powieki. Rozmowa o tym przypominała grzebanie w otwartej ranie. – Cierniu, wiem, że właśnie z tego powodu przejechałeś taki szmat drogi i zadałeś sobie tyle trudu, żeby mnie odszukać. Usłyszałeś już moją odmowę. Czy teraz możemy porozmawiać o czymś innym? Bo ta rozmowa... sprawia mi ból.

Milczał przez chwilę, a potem powiedział z wymuszoną swobodą:

– Oczywiście. Mówiłem Ketriken, że wątpię, czy zgodzisz się na nasz plan. – Westchnął. – Po prostu będę musiał sam jakoś sobie radzić z tym, co udało mi się zrozumieć ze zwojów. No dobrze. Co teraz chcesz usłyszeć?

– Chyba nie powiesz mi, że zamierzasz uczyć Sumiennego korzystania z Mocy na podstawie tego, co zdołałeś wyczytać ze zwojów? – Nagle zaczął wzbierać we mnie gniew.

– Nie pozostawiasz mi wyboru – zauważył uprzejmie.

– Czy pojmujesz, na jakie narazisz go niebezpieczeństwo? Moc opanowuje człowieka, Cierniu, i niczym magnes przyciąga jego umysł i serce. I człowiek pragnie się z nią zjednoczyć. Jeśli książę choć przez chwilę podda się temu uczuciu, będzie stracony. I nie będzie przy nim nikogo obdarzonego Mocą, kto mógłby wyruszyć za nim i wyciągnąć go z jej nurtu.

Wyraz twarzy Ciernia nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości, że nie ma on zielonego pojęcia, o czym mówię. Odparł z uporem:

– Wyczytałem w zwojach, że bardzo niebezpiecznie jest pozostawić człowieka obdarzonego Mocą bez żadnego szkolenia. Zdarzało się, że tacy ludzie zaczynali instynktownie posługiwać się Mocą, nie mając pojęcia, jak ją kontrolować i co może im grozić. Moim zdaniem, nawet skromna wiedza może być dla księcia lepsza niż kompletna nieświadomość.

Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknąłem. Nabrałem tchu i powoli wypuściłem powietrze z płuc.

– Nie dam się w to wciągnąć, Cierniu, odmawiam. Obiecałem to sobie przed wieloma laty. Siedziałem przy Stanowczym i patrzyłem, jak umiera. Nie zabiłem go, ponieważ obiecałem sobie, że już nie będę skrytobójcą, narzędziem w cudzych rękach. Nie pozwolę, żeby mną manipulowano i wykorzystywano mnie. Dość już złożyłem w ofierze. Uważam, że zasłużyłem na emeryturę. A jeśli ty i Ketriken jesteście innego zdania i nie będziecie już wspierać mnie finansowo, to trudno, jakoś sobie poradzę.

Dobrze, że w końcu otwarcie postawiłem tę kwestię. Za pierwszym razem, kiedy po odjeździe Wilgi znalazłem pod łóżkiem sakiewkę z monetami, poczułem się urażony. Hodowałem tę urazę przez kilka miesięcy, aż do czasu następnej wizyty Wilgii. Wyśmiała mnie i powiedziała, że wbrew moim domysłom nie jest to jej zapłata za moje usługi, lecz pensja z Królestwa Sześciu Księstw. Właśnie wtedy musiałem pogodzić się z myślą, że cokolwiek wie o mnie Wilga, Cierń również o tym wie. To on przysyłał mi porządny papier i atrament, które czasem przywoziła. Zapewne po każdym powrocie do Koziej Twierdzy składała mu raport. Powtarzałem sobie, że nie ma się czym przejmować. Teraz jednak zadawałem sobie pytanie, czy przez te wszystkie lata dyskretnego nadzoru Cierń cierpliwie czekał, aż znów będę mógł mu się przydać. Chyba wyczytał to z mojej twarzy.

– Chłopcze, uspokój się. – Stary skrytobójca wyciągnął rękę i uspokajająco poklepał moją dłoń. – O niczym takim nie było mowy. Oboje doskonale zdajemy sobie sprawę, jak wiele ci zawdzięczamy: nie tylko my oboje, ale całe Królestwo Sześciu Księstw. Królestwo zapewni ci utrzymanie do końca twoich dni. A co do szkolenia księcia Sumiennego, nie zawracaj sobie tym głowy. To przecież nie twoje zmartwienie.

Ponownie z niepokojem zacząłem się zastanawiać, jak dużo wie.

– Jak sam powiedziałeś, to nie moja sprawa. Mogę tylko cię ostrzec, żebyś zachował ostrożność.

– Ach, Bastardzie, czy widziałeś, żebym kiedyś był nieostrożny?

Oczy Ciernia uśmiechnęły się do mnie znad krawędzi kubka.

Usiłowałem zepchnąć jego propozycję w mrok niepamięci, ale równie dobrze mógłbym próbować wyrwać drzewo z korzeniami. Trochę się obawiałem, że ucząc młodego księcia, niedoświadczony Cierń może wpakować go w poważne niebezpieczeństwo. Najważniejsze było jednak to, że tworząc nowy krąg Mocy, mógłbym zaspokoić dręczący mnie głód. Zdałem sobie sprawę, że nie mogę nie podjąć się tego zadania i skazać innych na taki los jak mój.

Cierń dotrzymał słowa i nie wspomniał już więcej o Mocy. Zamiast tego rozmawialiśmy o ludziach, których znałem z Koziej Twierdzy, i o tym, co się z nimi stało. Brzeszczot został dziadkiem, a Lamówkę ból stawów w końcu zmusił do przejścia na emeryturę. Pomocnik był teraz koniuszym w Koziej Twierdzy. Ożenił się z kobietą z głębi lądu, o ogniście rudych włosach i takim samym temperamencie. Wszystkie ich dzieci miały rude włosy. Żona trzymała go krótko i zdaniem Ciernia było mu z tym dobrze. Ostatnio zamęczała go, żeby przenieśli się do jej rodzinnego Księstwa Trzody, a on chyba przychylał się do tego żądania. Dlatego właśnie Cierń pojechał do Brusa, żeby zaproponować mu objęcie swojego dawnego stanowiska. I tak powoli ożywały wspomnienia i z mej pamięci wyłaniały się niemal całkowicie zapomniane twarze. Aż do bólu zatęskniłem za Kozią Twierdzą i nie potrafiłem powstrzymać się od zadawania kolejnych pytań. Kiedy oplotkowaliśmy już wszystkich znajomych, oprowadziłem go po moim gospodarstwie, jakby był starą ciotką, która przybyła z wizytą do krewnej. Pokazałem mu moje kury i wierzby, mój ogród i szopę, w której sporządzałem barwniki i kolorowe inkausty, sprzedawane następnie przez Trafa na targu. Ta ostatnia informacja nieco go zaskoczyła.

– Przywiozłem ci inkausty z Koziej Twierdzy, ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy twoje nie są lepsze.

Poklepał mnie po ramieniu, tak jak kiedyś, gdy właściwie mieszałem składniki trucizny, i tak samo jak wtedy poczułem się dumny, że spełniłem jego oczekiwania.

Pokazałem mu znacznie więcej, niż zamierzałem. Kiedy spoglądał na rabaty z kwiatami, z pewnością zastanawiał się, ile ziół ma działanie uspokajające i przeciwbólowe. A gdy pokazałem mu ławeczkę na szczycie klifowego brzegu, powiedział cicho:

– Tak, Szczeremu spodobałoby się tutaj.

Nie wspomniał już więcej o Mocy.

Tego wieczoru rozmawialiśmy do późna i potem pokazałem mu podstawowe reguły gry w kamienie, której nauczyła mnie Pustułka. Ślepun znudził się naszą długą rozmową i ruszył na polowanie. Wyczułem, że był odrobinę zazdrosny, ale postanowiłem mu to później wynagrodzić. Kiedy przestaliśmy grać, skierowałem rozmowę na temat samego Ciernia i jego pracy. Z uśmiechem przyznał, że cieszy go powrót na dwór i między ludzi. Opowiadał mi – co dawniej rzadko czynił – o swojej młodości. Był wesołym hulaką, zanim przez nieuwagę poparzył się wywarem. Wstydził się swojej powierzchowności do tego stopnia, że wybrał życie w cieniu i fach królewskiego skrytobójcy. Jednak w ostatnich latach powrócił do młodzieńczych zwyczajów, ciesząc się tańcami i spotkaniami z damami. Byłem z tego rad, więc tylko żartowałem, pytając:

– A jak godzisz swoją sekretną pracę dla korony z tymi wszystkimi randkami?

Odpowiedział szczerze:

– Jakoś sobie radzę. Mój obecny uczeń jest bystry i chętny do nauki, więc niedługo będę mógł przekazać moje obowiązki w młodsze ręce.

Przez moment poczułem ukłucie zazdrości na myśl o tym, że na moje miejsce wziął sobie innego ucznia. W następnej chwili pojąłem jednak niedorzeczność takiej reakcji. Przezorni zawsze będą potrzebowali człowieka potrafiącego dyskretnie wymierzać królewską sprawiedliwość. Ja oznajmiłem im, że nie będę już królewskim skrytobójcą, lecz to wcale nie oznaczało, że taki człowiek nie jest im już potrzebny.

– Zatem wciąż prowadzisz swoje eksperymenty i nauczasz w tej komnacie na wieży.

Z powagą skinął głową.

– Tak. Prawdę mówiąc... – Nagle wstał z fotela przy palenisku. Bezwiednie usiedliśmy tak, jak niegdyś mieliśmy w zwyczaju: on na fotelu przy piecu, a ja na podłodze u jego stóp. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, jakie to dziwne, a zarazem jakże naturalne. Cierń przetrząsnął złożone na stole juki. Wyjął z nich poplamiony bukłak z twardej skóry.

– Przywiozłem go, żeby ci pokazać, a przez tę całą naszą gadaninę o mało nie zapomniałem. Pamiętasz moją fascynację sztucznymi ogniami, dymami i tym podobnymi rzeczami?

Skrzywiłem się. Ta jego „fascynacja” nieraz dała nam się we znaki. Wolałbym zapomnieć ten ostatni raz, kiedy widziałem skutki użycia jego sztucznych ogni. Sprawił, że pochodnie w Koziej Twierdzy płonęły niebieskim blaskiem i gasły. To było w tę noc, kiedy książę Władczy bezprawnie obwołał się dziedzicem korony Przezornych. Tamtej nocy zamordowano króla Roztropnego i aresztowano mnie pod takim zarzutem. Jeśli Cierń przypomniał sobie o tym, to niczym tego nie zdradził. Lekkim krokiem wrócił do mnie, niosąc bukłak.

– Czy masz kartkę papieru? Ja chyba nie zabrałem ani kawałka.

Znalazłem kartkę i z niepokojem patrzyłem, jak oddarł długi pasek, zgiął go wpół, poczym starannie nasypał we wgłębienie sporą dawkę proszku. Potem złożył papier i spiralnym zwojem zabezpieczył przed rozwinięciem.

– Teraz popatrz! – rzucił niecierpliwie.

Z niepokojem patrzyłem, jak wkłada zwitek w ogień na palenisku. Cokolwiek miał zrobić ten ładunek: rozbłysnąć, zaiskrzyć czy dymić – niczego takiego nie zrobił. Papier zbrązowiał, zajął się ogniem i spłonął. W powietrzu rozeszła się jedynie nikła woń siarki. To wszystko. Drwiąco uniosłem brew.

– To nie tak miało być! – zaprotestował zaczerwieniony.

Pośpiesznie sporządził następny taki zwitek papieru, lecz tym razem hojniej nasypał do niego proszku z małej buteleczki. Umieścił papier w najżywiej skaczących płomieniach. Odchyliłem się do tyłu, przygotowany na najgorsze, ale i tym razem się rozczarowaliśmy. Potarłem szczękę, kryjąc uśmiech na widok jego zgnębionej miny.

– Pomyślisz sobie, że już nic nie umiem! – wykrzyknął.

– Och, w żadnym razie – zapewniłem, z trudem powstrzymując śmiech.

Tym razem skręcił z papieru coś podobnego do grubej kiełbasy, z której końców wysypywał się proszek. Przezornie wstałem i odszedłem od pieca, kiedy wkładał ładunek w ogień. Jednak, tak jak poprzednie, i ten zwitek po prostu spłonął.

Cierń prychnął z obrzydzeniem. Zerknął w ciemny otwór flaszki i potrząsnął nią. Potem z odrazą zatkał ją korkiem.

– Wilgoć dostała się do środka i popsuła mi całe przedstawienie.

Cisnął flaszkę w ogień, co u oszczędnego Ciernia było oznaką niezwykłej irytacji. Usiadłem z powrotem przy piecu i wyczułem, jak bardzo stary mistrz czuje się rozczarowany. Zrobiło mi się go żal. Próbowałem jakoś złagodzić ten cios.

– To mi przypomina, jak pomyliłem dymny proszek ze sproszkowanym korzeniem lancetnika. Pamiętasz? Łzy płynęły mi z oczu całymi godzinami.

Parsknął śmiechem.

– Pamiętam.

Milczał, uśmiechając się do własnych myśli. Wiedziałem, że wrócił w nich do dawnych czasów, gdy byliśmy razem. Potem pochylił się i położył dłoń na moim ramieniu.

– Bastardzie – powiedział z naciskiem, spoglądając mi w oczy – nigdy cię nie oszukałem, prawda? Zawsze byłem szczery i od samego początku mówiłem ci, czego cię uczę.

Wtedy dopiero dostrzegłem, jak wiele nas teraz dzieli. Położyłem rękę na jego dłoni i patrzyłem w płomienie.

– Zawsze byłeś wobec mnie uczciwy, Cierniu. Jeśli ktoś mnie zawiódł, to ja sam siebie. Obaj służyliśmy królowi i zrobiliśmy dla sprawy to, co trzeba. Nie wrócę do Koziej Twierdzy, jednak nie z powodu tego, co ty uczyniłeś, ale tego, kim ja się stałem. Nie mam do ciebie żadnych pretensji, o nic.

Odwróciłem się i spojrzałem na niego. Miał poważny wyraz twarzy, a w jego oczach wyczytałem to, czego mi nie powiedział. Tęsknił za mną. Prosząc mnie, żebym wrócił do Koziej Twierdzy, działał nie tylko w imieniu swojej królowej, ale i własnym. Wciąż byłem kochany, przynajmniej przez Ciernia. To mnie poruszyło, ścisnęło mnie w gardle. Usiłowałem obrócić wszystko w żart.

– Nigdy nie twierdziłeś, że jako twój uczeń będę wiódł spokojne i bezpieczne życie.

Jakby na potwierdzenie tych słów, w palenisku nagle potężnie huknęło. Gdybym nie był zwrócony twarzą do gościa, zapewne zostałbym oślepiony, a tak tylko ogłuszył mnie huk towarzyszący rozbłyskowi. Poczułem ukłucia śmigających w powietrzu iskier, a ogień w piecu ryknął jak wściekły zwierz. W następnej chwili lawina sadzy z dawno nieczyszczonego komina prawie zgasiła ogień. Biegaliśmy z Cierniem po komnacie, zadeptując czerwone skry i odrzucając kopniakami kawałki płonącej flaszki z powrotem w palenisko, by nie zajęła się od nich podłoga.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadł Ślepun. Zatrzymał się w miejscu, szorując pazurami po podłodze.

– Nic mi nie jest, nic mi nie jest! – zapewniłem go, przekrzykując dzwonienie w uszach.

Ślepun prychnął z obrzydzeniem na przykry zapach i nie podzieliwszy się ze mną nawet jedną myślą, wymaszerował z powrotem w noc.

Cierń poklepał mnie po ramieniu.

– Zgasiłem ostatnią iskrę – zapewnił mnie.

Przez długą chwilę doprowadzaliśmy izbę do porządku, po czym ponownie roznieciliśmy ogień w piecu. Cierń przezornie odsunął fotel od paleniska, a ja także nie usiadłem na poprzednim miejscu.

– Czy nie tak właśnie miał działać ten proszek? – spytałem, gdy uspokoiliśmy skołatane nerwy następną porcją brzoskwiniówki z Piaszczystych Kresów.

– Nie! Na jaja Ela, chłopcze, czy myślisz, że mógłbym zrobić coś takiego w twoim piecu? Ten proszek zawsze dawał nagły błysk białego światła, niemal oślepiający, ale nie powinien był wybuchnąć. Zastanawiam się, dlaczego eksplodował. Co było nie tak? Do licha. Chciałbym sobie przypomnieć, co ostatnio przechowywałem w tej flaszce...

Gniewnie zmarszczył brwi i zapatrzył się w płomienie, a ja pomyślałem, że jego nowy czeladnik będzie teraz musiał łamać sobie głowę nad tym, co spowodowało wybuch. Nie zazdrościłem mu doświadczeń, jakie niewątpliwie będzie musiał z tego powodu przeprowadzić.

Cierń spędził noc na moim łóżku, podczas gdy ja przeniosłem się na posłanie Trafa. Następnego ranka obaj czuliśmy, że wizyta dobiegła końca. Nagle nie mieliśmy już o czym mówić, a nie było sensu gadać o byle czym. Poczułem, że dzieli nas przepaść. Po co miałbym go pytać o ludzi, których nigdy nie zobaczę, dlaczego on miałby opowiadać mi o politycznych intrygach, które nie miały dla mnie żadnego znaczenia? Przez jedno długie popołudnie i wieczór nasze ścieżki znowu się przecięły, lecz z nadejściem szarego świtu byłem już zajęty codzienną krzątaniną: noszeniem wody, karmieniem drobiu, szykowaniem śniadania i myciem naczyń. Z każdą chwilą niezręcznego milczenia coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie. Niemal zacząłem żałować, że w ogóle przyjechał.

Po śniadaniu oznajmił, że musi ruszać, a ja nawet nie próbowałem go zatrzymać. Obiecałem, że otrzyma zwój z opisem reguł gry w kamyki, kiedy tylko go ukończę. Dałem mu kilka zwojów, na których spisałem zasady dawkowania uspokajających naparów, oraz kilka korzeni rosnących w moim ogrodzie roślin leczniczych, których nie znał. Ponadto dałem mu kilka buteleczek z kolorowymi inkaustami. Wtedy podjął raz jeszcze próbę zmiany mojej decyzji, stwierdzając, że w Koziej Twierdzy byłby duży popyt na takie rzeczy. Skinąłem na to głową i powiedziałem, że kiedyś poślę tam Trafa. Potem osiodłałem i przyprowadziłem mu jego piękną klacz. Uściskał mnie na pożegnanie, dosiadł jej i odjechał. Stałem i patrzyłem, jak oddala się dróżką. Nagle u mego boku pojawił się Ślepun i wsunął łeb pod moją dłoń.

„Żałujesz?”.

„Wielu rzeczy. Wiem jednak, że gdybym z nim pojechał i zrobił to, czego chciał, żałowałbym jeszcze bardziej”.

Mimo to nie mogłem ruszyć się z miejsca i stałem, spoglądając w ślad za Cierniem. Jeszcze nie jest za późno, pomyślałem. Wystarczyłby jeden okrzyk, a wróciłby po mnie. Zacisnąłem zęby.

Ślepun trącił nosem moją dłoń.

„Rusz się. Chodźmy na polowanie. Bez chłopca, bez łuku. Tylko ty i ja”.

– Brzmi nieźle – odparłem.

Tak też zrobiliśmy, i nawet udało nam się złapać wiosennego królika. Dobrze było znowu rozprostować kości i udowodnić sobie, że wciąż potrafię to zrobić, że jeszcze nie jestem zgrzybiałem starcem i tak samo jak Traf potrzebuję jakiejś odmiany. Potrzebuję nauczyć się czegoś nowego. To było zawsze zalecane przez Cierpliwą lekarstwo na nudę. Gdy tego wieczoru rozejrzałem się po mojej chacie, wydała mi się ciasna, a nie przytulna. To, co kilka dni temu jawiło mi się znajome i zaciszne, teraz wyglądało nijako. Wiedziałem, że sprawił to kontrast między barwnymi opowieściami Ciernia o Koziej Twierdzy a monotonią mojego życia. Jednak taki niepokój, raz obudzony, trudno uciszyć.

Usiłowałem przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz spędziłem noc poza domem. Wiodłem naprawdę ustabilizowany żywot. Co roku w porze żniw ruszałem na miesiąc w świat, wynajmując się do koszenia, grabienia siana lub zrywania jabłek. Te dodatkowe pieniądze bardzo mi się przydawały. Dwa razy do roku udawałem się do pobliskiego miasteczka, by wymienić moje inkausty i barwniki na odzież, garnki i tym podobne rzeczy. Przez ostatnie dwa lata posyłałem tam chłopca na jego tłustym, starym kucu. Moje życie biegło tak ustalonym trybem, że nawet tego nie zauważałem.

„No tak. Cóż więc chcesz robić?”.

Ślepun przeciągnął się i ziewnął zrezygnowany.

„Sam nie wiem” – wyznałem staremu wilkowi. „Coś innego. Co byś powiedział na to, żebyśmy trochę pokręcili się po świecie?”.

Ślepun na chwilę wycofał się do tej części swego umysłu, która była jego niepodzielną własnością, a potem zapytał z lekką urazą:

„Czy obaj będziemy podróżowali pieszo, czy też oczekujesz, że przez cały dzień będę podążał za twoim koniem?”.

„Dobre pytanie. A jeśli obaj pójdziemy pieszo?”.

„Myślisz o tym miejscu wysoko w górach, prawda?”.

„O starożytnym mieście? Tak”.

„Zabierzemy chłopca?”.

„Myślę, że zostawimy tu Trafa, żeby sam sobie radził. To mu dobrze zrobi. Poza tym ktoś musi zająć się kurami”.

„Zatem nie wyruszymy, dopóki chłopiec nie wróci?”.

Skinąłem głową. Zastanawiałem się, czy zupełnie postradałem rozum.

Zastanawiałem się, czy w ogóle jeszcze kiedyś tu wrócimy.


Misja błazna. Złotoskóry – tom I

Подняться наверх