Читать книгу Natal 1899-1900 - Tomasz Greniuch - Страница 7

Biali ludzie w Afryce Południowej

Оглавление

BUROWIE

Historia Burów rozpoczęła się wraz z wylądowaniem pierwszych białych osadników na Przylądku Dobrej Nadziei w 1652 roku. Byli to urzędnicy i żołnierze pracujący dla Zjednoczonej Kompanii Wschodnioindyjskiej (Verenigde Oostindische Compagnie – VOC), wielkiego przedsiębiorstwa, które zmonopolizowało morską drogę handlową do tzw. Indii Wschodnich (obecnie Indonezji).

Władze Kompanii dostrzegły strategiczne znaczenie okolic Przylądka Dobrej Nadziei i nakazały założenie na tych ziemiach niewielkiej stacji zaopatrzeniowej, mającej służyć statkom kursującym na długim szlaku między metropolią a Indiami Wschodnimi. Urzędnicy nie sprawdzili się jednak w roli rolników i hodowców, mających zaopatrywać holenderskie statki, wobec czego już w 1657 roku sprowadzono na południowy cypel Afryki chłopów (burghers) z rolniczych regionów Zjednoczonych Prowincji.

Pod wpływem zarządzeń władz Kompanii działania stacji zaopatrzeniowej stopniowo zaczęły nabierać cech stałej kolonizacji. Proces ten przebiegał jednak stopniowo. Gdy w roku 1662 Jan van Riebeeck opuszczał stację zaopatrzeniową w Afryce Północnej po 10 latach sprawowania urzędu komendanta, pozostawił niemal 400-osobową społeczność holenderską, na którą składała się 250-osobowa załoga fortu (urzędnicy VOC i garnizon wojskowy), a także 150-osobowa osada rolna składająca się z 39 gospodarstw wolnych chłopów. Akcja osadnicza nabrała nieznacznego rozpędu pod rządami Simona van der Stella, który świadomie i planowo rozwijał kolonizację na powierzonym terenie, werbując chętnych do zamieszkania na afrykańskiej ziemi zarówno w Niderlandach, jak i poza nimi. Do Afryki przybywali emigranci z prowincji Holandii, Zelandii i Utrechtu, a także z północnych Niemiec. Grupą, która miała decydujący wpływ na charakter białej społeczności osadników, byli francuscy hugonoci, opuszczający ojczyznę po odwołaniu w roku 1685 tolerancyjnego edyktu z Nantes.

W latach 1685–1688 na północny przylądek Afryki przybyło ponad 300 francuskich osadników. Byli to przeważnie ludzie młodzi i w większości żonaci, z ustabilizowaną sytuacją rodzinną, wykształceni, wyuczeni w konkretnym zawodzie. Hugonoci byli wymarzonymi pionierami, którzy według A. Seidela zasłynęli „jako ludzie pracowici, przezorni i przestrzegający dobrych obyczajów”[6]. Hugonoci bardzo szybko wtopili się w nowe otoczenie. Proces asymilacji był tym łatwiejszy, że spora część uchodźców zamieszkiwała już wcześniej w Zjednoczonych Prowincjach, żyła wśród Holendrów i integrowała się z nimi, na co decydujący wpływ miała religia – obie społeczności wyznawały ortodoksyjny kalwinizm. Z kolei czynnikiem asymilującym osadników niderlandzkich z przybyszami z północnych regionów Niemiec był wspólny język. Język nie stanowił bariery alienacyjnej dla Francuzów, bowiem władze Kompanii w obawie przed powstaniem zwartej grupy frankofońskiej osiedlali hugonotów w rozproszeniu wśród niderlandzkiego żywiołu, na wszelkie sposoby utrudniając im używania języka ojczystego. Przełomowy dla południowoafrykańskiego osadnictwa był rok 1707, kiedy to syn niemieckiego emigranta Hendrik Biebouw wykrzyknął: ’k ben een Africaander! (Jestem Afrykanerem!). Ta śmiała deklaracja, która nabrała rangi symbolu, stała się czytelnym znakiem wykształcenia się poczucia odrębności wśród białej ludności Przylądka.

Władze Kompanii odebrały przemiany w społeczeństwie Kolonii Przylądkowej, zwłaszcza jej wyemancypowanie, jako zagrożenie dla własnych interesów, dlatego jeszcze w 1707 roku zaprzestały sprowadzać na Przylądek osadników, tym samym zakończył się decydujący etap formowania się wspólnoty.

W 1707 roku biała ludność kolonii liczyła niespełna 1623 osoby, w tym 820 dzieci. W społeczności tej 53% stanowili Holendrzy, 28% Niemcy, a 14% Francuzi. Pozostałe 5% sklasyfikowano jako inne narodowości, byli to głównie Szwajcarzy i Skandynawowie[7]. Etniczny tygiel był podstawowym składnikiem, który wykształcił zupełnie nowy naród burski. Wystarczyły zaledwie dwa pokolenia, żeby pokrewne sobie grupy etniczne zasymilowały się i dały początek jednolitej wspólnocie osadniczej. W specyficznych warunkach południowoafrykańskich asymilacja ta postępowała nadzwyczaj poprawnie.

Ziemia uprawiana w warunkach południowoafrykańskich od dwóch pokoleń przez osadników wymagała większego nakładu pracy, przy czym pionierzy-rolnicy byli zdani na siebie i „pomocną dłoń” sąsiada, innego osadnika.

Ważnym czynnikiem integrującym było również poczucie zagrożenia ze strony krajowców, które towarzyszyło osadnikom na każdym kroku. Działki rolne często graniczyły czy wręcz znajdowały się na terenach łowieckich Hotentotów, różniących się od osadników pod każdym względem, a to potęgowało efekt „oblężonej twierdzy”.

Osadnicy zdawali sobie sprawę, że stanowią jedynie niewielką enklawę, „wysepkę otoczoną morzem barbarzyńców”, dlatego musieli przede wszystkim trzymać się razem. W obliczu zagrożenia ze strony tubylców różnica między osadnikiem niemieckim czy francuskim była automatycznie zacierana, liczył się jedynie kolor skóry i wspólne, europejskie dziedzictwo. Z tego powodu wspólnotę południowoafrykańską oparto na pierwotnych, wręcz atawistycznych fundamentach krwi i ziemi, będących początkiem każdego narodu.

Wszystkie wymienione czynniki sprawiły, że w krótkim czasie (nieco ponad pół wieku) powstała silnie zintegrowana, homogeniczna i zamknięta dla obcych (tubylców, urzędników VOC, w późniejszym okresie także osadników angielskich) społeczność, w której młody Afrykaner z drugiego pokolenia czuł się jak w wielkiej rodzinie pełnej „ciotek” i „wujów”, a dla rówieśników Afrykanerów był „bratem”. Formy te zresztą często odpowiadały prawdzie. Podstawą wspólnoty osadników, z której wyewoluował później naród burski, było zaledwie 50–60 rodzin. Koligacje rodzinne były więc bardzo rozgałęzione, a wszyscy Afrykanerzy noszący to samo nazwisko niemal zawsze byli ze sobą spokrewnieni.

Pierwsza połowa XVIII wieku była kluczowa dla formującej się wspólnoty. W tym okresie na Przylądku doszło do fundamentalnych przemian, które w konsekwencji wykształciły odrębny naród. Podłoże tych zmian było stricte ekonomiczne.

Zdominowanie gospodarki Kolonii przez uprawy zbóż doprowadziło do nadprodukcji, a w konsekwencji wymusiło na władzach Kompanii regulację cen oraz skup produktów od osadników po zaniżonych cenach, przy czym rygorystyczne prawo zabraniało wolnym chłopom bezpośredniej sprzedaży swoich płodów rolnych. Czyniło to z VOC monopolistę w tym obszarze. Praktyki te sprawiły, że rolnictwo stało się nieopłacalne, rosło przy tym oburzenie osadników na warstwę urzędniczą Kapsztadu, która czerpała zyski z ich pracy, nakładając cła i podatki.

W związku z zaistniałą sytuacją coraz większe rzesze osadników zaczęły zwracać się ku hodowli owiec i bydła, wymagających znacznie mniejszych nakładów pracy, a zarazem przynoszących wysokie zyski. Farmy hodowlane potrzebowały jednak większych nadziałów ziemi, a warunki agrarne Przylądka, charakteryzujące się niewyczerpalnym zasobem działek, zdawały się sprzyjać temu trendowi. Rozpoczął się nieodwracalny proces przekształcania się chłopa-rolnika w pasterza-pogranicznika, a to pociągnęło za sobą zmiany w stylu życia osadników – z osiadłego w półkoczowniczy. Afrykanerzy w poszukiwaniu nowych pastwisk coraz dalej oddalali się od centrum Kolonii, Kapsztadu, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Przylądkowa administracja zaczęła tracić wpływ na swoich obywateli, a chcąc ich zatrzymać, zaczęła stosować restrykcyjne prawa. Już w 1717 roku wydano rozporządzenie o zaprzestaniu nowych nadań ziemskich, co w obliczu dużej rozrodczości wśród osadników sprawiło, że kolejne roczniki Afrykanerów musiały gospodarować na kurczącej się ojcowiźnie. Koniecznością stawały się wędrówki na nowe, niezasiedlone dotąd przez białych tereny. Potomkowie przedsiębiorczych narodów zachodniej Europy coraz śmielej patrzyli ku wschodnim rubieżom Przylądka, gdzie otwierał się bezkresny, trawiasty step wyżyny Karoo. Tam też ruszyła fala osadnicza, która przełamała bariery administracyjne, krępujące egzystencję osadników. Dawnych rolników biorących udział w tej wędrówce zaczęto określać mianem trekboerów (afr. wędrujących chłopów), którzy bez sentymentów zrywali więzy łączące ich z Przylądkiem.

Ludzie ci, oddalając się stopniowo od centrów administracji Kolonii, tracili również kontakt z cywilizowanym, według ówczesnych prawideł, stylem życia. Bezustanna wędrówka w poszukiwaniu nowych pastwisk wykształciła charakterystyczną dla ludów koczowniczych patriarchalną wspólnotę, której gwarantem było wielostopniowe pokrewieństwo burskich rodów. Stopniowe oddalanie się od ośrodków handlowych wymusiło na trekboerach samowystarczalność. W efekcie powstała archaiczna, mocno konserwatywna, wyalienowana wspólnota pasterzy i myśliwych, których podstawowym środkiem transportu był koń, a domem – solidny i pojemny wóz na kołach ciągnięty przez woły (ox-wagon).

Wspólnota ta charakteryzowała się surowością obyczajów, prostym obyciem, zaradnością, odwagą, a przede wszystkim niezależnością, przybierającą formy skrajnego, wybujałego indywidualizmu. Jedynym łącznikiem Afrykanerów z cywilizacją europejską było Pismo Święte, które z czasem stało się dla nich jedynym źródłem informacji o świecie kształtującym charaktery kolejnych pokoleń w duchu surowych nakazów Bożych.

Gdy na progu XIX wieku trekboerowie przemierzali rozległe, trawiaste Karoo, zetknęli się z nowym niebezpieczeństwem – wojowniczym plemieniem Xhosa. Plemię to przed wiekami wyruszyło znad rzeki Kongo w poszukiwaniu nowych terenów łowieckich i pastwisk. Było forpocztą ogromnej wędrówki ludów Bantu na południe kontynentu afrykańskiego. Na początku XVIII wieku pod naciskiem północnych ludów Bantu plemię Xhosa dotarło do brzegów rzeki Oranje. Wkrótce pojawili się tam pierwsi trekboerowie. Obie społeczności miały ten sam cel: zasiedlić jak największe terytorium pod pastwiska, obfitujące w źródła wody. Rozwiązanie siłowe było nieuniknione. Pojedyncze potyczki szybko przekształciły się w serię wojen granicznych. Przylądkowa administracja nie była w stanie zahamować eskalacji konfliktu. Straciła kontrolę nad niepokornymi trekboerami, którzy, coraz śmielej kontestując związki z metropolią, zaczęli się organizować na wzór quasi-republiki.

Rebelia republik na obrzeżach Kolonii zbiegła się w czasie z bankructwem VOC, która od ponad 150 lat administrowała terytorium Przylądka. Trekboerom zdawało się, że zniknęła jedyna przeszkoda uniemożliwiająca im zdobycie pełnej i niczym nieskrępowanej niezależności. Tymczasem na horyzoncie Zatoki Stołowej pojawiły się okręty floty wojennej imperium brytyjskiego, zwiastujące rządy nowej władzy.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6 Tamże, s. 11.

7 G. Bębnik, Ostatnia walka Afrykanerów, Biała Podlaska 2004, s. 43.

Natal 1899-1900

Подняться наверх