Читать книгу Wakacje Fryderyka - Walter R. Brooks - Страница 8

I

Оглавление

Kogut Karol wyszedł przed kurnik i niespiesznym krokiem przemierzył podwórze. Na dworze panowały jeszcze ciemności: nic dziwnego, było dopiero w pół do piątej nad ranem, słońce jeszcze nie wzeszło. Wzdrygnął się i pomyślał o wygodnej grzędzie w ciepłym kurniku, miał jednak istotny powód, żeby na nią nie powrócić. Gospodarz, pan Bean, nie miał zbyt wiele pieniędzy, nie mógł sobie pozwolić na kupno budzika, więc to na kogucie spoczywał obowiązek budzenia go każdego ranka. Kiedy ostatnim razem Karol zaspał, pan Bean bardzo się rozgniewał i zagroził, że pani Beanowa upiecze go w cieście na niedzielny obiad. Karol wcale nie lubił zrywać się przed świtem, kiedy wszystkie inne zwierzęta jeszcze smacznie spały, uważał jednak, że lepsze to od brytfanny, choć nie do końca wierzył groźbom pana Beana. Tak więc również tego ranka wskoczył na płot, bardzo jeszcze zaspany, odchrząknął kilka razy i zapiał na cały głos:

– Kukuryku! Kukuryku! Kukuryku!

Niebo na wschodzie rozjaśniało się, różowiało coraz bardziej, ale poza tym jeszcze przez dłuższy czas nic się nie wydarzyło. Potem odezwały się drozdy na wielkim wiązie rosnącym koło stodoły. Zaczęły cicho rozmawiać. Niedaleko Karola przebiegł po płocie młody pręgowiec, siadł na słupku obok płotu i zaczął myć pyszczek łapkami. Z chlewika dochodziły pochrząkiwania i kwiki, co pozwoliło Karolowi zorientować się, że świnie myślą już o śniadaniu. Zapiał znowu.

Aż wreszcie, daleko za polami, gdzie niebo spotyka się z horyzontem, rozbłysła złota iskierka, rosła i rosła, przypominała już ognisko, za chwilę wyglądała jak stojący w płomieniach dom, potem jak płonące miasto. Ukazała się górna krawędź słońca, przybywającego z tamtej strony planety, gdzie przez całą noc zalewało swoim blaskiem chińskie pagody, Himalaje i dżungle Afryki, i wszystkie inne dziwne miejsca, gdzie ludzie pracują oraz bawią się, podczas gdy my sobie smacznie chrapiemy.

A kiedy tylko słońce zaczęło wyłaniać się zza widnokręgu, w oknie sypialni pojawiła się głowa pana Beana. Gospodarz miał na niej białą bawełnianą szlafmycę z czerwonym frędzlem, a jego twarz niemal całkowicie zakrywał bujny, szpakowaty zarost – za sprawą którego nawet pani Beanowa nie wiedziała, jak jej mąż naprawdę wygląda. Gospodarz patrzył przez okno, żeby zobaczyć, jaki dzień się zapowiada.

Gdy tylko pan Bean wychylił się z okna, Karol zeskoczył z płotu. Spełnił swoje obowiązki na ten dzień. Co prawda nadal było mu zimno i chciało mu się spać, ale nie wrócił do kurnika. Wiedział, że o tej porze nie śpi już jego żona i jej osiem sióstr.

– Nikt nie zmrużyłby oka wśród tego gdakania – mruknął gniewnie. – Utnę sobie drzemkę w stajni.

– Dzień dobry, Karolu – odezwał się Hank, stary siwy koń, którego boks znajdował się najbliżej wrót stajni. – Już czuć w powietrzu nadchodzącą zimę.

Karol podfrunął, żeby zasiąść na krawędzi żłobu.

– Czuć zimę?! – zawołał. – I to jak! Ja bym raczej powiedział: ziąb jak wszyscy diabli, ot co!

– Cóż, jesień – stwierdził Hank. – Trudno spodziewać się czego innego. Za miesiąc czy dwa spadnie śnieg.

– Fuj! – powiedział Karol i wzdrygnął się.

– Co prawda zimą mam mniej pracy – stwierdził Hank – ale przyznam, że lato lubię bardziej. Dokucza mi reumatyzm w tylnej nodze, zwłaszcza podczas mroźnych nocy.

– Pewnie – rzekł ze współczuciem Karol. – To musi być okropne. To wstyd, powinieneś mieć koc albo jakąś derkę do przykrycia, w tej stajni przecież hulają przeciągi. Ale pan Bean nigdy nie pomyśli, że zwierzęta cierpią, śpi sobie pod pierzyną i czterema pledami. Co go to obchodzi, przecież on nie marznie! A pomyśl o mnie. Każdego ranka, zimą i latem, muszę zerwać się przed świtem, zwlec się z wygodnej grzędy i piać, zdzierać sobie gardło, tylko dlatego, że on skąpi pieniędzy na budzik. Nieważne, czy pada, czy mróz, piać trzeba. A gdyby któregoś dnia zdarzyło mi się zaniedbać ten obowiązek, co mnie czeka? Zostanę upieczony, ni mniej, ni więcej!

– Ciężki los – przyznał Hank.

– Oj, los, los! A teraz znów nadchodzi zima. Nie znoszę zim! Nawet w największy mróz będę musiał wychodzić, brnąć przez śnieg, ryzykując, że odmrożę sobie dziób. Jakoś bym to przebolał, gdybym resztę dnia mógł spędzić w cieple. Gdyby w kurniku był piecyk i kilka porządnych, wełnianych koców, pod którymi można by spać. Aha, poza tym pod kurnikiem powinna być piwnica, bo podłoga jest zimna jak lód.

Hank westchnął.

– Tak – rzekł. – Życie nie jest łatwe. Trudno zaprzeczyć. Tylko co możemy na to poradzić?

– Możecie wybrać się do ciepłych krajów – odezwał się niespodziewanie świergotliwy głosik spod sufitu.

Spojrzeli w górę, ale panował tam jeszcze mrok, niczego nie widzieli.

– Kim jesteś? – spytał Karol. – I o czym właściwie mówisz?

– Jestem jaskółką – odpowiedział głosik – a mówię o wędrówce na południe. My, ptaki, co roku migrujemy do ciepłych krajów, a skoro nie lubicie zimy, nie ma powodu, żebyście wy również nie mieli się tam wybrać.

– Co ty powiesz?! – rzekł Karol raczej niechętnym tonem. – To może opowiedz coś więcej, jeżeli masz do powiedzenia coś godnego uwagi. Skąd mamy wiedzieć, czym się zajmują jakieś tam małe ptaszki?

Karol, jako ptak domowy, czuł się istotą nieskończenie wyższą od dzikich ptaków. Wypiął dumnie pierś. Jaskółka tylko zaśmiała się szczebiotliwie.

– Nie musisz się tak nadymać – powiedziała. – W gruncie rzeczy nigdy nie wyściubiłeś dzioba poza swoje podwórko i musisz robić, co ci każą, bo inaczej wylądujesz w brytfance. A ja przebyłam w moim życiu tysiące mil i nikt nie może mi niczego nakazać.

– No, wiecie co…! – zaczął Karol, ale Hank uciszył go.

– Zaczekaj, ona naprawdę może mieć coś ciekawego do powiedzenia – rzekł, po czym spytał grzecznie jaskółkę, czy mogłaby dokładniej wytłumaczyć, o co chodzi z tymi wędrówkami na południe.

Opowiedziała im więc, jak każdej jesieni, kiedy zaczyna się robić chłodno, ptaki gromadzą się w wielkie stada, a potem odlatują. Przebywają setki mil, niektóre zatrzymują się na Florydzie, inne lecą jeszcze dalej, do Ameryki Środkowej albo Południowej. Tam, na południu, przez całą zimę świeci słońce i jest ciepło. Śnieg nie pada nigdy, nie wieją zimne wiatry, zawsze bez trudu można znaleźć pożywienie. Aż wreszcie nadchodzi wiosna i ptaki wybierają się wtedy z powrotem na północ.

Skończyła swoją opowieść, sfrunęła z belki, ćwierkając, po czym wystrzeliła jak strzała przez drzwi na dwór, na słońce.

– Wierzysz jej? – spytał Karol, kiedy już się oddaliła. Uważał, że to poniżej jego godności, żeby traktować poważnie coś, co mówi byle jaskółka – chociaż tak naprawdę ta opowieść bardzo go zainteresowała.

– Wierzę – odparł Hank. – Słyszałem już wcześniej, że ptaki odlatują na południe. Dobry pomysł. Niestety, nie dla mnie. Stąd na Florydę jest kawał drogi. Ale gdybym umiał latać, nie powiem, chyba bym spróbował.

– Też nie umiem latać – powiedział Karol. – To znaczy, trochę umiem, ale nie za bardzo. Gotów jednak byłbym przejść wiele mil, aby dotrzeć do miejsca, gdzie jest ciepło i słonecznie przez całą zimę i gdzie nie musiałbym wstawać rano, dopóki się nie wyśpię. Oczywiście, wyruszyć samotnie to żadna przyjemność, ale gdyby udało się zgromadzić więcej chętnych…

– Gdyby znalazło się więcej chętnych – rzekł Hank – też chętnie bym się wybrał.

Karol zeskoczył ze żłobu.

– W takim razie porozmawiam z innymi zwierzętami – zapowiedział. – Jeżeli będą chciały, spotkamy się wszyscy wieczorem i omówimy sprawę.

Wyszedł na podwórze.

Im dłużej się zastanawiał nad tym pomysłem, tym większe podniecenie go ogarniało. Podreptał do sadu, gdzie spotkał wilgę i parę kosów, z którymi uciął sobie pogawędkę. Kiedy opowiedziały mu, jak przyjemnie, jak beztrosko się żyje w tropikalnym słońcu południa, nabrał ogromnej ochoty, żeby natychmiast tam się znaleźć. Potem odwiedził świnie, krowy i inne zwierzęta. Wszystkie wyraziły zainteresowanie, wszystkie przyznały, że lękają się nadchodzącej długiej, mroźnej zimy, więc jeżeliby Karol znał takie miejsce, gdzie jest ciepło i słonecznie, chętnie się tam z nim udadzą. Zaprosił je na wieczorne zebranie w oborze i obiecał, że wtedy wszystko opowie, a potem kto będzie chciał, może zabrać głos w dyskusji. Następnie zastanowią się, kiedy wyruszyć w drogę.

Wakacje Fryderyka

Подняться наверх