Читать книгу Chata - William Paul Young - Страница 9
Od autora
ОглавлениеMinęło dziesięć lat od chwili, kiedy miejscowa drukarnia dostarczyła jedenaście tysięcy egzemplarzy „Chaty” do pewnego domu w Kalifornii. To, co zaczęło się od piętnastu egzemplarzy wydrukowanych w Office Depot jako prezent dla naszych sześciorga dzieci, stało się nieprzewidzianym fenomenem, który wszystkich zaskoczył.
Trzej ludzie: Wayne Jacobsen, Brad Cummings i Bobby Downes, zapragnęli ujrzeć tę historię na dużym ekranie i uznali, że będzie rozsądnie, jeśli opowieść najpierw ukaże się w druku. Kiedy pierwsza wersja robocza została zlekceważona albo odrzucona przez dwudziestu sześciu wydawców, Wayne i Brad postanowili założyć własne wydawnictwo Windblown Media i wymyślili tytuł „Chata”. Oni pokryli po jednej trzeciej kosztów pierwszego wydania książki, a mój przyjaciel pożyczył mi resztę.
Nigdy nie zamierzałem zostać autorem i wydawcą. Wszystko przypisuję poczuciu humoru Boga. Moją wizją było płacenie rachunków i utrzymanie rodziny. Pracowałem jednocześnie w trzech miejscach, żeby to osiągnąć. Jedno z tych zajęć polegało na ciężkiej fizycznej pracy, pozostałe dwa wiązały się z Internetem. Choć wszystkie trzy były niskopłatne, wystarczały na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Byliśmy zadowoleni, a tego nie można kupić za żadne pieniądze.
Wayne i Brad znaleźli miejscową drukarnię i w maju 2007 roku do garażu Brada dostarczono pierwsze egzemplarze. Właśnie on zgłosił się na ochotnika do czarnej roboty: wysyłania książek po nocach, jako że dni miał wypełnione instalowaniem systemów zraszaczy na podwórkach klientów. Wayne, sam autor, mimo nawału własnych spraw i zajęć, pomógł mi udoskonalić narrację w czasie dwóch lat redagowania i poprawiania tekstu. Tego, co wydarzyło się później, żaden z nas nie przewidział.
Ja z pewnością nie. Cel był taki: Windblown Media sprzeda pierwsze wydanie w ciągu dwóch lat, w ciągu pięciu lat wydrukuje sto tysięcy egzemplarzy, a wtedy do drzwi trzech osób zapuka Hollywood z propozycją nakręcenia filmu.
To na ogół prawda, że niewiedza jest błogosławieństwem. Patrząc wstecz, rozumiem, że nasz cel był naiwny, niewiarygodnie optymistyczny i całkiem nierealistyczny. Nie miałem wtedy pojęcia, że książka odnosząca umiarkowany sukces sprzedaje się w około trzech tysięcy egzemplarzy, a przy siedmiu i pół tysiąca staje się bestsellerem. My mieliśmy w garażu jedenaście tysięcy egzemplarzy, stronę internetową, ale żadnej prawdziwej promocji ani marketingu.
Nieważne. Byłem zajęty dźwiganiem sześćdziesięciofuntowych koszy z indykami w zakładzie przetwórstwa spożywczego, internetową wysyłką grotów do lutownicy, czyszczeniem toalet w magazynie wytwórcy obwodów drukowanych i odgrywaniem lubianego disc jockeya podczas internetowych konferencji różnych firm.
Potem nastało szaleństwo. To, co miało zająć dwa lata, wydarzyło się w ciągu trzech i pół miesiąca. Ludzie znajdowali naszą stronę internetową i zamawiali książkę. Kilka tygodni później wracali i zamawiali kolejne egzemplarze, nawet całymi skrzynkami. A ja zacząłem dostawać maile od czytelników z całego świata, wiadomości bolesne i cudowne, piękne i przykre, mówiące o tym, że książka pojawiła się w ich życiu „we właściwym momencie”. Opowiadali mi poruszające i zdumiewające historie o ogromnym wpływie pytań i rozmów zawartych w „Chacie”.
Wydawcy, nawet ci, którzy kiedyś nas odrzucili, i księgarze zaczęli kontaktować się z Bradem i Wayne’em, żeby pomóc w marketingu, sprzedaży i dystrybucji. Zaczęło się pojawiać określenie „pożoga”, nieprzewidywalna anomalia, która sprawia, że całe połacie ziemi stają w ogniu. W ciągu pierwszych trzynastu miesięcy, od maja 2007 do czerwca 2008 roku, Windblown Media wydało niecałe trzysta dolarów na marketing i reklamę, a sprzedało prawie 1,1 miliona egzemplarzy „Chaty”. W czerwcu 2008 roku „Chata” zadebiutowała na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa” i utrzymała się na nim przez 49 tygodni z rzędu.
To niedorzeczne. Z pewnością nie świadczy o naszej błyskotliwości ani wnikliwości. Chodziło o Boga. Tajemnicze połączenie właściwej pory i naszej pracy, które z pewnością przyprawiłoby o frustrację każdego, kto próbowałby je powtórzyć.
W ostatnich latach „Chata” została przetłumaczona na pięćdziesiąt języków i sprzedana w 29 milionach egzemplarzy na całym świecie, co umieściło ją (nieoficjalnie) w czołówce stu powieściowych bestsellerów wszech czasów. A teraz jeszcze film!
Jednakże najbardziej poruszyły mnie historie wiążące się z „Chatą”, „Rozdrożami” i teraz „Ewą”. Każda ludzka istota to osobna opowieść, a kiedy dzielimy się wydarzeniami z naszego życia, kroczymy po świętej ziemi, gdzie proch stworzenia spotyka się z ogniem, który udoskonala, a działanie Boga przejawia się w cudzie naszego ludzkiego istnienia. Myślę, że rodzimy się z bosymi stopami, bo naszym przeznaczeniem jest stąpanie po świętej ziemi. Pozwólcie, że opowiem wam jedną historię z tysięcy, które mi przysłano albo opowiedziano.
Większość filmu „Chata” nakręcono na południu Kolumbii Brytyjskiej, najbardziej na zachód wysuniętej prowincji Kanady, domu mojej bliskiej rodziny. Lionsgate, Gil Netter (producent) i Stuart Hazeldine (reżyser) łaskawie zaprosili mnie dwa razy do spędzenia dnia na planie. Pierwszy raz stało się to w pierwszym dniu zdjęć. Poproszono mnie, żebym przyjechał i odmówił modlitwę za obsadę i ekipę. Co za surrealistyczny dzień! Poznałem Macka, Nan, dzieci, Williego i ponad pięćdziesięciu członków obsady, ale nie było wśród nich Taty, Jezusa i Sarayu, przynajmniej w widzialnej postaci.
Drugie zaproszenie dostałem pod koniec zdjęć. Zapytano mnie, czy nie przyleciałbym do Kolumbii Brytyjskiej w środę, żeby spędzić czwartek na jednym z planów i wrócić do domu w piątek. Nie wiedziałem, o które z wielu miejsc chodzi, kto tam będzie i jakie sceny są nagrywane. Filmów nie kręci się w porządku chronologicznym. Wiele zależy od aktorów i dostępności miejsc, a także od dziesiątków drobiazgów. Ale kogo to obchodzi, prawda? To jest zabawa!
Trwało to lata, ale teraz jestem w głębi serca przekonany, że Bóg jest zawsze dobry i ingeruje w nasze życia na różne tajemnicze sposoby, łagodne i konfrontacyjne, często niedostrzegalne, pod postacią kuksańca, aluzji, pomysłu, który nagle pojawia się w naszej świadomości. Wierzę, że wszystkie ludzkie istoty słyszą Boga, ale w swoim własnym języku, tak dla nas normalnym, że często nie zwracamy na niego uwagi.
Tuż po tym, jak otrzymałem drugie zaproszenie, przyszła mi do głowy myśl (widzicie?): „Hmm, od dawna próbuję zobaczyć się z Bradem Jersakiem, a on mieszka w południowej Kolumbii Brytyjskiej... Ciekawe, czy...”. Spotykałem jego żonę Eden, ale Brada nigdy nie było w mieście. Jest teologiem, mówcą, pisarzem i wykładowcą pewnego seminarium w Anglii, więc nigdy nie wiedziałem, czy w danej chwili w ogóle przebywamy na tym samym kontynencie. Wysłałem mu maila z wiadomością, że przyjeżdżam, i pytaniem, czy znajdzie dla mnie czas. Niedawno pochwaliłem jego najnowszą książkę, a on przeczytał rękopis „Ewy”, więc dużo ze sobą rozmawialiśmy.
Dziesięć minut później Brad odpisał: „Odebrać cię z lotniska w Vancouver? Moglibyśmy zjeść lunch, spędzić razem popołudnie, pójść na kolację z Eden, a potem odwiózłbym cię do hotelu”.
Gdy sprawdziłem szczegóły transportu, okazało się, że organizatorzy mojego wyjazdu chętnie unikną czterogodzinnej jazdy, więc napisałem do Brada dobrą wiadomość.
Jego odpowiedź mnie zaskoczyła. Dostałem maila z dołączonym zdjęciem: „Kiedy do siebie pisaliśmy, spacerowałem po lesie wokół jeziora Cultus z jednym z moich długoletnich przyjaciół Dwigthem, który pierwszy powiedział mi o »Chacie« i dał mi mój pierwszy egzemplarz w 2008 roku. On i jego żona Lorie mają dom letniskowy, w którym ich odwiedzaliśmy, a teraz on i ja natknęliśmy się na to...”. Do wiadomości było dołączone selfie Brada i Dwighta w lesie przy drogowskazie ze strzałką i jednym słowem: „Chata”. Otóż jeden z planów filmowych znajdował się dwie przecznice od domu Dwighta i Lorie, a oni nawet o tym nie wiedzieli.
„Przy okazji” – pisał dalej Brad – „»Chata« miała ogromny wpływ na Dwighta i Lorie, więc zastanawiam się, czy znajdziesz chwilę, żeby spędzić z nimi parę minut. Musisz wiedzieć, że trzy lata temu najmłodsze z ich pięciorga dzieci, szesnastoletnia córka popełniła samobójstwo. Choć Lorie jest kierownikiem duchowym, pogrążyła się w Wielkim Smutku, jest zniechęcona, pogrążona w głębokiej żałobie i czasami wściekła na Boga. Podobnie Dwight, ale on uważa, że gdyby zdołał znowu przeczytać »Chatę«, uzdrowiłoby to jego serce. Nie był w stanie wyjść poza pierwszy rozdział”.
„Znajdziemy sposób, żeby tak się stało” – odpisałem. – „Nie wiem, gdzie w trakcie mojego pobytu będzie plan filmowy ani co będą kręcić, ale znajdziemy czas”. Nieoczekiwanie znowu wkroczyłem na świętą ziemię, pełną udręki i wielkiego cierpienia. Strata dziecka jest najstraszniejszą raną w kosmosie i Bóg podziela nasz ból. Od razu, za pozwoleniem, wysłałem tego maila do Gila i Stuarta z dopiskiem: „Takie historie dzieją się wokół książki, a ja chcę, żebyście to zobaczyli. Film, który kręcicie, jest ważny i dotyka istotnych miejsc w ludzkiej duszy, mówi o stratach, które nas wszystkich dotykają”.
W następną środę Brad odebrał mnie z lotniska i razem spędziliśmy dzień, zjedliśmy kolację z Eden, a potem on odwiózł mnie do hotelu w Chilliwack. Była prawie północ, kiedy dostałem harmonogram pracy na planie zdjęciowym w czwartek: jezioro Cultus, dwie przecznice od Dwighta i Lorie.
Kiedy następnego ranka zjawiłem się na planie, zastałem tam Gila, Lani (żonę Gila, która jest w „Chacie” ewangelistką) i Stuarta. „Pamiętasz maila, którego ci wysłałem? Czy moi przyjaciele mogliby przyjść na plan?”.
Odpowiedź brzmiała „tak”. Od razy wysłałem wiadomość do Brada i dwadzieścia minut później nad jezioro przyjechali Brad, Eden, Dwight i Lorie. Zostali serdecznie powitani przez członków ekipy i obsady, z których większość jeszcze nie znała ich historii. Byli przyjaciółmi, i to wystarczyło. Później dowiedziałem się, że terapeuta Lorie John uznał, że musi ją zachęcić, by spędziła ze mną trochę czasu i była otwarta, bo „rzeczy potrafią się dziać w mgnieniu oka”.
Właśnie na tym planie zdjęciowym stała chata, jedna z trzech, które budowano i rozbierano w zależności od tego, które części książki filmowano. Nadal nie wiedziałem, jaka scena będzie kręcona, ale miało się to dziać tutaj, w tej pięknie odtworzonej chacie. Naszą piątkę zaprowadzono do przenośnego namiotu z reżyserskimi krzesłami, z których producent, reżyser i Lani oglądali na dużych ekranach kręcone ujęcia i słuchali w słuchawkach aktorów grających swoje role. Na nas czekało kolejne pięć krzeseł ze słuchawkami. Zajęliśmy miejsca.
Może tego nie wiecie, ale każda scena w filmie jest kręcona wiele razy, z różnych ujęć kamery, w różnym oświetleniu, z różnymi interpretacjami aktorskimi i tak dalej. Później, po montażu tego materiału, bardzo istotnej i decydującej części całego twórczego procesu, powstaje to, co pewnego dnia obejrzy kinowa publiczność.
Przez następne półtorej godziny patrzyliśmy, jak wielokrotnie nagrywana jest jedna scena. Po ciężkiej, pełnej koszmarów nocy spędzonej w chacie Mackenzie wychodzi rankiem na ganek, rozczochrany i zdezorientowany. W milczeniu siada do śniadania, które przygotowała dla niego Tata, ale nie tyka jedzenia.
Tata wita go łagodnie i nagle mówi: „Wiesz, Mackenzie, twój problem polega na tym, że nie wierzysz, że jestem dobra, a póki nie uwierzysz, że jestem dobra, nigdy mi nie zaufasz”.
To jedna z tych „chwil”. Widać walkę i hamowaną wściekłość na twarzy Mackenziego, który w końcu wybucha: „Dlaczego miałbym ci ufać? Moja córka nie żyje!”.
Siedzieliśmy oszołomieni. Ze wszystkich scen akurat ta. Zerknąłem na Dwighta i Lorie. Po ich twarzach płynęły łzy. Wszyscy płakaliśmy. Oni siedzieli dalej bez ruchu i wszyscy wciąż od nowa oglądaliśmy to ujęcie.
Jeszcze dużo wydarzyło się tamtego dnia. Wszyscy poznaliśmy Tatę (Octavię Spencer), Jezusa (Aviva Alusha, aktor żydowskiego pochodzenia grający Jezusa, co za pomysł!) i Sarayu (Sumire), ale za wszystkimi ich uściskami kryło się Niezmienne Uczucie Boga, który zawsze jest dobry i zaangażowany w nasze życie.
Tamten dzień zmienił nas wszystkich, zwłaszcza Lorie i Dwighta. W pewnym sensie cały ten dzień był przeznaczony dla nich. Bóg szeptał, że oboje zaznali bólu i poczucia opuszczenia, ale on nigdy ich nie opuścił i „szczególnie ich kocha”.
Zwróćcie uwagę na wszystkie powiązane ze sobą elementy: miejsce, gdzie kręcono film, to, że dostałem zaproszenie akurat na ten dzień, że nawet Brad był na miejscu, że on i Dwight spacerowali po tamtym lesie, że kręcono akurat tę scenę, a przede wszystkim zgranie w czasie tych wszystkich elementów. Jeśli mi powiecie, że to tylko zbieg okoliczności, ja wam powiem, że ten zbieg okoliczności ma Imię.
Kiedy to pisałem, dostałem maila od Lorie.
„Właśnie się obudziłam i przypomniałam sobie Octavię chodzącą nad jeziorem, skupioną na tekście. Tyle wysiłku wkładała w swoją przejmującą rolę, a potem dzieliła mój ból, kiedy otworzyła się przede mną i opowiedziała o swojej stracie. Pamiętam, jak w namiocie reżysera podszedł do ciebie Sam Worthington, żeby z pokorą poszukać u ciebie inspiracji, a potem wykrzyczał w nocnym powietrzu swój tekst, niemal w rozpaczy, jakby zwracał się do tej jednej z dziesięciu osób, do której miało dotrzeć posłanie. W moich oczach wzbierają łzy, kiedy przypominam sobie prawdziwą energię i ogromny wysiłek włożony w to, żebym zrozumiała (i miliony innych). Naprawdę mam nadzieję, że miliardy serc zaczerpną otuchę z tego filmu i uwolnią Zdumiewającą Łaskę, by ta potężna uzdrawiająca historia przemówiła do każdego z nas”.
Pewnego dnia zapytałem naszego syna, który studiuje na piątym roku statystyki, o taką jak ta historię, w której trudno wyjaśnić zgranie w czasie różnych wydarzeń. „Hej, Chad, jakie są szanse, że coś takiego się stanie?”.
On uśmiechnął się szeroko. „Tato, 100%”.
„Oczywiście”. Roześmiałem się, kiedy dotarła do mnie głęboka prostota tego, co powiedział. „Oczywiście”.