Читать книгу Dom tajemnic - Alek Rogoziński - Страница 7

PROLOG

Оглавление

– Wszystko już było!

Niska, korpulentna, wyraźnie zmęczona kobieta popatrzyła z rozpaczą na trzech siedzących po drugiej stronie stołu młodych mężczyzn.

– Niemożliwe – mruknął jeden z nich, nieco łysiejący, za to brodaty blondyn. – Niech pani pomyśli!

Kobieta wydała z siebie przeciągłe westchnienie, po czym ponownie spojrzała na rozłożone przed nią na stole kartki.

– Co innego niby od tygodnia robię?! – jęknęła z rezygnacją. – Sami zobaczcie! Gwiazdy już śpiewały, tańczyły, łamały sobie nogi, jeżdżąc na lodzie, fikały koziołki-matołki w cyrku, skakały do wody z upiornych wysokości, i to kręcąc śruby lub inne piruety, uprawiały sporty ekstremalne, i to nawet w dwóch programach, „Agent” i „Fort Boyard”, grały w kalambury, przebierały się za inne gwiazdy, powtarzały choreografie ze znanych teledysków, umawiały się na randki w ciemno, gotowały… Naprawdę nie umiem wymyślić czegoś, czego jeszcze nie robiły!

– Nie ścigały się samochodami! – wyrwało się drugiemu z mężczyzn, prezentującemu się tak, jakby wycięto go z męskiej edycji magazynu „Vogue”, ożywiono i przeniesiono wprost do sali konferencyjnej w siedzibie stacji Tele-Pol, w której odbywało się to spotkanie.

Trzy pary oczu zerknęły na niego z ciekawością.

– Wziąwszy pod uwagę, jak większość z nich jeździ, to dopiero byłaby masakra – mruknął ostatni z panów, szczupły, rudowłosy mężczyzna o mocno podkrążonych oczach i mimo młodego wieku pooranej zmarszczkami twarzy. – Uwierzcie mi, wiem, co mówię. Ostatnio nagrywaliśmy recital Marty Raj i gdy już skończyliśmy, wyrwało mi się, że muszę migiem dostać się na Centralny, bo inaczej ucieknie mi pociąg do Zakopca. Marta zaproponowała, że mnie podwiezie. Po drodze w ciągu kilkunastu minut złamała chyba ze sto przepisów i o mało co nie przejechała na pasach jakiejś moherowej staruszki z wózkiem. Jak strzeliła w ten wózek, to aż się mu kółko urwało! Do tego nie zauważyła, że jedzie za nami radiowóz. Policjant, który nas zatrzymał, powiedział, że gdyby miał wymienić wszystkie jej wykroczenia, to trwałoby to dłużej niż seans „Władcy Pierścieni” w wersji rozszerzonej. I że w sumie powinien był nas haltować wcześniej, ale zżerała go ciekawość, co jeszcze oryginalnego Marcie uda się wymyślić. Złamał się dopiero wtedy, gdy już przy samym dworcu usiłowała wbić się w wejście do przejścia podziemnego, bo jej się wydawało, że to wjazd na podziemny parking, którego zresztą w ogóle tam nie ma. Marta wyjaśniła mu radośnie, że wieczorową porą ma ataki kurzej ślepoty, więc nic nie widzi i jeździ na pamięć, ale akurat Śródmieścia nie zna zbyt dobrze. Potem usiłowała go przekupić swoją płytą, na której śpiewa pieśni maryjne w stylu disco.

– I co? – zaciekawił się przystojny. – Przekupiła?

– Niezupełnie. Dostała zakaz prowadzenia pojazdów przez trzy miesiące, cztery mandaty na łączną kwotę półtora tysiąca oraz dwadzieścia punktów karnych. W sumie nic dziwnego. Cud, że od razu nie odebrano jej prawa jazdy na amen. Miałem wrażenie, że jedyne wykroczenie, którego nie popełniła tego wieczoru, to przewożenie dziecka w pojeździe poza fotelikiem ochronnym. I że jakby się nie wyrwała z tą płytą, to wyszłaby na tym lepiej, bo widać było, że policjant na widok okładki, na której Marta jest wystylizowana na Maryję, trzymającą w rękach dyskotekową kulę, przez chwilę zastanowił się, czy nie ukarać ją jeszcze za obrazę uczuć religijnych, tym bardziej że to teraz na czasie. Tak czy siak, darujmy sobie raczej wyścigi gwiazd, bo z moich obserwacji wynika, że większość jeździ tak jak Marta. Zanim dojdziemy do trzeciego odcinka, będziemy mieli jedną połowę obsady w szpitalu, a drugą na cmentarzu.

– Poza tym to też już było… – wtrąciła kobieta, przenosząc wzrok na swoje kartki. – Co prawda wtedy gwiazdy jeździły na gokartach, ale jednak. Poza tym przypominam, że mamy wymyślić show, który będzie trwał dwa miesiące. Jak chcesz niby rozpisać wyścigi na taki czas? Już po drugim odcinku oglądalność spadnie do zera.

Przez chwilę panowała cisza. Cztery osoby intensywnie rozmyślały nad tym, jaki pomysł przedstawić swojemu szefowi, który kilka dni temu, machając im przed nosem wydrukami z wynikami oglądalności stacji, obarczył je zadaniem wymyślenia czegoś „spektakularnego, ale taniego”, co przyciągnie przed telewizory większe audytorium niż takie, które „można pomieścić w jednym wagonie tramwaju”.

– Oglądałem ostatnio taki stary thriller – przerwał ciszę przystojny. – „Cube”. I tak sobie myślę…

– Chcesz, żebyśmy mordowali gwiazdy na wizji? – przerwał mu ze zgrozą w głosie łysiejący. – Bardzo nowatorskie. Ciekawe tylko, gdzie znajdziesz potencjalnych samobójców, którzy zgodzą się wziąć w tym udział. Poza Kortezem, bo on śpiewa, jakby i tak chciał się powiesić…

– Głupiś! – Przystojny popatrzył na niego z politowaniem. – Nie mordowały, tylko rozwiązywały zagadki kryminalne, wydostawały się z zastawionych na nie pułapek, prowadziły śledztwo…

– Coś w stylu escape roomu? – zaciekawił się rudy. – To nawet mogłoby być ciekawe…

– Co niby miałoby być głównym celem? – Kobieta nie wyglądała na przekonaną. – Ucieczka z takiego miejsca? I w ogóle, gdzie to ma się toczyć? W jakimś pokoju? Też do bani! Jak niby zrobimy wciągający i fascynujący program, mając do dyspozycji kilkoro celebrytów siedzących w jednej kanciapie? Nuda!

Przystojny wyglądał tak, jakby go zaraz miała trafić apopleksja.

– Dacie mi dokończyć?! – zapytał z furią w głosie. – Pamiętacie, jak kręciliśmy tę ostatnią serię kryminalną? Tę na podstawie opowiadań z „Zabójczego pocisku”?

Rzut oka na towarzyszące mu osoby upewnił go, że nikt nie wie, do czego zmierza.

– No tak… – westchnął. – Zapomniałem, że robiłem to z inną ekipą, a w naszej firmie określenie „obieg informacji” jest pojęciem czysto teoretycznym. Kręciliśmy zdjęcia kilka miesięcy temu, jakoś tak wczesną jesienią. Spora część z nich powstała na Podlasiu, prawie przy granicy, w ogromnym starym domu na kompletnym odludziu, pośrodku lasu. Śmialiśmy się, że nie trzeba tam nawet przygotowywać specjalnej scenografii, bo i tak miejsce prezentuje się jak wyjęte z horroru. Podrychtowaliśmy tylko trochę wnętrze. Na wyrost, bo dom sam z siebie wyglądał jak dzieło psychopaty. Ogromny ciemny strych, pełen mrocznych zakamarków, dziwaczne połączenia między pokojami, ukryte schody, kilka komórek, ni to spiżarni, ni to pomieszczeń gospodarczych, kilka pokoi bez okien, kilka z kratami, do tego piwnica, a właściwie cały labirynt podziemnych sal, z dziwacznymi okuciami i łańcuchami w ścianach. Ukoronowaniem wszystkiego był ukryty tunel, do którego wchodziło się przez dziurę w podłodze w najciemniejszym kącie piwnicy, a wychodziło kilka kilometrów dalej pośrodku lasu. Ludzie z okolicznych wiosek plotkowali, że ten dom na początku wieku zbudował jakiś zwyrodniały były żołnierz, pułkownik czy generał, którego po pierwszej wojnie światowej wydalili ze służby po tym, gdy wyszło na jaw, że torturował jeńców. I to nie z konieczności, ale dla czystej przyjemności. Podobno ów żołnierz zwabiał do tego domu bezdomnych, jakieś męty i wyrzutki społeczne, żeby potem ich torturować i przeprowadzać na nich eksperymenty medyczne. Nie wiadomo, ile w tym prawdy, ale faktem jest, że okoliczni mieszkańcy od zawsze nazywali ten obiekt „Domem zła”. Nie za bardzo chce mi się wierzyć w te wszystkie opowieści. Myślę, że takie miejsca działają na ludzką wyobraźnię i sprzyjają powstaniu podobnych mitów. My w każdym razie wynajęliśmy go od uroczej starszej pani, która z pewnością muchy w życiu nie skrzywdziła…

– Yhm, całkiem jak Melissa Ann Shepard – mruknął łysiejący.

– Kto? – zdziwił się przystojny.

– Seryjna morderczyni – wyjaśnił łysiejący, który nie tak dawno przeczytał artykuł o wyczynach dziarskiej osiemdziesięcioletniej Kanadyjki i ciągle był pod ich wrażeniem. – Też na pozór milutka i niewinnie wyglądająca starsza pani zwana „Czarną Wdową Internetu”. Nikt do końca nie wie, ilu facetów próbowała zabić. Chyba tylko jej pierwszy mąż uszedł z życiem, bo w porę się zorientował, że z jego ślubną coś jest nie halo i się z nią rozwiódł. Ale już drugiego męża najpierw próbowała otruć, a gdy jej się nie udało, to go przejechała samochodem. Dla pewności dwa razy. Uniewinniono ją, bo twierdziła, że był psychopatą, gwałcił ją i bił, w związku z czym jej czyn należy sklasyfikować jako samoobronę, a sąd jej uwierzył. Nie wiadomo, co zrobiła z trzecim mężem, bo kilkanaście miesięcy po ślubie i parę tygodni po tym, jak przepisał na nią spory majątek, pewnego dnia po prostu się nie obudził. Teoretycznie zmarł śmiercią naturalną. Za to czwartego faszerowała środkami nasennymi tak długo, że też o mało co nie zszedł. Odratowali go w ostatniej chwili. Po drodze próbowała zabić jeszcze kilku poznanych w sieci przelotnych kochanków. Chyba tylko po to, żeby nie wyjść z wprawy, bo z ich śmierci nie miała żadnych wymiernych korzyści. Najlepsze, że wszyscy dziennikarze, którzy z nią rozmawiali, twierdzili, że to inteligentna, czarująca starsza pani, taka typowa kochana babcia, która smaży ciasteczka dla wnusiów, robi powidła i częstuje kompocikiem domowej roboty.

– Dzięki za taką babcię… – mruknął rudy. – Mam nadzieję, że ją w końcu przymknęli?

– Nie. – Łysiejący pokręcił głową i lekko się uśmiechnął. – To znaczy tak, ale potem wypuścili. Stwierdzili, że nie opłaca im się trzymać w ciupie osiemdziesięciolatki, więc wydali jej tylko dożywotni zakaz korzystania z Internetu i dowalili dozór policyjny. Moja żona, gdy czytała ten artykuł, też nie mogła w to uwierzyć, a potem miała bardzo dziwną minę przez resztę wieczoru, aż się przestraszyłem się, że lektura zainspirowała ją do podobnych czynów, i na wszelki wypadek najpierw dałem kolację do spróbowania naszemu psu. Potem jednak doszedłem do wniosku, że Czarna Wdowa Internetu mordowała dla zarobku, a w moim przypadku ten motyw zdecydowanie nie wchodzi w rachubę. Sami wiecie, ile nam płacą…

– No tak… – Przystojny z trudem wrócił do tematu. – Więc chodzi mi po głowie, żeby wykorzystać ten dom. Odpowiednio go podrasować, porozstawiać tam pułapki, jakieś zapadnie, spadające kraty, fotokomórki, a poza tym porozmieszczać kamery i zrobić coś à la „Big Brother”, tyle że w wersji detektywistycznej i z celebrytami.

– Dostaniemy na to zgodę? – zapytała z powątpiewaniem w głosie kobieta. – Ta domniemana psychopatka nie będzie miała nic przeciwko temu, że przebudujemy jej pół chałupy?

– Z tego, co pamiętam, to stwierdziła, że możemy tam robić, co nam się żywnie podoba – powiedział przystojny – a jeśli dobrze zapłacimy, to nawet zrównać tę ruderę z ziemią. Ale nie będziemy musieli. Zapewniam was, że ten dom to ideał na tego typu program!

– No to na co czekamy?! – zapalił się nagle rudy. – Pani Marianno, niech się pani w te pędy zabiera za scenariusz!

Kobieta popatrzyła na niego z oburzeniem.

– Za jaki scenariusz?! – fuknęła gniewnie. – Czy pan oszalał?! Nawet tego całego „Cube’a” nie oglądałam i nie wiem, o co tam chodzi. I w ogóle nie podoba mi się ten pomysł! Nie znoszę thrillerów i horrorów. Nie napiszę czegoś takiego! Nie czuję klimatu!

– Ale czuje pani konieczność zapłacenia bankowi kolejnej raty kredytu, prawda? – łysiejący spytał tonem, w którym słychać było groźbę. – Niech mi pani łaskawie przypomni, ile kosztował panią zakup apartamentu w Cosmopolitanie?

– Nie pana sprawa – mruknęła kobieta, tracąc jednak trochę animuszu. – Ostatecznie mogę to potraktować jako wyzwanie. Przy założeniu, że jeśli mu nie podołam, to nikt nie będzie miał do mnie pretensji.

– Jestem pewny, że osoba z tak ogromnym i długim – to ostatnie słowo łysiejący wypowiedział ze szczególnym naciskiem – doświadczeniem na pewno sobie śpiewająco z tym poradzi. Za trzy, góra cztery dni chciałbym dostać od pani wstępne założenia programu i szkic scenariusza. A ja postaram się sprzedać to tak, żeby szef i cała góra się tym zachwycili. Potem pozostanie nam tylko znalezienie celebrytów, którzy zgodzą się wziąć w tym udział. Ale z tym chyba nie będzie problemu. Teraz każdy pcha się do telewizji. Nawet największe gwiazdy. Wszystko jest tylko kwestią honorarium…

– Czyli bierzemy się za to? – ucieszył się przystojny. – Znakomicie! Czuję już zapach świeżych banknotów z premii, którą dostanę za ten pomysł.

– Na twoim miejscu raczej bym się tak nie rozpędzał – ostudził jego entuzjazm łysiejący. – Zdaje się, że jakoś tak w ubiegłym miesiącu umarł ze starości ostatni człowiek, który pamiętał, gdy komuś tu przyznano premię. A i to było w czasach jego młodości…

– To co? – Rudy wstał z krzesła. – Kończymy na dziś? Czekają na mnie kumple. Gramy dzisiaj w kręgle, a potem idziemy podbijać kluby!

– Czyli siedzieć smętnie przy barze nad piwem, obserwując dziewczyny, które nawet nie będą chciały na was spojrzeć? – zaśmiał się przystojny. – Świetny podbój, nie ma co.

– Ty niby masz atrakcyjniejsze plany?! – Rudy uśmiechnął się krzywo. – Poczekaj, niech zgadnę. Wieczór spędzony przed lustrem na podziwianiu własnej urody?

Przystojny spojrzał na niego z politowaniem.

– Najpierw siłka, potem… – Sięgnął po komórkę. – Zobaczmy, z kim mnie dzisiaj połączy Los, a mówiąc dokładniej, Tinder. O, popatrz! Paulina. Dwadzieścia trzy lata. Wygląda na aspirującą modelkę. Zapewne wieczorem przygotuje dla mnie niezły pokaz mody. Zamykam oczy i widzę czerwone koronkowe body!

– Ja za to nie muszę nic zamykać, żeby zobaczyć przed sobą aspirującego kretyna – stwierdził stanowczo rudy.

– Który w jeden wieczór będzie miał więcej zabawy niż ty przez cały rok! – odciął się przystojny ze złośliwym uśmieszkiem. – Żegnam was wszystkich ozięble z domieszką ironii! Adios! Ciao! Au revoir!

Szybkim krokiem wyszedł z pokoju i skierował się w stronę klatki schodowej. Tam upewnił się, że jest sam, po czym wybrał z ekranu trzymanej w dłoni komórki jeden z zapisanych w niej numerów.

– Cześć, brachu – powiedział do słuchawki. – Chciałem cię tylko zawiadomić, że łyknęli nasz plan. Marek przepchnie go u góry. Oni z reguły ślepo ufają jego intuicji, a że on sam nie miał żadnego pomysłu, to jak znam życie, przedstawi ten jako swój. Zawsze tak robi. Ale w tym przypadku to lepiej dla nas. Reszta za pół roku, a on i tak nie będzie pamiętać, kto pierwszy to wymyślił. Nawet jeśli, to zawsze mogę rozgłaszać, że to on mi go podpowiedział i kazał zaproponować, żeby nie było, że coś nam narzuca, bo lubi udawać, że jest częścią zespołu, a nie naszym przełożonym…

Przez chwilę milczał, słuchając swojego rozmówcy.

– Nie, na pewno zdążymy – odpowiedział wreszcie. – To jeszcze potrwa z kilka miesięcy. Tu nic nie dzieje się szybko. Od decyzji do początku realizacji mija z reguły pół roku, czasem nawet więcej… Tak, jestem pewny na sto procent. Ale oczywiście możemy się też już z wolna szykować do naszej akcji. Im wcześniej zaczniemy i im więcej przemyślimy, tym mniejsze ryzyko, że coś nas potem zaskoczy. Nie możemy sobie przecież pozwolić na żaden błąd!

Dom tajemnic

Подняться наверх