Читать книгу Meczet Notre Dame 2048 - Elena Czudinowa - Страница 7
ROZDZIAŁ I Ostatni shopping Zeïnab
ОглавлениеEugène Olivier szedł po Polach Elizejskich tak szybko, jak to tylko było możliwe w swym wyjątkowo niewygodnym stroju (niestety, niczego lepszego w tej dziedzinie dotychczas nie wymyślono). Rzecz jasna, nie biegł, by niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi. W rzeczywistości jednak jego krok był szybszy od biegu. W każdym razie, mało który biegacz nie zrobiłby sobie przerwy po jakichś sześciu godzinach wysiłku, jednak osiemnastoletni Eugène Olivier potrafił w takim tempie obejść cały Paryż i to bez odpoczynków. Zdawało mu się, że dopiero co mijał Ogród Luksemburski, a tymczasem przeszedł już przez Most Inwalidów i oto już Pola Elizejskie błyszczały szybami sklepowych witryn, tu i ówdzie nieśmiało migając oknami przysłoniętych willi. Tych ostatnich nie ma jednak tam zbyt wiele. Więcej tu sklepów, takich jak ten, do którego właśnie zmierzał.
*
Zeïnab wyszła na zakupy pieszo. Dzień był wyjątkowo piękny; delikatny wietrzyk gnał po Sekwanie srebrzysto-ołowiane drobinki popiołu. Po obu stronach rzeki jaśniały białe pnie platanów, a złociste iskierki światła tańczyły po wszystkim, co tylko dawało im możność refleksu. Sylwetki budynków w oddali otulały się bursztynową mgłą. Zeïnab nigdy w życiu nie słyszała słowa „impresjonizm” i, co całkiem naturalne, jako kobieta z dobrego domu nigdy się nie zetknęła z płótnami (o ile takie ocalały) czy nawet reprodukcjami tych niepotrzebnych nikomu bohomazów. Toteż owa gra złotych i siniejących świateł, w których wczesnym wiosennym popołudniem skąpany jest Paryż, raczej nie porywała jej wyobraźni.
Z drugiej strony, gdyby piękna pogoda tego dnia w ogóle jej nie poruszała, Zeïnab pojechałaby na swój shopping samochodem, zamiast łączyć go z przyjemnym spacerem. Zabawne słowo shopping, przestarzałe, dawniej używali go chyba w lingua-euro. A może w lingua-franca? Zresztą, nieważne skąd wzięło się słowo shopping, ważne, żeby mąż nie obciął jej przyznanych na to funduszy. W damskim dziale jednego ze sklepów na Polach Elizejskich ma być dziś pokaz mody.
Nie jest było to co prawda do końca przyzwoite, żeby sama chodziła po sklepach, ale w końcu nawet policja religijna przymyka oko na takie stosunkowo częste przypadki naruszania prawa shariatu przez bardzo bogatych krezusów i ekstremalnych biedaków. Jeśli chodzi o biedaków, to wiadomo – wszyscy mężczyźni w rodzinie pracują, podczas gdy kobieta lata po sklepach, sprawdzając, gdzie taniej dostanie kawałek baraniny. Gdyby chociażby jeden z mężczyzn zrezygnował z pracy, żeby zachować w tej sprawie konwenanse, to mogłoby się okazać, że brakuje im pieniędzy na ten kawałek mięsa. Co do bogaczy, to już bardziej śliska sprawa. Oni nie mogą się przecież usprawiedliwiać życiową koniecznością. Jednak jeśli nie można by było choć odrobinę naruszyć tych zasad, których inni muszą bezwzględnie przestrzegać, to gdzie byłaby tu przyjemność i korzyść z posiadania wpływów? Nawet policja religijna rozumie te niuanse i nie popuszcza tylko zwykłym obywatelom, nędzarzy i wysoko postawione elity zostawiając w spokoju.
Oczywiście, to nie znaczy, że można przesadzać. Zeïnab, na przykład, właściwie nie poszła sama na zakupy, bo skoro zaraz kadi2 Malik podjedzie po nią pod sklep, to można przecież powiedzieć, że po prostu wyszła mężowi na spotkanie. Przeszła zaledwie kawałeczek z Orsay przez Most Emiratów, a stąd na Elizejskie Pola jest już dosłownie rzut kamieniem.
Na skrzyżowaniu z ulicą Osamy Zeïnab niechętnie przepuściła bardzo młodziutką z wyglądu kobietę, która potrąciła ją łokciem. Dokąd gna w taki piekny dzień ta prostaczka?! A jak brzydko idzie, skacze jak źrebak! Zupełnie jak facet.
Rozmyślając tak nad mało kobiecym chodem bezczelnej dziewczyny, Zeïnab nagle stanęła. Ani się obejrzała, a luksusowy sklep pojawił się tuż przed nią, jak gdyby wcale nie stał na swoim miejscu, lecz przypłynął ku niej, niczym statek po falach. W szybach sklepowych witryn odbijały się światła reflektorów, kierując uwagę na to, od czego i tak nie sposób było oderwać chciwego wzroku: na trzyczęściowe garnitury z miękkiej czarnej wełny, jasne, letnie dwuczęściowe garnitury z jedwabistego lnu, śnieżnobiałe koszule z jedwabnej popeliny i cienkiego płótna, pstrokate koszulki polo, kaszmirowe płaszcze, buty ze skórzanymi zelówkami (do których dodają idealnie dopasowane kościane łyżki), safianowe, wyszywane pantofle, spinki i szpilki do krawatów, ręcznie robione krawaty, ciężkie bransolety szwajcarskich zegarków, sygnety z pieczęciami, laski z rzeźbionymi i inkrustowanymi gałkami, słowem – na wszystko, czego tylko może sobie życzyć mężczyzna.
Oczywiście w dziale damskim niczego na wystawie nie było; przydymione szyby ledwo odbijały widok ulicy. Za to tam, w tych tajemniczych ciemnościach przypominających jaskinię Ali-Baby, kryły się prawdziwe skarby. Mimo to, w taką pogodę jak dziś, Zeïnab nie spieszyła im na spotkanie tak radośnie, jak zwykle. Przed opuszczeniem sklepu w towarzystwie obładowanych pakunkami służących trzeba będzie zadzwonić z komórki po kadi Malika, a wtedy ten wesoły dzień w oka mgnieniu zniknie za szybami mercedesa. Szyby w samochodzie są oczywiście przyciemniane, można więc patrzeć, ile się chce; choćby się wszystkim zajrzało w oczy, nikt i tak nie odwzajemni spojrzenia. No dobrze, jeszcze jakieś piętnaście minut tu sobie pospaceruje, najwyżej nie zobaczy kilku modeli na pokazie.
Co za wspaniały dzień! Dziś nie drażnią jej nawet biedacy, zawodzący jak zwykle nad swoimi miskami żebraczymi. Nie drażnią nawet przenikliwe piski i głośne wrzaski bawiących się dzieci. O, krok dalej miękka pachnąca pita rozdziawia swoją białą paszczę w zwinnych rękach sprzedawcy, gotowa, by się napełnić ostrym i gorącym nadzieniem, a zaraz potem powędrować w ręce kupującego. Zalśnił sypki kuskus, wyskakujący z kotła wprost do papierowych torebeczek. Muchy chciwie krążą nad baklawą i rachatłukumem, a bywalcy ulicznych kafejek niespiesznie zapijają płonący czarny napój wodą z lodem. Jakże przyjemnie jest wiosną na Polach Elizejskich!
Tymczasem ludzie z jakiegoś powodu gromadzą się pod Łukiem Triumfalnym. Co się tam mogło ciekawego stać?
*
Omal nie potrąciwszy jakiejś otyłej kobiety, Eugène Olivier zatrzymał się gwałtownie pod neonami domu towarowego. Niedobrze, bardzo niedobrze! Przyszedł o dobre pół godziny wcześniej niż trzeba. Niby nic się takiego nie stało, dzięki temu może się przejść spacerkiem w stronę Łuku Triumfalnego, zwłaszcza, że tłoczą się tam gapie. Martwiło go jednak co innego – znowu nie potrafił dobrze skalkulować ile potrzeba mu czasu na dojście w zaplanowane miejsce. Kto przychodzi za wcześnie, może się także spóźnić. Sévazmiou zawsze i wszędzie zjawia się punktualnie co do minuty.
Ponoć kiedyś do Łuku Triumfalnego można było dojść tylko podziemnym przejściem, ale w Paryżu było wtedy o wiele więcej samochodów niż teraz. Odkąd Eugène Oliver pamiętał, plac wokół Łuku Triumfalnego był miejscem dla spacerowiczów. Coś przebudowują, czy co? Naokoło Łuku, w równych odstępach ustawiono około dziesięciu żelaznych kontenerów, przypominających duże pojemniki na śmieci. Kontener z prawej był po brzegi wypełniony kamieniami, a z niewielkiej ciężarówki właśnie wysypywano ładunek do tego po lewej.
Deptakiem sunął niespiesznie jakiś samochód. Zielony policyjny wóz z oddzielonym od kabiny boksem do przewozu aresztowanych. Eugène Olivier zaczął odczuwać niepokój, lecz natychmiast ów niewidzialny urzędnik, który od zawsze mieszkał w jego wnętrzu, zwrócił mu uwagę, by się uspokoił. Nie ma przecież powodu do niepokoju, a żadne dziwne myśli nie powinny obecnie zajmować jego umysłu. Choćby się waliło i paliło, ma wykonać rozkaz i tyle. Tak naprawdę, to wcale nie jest ciekaw, co tu się dzieje, po prostu udaje gapia, żeby ukryć swoje zbyt wczesne przybycie.
Gdy dogonił przeciskający się przez tłum samochód, Eugène Olivier demonstracyjnie utkwił wzrok w zakratowanych tylnych drzwiach auta. Za kratami siedział człowiek. Auto przyhamowało. Po co tu przywieźli tego biedaka? Przecież nie ma tu ani więzienia, ani sądu.
Dopiero teraz rzuciły mu się w oczy świeże plakaty rozwieszone na ścianach Łuku i na słupach ogłoszeniowych. Ostatnie, na co miał ochotę, to odszyfrowywanie tych ich obrzydliwych robaczków! Zresztą, już nie trzeba. Jakiś Arab, usadowiwszy się na ławeczce, rozwinął właśnie jeszcze jeden afisz i wygląda na to, że będzie go odczytywał gromadzie otaczających go chłopców i kobiet. To ja też udam niepiśmiennego, pomyślał Eugène Olivier, przeciskając się przez tłum.
— Naruszał regulacje prawne, do których przestrzegania sam się zobowiązał, podpisując umowę o dopuszczeniu do wykonywania zawodu — z uśmiechem czytał Arab.
— A co to znaczy panie Hussein? — dopytywała się rosła kobieta w niebieskiej parandży3. — Tak napisali, że nie wiadomo, o co chodzi.
— Ten giaur4 obiecał, cioteczko Mariam, że całe zbiory winogron ze swoich upraw będzie odstawiał do przetwórni suszonych owoców — tłumaczył cierpliwie czytający — ale prowadził fałszywą ewidencję. A to niby mszyca zniszczyła zbiory, a to znów przymrozek był… Po prostu nie podawał całej ilości winogron. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego.
— Wino by robił?! A to pies jeden! — cioteczka aż klasnęła w dłonie.
— Pies!
— Pies niewierny!
— Niech no tylko poczeka, już mu tam dadzą wino!!
— Pies!!! — pokrzykiwały podrostki.
Tymczasem policjanci wyprowadzali już aresztowanego. Okazało się, że to starszy mężczyzna, choć jeszcze całkiem krzepki, sądząc po jego ogorzałej twarzy i sposobie, w jaki się poruszał. Człowiek był chudy i żylasty. Jego żelazne mięśnie rysowały się pod spraną flanelą koszuli. Workowaty dżinsowy kombinezon, w jaki był ubrany, starł się już do białości, a szara czapeczka z daszkiem była tak wypłowiała, że już nie dawało się z niej odczytać reklamy jakichś tam dawno zakazanych zawodów sportowych. Chłop – widać na pierwszy rzut oka, nawet gdyby nie było wiadomo, że zajmuje się uprawą winorośli. Tylko dokąd oni go prowadzą, do jakiegoś idiotycznego betonowego słupa umocowanego pod sklepieniem Łuku. Jeszcze niedawno go tam nie było.
— Kiamran, hej tam, Kiamran, zaraz się zacznie! — podrostek w pstrokatej hawajskiej koszuli, najwidoczniej już czymś odurzony, zerwał się w stronę żelaznej skrzyni, po czym zaczął zagarniać kamienie, jeden, dwa, kilka kamieni wielkości jabłka. Może naprawdę myślał, że to jabłka? Takie miał białe oczy…
Podrostek lewą ręką przyciskał kamienie do piersi, a prawą wyciągał kolejne. W pewnym momencie niefortunnie się pochylił i kamień spadł mu na nogę. Jednak zamiast zakląć z bólu, chłopak delikatnie się uśmiechnął, jakby się czemuś przysłuchiwał. Ostatecznie zdążył już dać sobie z rana w żyłę.
— Dobra, starczy ci już — cioteczka w niebieskim zebrała fałdy swojej parandży, tak że powstało coś na kształt fartucha, i sama wzięła się za zbieranie kamieni.
Za nią spieszyli się już napełnić kamieniami kieszenie spodni dwaj chłopcy. Po chwili dołączył do nich grubas trzymający cygaro zębami, tak aby mieć swobodne ręce, i całkiem malutka dziewczynka z odkrytą twarzą.
Co oni, wszyscy na haju, czy jak?!
Eugène Olivier od około dwudziestu lat uważał się za żołnierza i, ściśle mówiąc, był nim. Właśnie dlatego nie bał się uczciwie powiedzieć sobie tego, co kołtuneria ubrałaby w bardziej oględne słówka – zaczął się bać.
Klucz do całej zagadki skakał mu po głowie jak piłka, która nie chce wpaść do bramki. Tymczasem rozwiązanie było oczywiste, lecz mimo to nie chciał w nie uwierzyć. Uspokój się, mięczaku! Trzeba wziąć się w garść i szybko zrozumieć, co tu się dzieje. Ale on po prostu nie chciał tego wiedzieć.
Zeïnab zawahała się. Też miała ochotę nazbierać kamieni, ostatecznie dłonie mogłaby potem przetrzeć nawilżanymi perfumowanymi chusteczkami, jakie zawsze przy sobie nosi, ale co z paznokciami? Żal byłoby zniszczyć, dopiero co wczoraj robiła manicure takim dobrym lakierem! Tak nawiasem mówiąc, mogliby za opłatą udostępniać ludziom z wyższych sfer coś bardziej wytwornego. Przynajmniej te kamienie mogliby owijać celofanem. Mąż miał rację, żebrzą o zwiększenie socjalu, narzekają, że nie ma pracy, a jak potrzeba w odpowiedniej chwili odrobinę się postarać, żeby wpadło trochę grosza, to tylko o własną rozrywkę się troszczą. Niby czemu Zeïnab miałaby albo sobie odmawiać pewnych rzeczy, albo upodabniać się do tej nędzarki w obdartej parandży?
Jednak nędzarka, która właściwie nie miała nic do roboty w tej luksusowej okolicy, tak ochoczo zaopatrywała się w kamienie, że Zeïnab nie wytrzymała. Do diabła z paznokciami, ostatecznie manicure można będzie jakoś tam poprawić w toalecie domu towarowego, a na jutro umówi się już w domu ze swoją manikiurzystką.
Policjanci już zatrzaskiwali specjalne kajdanki, żeby przykuć starca do słupa. Dla Eugène Oliviera wszystko było już jasne. Prawda dotarła do niego, zanim jeszcze wsłuchał się w przytłumiony pomruk tłumu. Był całkiem spokojny. Nie takie rzeczy już widział w ciągu swych osiemnastu lat. Stał w odległości około trzydziestu kroków od skazańca, gdy nagle wydarzyło się coś zupełnie zaskakującego.
Mężczyzna ostro wyszarpnął się policjantowi, który wykręcał mu ręce do tyłu i wznosząc głowę ku niebu, uniósł zakutą w żelazną obręcz rękę do czoła. Powoli dotknął go końcami palców, następnie powiódł dłonią w dół, ku sercu, a stamtąd do lewego, a potem do prawego ramienia.
Starzec się przeżegnał!
To było jak sygnał do ataku. Policjanci ledwo zdążyli przykuć go do słupa, a już ze strachem musieli uciekać.
— Bismill-a-a-ah!5
Kilka kamieni przeleciało obok celu. W końcu jeden z nich trafił w policzek, rozcinając skórę. Później nic już nie było widać, ludzie piszczeli, wrzeszczeli, śmiali się, kamienie leciały jak grad, zderzały się ze sobą, opadały, bombardowały asfalt jak ściana deszczu.
— Inszalla-a-ah!6
— Śmierć kafirowi!
— Śmierć psu!
— Śmierć winiarzowi!
— Subahnalla-a-ah!7
Eugène Olivier zauważył chłopczyka, nie więcej jak trzyletniego, w puszystym białym ubranku, z jasnokasztanowymi kędziorkami, który z werwą i uporem pchał się do przodu na swych jeszcze niepewnych nóżkach. On także w swych rączkach trzymał kamień.
— A ty co, rąk nie chcesz sobie pobrudzić? — zagadnął go chłopak w czarnej koszuli. Z wyglądu był nieco bardziej trzeźwy niż jego towarzysze. Pewnie to jeden z ochotników policji religijnej — pomyślał. — Trzeba wiać, póki jeszcze można.
Furia tłumu trwała nie dłużej niż piętnaście minut i prędko ucichła. Zakrwawiona miazga ciała bezwładnie zwisała ze słupa skuta kajdanami. Kamieni wokół było po kolana. Prawdopodobnie śmierć zlitowała się nad mężczyzną na długo przedtem, nim ustał kamienny grad.
Zeïnab wycierała już dłonie pachnącą jaśminem chusteczką. Jeden paznokieć był całkiem złamany. To nic, manikiurzystka podklei go plastikową podkładką, pod lakierem nic nie będzie widać.
Eugène Olivier cichaczem wymknął się z tłumu. Jeszcze jeden obrazek z ich codziennego życia, jeden zaledwie z setek podobnych. Jeszcze jedna śmierć, jedna z tysięcy innych śmierci. Co w tym takiego niezwykłego?
Jak długo są we Francji winnice, będą i tajni winiarze, będzie czarny rynek. Winnic nie zlikwidują, za bardzo lubią rodzynki, dodają je chyba do wszystkich swoich dań. No, a skoro czarny rynek jest, to winiarzy i handlarzy winem będą wyłapywać i męczyć zgodnie ze wszelkimi zasadami szariatu. Tak czy inaczej, coś go zafrapowało, coś bardzo ważnego. Czyżby chodziło o ten dziwnie majestatyczny znak krzyża, ten szeroko odmierzony gest pięciu palców niczym symbolu pięciu ran Chrystusa? Czyżby jeszcze ostali się w Paryżu jacyś chrześcijanie? Przecież to już jakieś dwadzieścia lat od czasu, gdy odbyło się w mieście ostatnie nabożeństwo!
Eugène Olivier nie wierzył w Boga z powodów rodzinnych. Rodzina Léveque, od dobrych kilkudziesięciu pokoleń zamieszkująca rodową posiadłość w zacisznym Wersalu, w dawnych czasach zaliczała się do warstwy panującej. „My, rzecz jasna, jesteśmy za złotokracją i cielcokracją — zwykł mawiać słynący z niewyparzonego języka dziad Patrice, którego Eugène Olivier nigdy na oczy nie widział. — Innej władzy w republikach nie ma. Ale ostatecznie nasz «cielec» jest rasowy. Liberałowie opanowali do perfekcji kpienie z naszej pogoni za zdobywaniem zaproszeń na przyjęcia. W rzeczy samej – potrójna ochrona i elektronika jak w CIA, i po co? Tylko po to, by do sali, gdzie setka małolatów buja się w rytmach hip-hopu, nie dostał się sto pierwszy, którego nie ma na liście. A niech tam się śmieją. Cel tego wyścigu jest czysto matrymonialny. Młodzi bogacze nie będą mieszać swojej krwi z naszą, choćby byli od nas dziesięć razy bogatsi…
Głupcy! Co znaczą ich miliony wobec naszych tysięcy? Jeśli potknie się kto z naszych, setki rąk pomogą mu wstać. Tamtych z kolei tysiące nóg wdepcze głęboko w ziemię. Wespazjan był głupcem – być może pieniądze śmierdzą, ale pierwszy duży kapitał to nawet jakoś pachnie. Choć pieniądze o najwspanialszym aromacie rosną najwolniej. Tak, tylko dwie rzeczy mogą uszlachetnić pieniądze. Pierwsza to czas – pieniądze, tak jak dobre wino, muszą sobie poleżeć. Druga to tradycja – jeśli nie ma w nas tradycji, jesteśmy nikim”.
I rodzina Léveque miała swoją tradycję. Należy przyznać, że mimo iż wśród kobiet zdarzały się zakonnice, to jednak niezbyt często. Mężczyźni też rzadko dołączali do stanu duchownego – zbyt przyziemny charakter miały ich geny. Mimo to, z pokolenia na pokolenie mężczyzna będący głową rodziny, w drogim garniturze pod komżą, w każde święta służył do mszy w Notre Dame. Byli oni ministrantami w tej katedrze z dziada-pradziada. Przywilej ten nie był tani. Léveque’owie nigdy nie żałowali ofiar na Notre Dame, na prace konserwatorskie, akcje dobroczynne czy nowe szaty liturgiczne. To też było ich tradycją.
Prapradziad, Antoine-Philipe, był ministrantem w czasach Soboru Watykańskiego II8. Wtedy to, w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, wielu jego dobrych znajomych, starych i młodych, odeszło do sedewakantystów9, na czele których stał Monsignore Marcel de Lefebvre10. Ludzie wychowani na tradycji, nawet ci niespecjalnie pobożni, nie mogli pogodzić się z uproszczeniem rytu mszy świętej, z usunięciem łaciny, ze zmianą usytuowania ołtarzy. Wielu, bardzo wielu, zdecydowało się na schizmę. Ale nie Léveque’owie, chociaż dla nich Novus Ordo11 był znacznie większą rewolucją niż dla innych. Powód, dla którego rodzina Léveque pozostała na łonie „odnowionego” Kościoła katolickiego, był prosty, a na imię mu było Notre Dame.
Nie można było opuścić katedry, tak jak nie zostawia się w biedzie starego, bezbronnego przyjaciela. I trwajac przy katedrze, Antoine-Phillipe cierpiał. Jak trudno było mu znieść pięćdziesięciominutową mszę z księdzem stojącym twarzą nie do Pana, lecz do wiernych. Cierpiał, gdy rozdawano Ciało Pańskie do rąk12. Cierpiała cała rodzina – z zawiścią oglądając filmy z „sekciarskich” liturgii, których hojnie dostarczali im przyjaciele. „My możemy uciec od modernistów — mawiał Antoine-Philippe — ale katedra nie”.
Ostatnim ministrantem w Notre Dame był Patrice. Dziadek miał pięćdziesiąt kilka lat, kiedy wahhabici13 wdarli się do katedry, żeby rozbijać rzeźby i krzyże. Ksiądz, który tego dnia odprawiał mszę, szybko zrzucił w zakrystii nylonową pelerynę, udającą ornat założony na albę. Tkanina była czerwona: akurat było wspomnienie męczennika. Księdzu nie bardzo uśmiechało się samemu zostać męczennikiem, cisnął więc szaty liturgiczne w kąt, wyrwał z kołnierzyka niebieskiej koszuli białą plastikową koloratkę i pospieszył do wyjścia. Nikt go nie zatrzymywał. Całą uwagę wahhabitów skupił na sobie Patrice Léveque, który stanął im na drodze ze śmiechu wartym orężem w dłoni – tyczką zakończoną haczykiem, jakiej zwykle używano do poprawiania wysoko zawieszonych draperii. Dwóch albo trzech zdzielił po łbach, a któregoś tam jeszcze dźgnął. Obezwładnienie go zajęło im w sumie parę chwil, po czym dziadek, z gardłem poderżniętym od jednego do drugiego ucha, upadł, obryzgując krwią podnóżek Matki Bożej, ponoć tej, która podawała Dzieciątku kamienną lilię. (Teraz, kiedy posągi są już od dawna porozbijane, nie sposób rozpoznać, czy rzeczywiście Dzieciątko wyciągało rączki do kwiatu Francji, czy ktoś to później zmyślił, dla ubarwienia całej historii).
Całe dzieciństwo Eugène’a Oliviera upłynęło pod znakiem tego obrazu: ministrant, umierający w nierównej walce za Notre Dame, i ksiądz, w biegu wydzierający drżącymi palcami z kołnierzyka koloratkę – małą niebezpieczną opaskę, którą potem być może niezauważenie podeptał nogami – razem z własną godnością.
Eugène Olivier nie był w stanie sobie wytłumaczyć, czemu to nie żal z powodu strasznej śmierci dziadka, a jedynie wspomnienie księdza-zdrajcy sprawiało, że każda jego myśl o Bogu napełniona była zawziętym sprzeciwem. Czyżby Bóg istniał naprawdę? Chyba nie, istnieją tylko te diabły, a na nich jest tylko jeden sposób. Ręka bezwiednie natrafiła na ukrytą kieszeń, przyszytą do przebrania. To była jedyna rzecz, w którą wierzył.
*
Przyjemnie podekscytowana Zeïnab zanurzyła się w końcu w chłód wielkiego sklepu, jak w ogromne akwarium z rozlewającymi się falami kojącego półmroku. Rzecz jasna, oświetlone setkami lamp pomieszczenie wydawało się ciemnawe tylko dla wchodzących tu bezpośrednio z promieniejącego słońcem dnia. Puszysty dywan miękko otulał nieco zmęczone już stopy.
— Życzy sobie pani przejść na pokaz mody? — spytała uniżenie sprzedawczyni w szarofioletowym (firmowe barwy sklepu) hidżabie14. — Dopiero co się zaczęło, w sali są jeszcze dobre miejsca.
Zeïnab z zadowoleniem przeszła przez rozsuwające się szklane drzwi do niewielkiej wygodnej sali, gdzie wokół wybiegu siedziało już około czterdziestu kobiet. O, jest i Assette, akurat obok niej jest wolne miejsce.
— I co, kupiłaś już całą kolekcję czy zostawiłaś mi chociaż połowę? — szepnęła przyjaciółce na ucho Zeïnab, przysiadając się.
— Jak mnie poznałaś? — Assette zachichotała spod szydełkowanego ażuru. Pytanie nie mogło być na serio: młoda kobieta dobrze wiedziała, że drugiego takiego stroju w kolorze złocistego piasku nie ma nikt. Mocny jedwab, prosto z Chin; nawet w Paryżu trudno o pewne rzeczy.
Tymczasem prowadząca zapowiadała już przez mikrofon prezentację modelu „Pierwsza róża”. Na podest wybiegła bijąca po oczach równą, sztuczną opalenizną dziewczyna w pobłyskujących złotem, zakończonych nad kostką, czarnych spodniach i w odsłaniającej brzuch bluzce tego samego typu.
Narzucona na wierzch kamizelka z ciemnoczerwonego krepdeszynu, bez zapięcia, falowała, podkreślając zamaszyste ruchy modelki. Pomalowane ciemnoczerwoną szminką usta zostały wyraźnie podkreślone prawie czarną kredką, a w czarne włosy wpięta była czerwona, krepdeszynowa róża, „gubiąca” płatki w zagłębieniach loków.
— O, co za cudo! — z żalem wykrzyknęła Assette. — Ale coś takiego pasuje tylko wyraźnej brunetce!
No pewnie, gdyby Assette z tą swoją jasnoblond czupryną nałożyła coś takiego, to mąż odszedłby od niej. Bez dwóch zdań, zaraz by jej powiedział: talak15! Trzeba będzie koniecznie kupić ten ciuch, akurat Zeïnab swoją wyrazistą urodą może sprawić przyjemność kadiemu Malikowi. A że jest trochę przy kości, to nic nie szkodzi, modelka też wcale chudziutka nie jest. Kupi się, a potem trzeba będzie się pochwalić przed Assette.
Zeïnab spojrzała na przyjaciółkę z wyższością, jak to, nawiasem mówiąc, często już robiła. W końcu Assette jest prawowierna dopiero w pierwszym pokoleniu – pochodzi z bogatej rodziny francuskich przemysłowców, która zdążyła nawrócić się szybciej od innych. Przyjaźniły się od dzieciństwa i Zeïnab, rzecz jasna, wie o wszystkich, jak to mówią w lingua-euro, trupach w szafie, jakie skrywał dom przyjaciółki. Stara zła babka, nieżyjąca już od jakichś pięciu lat, uparcie nazywała wnuczkę Anette. I to nawet przy jej koleżankach z klasy! W tak kompromitujących sytuacjach Assette albo próbowała odwrócić uwagę dziewczynek, pokazując im swoje zabawki, albo wrzeszczała na babkę, wprawnie uchylając się od jej kuksańców. Śmiechu było co niemiara. Toteż choćby Assette na głowie stanęła, to i tak pierwsza lepsza Turczynka będzie od niej lepsza, a co dopiero kobieta z prawdziwej arabskiej rodziny. Czegoś brak tym neofitom i nigdy tego czegoś mieć nie będą. W gadaniu to oni są ach, och i ech, ale jak trzeba wziąć kamień do ręki i rzucić w kafira, to im mina zaraz rzednie i zaczynają się wymówki.
*
Eugène Olivier, z przyzwyczajenia bezgłośnie poruszając wargami, powtórzył wszystkie instrukcje Sévazmiou. Zazwyczaj przypominał sobie całą ich treść od deski do deski co sześćdziesiąt minut, ale tym razem robił to prawie co pół godziny. Nie to, żeby bał się o czymś zapomnieć; po prostu było mu przyjemnie, gdy powtarzając, znów przywoływał w pamięci jej głos, intonację, oczy, ruch ręki z papierosem. Nieczęsto zdarza się, aby dostał polecenia tak po prostu w rozmowie z Sévazmiou. Uczucie, którego doświadczał, można byłoby nazwać miłością, ale to nie była miłość. Było to specyficzne, niedające się z niczym porównać uczucie uwielbienia, do którego człowiek jest zdolny tylko w młodości, kiedy jego dusza dojrzewa i obdarza swój ideał uwielbieniem, które nie zna wieku i płci, bezcielesnym i szalonym, bardziej bliskim śmierci niż życiu.
Błyszczący fioletowy mercedes płynnie zajechał na parking przed domem towarowym. Za kierownicą siedział sam kadi. To, że lubi prowadzić nowe samochody, było wiadomo od dawna. Ale w końcu ma też szofera, a mogłoby się przecież tak zdarzyć, że ten akurat dziś pełniłby swoje obowiązki. W takim przypadku trzeba by brać nogi za pas, nie osiągnąwszy niczego. Szofer dodatkowo jest też ochroniarzem, może wprawdzie zabijać czas, łuskając pistacje, ale może też sprawdzić jeszcze raz samochód. Paskudna byłaby to sprawa, gdyby auto nie wybuchło. Znaleźliby odciski palców i inne ślady, a potem kolejna próba byłaby znacznie trudniejsza. Nieważne zresztą, dziś ten typ jest tu sam.
Kadi nie bez trudu wywlekł swoje potężne ciało z samochodu. Wzrok Eugène Oliviera stał się nagle nadzwyczaj wyraźny, jak to się już zdarzało wcześniej. Zdało mu się, że stoi tuż obok, na odległość wyciągniętej ręki, patrząc na okrągłą twarz z wakacyjną opalenizną (tydzień wcześniej kadi wrócił z Nicei), starannie utrzymaną bródkę, przyciemnione okulary w cienkiej złotej oprawie, trzydzieści dwie luksusowe porcelanowe koronki obnażone w mimowolnym uśmiechu zadowolenia. Kadi Malik uśmiechał się.
Tak, kadi Malik uśmiechał się, i to nie bez powodu. Nie minęła nawet godzina, odkąd powiedział „talak” apetycznej sztuce, z którą imam ożenił go cztery godziny temu16. Sztukę, jak by jej nie nazywać, nie na darmo zachwalali mu przyjaciele z klubu. Żywiołowa, ruda dziewka o niebieskich oczach i zadartym nosku, okrągła, ale jędrna, w niczym nie podobna do zwalistej biedaczki Zeïnab. Tamta co prawda nie jest dużo grubsza, ale nie o masę tu chodzi. Uda, pośladki – jak trzęsąca się w dłoniach galareta, słowem, ciało meduzy. I równie pociągająca, jak to morskie stworzenie. A tamta, ach… Ile słodyczy było w jej rozkosznej pupie?
Za to teraz nie żal mu tracić czasu, by wlec się za żoną do sklepu. Zeïnab też musi mieć coś z życia. Żadne łaszki już nie uczynią jej piękniejszą w oczach męża, ale przecież kobiety cieszą się z nowych szmatek dla nich samych. A niech ma. Rozsądny człowiek ceni spokój we własnym domu i zniża się do oznak uwagi dla żony.
Eugène Olivier zmusił się do tego, aby przerwać tę trwającą wieczność chwilę. W rzeczywistości przyglądał się kadi Malikowi nie więcej niż kilka sekund. Wystarczy, już czas! Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden… stop!
Kadi Malik skrzywił się, zamykając drzwiczki samochodu. Jakaś młoda dziewczyna, sądząc po żwawych ruchach i szczupłości, której nie kryło nawet obfite ubranie, po zajrzeniu do sklepu przez szybę, upuściła koszyczek z prowiantem. Białe główki czosnku podskoczyły na jezdni. Kretynka! Co ona tu w ogóle robi z tymi swoimi zakupami? Pewnie od godziny wytrzeszcza gały na witrynę, z której i tak nigdy w życiu nic nie kupi, a rodzina tymczasem na obiad czeka!
Kilka główek poturlało się wprost pod koła samochodu. Dziewczyna podążyła za nimi. A widzisz, zbieraj teraz! Ktoś inny pewnie by specjalnie nastąpił kilka razy na to nędzne żarcie, ale kadi Malik tylko odkopnął czubkiem buta pomidor, który upadł prosto na drogę.
Kilku chłopców przystanęło ze śmiechem. Dziewczyna pospiesznie wkładała swoje zakupy z powrotem do torby.
Przyciemniane drzwi zaczęły się już otwierać, ale kadi zatrzymał się i rozdrażniony klepnął się w czoło. Że też zapomniał o komórce! Oczywiście, zostawił telefon w samochodzie! Nie chciałoby mu się wracać, gdyby nie to, że czekał na ten telefon z Kopenhagi. Każda minuta może być warta ciężkich pieniędzy, wiadomość z giełdy to przecież nie robota, że nie ucieknie.
Fajtłapa od czosnku ze strachem odskoczyła na bok. Tak jak można się było spodziewać, telefon już dzwonił. Kadi Malik pospiesznie chwycił za aparat i wsiadł z powrotem. Mógłby, rzecz jasna, nie wsiadać, mógłby nie zamykać drzwi od środka, mógłby po prostu wyjąć z auta piszczący telefon i rozmawiać już po drodze. Oczywiście, mógłby, i taki wybór dałby szanowanemu kadi szesnastego okręgu miasta Paryża jeszcze pół godziny życia. Ale on wolał znów usadowić się na wyściełanym krokodylą skórą wygodnym fotelu, a drzwi przymknąć.
Eugène Olivier nacisnął przycisk.
Rozmówca z Kopenhagi długo nie mógł zrozumieć, dlaczego reakcją na dość ważną informację było wyłączenie telefonu. Próbował połączyć się ponownie, ale numer kadi Malika nie odpowiadał.
Zeïnab i Assette stały przy kontuarze sklepu z bielizną. Sprzedawczyni właśnie pakowała przepiękne różowe body, które wybrała Assette, w szarofioletową torebkę. Zeïnab zdecydowała się na bardziej soczysty, malinowy kolor. Jednak, o zgrozo, nie było rozmiaru 48, chyba że chciałaby białe albo niebieskie! Jak na złość, nie dałoby się chyba wymyślić mniej pasujących kolorów dla bladej brunetki, jeden lepszy od drugiego! Nie, to są po prostu kpiny! Zamówią, pewnie, spróbowaliby nie, ale ona chciała dziś! Najchętniej uszczypnęłaby ze złości tę skromniutką sprzedawczynię, a także Assette, która beztrosko wypisywała czek ręką kokieteryjnie ozdobioną szmaragdzikiem.
— Wstąpimy do kawiarni, kochana? — Assette zwinęła złoty kołpaczek. — Robią tam taką baklawę, że nie mogę obok niej przejść obojętnie.
— Czemu nie? — Zeïnab, kryjąc niechęć, postanowiła w duchu zadowolić się sokiem z granatu. Domyśl się tu teraz, czy drogiej przyjaciółeczce tak się po prostu powiedziało o tej baklawie, czy też to miała być jakaś aluzja, że nie każdemu to służy. Baklawa w tym sklepie była wyjątkowo dobra, ostatecznie jeden kawałeczek nie zaszkodzi.
Przyjaciółki właśnie kierowały się w stronę przytulnego kącika pełnego stolików z czerwonego drewna, kiedy szklana szyba znajdująca się wprost za ladą nagle rozsypała się z hukiem na tysiące kawałków. Oślepiający blask słońca wdarł się w półmrok sklepowego akwarium, tańcząc na dachach i ścianach domów po drugiej stronie ulicy. Błękitne niebo przesłoniła gęsta chmura czarnego dymu, a na dole odpowiedział mu tysiącem głosów widoczny z drugiego piętra tłum.
Kobiety krzyczały dookoła. Panika zapanowała wśród sprzedawczyń i klientek. Także dzieci zanosiły się płaczem. Jednak wszystkie te odgłosy zagłuszył potężny dźwięk syreny alarmowej.
Syrena wyła nad pogrążonym w chaosie tłumem jak śmiertelnie ranny Lewiatan. Eugène Olivier podniósł się z asfaltu. Jak można było się wcześniej domyślić, nikt nie zauważył, że jedna osoba rzuciła się na jezdnię jeszcze zanim nastąpił wybuch.
Karetka pogotowia torowała sobie drogę przez morze gapiów. Trudno było stwierdzić, w którą stronę kierowali się ludzie – albo w strachu uciekali od miejsca wybuchu, albo podbiegali doń z ciekawością. Tak czy inaczej, i jedno, i drugie potęgowało tylko wszechobecny chaos.
Jedna z najmłodszych pracownic sklepu – sprzątaczka – ostrożnie przedzierając się przez odłamki, wyjrzała przez otwór na zewnątrz, ani trochę nie wstydząc się swojej całkiem odkrytej twarzy, której pokazywanie było dopuszczalne tylko w pomieszczeniu gdzie były same kobiety. Kto by ją teraz karał!
— Co tam, Chabrina?! — krzyknęła kobieta z plakietką administratora, nie wychylając się zza lady.
— Bombę podłożyli! — dźwięczny głosik dziewczynki kontrastował z basem syreny i szeroko niósł się po napełnionym krzykami i jękami piętrze. — Bombę podłożyli, podłożyli pod samochód, fioletowy merc, tu zaraz, na naszym parkingu! Taki luksusowy SUV, widziałam, jak parkował! Oj, nawet nie próbują wyciągać kierowcy, wóz płonie jak pochodnia, straż przyjechała, ale nawet nie gaszą! Normalnie człowieka widać za kierownicą, cały w płomieniach! Karetka też podjechała, ale lekarz tylko ręką machnął! Poszedł zobaczyć, czy rannych nie ma, do merca nawet nie podszedł! Dosłownie na środku naszego parkingu podłożyli bombę!
Zeïnab skamieniała. Fioletowy mercedes SUV zaparkowany na parkingu sklepu! Dziesięć minut temu, kiedy akurat wchodziły z Assette do działu z bielizną, kadi Malik dzwonił, że właśnie podjeżdża. Zeïnab zrozumiała, że właśnie została wdową. Tę przejmującą, okropną pewność miała jeszcze z innego powodu. Nie wiedzieć dlaczego, całą jej istotę ogarnął płomień nie mniejszy niż trawiący w tej chwili mercedesa. Było to gwałtowne poczucie urazy, tak jakby jakiś nieznany wróg ją oszukał, okradł, obrabował w biały dzień, a teraz śmiał się i wytykał ją palcem, strojąc głupawe miny. Niepotrzebnie kupiła kostium „Pierwsza róża”, niepotrzebnie złożyła zamówienie na ciemnoróżowe body, niepotrzebnie zapakowano jej w firmowe torebki perfumy Opium i wielokolorowe żele do włosów. A aksamitne czółenka, a perłowa torebeczka?! Zakupy były niepotrzebne, a następnych już więcej nie będzie. Żona szwagra, podła Eminé, zwykła Turczynka, która zawsze była o nią zazdrosna teraz już dopilnuje, żeby Zeïnab podporządkowała się konwenansom, i to wszystkim.
Assette nie potrafiła opanować drżenia, przypomniawszy sobie babkę Madeleine, która przez dziesięć lat, do samej śmierci, nigdy nie wyszła z domu, tylko dlatego, żeby nie musieć zakładać parandży. „Jesteście wstrętne, wstrętne we wszystkim, co robicie, gorsze jesteście niż ropuchy — dogadywała jękliwym głosem, potrząsając uparcie głową. — Jeśli macie usta zakryte materiałem, to nie powinnyście ich w ogóle otwierać! Jak to niby wygląda, wrzeszcząca bela materiału?!
Bela materiału siedząca obok Assette wrzeszczała, zachłystując się od płaczu i była w tym tak wstrętna, że jej przyjaciółka, nagle zastygła w niespodziewanym uczuciu odrazy, nie miała sił jej pomóc. Krzyk ucichł. Bela zaczęła przechylać się na bok, aż wreszcie upadła.
Zeïnab straciła przytomność.
Nikt nawet nie próbował gasić rozpalonego do białości płomienia, buchającego w górę z metalowej skorupy. Kryminalni podjadą, kiedy się już dopali. Gapie, którzy stali wraz z Eugènem Olivierem, dyskutowali o zaletach i wadach dopalającego się samochodu – choć ani jego wady, ani zalety nie miały już żadnego znaczenia. Eugène Olivier schował pilot do wewnętrznej kieszeni i cofnął jeszcze kilka kroków dalej. Obrócił się na pięcie i odszedł. Spokojnie, jeszcze spokojniej!
Przyczepić ładunek magnesem do wysoko uniesionego podwozia SUV-a – to dopiero połowa sukcesu. O wiele łatwiej jest spowodować wybuch, niż zachować spokój i nie przyspieszyć kroku, odchodząc z miejsca zdarzenia. Eugène Olivier, z przyzwyczajenia, o którym nikt nie wiedział, wyobraził sobie, że Sévazmiou go teraz widzi. Zmuszał się, by co jakiś czas się zatrzymać, spowolnić kroku, albo odwrócić się, tak jak gdyby najzwyklejsza ciekawość przezwyciężała ten tak zrozumiały strach. Przebranie go ochroni, trzeba tylko umieć je dobrze wykorzystać.
— UWAGA!! UWAGA!! PROSZĘ POZOSTAĆ NA MIEJSCACH! ZAMYKAMY ULICĘ DO SKRZYŻOWANIA!
Ale numer! W głośniku, zazwyczaj nadającym jedynie zawodzenia muezzina, nagle odezwał się głos policjanta. Wcześniej nigdy by im do głowy nie przyszło, żeby użyć go w ten sposób. Teraz rozstawią samochody w poprzek ulicy, a potem zaczną sprawdzać wszystkich bez wyjątku. Na szczęście, do skrzyżowania jest już niedaleko. Eugène Olivier rzucił się w jego stronę, w chwili gdy drzwi windy zaczęły się już zamykać. Teraz już biegł – gnał tak szybko, że wiatr targał niewygodnym strojem, dmuchając w rękawy jak w żagle, zadzierając podwiązany dół: w końcu nie było już sensu troszczyć się o pozory. Ciemnoskóry podrostek, zapewne jeden z ochotników pomagających policji religijnej, spróbował podstawić mu nogę – ręce miał zajęte dopiero co kupioną pitą, którą szkoda mu było wyrzucać dla jakiegoś tam przestępcy, kimkolwiek by nie był. Mimo wszystko musiał rozstać się z nadzianą czerwoną papryką i baraniną bułką, gdy Eugène Olivier w locie uderzył go w kolano. Kawałki ciasta odbiły się od jezdni, kiedy gorliwiec, skomląc z bólu, runął na ziemię. Inni ludzie natychmiast odskoczyli na chodnik, ze strachu, że biegnący ma rewolwer. Eugène Olivier oczywiście go nie miał, w przeciwieństwie do policjantów, co potwierdziło kilka wystrzałów, których niewyraziste trzaski przyłączyły się do ogłuszającego ryku syreny. Do kryjówki już niedaleko, dziesięć minut biegu. To zupełnie wyjątkowe miejsce, służy jednorazowo jedynie w szczególnych sytuacjach. Prawdę mówiąc, nawet nie wiedział, że przy Polach Elizejskich w ogóle jest gdzie się schować. Adres, który usłyszał dopiero dziś rano, tak wrył mu się w pamięć, jakby to był jego własny. Już jest, dwupiętrowy dom z dziewiętnastego wieku, żadna willa, zwykła stara kamienica.
Przeskakując obok marmurowych stopni drzwi frontowych, Eugène Olivier rzucił się do tylnego wejścia. Stary elektryczny dzwonek, który miał już chyba ze sto lat, wydał z siebie zadziwiająco przenikliwy dźwięk. Masywny domofon, który zapewne był w równie sędziwym wieku co dzwonek, zabrzęczał prawie tak samo mocno.
— Halo?
Głupie słowo, ale nawet Arabowie go używają, więc może być. Głos był młody, należał do kobiety.
— Artos17 — kto wymyślił takie hasło, nie wypadało mówić. Któż inny tak lubił greckie słówka?
— Inoje!18 — drzwi uchyliły się, niewysoka dziewczęca figurka wyszła z półmroku, w którym oślepiające światło wpadające z zewnątrz nie pozwalało dojrzeć drewnianych krótkich i wąskich schodów.
— No, ruszaj się! — dziewczyna otworzyła drzwi na oścież i z nieskrywaną irytacją chwyciła gościa za rękę, siłą wciągając go do środka. Zasuwa ciężko opadła na miejsce.
— Chodź za mną — dziewczyna zamiast wejść po schodach, skręciła za nimi do małej oszklonej werandy, której drzwi wiodły do wewnętrznego patio. Na takich werandach przeważnie stawia się doniczki z kwiatami; tutaj, obok dopiero co napoczętej zgrzewki z wodą „Perrier”, kurzyły się stosy starych gazet.
— Ale ci serce wali — dziewczyna kopnęła niedomknięte drzwi i wyjęła butelkę ze zgrzewki. — Zdejmuj te szmaty. Chcesz pić?
— Nie chcę — niespodziewanie ochrypłym głosem odpowiedział Eugène Olivier, podążając za dziewczyną na patio. Niegdyś urocze miejsce otoczone żywopłotem, obecnie zaś, zgodnie z muzułmańskimi zasadami, odgrodzone od świata zewnętrznego głuchą betonową ścianą. Kilka kulistych i stożkowatych drzewek, nierównych i zeschniętych, dawno niestrzyżony trawnik. Eugène Olivier, nie wiedzieć czemu, starannie przyjrzał się temu smutnemu miejscu, zanim uważniej spojrzał na dziewczynę.
Dziewczyna wyglądała na szesnaście lat, miała ciemnorude włosy, lekko faliste, byle jak przycięte nożyczkami. Jej fryzura upodabniała ją do średniowiecznego pazia. Ubrana też była po chłopięcemu – spłowiałe dżinsy i koszula w biało-niebieską kratkę, z zakasanymi do łokci rękawami i rozpiętym kołnierzykiem. Z pewnością nie przypomniała jednak chłopaka. Jej figura, nie do końca jeszcze ukształtowana, sprawiała, że dziewczyna wydawała się nieco tęższa, niż była w rzeczywistości.
— Rozluźnij się — dziewczyna odkręciła zakrętkę i upiła łyk wody z szyjki zielonej butelki. — To najbezpieczniejsze miejsce w całym Paryżu. Możesz zacząć ten swój striptiz.
— Nie rób sobie żartów, OK? — prychnął Eugène Olivier, z obrzydzeniem ściągając parandżę. — Nawet jeśli ty sama masz papiery w porządku, gdzie podziejesz zbędnego człowieka, kiedy zaczną przeczesywać dzielnicę? Mogą tu być nawet za piętnaście minut.
— Za piętnaście minut nas już tu nie będzie — uśmiechnęła się dziewczyna. Miała malutkie wargi, lekko różowe i nawet gdy przestała się uśmiechać, cień uśmiechu pozostał w kącikach ust. Serce Eugène Oliviera biło teraz o wiele mocniej niż kilka chwil temu – kiedy w powietrzu latały odłamki szkła i wyła syrena. Cały czas przeżywał prostotę i naturalność jej gestu, kiedy maleńka dłoń pewnie schwyciła go za rękę – jego, nieznajomego chłopaka – w sposób, w jaki mogłaby to zrobić może jego babka za młodych lat, ale na pewno nie jego rówieśniczki. Rzecz jasna, one też tak robiły, nie przepuszczając żadnej okazji, by udowodnić sobie, że nie są jakimiś żałosnymi muzułmankami. Jednak popełniając haram19, wewnętrznie się spinały, mimowolnie przypominając sobie, czym to grozi, a ich ruchy robiły się sztywne. Za to ona chwyciła go za rękę tak, jakby jej za to nic w ogóle nie groziło.
Nawet nie domyślając się, jaką burzę wywołała, dziewczyna stała przed nim, dopijając swoją musującą wesołymi bąbelkami wodę „Perrier”. Odchylona w tył szyja, wiszący na nitce na wpół oberwany biały guziczek rozpiętego kołnierza, podniesiona ręka, naciągająca sfatygowany materiał tak, że nie było żadnych wątpliwości – o staniku nie mogło być mowy.
Eugène Olivier bywał nieraz w krajach, gdzie muzułmanie jeszcze pozwalali kobietom chodzić po ulicy z odsłoniętą górną częścią twarzy. Oczy muzułmanek na długo zapadły mu w pamięć – z rzęsami pociągniętymi tuszem albo ze sztucznymi, obrysowane konturówką, z metalicznymi, brokatowymi albo jeszcze innymi cieniami na powiekach. Skromności i cnotliwości było po nich widać akurat tyle, ile miłości do prawa i porządku po recydywiście, wtrąconym do izolatki otoczonej drutem kolczastym pod napięciem. Prawdę powiedziawszy, same tylko oczy sprawiały, że kobiety wyglądały bardziej wyzywająco, niż gdyby były zupełnie nagie. A od tej dziewczyny z gołą szyją, z odsłoniętymi rękami, z dziewczęcym biustem w za ciasnej koszuli, która groziła rozerwaniem, biła sama niewinność. Upiła jeszcze jeden łyk. Eugène Olivier chętnie dopiłby teraz tę wodę, chociaż tym razem już nie z powodu pragnienia.
— Hej, co jest, brudna jestem, czy co? — opróżniona butelka poszybowała w stojący nieopodal na asfalcie drewniany kosz na śmieci. — Musimy już iść!
Eugène Olivier innym razem na pewno o wiele wcześniej domyśliłby się, że do tego miejsca powinien prowadzić albo jakiś podziemny chodnik, albo labirynt opustoszałego metra (w końcu obecnie ponad połowa linii jest nieczynna). Tym razem jednak dał się zaskoczyć. Dziewczyna podeszła do garażu, za którego drzwiami stał stary jak świat citroen i wzięła się za przesuwanie skrzyni z narzędziami, umieszczonej przy tylnej ścianie pomieszczenia.
Eugène Olivier natychmiast do niej dołączył. Skrzynia była wyjątkowo ciężka, jak gdyby narzędzia były z żeliwa.
— Jestem Eugène Olivier — powiedział, nie przestając pochylać nad skrzynią.
— A ja Jeanne.
Eugène Olivier nigdy w życiu nie widział na własne oczy dziewczyny o imieniu Jeanne. Ojciec opowiadał, że pod koniec XX wieku to imię, najpopularniejsze w poprzednim stuleciu, prawie zupełnie zanikło. Mieszczuchy, których wtedy przybywało, zaczęli je uznawać za prostackie. Z kolei mieszkańcy wsi chcieli udawać mieszczuchów i pokazać, że ich dzieci też mogą się nazywać Renée albo Léonie. Już wtedy było widać, że źle się dzieje we Francji, skoro dziewczynkom przestali już nadawać na imię Jeanne, mawiał ojciec. „Gdyby się nam urodziła córeczka, to od razu byśmy ją tak nazwali. Jak na złość, siostry nie masz ani jednej”.
— Masz bardzo rzadkie imię — powiedział Eugène Olivier.
Popatrzyli na siebie i roześmiali się, prawie zderzając się czołami nad grubą deską. Skrzynka nagle odjechała na bok, zupełnie jakby była na płozach. Nawiasem mówiąc, tak właśnie było.
Schody, umiejscowione w zamaskowanym włazie, w ogóle nie przypominały zwyczajnych drewnianych schodów spotykanych w paryskich domach. Zespawane z lekkiego metalu, z pewnością nie porażały jakąś przedpotopową wytwornością. Zwykłe schody, a mimo to skrywały czyjąś myśl, która już dawno rozpłynęła się w powietrzu, dziś już niezrozumiałą i nikomu niepotrzebną. Po co ktoś dołożył te symetryczne dziurki w przykręconych do stalowej osi kwadracikach stopni, po co te raz rozszerzające się, a raz zwężające się poręcze?
Jeanne i Eugène Olivier stali wewnątrz metalowego sześcianu, oświeconego rażącym światłem luminescencyjnej lampy. Po dotknięciu lamperii stalowe deski rozeszły się na boki, jak w windzie. Ich oczom ukazał się niewielki otwór – kolejne rozsuwane drzwi. Za nimi znajdował się długi, kręty korytarz.
Nie, ta podziemna kryjówka nie była podobna ani do sieci kanalizacyjnej, ani do nieczynnej nitki metra, wilgotnej, ciemnej i pełnej szczurów. Jeszcze mniej przypominała ona podziemne przejście z dawnych wieków (ostatecznie takich jest sporo pod Paryżem), przejście prowadzące do krypty, kamiennego lochu czy ossuarium20. Równa podłoga z ceramicznych płytek, równe betonowe ściany pomalowane szarą olejną farbą. Rząd dających mdłe światło żaróweczek na suficie oświetlał grzbiet tego krętego korytarza. Metalowe drzwi były precyzyjnie umocowane w potężnej futrynie.
— Nigdy nie byłeś w takich miejscach jak to? — w głosie Jeanne słychać było pełną wyższości chełpliwość, rzec by można, że to ona sama urządziła tę podziemną budowlę, a co najmniej zarządzała nią od trzech pokoleń. — Szykownie tu, co?
— Aż za bardzo — Eugène Olivier, ku niewątpliwemu zadowoleniu Jeanne, nie zdołał ukryć podziwu. — Co to właściwie jest?
— Bunkier. Potwornie stary, ma już prawie sto lat.
— Z czasów drugiej wojny światowej? Wybudowany za Hitlera? — Eugène Olivier nie miał nic przeciwko temu, by od czasu do czasu popisać się swoją wiedzą historyczną.
— Nie, nie, powstał prawie dwadzieścia lat później.
— Jakich bomb się wtedy obawiali? — Najwidoczniej akurat przy Jeanne nie trzeba było się spieszyć z demonstracją wiedzy historycznej. Teraz było mu jeszcze bardziej głupio wyjść na laika.
— Żadnych — Jeanne szła w przedzie, a jej chód, energiczny i nieco bezładny sprawiał, że wyglądała na jeszcze młodszą, niż w istocie była – po prostu wszyscy się wtedy bali wojny nuklearnej. Budowano wtedy wiele takich schronów na wszelki wypadek. Można tu wejść z kilku różnych miejsc, na pewno właściciele wszystkich mieszkań kamienicy się o to postarali.
Korytarzyk urywał się na jeszcze jednych metalowych drzwiach. Były inne, w kształcie owalu, co teoretycznie miało spełniać funkcję dekoracyjną. Przed drzwiami stała na taborecie biała plastikowa miska z wodą.
— A woda po co?
— Nie wiem, może tu rybki trzymają? — własny dziecinny żart, sądząc po cichutkim chichocie, wydał się Jeanne niezwykle inteligentny. — Dobra, idziemy do pozostałych — dodała już poważniej. — Jakoś nie wypada nie wejść, skoro już tu jesteśmy.
Drzwi były najwidoczniej całkowicie dźwiękoszczelne: ledwo się otworzyły, rozległ się stłumiony szum co najmniej kilkudziesięciu głosów. Ogromny pokój, z jakiegoś powodu zastawiony dwoma rzędami krzeseł i ławek, był pełen ludzi. Niektórzy siedzieli zatopieni w lekturze, inni, stłoczeni w malutkich grupkach, cicho rozmawiali. Wysoki starzec, ze staromodnie zebranymi do tyłu siwiuteńkimi włosami, podobny do jakiegoś osiemnastowiecznego wielmoży, przyjaźnie skinął Jeanne i jej towarzyszowi. Ogólnie było tu sporo starszych ludzi. Ku wielkiemu zdumieniu Eugène’a Oliviera oprócz dorosłych były tu także dzieci, nawet całkiem malutkie, niektóre nie miały nawet roczku. Dzieci zachowywały się zadziwiająco cicho, w czym w ogóle nie przypominały maluchów z muzułmańskich ulic. Około trzyletni chłopiec, który siedział na podłodze, z powagą zajmował się najzwyklejszą zabawką: czymś w rodzaju nanizanych na sznureczek turkusowych koralików różnej wielkości. Ubiór wszystkich kobiet, co do jednej, ukazywał aurat21 – żadne tam sweterki pod szyję. Starsze kobiety miały na sobie bluzki z wykładanymi kołnierzykami, młodsze – kowbojki i koszulki sportowe.
Z drugiej strony pokoju otworzyły się jeszcze jedne drzwi, bardzo małe. Stał za nimi człowiek, na widok którego Eugène Olivier zaczął podejrzewać, że i Jeanne, i to dziwne luksusowe podziemie z czasów zimnej wojny, i wszystko inne po prostu mu się przyśniło.
Człowiek, który się pojawił, był księdzem, jednak nie podobnym do tych, których Eugène Olivier widział na ocalałych fotografiach ostatnich dni chrześcijańskiej Notre Dame. Wydawało się, że za żelaznymi drzwiami znajdowała się epoka Piusa X22. Sztywne poły czarnej sutanny niemalże sunęły po podłodze i można było policzyć, że maleńkich, obciągniętych materiałem guzików było na niej równo 33, ani jednego mniej. Wysoki, jasnowłosy duchowny był raczej młody, chociaż zastygły, wręcz lodowaty wyraz twarzy silnie go postarzał.
— Mszy dziś nie będzie — rozległ się w ciszy, która zapadła po jego wejściu, dźwięczny i surowy głos duchownego.
— Nasz dostawca wina wpadł w ręce muzułmanów. Świeć Panie nad jego duszą.