Читать книгу Dziewczyna z Wenecji - Martin Cruz Smith - Страница 9
Rozdział 2
ОглавлениеZ najeżonymi lufami karabinów maszynowych burtami i mostkiem kanonierka była królową laguny. Niefrasobliwych Kameraden, którzy stacjonowali kiedyś w Wenecji, zluzowali weterani frontu wschodniego i radość z początkowych zwycięstw Wehrmachtu ustąpiła miejsca zmęczeniu, jakie towarzyszy przegrywanej wojnie.
Żołnierski umysł działa na bardzo prostej zasadzie. Sojusznik to ktoś, kto walczy u twojego boku aż do gorzkiego końca. Ktoś, kogo nie trzeba ratować, kto nie poddaje się w połowie wojny ani nie wita wroga różami i winem. A kim był teraz Mussolini? Wodzem czy błaznem? I kim byli Włosi, jeśli nie zdrajcami?
Żołnierze rzucili linę, przyciągnęli Fatimę do burty, kazali Cenzowi opuścić żagiel i wejść na pokład. Pchnęli go szorstko w stronę ładowni, gdzie dwóch esesmanów w szarych mundurach i oficerkach pochylało się nad mapą w nikłym świetle lampy – osłoniętej i przygaszonej, bo chociaż na lagunie kanonierka nie miała sobie równych, w porównaniu z alianckim myśliwcem była jedynie marnym owadem. Starszy esesman wydawał się zmęczony życiem, młodszy sfrustrowany. Żeby zachować godność, Cenzo włożył kapelusz. Żołnierze zobaczyli, że jest na bosaka, i wybuchnęli śmiechem.
– Z nieba nam spadłeś. – Ten starszy kazał mu podejść bliżej. – Pomożesz nam rozstrzygnąć zakład. Otóż porucznik Hoff twierdzi, że zabłądziliśmy.
– Nie, panie pułkowniku – zaprotestował młodszy. – Wyraziłem tylko opinię, że nie powinniśmy polegać na miejscowych mapach. Za bardzo tym ludziom wierzymy. Oni łowią tu ryby jak w beczce.
– To prawda? – spytał pułkownik. – Jak w beczce?
– Tak – potwierdził Cenzo – ale trzeba wiedzieć, gdzie ta beczka jest.
– Właśnie. Widzisz, Hoff? Nawet od prostego rybaka można się czegoś nauczyć. Wszyscy wiedzą, że Włosi lepiej łowią, niż wojują. Dlatego pytam: gdzie teraz jesteśmy?
– Skąd mam wiedzieć? – odparł porucznik. – Jest ciemno, choć oko wykol.
Pułkownik spojrzał na Cenza.
– Znajdziesz nas na mapie?
Nie można było uniknąć jego wzroku. Połowę twarzy miał szarą i poharataną, z kikutem ucha, ale dzięki jasnoniebieskim oczom wyglądał jak popiersie dumnego arystokraty, które upadło, wyszczerbiło się, lecz wciąż robiło wrażenie.
Silnik dudnił na wolnych obrotach. Wszyscy patrzyli na Cenza jak na tańczącego psa.
– Pewnie spieszysz się na targ – ciągnął pułkownik. – Więc pokaż nam, gdzie jesteśmy.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Mapa jest za mała. Jesteśmy dalej na północ, na mokradłach San Spirito.
– To ważne? – spytał porucznik. – Cała ta laguna to jedno zasrane mokradło.
– Jeśli się nie wie, jaki obrać kurs, to wtedy tak, ważne.
Hoff miał rozmazane spojrzenie pijanego.
– Wiesz, dlaczego włoscy rybacy łowią na czworakach? Bo to dla nich normalna pozycja. Czy nie tak łowicie?
Cenzo wzruszył ramionami.
– Zależy co. Czasem łowimy na haczyk, czasem siecią, a czasem trzeba uklęknąć i zanurzyć brodę w wodzie.
– Porucznik Hoff jest tu nowy – powiedział pułkownik. – Może czegoś go nauczysz?
– Ale czego? – spytał Cenzo.
– Kilku zwykłych przyjemności.
– Jedyną przyjemnością, jaką zna niemiecki żołnierz, jest służba Führerowi – wyrecytował Hoff.
– Słusznie. – Pułkownik podniósł głos, żeby usłyszała go cała załoga. – Słyszeliście? – Spojrzał na Cenza. – A twoim zdaniem?
– Nie wiem. Ja tylko łowię. Nocą łowię, a za dnia śpię.
– Sam? – zainteresował się pułkownik.
– Sam.
– Z dala od innych łodzi?
– Tam gdzie są ryby.
– A dzisiejsza noc jest taka sama jak inne?
– Zwyczajna.
– Nie słyszałeś ani nie widziałeś niczego podejrzanego?
– Łowię, a potem śpię. To wszystko.
– Słowem, proste życie.
– Tak.
– Dokumenty – zażądał porucznik.
– Nie mam – odparł Cenzo.
– Macie je zawsze nosić przy sobie.
– Tak, ale nie mogę. Zamokłyby i rozpadły się.
– Skąd mamy wiedzieć, czy nie jesteś partyzantem albo przemytnikiem?
– Pokaż ręce – rozkazał pułkownik.
Cenzo zbliżył ręce do światła. Były silnie umięśnione i pokryte bliznami.
– Tak, to są ręce rybaka – stwierdził pułkownik. – Jak się nazywasz?
– Innocenzo Vianello.
– A dla przyjaciół?
– Cenzo.
– Skąd?
– Z Pellestriny.
– Gdzie to jest? – spytał Hoff pułkownika.
– To wioska za laguną. Daleko stąd, na końcu świata.
Nie dość, że pułkownik mówił świetnie po włosku, to jeszcze wpadał czasem w wenecki dialekt, który był zupełnie innym językiem, co robiło wrażenie.
– Pierwsze słyszę – mruknął Hoff.
– Nic dziwnego – powiedział pułkownik. – A to nazwisko nosi połowa mieszkańców Pellestriny.
– Podziwiam pańską dogłębną znajomość tutejszych zwyczajów – rzekł porucznik – ale uważam, że jest pan zbyt wielkoduszny dla ludzi, którzy nas zdradzili. Mówi pan tak, jakby się panu tu, w Wenecji, podobało.
– Kocham Wenecję – oświadczył pułkownik. – Moja rodzina miała kiedyś willę na Lido i wraz z braćmi spędzałem na plaży każde lato. W La Fenice widziałem pierwszy raz w życiu operę. Na Lido pierwszy raz się kochałem, w sąsiedniej przebieralni, tuż obok naszej. Po uniwersytecie studiowałem architekturę w Weronie i Mediolanie. A teraz widzę, jak ta wspaniała świątynia naszej cywilizacji rozsypuje się w gruzy. Jak pan myśli, jakie to uczucie? Szkoda, że nie widział pan Rotterdamu. Albo Berlina. Uciekaj, Vianello. Zabieraj swoje ryby i płyń na targ.
Cenzo ruszył w stronę burty. Żołnierze zeszli mu z drogi, ale Hoff jeszcze nie skończył.
– Ile masz lat, Vianello?
– Dwadzieścia osiem.
– W takim razie musiałeś służyć w wojsku. Gdzie walczyłeś?
– W Abisynii.
– Z tubylcami uzbrojonymi w muszkiety i włócznie? Nazywasz to walką?
– Tak mi się wydawało.
Cenzowi znowu stanął przed oczami widok rozpadających się w proch lepianek, czarnych ciał pokrytych ropiejącymi wrzodami od gazu musztardowego i unieruchomionych przez piasek czołgów, na pustyni równie przydatnych jak dzbanek do herbaty.
Hoff podszedł z nim do burty.
– Powiedzmy, że jesteś admirałem i stwierdzasz, że ktoś z twojej załogi ma dżumę.
– Nie jestem admirałem i nie mam okrętu.
– Ale załóżmy, że jesteś. Nie odizolowałbyś chorego? Nie uznałbyś, że masz taki obowiązek względem pozostałych marynarzy?
– Pewnie tak.
– I właśnie takie zadanie powierzono mnie i pułkownikowi Steinerowi. Zaufanie to świętość. Podprowadź łódź bliżej.
– Po co?
– Bo tak chcę. Łowisz sam?
– Tak.
– To chyba trudne.
– Powinienem mieć pomocnika, ale jakoś sobie radzę.
– Dobrze, zobaczmy.
– Chce pan wejść na pokład?
– Właśnie.
Cenzo pociągnął za cumę i Fatima dobiła do burty. Żołnierze stłoczyli się przy relingu. Przedtem Cenzo nie zwracał na nich uwagi z nadzieją, że oni też pozostaną obojętni. Ale teraz się zaciekawili. W powietrzu zalatywało alkoholem. Byli podpici, dopiero teraz to zauważył. Widział również, że nie pomoże mu pochylony nad mapą Steiner.
Fatima zakołysała się, kiedy Hoff wszedł na pokład. Niemiec włączył latarkę i kazał Cenzowi podnieść wilgotne płótno – spojrzały na nich zdumione oczy mątw, kalmarów i morskich leszczy. Żagiel był zwinięty, a na wbitym w maszt gwoździu wisiała podobizna Najświętszej Panienki. Porucznik oświetlił latarką pudełka po cygarach pełne haczyków i igieł, oświetlił trójząb i podbierak, kotwicę i harpun. Przesuwał się powoli w stronę rufy, gdzie leżał stos płótna, które ukazało się w świetle, wypiętrzone i pofałdowane. Co też może się pod nim kryć? Pijany załogant, pies, ciało dziewczyny?
– Skoro już przeprowadzamy rewizję, zróbmy to porządnie – powiedział Hoff.
Zaczął od skrzynek. Nie tyle oglądał mątwy, ile wyrzucał je na pokład i kopał skrzynki.
Żołnierze byli zachwyceni. Niektórzy sugerowali nawet, którą porucznik ma kopnąć. Rozwali ją czy nie? Jak w wesołym miasteczku, na stoisku, gdzie można sprawdzić swoją krzepę. Cenzo zastanawiał się, jak zareagują, kiedy Hoff podniesie płótno. Pewnie szczęki im opadną. Tylko co potem?
Po jaką cholerę wyciągał z wody tę dziewczynę? Chyba zwariował. To przez wojnę. Powinna się wreszcie skończyć. A tu masz: Mussolini rządził marionetkowym państwem, Amerykanie zwlekali, a Niemcy walczyli dalej, jak mrówki bez głów.
– Co jest pod tym płótnem? – spytał Hoff.
– Niech pan sam zobaczy.
Cenzo zamknął oczy i wyobraził sobie, jak wraca do domu i wita go procesja dzieci i kotów. Jak po ciepłej kąpieli zasiada do kolacji i najpierw je kawałek melona owiniętego prosciutto, potem kremowe risotto, które zapija dzbankiem zimnego prosecco, a jeszcze potem ossobuco z mocnym czerwonym winem.
Otworzył oczy dopiero wtedy, kiedy dobiegł go głos porucznika.
– Samo gówno, jak wszędzie!
W migotliwym świetle latarki zobaczył zmiażdżone butami mątwy, roztrzaskane skrzynki, pocięte sieci i podziurawione nożem płótno. Ani śladu dziewczyny. Nie spodziewał się krwi, bo trupy nie krwawią. Ale i nie znikają jak kamfora.
Chwilę trwało, zanim dotarło do niego, że Niemiec wraca na pokład kanonierki. Stamtąd wydał ostatni rozkaz.
– Zabieraj się stąd! Wstyd! Twoja łódź to pływający chlew!
Cenzo powiosłował wzdłuż brzegu mokradła. Nie wiedział, czy tamci będą go ścigać, ale zanim światło szperacza ponownie omiotło wodę, skręcił w przesmyk zbyt płytki, żeby mogli za nim popłynąć. Na wszelki wypadek nie stawiał żagla i prześlizgiwał się między kanałami, aż zacumował w sitowiu i trawie.
Podniósł wyżej lampkę i oszacował straty. Zniszczenia okazały się nie tak duże, jak myślał. Diabli wzięli nocny połów i wszystkie skrzynki. Wędka i harpun były połamane i trzeba będzie kupić nowe, ale sieci i płótno dadzą się zacerować. Znalazł nawet placek z polenty, zawinięty w papier i nienaruszony. Skończywszy inspekcję, wszedł z lampką do głębokiej po pas wody, żeby wyciągnąć zaplątaną w ster sieć.
Wciąż nie rozumiał jednego: co się stało z dziewczyną? Kim była, skąd się tu wzięła, gdzie przepadła? Może to żołnierze z kanonierki zabrali ją niepostrzeżenie, kiedy rozmawiał z pułkownikiem Steinerem i porucznikiem Hoffem?
A może była jedynie wytworem jego wyobraźni, fantazją kogoś, kto żył w świecie wiecznego półmroku? Czy ktoś jeszcze ją widział? Dlaczego Cenzo nie wspomniał o niej Niemcom, kiedy wszedł na pokład kanonierki? Bywało, że po godzinach wpatrywania się w ciemność rybak widział ducha w smudze mgły albo słyszał żałosny jęk w podmuchu wiatru omiatającego otwartą butelkę.
Ciężkie, monotonne buczenie kazało mu podnieść wzrok i zobaczył bombowce – brytyjskie lancastery i amerykańskie liberatory – wracające w nierównym szyku z nocnej misji. Niektóre leciały spokojnie i pewnie. Inne, te z uszkodzonymi silnikami – z przejmującym gwizdem. Jeden, płonący, zgrzytał i jazgotał jak oświetlony wagonik kolejki górskiej w wesołym miasteczku, chociaż na pokładzie nie było już pewnie nikogo żywego. Ognista kula utrzymywała stałą wysokość i kurs, aż zniknęła mu z oczu.
Cenzo przeczekiwał wojnę. Wystarczyło mu Abisynii. Włochy najechały na kraj, którego siły powietrzne miały tylko jeden samolot, by za jednym uderzeniem ucywilizować ciemnych tubylców i dać światu znać, że oto narodziło się nowe Imperium Rzymskie. Teraz, kiedy Morze Śródziemne znowu było Mare Nostrum – naszym morzem! – każdy patriota miał prawo wypiąć pierś i dumnie podnieść głowę.
Coś zakołysało łodzią z drugiej strony i wyrwało go z zamyślenia. Tak bardzo się cieszył, że umknął Niemcom, iż nie przyszło mu nawet do głowy, że któryś z nich mógł za nim popłynąć.
Gotowy do ataku wciągnął się na pokład, pomagając sobie łokciami. Ale zamiast Niemca zobaczył trupa, martwą dziewczynę. Jadła jego placek z polenty. Spojrzała na niego i bez mrugnięcia okiem wróciła do jedzenia.