Читать книгу Złe miejsce - Minka Kent - Страница 6
Оглавление3
Wren
Zrobiłabym wszystko, aby tylko móc umieć cieszyć się prostymi rzeczami, tak jak Sage. Bez przerwy burczy mi w brzuchu, głowa pulsuje z bólu, a Sage ani myśli przestać śpiewać.
Mało brakuje, żebym krzyknęła na jedyną osobę, na której życie mam teraz jakikolwiek wpływ, ale odpycham od siebie tę myśl i podchodzę do małego okna w kuchni. Wyglądam przez kraciaste zasłony w stronę lasu, tak jak wiele razy przedtem. Tli się we mnie iskierka nadziei, że mama i Evie wyjdą spomiędzy drzew, biegnąc w stronę domu ze zmęczonymi uśmiechami na twarzach, nareszcie wróciwszy z niebezpiecznej wyprawy.
Leżąc w łóżku, co noc wyobrażam sobie ich powrót i budzę się ze śladami łez na poduszkach. Nigdy nie lubiłam się nad sobą rozczulać, w przeciwieństwie do Sage, ale ostatnio moja cierpliwość bywa na granicy wyczerpania jeszcze przed upływem wieczora.
Nie tylko ona się kończy.
Moja nadzieja również.
Moje ciało niknie w oczach.
Nasze zapasy się kurczą.
To życie powoli dobiega końca.
Wszystko po prostu… rozpada się w nicość.
Niedługo nie zostanie po nas żaden ślad.
Myśl o zamarznięciu i zagłodzeniu się na śmierć z młodszą, naiwną siostrą u boku sprawia, że żołądek zaciska mi się w supeł. Jednak sama wzmianka o opuszczeniu domostwa i wyjściu poza las przyprawia mnie o bolesne kołatanie serca.
Nie wolno nam przekraczać granicy lasu. Nawet gdybyśmy wyruszyły w tamtą stronę, nie wiedziałybyśmy, dokąd iść. Pewnie padłybyśmy łupem wygłodniałego kojota.
Skoro mam umrzeć, to wolę, aby doszło do tego tutaj, obok poczerniałego od sadzy kominka, który zapewniał nam ciepło, na którym gotowałyśmy posiłki i przy którym słuchałyśmy niezliczonych opowieści mamy. Wolę umrzeć w otoczeniu zniszczonych książek, szkicowników i kolekcji lalek, które uszyłam na przestrzeni lat dla młodszych sióstr. Wolę odejść zawinięta w jedną ze starych sukien mamy, wdychając zapach jej lawendowego mydła z koziego mleka, zamiast leżeć na ziemnym grobie, pokryta połamanymi gałązkami i opadłymi liśćmi.
– Sage, przestań już.
Dźwięk mojego głosu zaskakuje ją do tego stopnia, że milknie. Może powinnam pozwolić jej śpiewać. Może ta prosta czynność napełnia ją choć odrobiną radości, którą potrafi z siebie wykrzesać, ale właśnie zapadł zmrok. Im szybciej pójdziemy spać, tym szybciej wyrwiemy się z tej niekończącej się rutyny i w końcu przestaniemy być takie głodne, zmęczone i samotne.
Podchodzę do drzwi, upewniam się, że zasuwa jest zamknięta, i zaciągam zasłony w małym oknie, tak jak zawsze o zachodzie słońca.
„Nocą dzieją się złe rzeczy”, ostrzegała nas mama. „Ludzie z większą śmiałością robią to, na co nie odważyliby się w biały dzień”.
Nigdy nie mówiła, o jakie dokładnie rzeczy chodziło. Nie chciałam wiedzieć – mogłam to sobie jedynie wyobrażać.
„Świat to złe miejsce, moje skarby”, mówiła wieczorami, odgarniając nam włosy z czół i całując w pulchne, pachnące mydłem policzki. „Tutaj jesteście bezpieczne. Przy mnie. Nigdy nie pozwolę, aby stało się wam coś złego”.
Ogień na kominku trzeszczy, a pogrążona w milczeniu Sage buja się w fotelu ze szmacianą lalką wciśniętą pod pachę, pochylając się w przygaszonym świetle nad kawałkiem układanki.
Przebieram się za drzwiami szafy stojącej w rogu izby. Moja sukienka opada na podłogę. Zakładam przez głowę i obciągam przez kościste biodra jedną ze starych koszul nocnych mamy, czując, jak rąbek z koronki łaskocze mnie w stopy. Wsuwam dłonie pod gęstą kurtynę włosów i związuję je nisko na karku, po czym podchodzę do miski, aby się obmyć.
Obok miski z wodą stoi stary ozdobny słój ze szczoteczkami do zębów. Wyjmuję z niego swoją – w jaskrawym odcieniu neonowej zieleni. Zawsze wydawało mi się zabawne, że wszystko wokół nas jest białe, kremowe, brązowe albo szare – cudownie nieciekawe i monotonne – ale szczoteczki są urzekająco kolorowe, niczym pudełko woskowych, wielobarwnych kredek, które mama podarowała Evie na piąte urodziny.
Pan – mężczyzna, z którym mama widuje się co kilka miesięcy, by uzupełnić nasze zapasy – kupił je dla niej. Nie powiedziała, skąd dokładnie je wziął, ale wspomniała o istnieniu sklepów i miejsc, w których sprzedają podobne towary, tak jak istnieją miejsca, gdzie sprzedają paszę, którą dajemy później naszym kurom i kozom, oraz materiały i nici, z których szyjemy ubrania.
Któregoś razu spytałam mamę, czy zabrałaby mnie do sklepu, żebym mogła wybrać nowy krój sukienki albo materiał, który nie jest pokryty wzorkiem z drobnych kwiatków, ale oczy zaczęły jej łzawić. W odpowiedzi kazała mi obrać ziemniaki na obiad, nucąc pod nosem Simple gifts.
Kochałam mamę zbyt mocno, żeby ją denerwować. Szanowałam ją tak bardzo, że nigdy więcej nie poruszyłam tego tematu.
Trzymając w dłoniach koszulę nocną, siadam w cieple płomieni paleniska, obok swojej milczącej siostry, i podsycam przygasający ogień. Dorzucam trzy polana, co powinno nam wystarczyć na parę kolejnych godzin, po czym podbiegam na bosaka do mojego stojącego w rogu łóżka i zakładam parę najcieplejszych wełnianych skarpet.
– Powinnaś się umyć – mówię, wślizgując się pod ulubiony pled mamy.
Ziewając, Sage sięga po kolejny element układanki.
– Nie jestem zmęczona.
– Akurat. – Przewracam oczami. – W porządku, jak sobie chcesz.
Sage dokłada następny element puzzli, po czym wzdycha głęboko.
– One już tu nie wrócą, prawda?
Siadam na łóżku, przyciągając pościel do pasa i zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Ile czasu już minęło, Wren? – pyta.
Teoretycznie nie powinno mnie dziwić, że tylko ja zajmuję się liczeniem dni. Jednak Sage prawie nigdy nie wie, jaki mamy miesiąc, więc dlaczego miałaby to robić? Zawsze to ja pilnowałam kalendarza. Jej jedynymi obowiązkami było zmywanie naczyń po obiedzie, zbieranie jajek i wykręcanie się z całej reszty nieśmiałym uśmiechem.
– Sporo.
Nie mówię jej, że minęły siedemdziesiąt trzy dni, włącznie z dzisiejszym.
– Nie wydaje ci się, że mama już dawno by kogoś po nas przysłała? – Odwraca się do mnie, przyciskając do piersi tę niedorzeczną lalkę szmaciankę, jak mała dziewczynka.
– Nikogo tu wcześniej nie było. Niby kogo miałaby przysłać?
Sage wzrusza kościstym ramieniem. Ciemne, proste jak drut włosy opadają jej na wystające obojczyki.
– Nie wiem… Pana?
– Skąd miałby wiedzieć, jak nas znaleźć?
W ciągu ostatnich tygodni sama zadawałam sobie to pytanie, stale dochodząc do jednego wniosku: mama zawsze dbała o to, by nikt nie dowiedział się, gdzie mieszkamy. Za każdym razem, kiedy wychodziła na spotkanie z Panem, nie było jej przez co najmniej osiem godzin albo i więcej. Przywoziła wszystko w dwóch czerwonych wózkach i nigdy nie pozwalała sobie pomóc. Sage nie była wystarczająco silna, by odbyć tę podróż, a ja musiałam zostać w domu i pilnować Evie. Poza tym chodzenie po zmroku po lesie nie było bezpieczne dla młodych dziewcząt.
W lesie mogłyśmy napotkać zbyt wiele niebezpieczeństw: ludzi z bronią, chore na wściekliznę zwierzęta i tym podobne. Choć w ciągu niemal dwudziestu lat życia nie widziałam ani jednej z tych rzeczy.
Sage nie odpowiada, kołysząc swoją lalkę i przyglądając się, jak jęzory ognia strzelają na palenisku. Kładę się na plecach, przykrywając po samą szyję. Przewracam się na bok i zamykam zmęczone, ociężałe powieki.
– Myślisz, że coś im się stało? – pyta Sage, gdy już prawie zasypiam.
Marszczę brwi, nie otwierając oczu.
– Sage, kładź się spać. Proszę. Porozmawiamy rano.
W niedużej chacie rozlega się skrzypienie bujanego fotela, po którym daje się słyszeć ciche stuknięcie, gdy szmacianka lalka upada na podłogę.
– Muszę skorzystać z wychodka – oznajmia piskliwym głosem, bo wie, że za długo zwlekała.
Przewrócenie się na drugi bok kosztuje mnie resztki energii, którą w sobie miałam. Gdy udaje mi się otworzyć oczy, zauważam stojącą przed moim łóżkiem Sage, z twarzą wykrzywioną w grymasie desperacji.
– Zamknęłam już drzwi na noc. Nie mogłaś pójść wcześniej?
– Ja naprawdę muszę wyjść. – Przygryza dolną wargę, podskakując w miejscu i trzymając się za swoje części intymne przez materiał sukienki. – Zaraz się posikam.
Zrzucam pościel na bok i gramolę się z łóżka. Odkąd tylko sięgam pamięcią, Sage miała kłopoty z pęcherzem. Gdy była młodsza, zbyt długo ignorowała swoje potrzeby fizjologiczne, a potem płakała za każdym razem, gdy musiała się wysiusiać. Mówiła, że strasznie ją piecze, przez co wstrzymywała mocz jeszcze dłużej. Od tamtej pory mama zaczęła zamawiać u Pana antybiotyki w tabletkach.
Które skończyły się nam w zeszłym miesiącu.
Biorę ją za rękę, zdejmuję nasze kurtki z haczyków przy drzwiach i zapalam lampę naftową. Wyglądam przez okno i odsuwam zasuwę. Pod osłoną nocy wybiegamy z domu, mijając po drodze zagrodę dla kóz, kurnik i szopę ogrodową, by w końcu dotrzeć do przechylonego w jedną stronę wychodka znajdującego się na skraju naszego gospodarstwa.
– Pośpiesz się – nakazuję jej, łapiąc drzwi, które otworzyła jednym szarpnięciem.
Obejmuję się ramionami w pasie, próbując zachować choć odrobinę ciepła, podczas gdy lodowate powietrze wgryza się w mój płaszcz i cienki materiał koszuli nocnej. Dzwoniąc zębami z zimna, pytam, czy już skończyła.
– Prawie! – woła Sage.
Przechodząc do południowej ściany wychodka w nadziei na osłonięcie się przed okrutnym, północnym wiatrem, zerkam w stronę ciemnego lasu Stillwater, ku niewielkiej polanie, gdzie mama i Evie zniknęły siedemdziesiąt trzy dni temu.
Gdybym wiedziała, że widzę je wtedy po raz ostatni, powiedziałabym im jeszcze raz, że je kocham. Ucałowałabym pulchne paluszki Evie i uściskała mamę tak mocno, że musiałaby mnie od siebie odkleić, żeby móc normalnie oddychać.
Podziękowałabym mamie za wszystko. Za ochronę przed niebezpieczeństwami świata zewnętrznego. Za ciepłe posiłki i ubrania, za dach nad głową chroniący przed zimnem. Za radosne piosenki i piękne kołysanki. Za karmiące moją wyobraźnię książki, pozwalające na ucieczkę do innego świata w trakcie dłużących się, letnich dni. Za jej opowieści o swoim pięknym dzieciństwie, gdy świat był lepszym, bezpieczniejszym miejscem. Za historie o wszystkich członkach rodziny, których nie mogłyśmy poznać, bo świat zewnętrzny stał się chciwym i zimnym miejscem.
Ale przede wszystkim podziękowałabym jej za bezinteresowną miłość.
Drzwi wychodka otwierają się ze skrzypnięciem. Po chwili trafia w nie podmuch wiatru, uderzając nimi z hukiem o ścianę niewielkiego budynku.
– Wren? – woła Sage.
– Tutaj. – Odsuwam się od południowej ściany i biorę siostrę za rękę. Wracamy w stronę domu, a za przewodnika mamy ciepły blask ognia widocznego w oknie. – Lepiej ci?
Sage przytakuje.
– Pójdziesz teraz do łóżka? – pytam.
Kolejne kiwnięcie głową.
– Obiecuję, że rano porozmawiamy – dodaję, gdy jesteśmy w połowie drogi do drzwi. Nie bardzo wiem, co mam powiedzieć, żeby złagodzić jej niepokój, kiedy sama zamartwiam się od tygodni, ale zrobię, co w mojej mocy, aby nie zgasić płomyka nadziei tlącego się w ufnych, ciemnobrązowych oczach mojej siostry.
Po powrocie do chaty wieszam nasze płaszcze, a Sage przebiera się w uszytą z białej bawełny koszulę nocną z koronkowym rąbkiem, która należała wcześniej do mnie. Widzę, jak zakłada dodatkową parę szarych wełnianych skarpet na te, które już ma na stopach.
Zamykam drzwi po raz ostatni tego wieczora, odcinając się od ciszy, która przypomina mi, jak bardzo jesteśmy samotne – w świecie, który mama zawsze nazywała „naszym małym kawałkiem nieba na ziemi” i „miejscem, w którym nikt nas nigdy nie skrzywdzi”.
Podnoszę z podłogi lalkę i kładę ją na leżącej obok Sage poduszce, obiecując sobie w duchu, że jutro spróbuję być lepsza. Może nawet zaśpiewam jej jedną z ulubionych piosenek mamy i postaram się znaleźć sposób na odwrócenie uwagi od naszej niewesołej sytuacji, choćby tylko na parę chwil.
– Nie pozwolę, by spotkało nas coś złego – mówię, przykrywając ją i całując na dobranoc, tak jak robiła to mama. – Obiecuję.
Wracam do łóżka i chowam się pod pledem, zakrywając się aż po czubek głowy i ciesząc resztką ciepła, jaka we mnie pozostała.
Nie umrzemy.
Nie tutaj.
Nie w ten sposób.
Nie z zimna, samotne i zapomniane.
Mama nie chciałaby, aby jej skarby spotkał taki los.