Читать книгу Złe miejsce - Minka Kent - Страница 7

Оглавление

4

Nicolette

– A myślałem, że to ja powinienem się dziś denerwować – mówi Brant, kładąc dłoń na moich plecach i wręczając mi kieliszek szampana.

Posyłam mu niepewny uśmiech i już mam zamiar otworzyć usta, by coś powiedzieć, gdy mój mąż zostaje porwany przez mężczyznę w trzyczęściowym garniturze i kobietę w sukience Givenchy, obwieszoną od stóp do głów diamentami.

Każdy z zebranych tu gości jest kupcem, handlarzem dziełami sztuki albo wiernym wielbicielem sztuki fotograficznej. Jak przypuszczam, jedna z kobiet obecnych na wystawie jest kochanką mojego męża.

– Nicolette? Mój Boże, nie widziałyśmy się całe wieki.

W moją stronę zbliża się dawna znajoma z Berkshire Gallery. Kładzie mi dłoń na ramieniu i całuje powietrze tuż przy moim policzku. W pierwszej chwili nie potrafię przypomnieć sobie jej imienia, bo nasza znajomość trwała bardzo krótko. Pracowałam tam od niedawna, kiedy pewien przystojny fotograf przyszedł na spotkanie z dyrektorem, a wyszedł z galerii z moim numerem telefonu, obiecując piątkowy wypad na drinka.

M… Jej imię zaczyna się na „m”.

Mariah… Marie… Marin.

Tak. To ostatnie.

– Marin – witam się, przywołując na twarz tę samą sztuczną ekscytację, która gościła na niej przez cały wieczór. – Miło znów cię widzieć. Cieszę się, że wpadłaś.

Przykłada wypielęgnowaną dłoń do upstrzonego piegami dekoltu.

– Brant Gideon i Bellhaus Museum? Chyba żartujesz? W życiu nie przegapiłabym takiej okazji. Ogromny sukces. Pamiętam, jak zaczynał stawiać pierwsze kroki w zawodzie. Był najseksowniejszym przymierającym głodem artystą, jakiego widziałam… a potem zjawiłaś się ty i ukradłaś mi go sprzed nosa. – Marin poklepuje mnie po ramieniu. – Żartuję – dodaje, przekrzywiając głowę w bok. Uśmiech znika z jej twarzy. – Pasujecie do siebie pod każdym możliwym względem. Cieszę się waszym szczęściem. Słyszałam, że wyjechaliście z miasta. Gdzie się teraz podziewacie?

Upijam łyk szampana, czując w gardle przyjemne łaskotanie bąbelków.

– Na północy stanu.

Marin przygląda mi się uważnie spod zmrużonych powiek.

– Ha. Nie tego się spodziewałam.

Unoszę pytająco brew.

– Serio?

Marin wzrusza ramionami.

– Myślałam, że wybierzecie coś bardziej… egzotycznego, zważywszy na jego zawód.

– Podróżujemy, ale Brant lubi samotność. Wtedy gdy nie robi zdjęć.

– A ty? Lubisz ją?

Ogarnia mnie wahanie. Biorąc pod uwagę to, że nie widziała mnie od czasów, gdy miałam dwadzieścia dwa lata, jej pytanie jest trochę nie na miejscu.

– Wybacz – mówi, machając ręką. – Po prostu… Pamiętam, że jak razem pracowałyśmy, zawsze powtarzałaś, że chcesz mieszkać w apartamencie z widokiem na Central Park. Mówiłaś, że urodziłaś się i wychowałaś w mieście i że zamierzasz w nim umrzeć.

Faktycznie. To moje słowa. Kompletnie o tym zapomniałam.

Uśmiecham się krzywo, unosząc kieliszek.

– Podobno żeby rozśmieszyć Pana Boga wystarczy mu opowiedzieć o swoich planach, czyż nie tak?

Marin parska śmiechem, choć nie uważam, żeby mój komentarz był aż tak śmieszny. Po chwili zauważam, że zerka z ukosa na mojego męża.

– No cóż, muszę zrobić kilka rundek – dodaje, poklepując mnie po nadgarstku. – Przyjechałam tu wyłącznie w celu nawiązania korzystnych kontaktów. No i żeby pogapić się bezczelnie na twojego męża, rzecz jasna.

Marin puszcza mi oko i się oddala, a ja zaczynam przypominać sobie sytuacje, w których wykazywała się osobliwym poczuciem humoru. Nigdy nie umiałam ocenić, kiedy była poważna, a kiedy żartowała.

Odpuszczam sobie. Marin nie stanowi zagrożenia. Nie jest ani trochę w jego typie.

Od zawsze lubiła się głośno zachowywać. Przechwalała się znajomościami w niemal każdej rozmowie, którą odbyłyśmy. Brantowi nigdy nie chodziło o awans społeczny i zdobycie upragnionego statusu. Od razu to w nim pokochałam. Nie miał bladego pojęcia, kim byli moi rodzice, za co z miejsca otrzymał kilka dodatkowych punktów, w przeciwieństwie do reszty poznanych przeze mnie mężczyzn.

Stojąc w sali pełnej uznanych osobistości, śmietanki towarzyskiej manhattańskiej sceny artystycznej, obserwuję, jak spojrzenia wszystkich kierują się w stronę mojego męża, który wychodzi ze swojej skorupy introwertyka i przywdziewa kostium charyzmatycznego artysty wizjonera. Ludzie tłoczą się wokół niego, spijając z jego ust każde słowo, tak jakby opowiadał najbardziej fascynujące historie pod słońcem.

Obdarowuje ich serdecznymi uśmiechami i uściskami dłoni. Oprowadza po galerii grupę gości, tłumacząc, co posłużyło mu za inspirację do stworzenia serii „Zagubieni w naturze” – projektu, nad którym pracował od chwili naszej wyprowadzki z miasta.

To dzieło jego życia, wyjątkowo odkrywcze i zapierające dech w piersiach.

Nie sądziłam tylko, że ukończenie go zajmie mu aż dziesięć lat.

Przeczesując wzrokiem pomieszczenie, napotykam na swój portret: stoję boso w strumieniu, a promienie wschodzącego słońca dotykają czubka mojej głowy. W dłoniach trzymam rąbek prześwitującej sukienki.

Podchodzi do niego jakaś kobieta ubrana w czarną, obcisłą sukienkę. Jest sama, a w dłoni trzyma kieliszek czerwonego wina. Na jej lewym nadgarstku lśni diamentowa bransoletka.

Patrzy na moje zdjęcie.

Ja patrzę na nią.

Kobieta podziwia fotografię przez dłuższą chwilę, po czym przechodzi dalej – do niesamowicie klimatycznego zdjęcia przedstawiającego leśną polanę o poranku. Jednak nie stoi przed nim zbyt długo i podchodzi do następnego, i kolejnego. Po kilku minutach powraca przed mój portret.

Obserwuję ją jak zahipnotyzowana. Nie umiałabym oderwać od niej wzroku, nawet gdybym chciała.

Czy to właśnie ona?

Czy to kobieta, z którą widuje się mój mąż? Z którą prawdopodobnie ma dziecko?

Czy przyszła tu wybadać teren, tak jak zrobiłaby to kochanka porównująca się do żony swojego mężczyzny?

Równo podcięte włosy w kolorze onyksu spływają na jej plecy niczym lśniąca kurtyna, zasłaniając część twarzy. Jest oszałamiająco piękna; emanuje błyskotliwością typową dla wyższych sfer Nowego Jorku. Elegancja i wdzięk biją od niej na kilometr.

Nie wiem, jak długo przyglądałam się studiującej moje zdjęcie kobiecie, ale serce zaczyna mi walić jak młot, a moją krew ścina lód, gdy zauważam, że podchodzi do niej mój mąż.

Nieznajoma uśmiecha się w momencie, w którym ich spojrzenia się spotykają. Brant pochyla się, całując ją w twarz między ustami a policzkiem. Nie powietrze obok niej. Zaczynają rozmawiać, a on dotyka jej nagiego ramienia. Oczy ma szeroko otwarte i pełne ekspresji. Zupełnie jakby nie było tu nikogo prócz niej.

Jest absolutnie oczarowany.

Rozpoznaję spojrzenie, które posyła mu ta kobieta – patrzyłam na niego dokładnie tak samo, gdy byłam jak młody motyl chcący dać się złapać w jego sieć. Dwójka gości przeciska się obok nich, więc Brant zmuszony jest przysunąć się o krok do swojej rozmówczyni, by móc ich przepuścić.

Nie odsuwa się jednak.

Czuje się komfortowo w jej przestrzeni osobistej, jakby dobrze ją znał.

Szampan musujący w moim żołądku sprawia, że robi mi się niedobrze. Rozglądam się dokoła w poszukiwaniu najbliższej damskiej toalety na wypadek, gdyby zebrało mi się na wymioty.

Brant jest czarujący, muszę mu to przyznać. Jest ciepłym, serdecznym i ujmującym mężczyzną. Byliśmy na wielu wystawach, otwarciach galerii sztuki i podpisywaniach książek, jednak jeszcze nigdy nie widziałam, żeby zachowywał się przy kimś tak, jak przy tej kobiecie.

Słowo daję, że dołeczki w jego policzkach z każdą sekundą robią się coraz większe, a błysk w jego oczach koloru morskiej zieleni staje się taki wyraźny, że widzę go aż stąd.

– Dobrze się czujesz? – Czyjaś ciepła dłoń dotyka mojego ramienia. Odwracam głowę i zauważam stojącą obok Marin. – Wyglądasz, jakbyś miała mdłości.

Zmuszam się do uśmiechu i kręcę głową.

– To przez szampan. Chyba mi zaszkodził.

Unosi brwi ze zdziwienia, wybuchając nosowym śmiechem.

– Słonko, przecież to Cristal. Cristal podchodzi wszystkim. Na pewno nic ci nie jest?

Brant i nieznajoma nadal są zatopieni w rozmowie. Do tego stopnia, że sprawiają wrażenie, jakby tkwili we własnym, małym świecie. Krew w moich żyłach, która jeszcze przed sekundą była zimna jak lód, teraz wrze wściekle tuż pod powierzchnią skóry. Gdybym nie była damą, pewnie do reszty by mi odbiło i zwróciłabym się do niego w uprzejmych słowach, mówiąc coś w stylu „Co tu się, do cholery, wyprawia?”.

Ale nie tutaj. Nie zrobię sceny na oczach ludzi, od których zależy przyszłość Branta, szczególnie że pracował na swoją karierę przez całe życie.

Marin podąża za moim spojrzeniem, szybko składając w jedną całość przypuszczenie, którego nie zamierzam wymawiać na głos.

– Chodzi o tę kobietę z ciemnymi włosami? – Marin kiwa głową w jej stronę. – Jest fotografką. Ma styl całkiem podobny do stylu Branta. Na pewno jest fanką jego twórczości. Bez przerwy przychodzi do galerii, próbując nakłonić nas do sprzedaży swoich prac.

– Jak się nazywa? – To może być moja jedyna szansa na to, aby się tego dowiedzieć.

– Clara Briese.

Utrwalam nazwisko w pamięci, bezgłośnie powtarzając je co najmniej z tuzin razy, na wypadek, gdyby było mi kiedyś potrzebne.

– Podziwiała wcześniej moje zdjęcie – dodaję, choć nie bardzo wiem, po co zwierzam się z tego faktu Marin ani czy ma to jakiekolwiek znaczenie. Wypowiedzenie na głos tego spostrzeżenia sprawia, że moje podejrzenia wydają się głupie i uświadamia mi, że nie mam powodu, aby od razu się denerwować.

Marin śmieje się pod nosem.

– Pewnie uważa, że jesteś piękna.

W głębi ducha skreślam jej wytłumaczenie jako zbyt proste i zbyt optymistyczne, aby mogło stłumić mój niepokój.

– Umawia się z kobietami – dorzuca Marin. – Wyłącznie z kobietami. Tak czy inaczej, o wilku mowa.

Kobieta znika w tłumie. Brant idzie w moją stronę.

– Dobrze się czujesz? – pyta, stając obok. Dusi mnie znajomy zapach jego wody kolońskiej. Ten sam zmysłowy, drzewny zapach, który przynosił mi kiedyś pocieszenie, bo przypominał o domu.

Przytakuję bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się, bo czuję się o wiele lepiej niż pięć minut temu.

– Oczywiście. A ty?

Mój mąż przygląda mi się bacznie.

– Jeśli nie czujesz się dobrze, to po prostu to powiedz. Wyjdziemy stąd jak najszybciej.

– Nie wygaduj głupstw. To twój wieczór. Nic mi nie jest – kłamię.

Twarz Branta rozjaśnia się, choć nawet nie w połowie tak bardzo jak wtedy, gdy rozmawiał z Clarą. Przynajmniej wiem, że to on nie jest w jej typie.

– Wieczór jest wyjątkowo piękny, a ja czekałem na niego wystarczająco długo, ale nie mogę przestać myśleć o najbardziej cudownej osobie na tej sali, która stoi tuż przede mną. – Pochyla się, muskając moje usta w pocałunku i czule gładząc palcami policzek. – Jesteś nie tylko moją muzą, ale i całym moim światem. Bez ciebie nic by się nie udało.

Rok temu uwierzyłabym w jego zapewnienia – jak zawsze zresztą.

Ale po tym, jak w zeszłym miesiącu znalazłam w jego szufladzie na skarpetki ukryte pod skórzanym organizerem zdjęcie jasnowłosej dziewczynki z oczami w kolorze morskiej zieleni, nie wiem już, czy dalej jestem w stanie to zrobić.

Brant całuje mnie jeszcze raz, po czym przesuwa palcami po moim ramieniu, zatrzymując się, by uścisnąć delikatnie moją dłoń.

– Widziałem, jak do środka wchodził Robert Moffatt. Wygląda, jakby miał za dużo pieniędzy w kieszeniach. Chyba powinienem pójść się przywitać…

Uśmiecha się do mnie, spodziewając się z mojej strony wymownego chichotu. Zmuszam się do śmiechu, czując ucisk w piersi. Brant wyciąga rękę.

– Chodź. Przedstawię cię.

Większość swojego dorosłego życia spędziłam na chodzeniu za tym mężczyzną po marokańskich bazarach, greckich klifach, starożytnych ruinach Majów i bujnych lasach Amazonii. Opuściłam Manhattan – jedyny dom, jaki kiedykolwiek znałam – ponieważ mnie o to poprosił. Stworzyłam nam cudowny, sielski zakątek w rodzinnym mieście Branta, przygnębiającej, zapadłej dziurze o nazwie Stillwater Hills, ignorując uporczywą tęsknotę za domem, która nigdy mi nie przeszła. Co wieczór gotowałam mu jego ulubione wykwintne posiłki i nauczyłam się lubić jego ukochane jazzowe klasyki. Kochałam się z nim, gdy wyczuwałam, że musi rozładować emocje, nawet wtedy, gdy sama nie do końca miałam na to ochotę. Przynosiłam kawę, gdy zarywał nocki, i masowałam mu ramiona, gdy spędzał zbyt wiele godzin przez komputerem, zatopiony w pracy.

Jedyną rzeczą, której nigdy nie byłam w stanie mu dać, była rodzina.

Dobija mnie świadomość, że zrobił to ktoś inny.

Ujmując go pod łokieć i tłumiąc wewnętrzny niepokój, czuję się jak oszustka, gdy przedstawia mnie potentatowi handlu nieruchomościami, Robertowi Moffattowi, oraz jego olśniewająco pięknej młodej żonie, rasowej bywalczyni salonów, Temple Rothschild-Moffatt, której nawet trzeci trymestr ciąży nie powstrzymał przed tym, by ubrać się od stóp do głów w Versace i założyć piętnastocentymetrowe szpilki.

Rozmowa Branta i Roberta zlewa się z szumem pozostałych, Temple przeprasza nas na moment i odchodzi, natomiast ja ponownie przeczesuję wzrokiem galerię, zatrzymując się na każdej ładnej buzi znajdującej się w sali.

Chuda jak szczapa blondynka w etoli ze sztucznego futra.

Brunetka w typie mola książkowego, z pomalowanymi na czerwono ustami i w okularach z przezroczystymi oprawkami.

Influencerka o ufarbowanych na lawendowo włosach, zerkająca z ukosa na mojego męża, kiedy wydaje jej się, że nikt nie patrzy.

To może być każda z nich.

A zarazem żadna.

Wiem jedynie, że konieczność odkrycia jej tożsamości pomału zaczyna pochłaniać wszystkie moje myśli.

Brant kładzie dłoń w dole moich pleców i przysuwa mnie blisko. Pokój wiruje mi przed oczami, oddech przyśpiesza, a na czoło występują kropelki potu.

– Przepraszam na chwilę – mówię, przerywając ich rozmowę, i wychodzę na zewnątrz. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam ataku paniki, ale jestem pewna, że właśnie jestem o krok od zaliczenia pierwszego.

Jest środek grudnia. Chodniki są pokryte cieniutką warstewką puszystego śniegu. Kilka pobliskich sklepów jest już zamkniętych, ale świąteczne światełka migoczą w ich witrynach, a na szklanych drzwiach wiszą wianki z ostrokrzewu. Dawniej na widok tych rzeczy zalewała mnie fala ciepła i serdeczności.

Teraz nie czuję nic.

Łapiąc z trudem powietrze, zamykam oczy i próbuję skupić się na wdychaniu do płuc zimnego powietrza. Odliczam od dziesięciu w dół, wmawiając sobie, że kiedy dotrę do jedynki, poczuję się lepiej… przynajmniej na razie.

Dziesięć…

Dziewięć…

Osiem…

Siedem…

– Nicolette…

Otwieram oczy i zauważam swojego męża stojącego przed drzwiami muzeum, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie garnituru od Prady. Nonszalancję w jego pozie odbieram niemal jak zniewagę.

– Porozmawiajmy – mówi, po czym zbliża się do mnie z lekko przekrzywioną na bok głową. Patrzy na mnie tak, jakbym była niemożliwą do rozgryzienia łamigłówką. – Nie wiem, co w ciebie wstąpiło, ale przez cały wieczór zachowujesz się dziwnie. Zupełnie jak nie ty.

Otwieram usta, ale nie wiem, co powiedzieć.

Nadal próbuję ustalić, co dalej – kiedy doprowadzić do konfrontacji i w jaki sposób. Nie wspominając już o tym, co powinnam czuć, biorąc pod uwagę to, że wymyśliłam w głowie tysiące najczarniejszych scenariuszy, opierając się na zaledwie jednym zdjęciu.

Brant zamyka mnie w uścisku. Ciepło jego ciała i ciężar ramion przynoszą ukojenie, ale są zarazem niemożliwe do zniesienia.

– Jeśli nie masz nic przeciwko – mówię stłumionym głosem, z ustami przyciśniętymi do jego nienagannej marynarki – wrócę taksówką do hotelu. Chyba coś mi zaszkodziło.

Brant odsuwa się, świdrując mnie wzrokiem. Znowu mi nie wierzy, ale w tym momencie średnio mnie to obchodzi. Myślę już wyłącznie o tym, żeby zedrzeć z siebie tę suknię, wyjąć z włosów spinki i zmyć z twarzy makijaż, zanim zrujnują go łzy.

Z całą resztą zmierzę się innym razem, na pewno nie po trzech kieliszkach szampana i zszarganiu sobie nerwów tylko dlatego, że jakaś ślicznotka gapiła się na moje zdjęcie o wiele za długo, a mój mąż powitał ją z typowym dla siebie szerokim uśmiechem z dołeczkami oraz błyskiem w oczach koloru morskiej zieleni.

Brant patrzy ponad moim ramieniem na światła nadjeżdżającej taksówki i unosi rękę, aby ją przywołać.

– Odpocznij – mówi, zgarniając z ziemi tren mojej sukni i pomagając mi wejść do środka. Zamyka drzwi i pokazuje, żebym opuściła szybę. – Mam przy sobie telefon, w razie gdybyś czegoś potrzebowała.

Doceniam jego troskę, ale nie mogę wyprzeć cichutkiego głosiku z tyłu głowy mówiącego, że sposób, w jaki mnie odprawia, bez mrugnięcia okiem, jest co najmniej dziwny i zastanawiający. Zabieram dłoń i macham mu na pożegnanie, dostrzegając w jego oczach odbicie blasku widocznego na niebie księżyca w pełni. Dawniej te oczy symbolizowały dla mnie dom, za każdym razem, gdy w nie spoglądałam.

Teraz widzę jedynie tę małą dziewczynkę.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Złe miejsce

Подняться наверх