Читать книгу Lars von Trier - Nils Thorsen - Страница 5
Przedmowa
Оглавление– Akcja! – rozlega się w ciemnej hali. Orkiestra zaczyna grać. Gdzieś w tym molochu pełnym płyt wiórowych i podnośników wznoszących się pięć metrów nad posadzką, pośrodku ogromnego pomieszczenia, rozlegają się dźwięki Fly Me to the Moon. Kulisy przyjęcia weselnego. Samo jądro iluzji. Na małym ekranie w ciemnej hali możemy śledzić Kirsten Dunst i Alexandra Skarsgårda, widzimy, jak tańczą, jak się całują, jak kroją tort weselny w takt głośnych zachwytów odświętnie ubranych gości. Ujęcie za ujęciem. I za każdym razem nowe kwestie, w nowej tonacji, z nowymi gestami. Widzimy też, jak za każdym razem obracają tort tak, aby kamera nie mogła uchwycić już napoczętej strony.
Jest środa, 28 lipca 2010 roku, studio filmowe w Trollhättan, na północ od szwedzkiego Göteborga. Piąty dzień nagrań do katastroficznego filmu Larsa von Triera Melancholia. W samym środku poskładanej, kolosalnej kulisy pięćdziesięciu odświętnie ubranych aktorów i statystów bawi się na weselu głównej bohaterki, Justine, podczas gdy planeta Melancholia miarowo i spokojnie zbliża się do Ziemi.
Reżyser osobiście prowadzi kamerę we wnętrzu tego niezwykłego małego świata, który pokazuje swoje smutne, wykrzywione oblicze temu wielkiemu światu na zewnątrz. Trwa wystawne przyjęcie weselne: żyrandole, rzeźbione drewniane panele, orkiestra i pięćdziesięciu gości. Na ekranie Kirsten Dunst tańczy teraz z młodym mężczyzną. Ma nieobecny wzrok. – Look away! – słychać głos Triera wydobywający się spomiędzy wiórowych płyt. Spojrzenie młodego mężczyzny wędruje po lokalu. Ostatecznie panna młoda zostawia go w połowie tańca. Kamera znajduje jej „siostrę”, Charlotte Gainsbourg, wysoką i szczupłą, w srebrnoszarej sukni, która z zatroskanym wyrazem twarzy patrzy za wychodzącą dziewczyną. – Thank you, cut – rozlega się z zewnątrz głos Triera.
– Kirsten Dunst zdumiewająco dobrze gra – mówi reżyser, gdy wymieniamy kilka słów podczas przerwy. – Jak wszyscy zresztą. Naprawdę jestem wzruszony… – Potrząsa głową. – Samym faktem, że wszystko się udało. – Waha się chwilę, po czym jego głos wraca do typowej, kapryśnej tonacji: – Tylko ja jestem głupi i świrnięty.
Wszystko idzie zgodnie z planem. Aktorzy odtwarzają. Trier wydaje się opanowany i skupiony. Kiedy mijam go w przejściu, wychodząc na słońce, słyszę, jak mówi do swojego asystenta: – Myślę, że będę zadowolony z tego filmu.
Dopiero wieczorem przychodzi mu zapłacić za sukces. Ogarnia go przygnębienie. A może po prostu jest szczęśliwy i nieszczęśliwy zarazem.
– Myślę, do diabła, że znów mi się udało – mówi do żony przez telefon, po czym zaczyna płakać.
*
Każdy Duńczyk zna Larsa von Triera. A przynajmniej tak twierdzi. To najbardziej kontrowersyjny duński artysta. Znamy go na wylot. Jego fobie, jego kamper, pigułki szczęścia, niemal rytualne już prowokacje. Mówimy, że jest lalkarzem, który umieszcza na scenie samego siebie i innych. Obserwator podejmujący ryzyko za pośrednictwem aktorów, których nakłania do przekraczania wszelkich granic. Egocentryczny, neurotyczny i oryginalny, ale zawsze jedynie na tyle, by móc zaistnieć w prasie. Dlatego gotów jest wykorzystać każdą okazję, by zabłysnąć skandalicznym incydentem czy werbalną gafą. Pochłonięty własnym mitem. Jak ujął to Peter Schepelern, autor książki Lars von Triers film – Tvang og befrielse (Filmy Larsa von Triera – przymus i wyzwolenie), Trier „dzięki osobliwie wstydliwemu ekshibicjonizmowi zdołał przyciągnąć uwagę mediów”.
Pamiętam, jak siedziałem w kinie Grand Teatret i szlochałem podczas końcówki Przełamując fale, a także jak później, gdy już stałem na ulicy wśród innych przygnębionych istot i starałem się dojść do siebie, nagle uderzyła mnie myśl: czy reżyser też sam to przeżywał? Czy po prostu zagrał na mnie, jakby grał na instrumencie? Manipulował moimi uczuciami niczym błyskotliwy chłopczyk, który grzebie kijem w mrowisku, żeby zobaczyć, co wyniknie z takiego zamieszania. Albo inaczej mówiąc: czyżby Trier znowu wywiódł nas w pole?
Brak zaufania do niego jest tak powszechny, że kiedy pracowałem nad tą książką, wielokrotnie pytano mnie, czy Trier rzeczywiście cierpi na zaburzenia lękowe, czy też je sobie wymyślił, żeby być bardziej interesującym. Wiele osób chciało też wiedzieć, jaki jest w bezpośrednim kontakcie, a gdy odpowiedź nie była zgodna z ich oczekiwaniami, wielokrotnie spotykałem się ze sceptyczną reakcją: „Może tobą też manipulował?”.
Lars von Trier zajmuje sporo miejsca w naszej kulturze. Zresztą nie tylko w naszej. Wszyscy powtarzamy – często nie zdając sobie z tego sprawy – figury, kwestie i sceny ze świata, który wykreował w swoich filmach. Czy kiedy „spastykujemy”, jak w Idiotach, lub powtarzamy za chórkiem dzieci z zespołem Downa w Królestwie: „To jest obrzydliwe!”, czy też, gdy cytujemy hitchcockowską przestrogę, którą reżyser wygłasza na zakończenie jednej z części Królestwa: „Akceptuj dobro ze złem”. Prawie wszystko, czego Lars von Trier się tknie, znajduje swoje miejsce w języku duńskim. Jego „podstawianie nogi” (benspænd) stało się odrębnym pojęciem, a „szef wszystkich szefów” (direktøren for det hele) wyrażeniem powszechnie używanym, podobnie jak „kredowe linie” (kridtstregerne) czy odcięta łechtaczka (afklippede klitoris) z Antychrysta. Określenie Dogma już dawno przeniknęło do wielu innych obszarów, w których próbuje się stymulować kreatywność narzucanymi sobie regułami. Do historii należą czasy, kiedy to tylko kamera mogła być trzymana „w ręku”.
Kiedy festiwal w Cannes przeżywa mniej udany rok, Trier staje się nagle bardzo pożądany, a kiedy ktoś chce opisać coś, co jest inne i oryginalne, ale odznacza się wyjątkową jakością – jak choćby w wypadku szefa kuchni kopenhaskiej restauracji Noma – zwykle jako punkt odniesienia używa się właśnie Triera. Coś może być po prostu vontrierowskie. W tym znaczeniu zaakceptowaliśmy Triera, ale nie pokochaliśmy go. Może dlatego, że dla wielu Duńczyków Lars von Trier jest dzisiaj tym, kim Hans Christian Andersen był dla dziewiętnastowiecznego mieszczaństwa: łatwo było go podziwiać, lecz trudno polubić. Rodak, o którym z dumą mówi się na świecie, chociaż nie bardzo wiadomo, co tak naprawdę o nim myśleć.
Książka ta nie jest przeznaczona wyłącznie dla entuzjastów kina, ale dla każdego, kogo osoba Larsa von Triera i jego filmy urzekły czy zaintrygowały, bądź zwyczajnie zirytowały, w każdym razie zainteresowały na tyle, że chciałby lepiej zrozumieć i człowieka, i jego dzieła.
W wieku dwunastu lat Trier wystąpił w serialu telewizyjnym. Udzielił wtedy pewnemu tygodnikowi wywiadu, w którym z pełną świadomością stwierdził: „Jestem geniuszem”. Dziennikarz odrzekł, że to mało prawdopodobne. Kto miał rację? Młody Lars Trier czy dziennikarz? Czy Lars von Trier istotnie jest geniuszem? Czy jedynie udaje, że nim jest? Czy jest, jak uważają niektórzy, najwybitniejszym żyjącym artystą duńskim, obdarzonym szczególnie wyjątkowym talentem do tworzenia obrazów i snucia opowieści? Artystą, który sięga do podświadomości własnej i innych, by następnie pokazać coś, co wydaje się nam zarówno znane, jak i zaskakujące? Artystą, który nieustannie przesuwa granice tego, co możliwe i dopuszczalne?
A może jest po prostu mistrzem autokreacji, od początku swojej kariery świadomie kształtującym i podtrzymującym wizerunek, który uważa za swój wrodzony? Wykreowany aż po dekadencki przedrostek „von”, arystokratyczną namiastkę, rozciągniętą jak czerwony dywan między drobnomieszczańskim imieniem i nazwiskiem, by nadać mu nobliwe brzmienie nazwiska niemieckiej arystokracji. Ustawiający się poza i ponad wszystkim, całkowicie nie po duńsku. I już przez to prowokacyjnie.
Kiedy podejmowałem się napisania tej książki, miałem pewne wątpliwości. Czy on, ten nasz von Trier, naprawdę coś potrafi? Coś niepowtarzalnego o niekwestionowanej wartości artystycznej? Czy też jedynie oderwani od świata Francuzi, koryfeusze awangardy z Cannes i pojedynczy znawcy sztuki wysokiej widzą w nim postać przełomową, prekursora nowych kierunków w sztuce filmowej i prawdziwego artystę, podczas gdy my, dyletanci w dziedzinie kultury, nieco opornie i dopiero po latach zaczęliśmy go oklaskiwać, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że ogromna sława, którą nasz syn marnotrawny zyskał na całym świecie, po części spada i na nas, jego rodaków.
O Larsie von Trierze opowiedziano przez lata wiele historii. Niektóre z nich to mity. Inne są prawdziwe. Wiele łączy w sobie i jedno, i drugie. Postanowiłem zebrać najważniejsze z nich i po raz pierwszy spróbować przedstawić kompletną i w miarę prawdziwą historię życia i twórczości reżysera, opowiedzianą przez niego samego, podczas gdy jego przyjaciele, koledzy i krytycy prezentują własne wersje wydarzeń, opisując najważniejsze filmy i człowieka uważanego przez niektórych za najwybitniejszego reżysera w historii duńskiej kinematografii. Dwadzieścia cztery osoby, które były moimi rozmówcami, nie zostały wybrane ze względu na ich stosunek do reżysera, o którym niewiele wiedziałem, ale wyłącznie dlatego, że według mnie są kluczowymi świadkami jego życia i pracy.
*
Pierwszy raz spotkałem Larsa von Triera latem 2007 roku w holu wytwórni Zentropa w Filmbyen. Zjawiłem się tam, żeby spytać go, czy byłby zainteresowany powstaniem książki o jego życiu. Stawiłem się na umówione spotkanie nie bez obaw. Powszechnie wiadomo, że nie znosi dziennikarzy. I nawet jeśli wbrew wszelkim przewidywaniom by się zgodził, obawiałem się, że podejdzie do rozmów jak do aktów sabotażu i zacznie ciągać mnie za sobą, czyniąc mnie członkiem swojej słynnej menażerii.
Przyjął mnie łagodny, przyjaźnie nastawiony mężczyzna w średnim wieku. Niewielka, nieco krucha postać w luźnym T-shircie, z brodą i włosami przyprószonymi siwizną. Jego ruchy są powolne i trochę niepewne, sprawia wrażenie, jakby właśnie zszedł na ląd z pokładu statku. Każde zdanie wypowiada spokojnie, w skupieniu. Kilka miesięcy wcześniej oświadczył publicznie, że przeżywa głęboki kryzys twórczy, który może oznaczać koniec kariery, i ciągle nie wie, czy kiedykolwiek znów będzie w stanie robić filmy. Przyznaje, że napisanie książki o własnym życiu nie jest jego gorącym pragnieniem. Ale ma teraz mnóstwo czasu, dodaje i obiecuje się nad tym zastanowić. Obietnicy dotrzymuje. Do momentu, kiedy znów zaczyna kręcić film i rozpoczyna pracę nad Antychrystem.
Po raz kolejny spotykam Larsa von Triera w maju 2009 roku. Antychryst został ukończony, a ja dostałem zgodę na audiencję w domu reżysera na północy Kopenhagi. Mam przeprowadzić z nim wywiad dla dziennika „Politiken”. Wielu moich kolegów, zmagając się przez lata z jego upartą i bezwzględną naturą, często rozbijało się o słynny trierowski mur. Jeden z nich musiał raz wypić do dna kieliszek wódki, zanim reżyser zgodził się na kontynuowanie wywiadu. To jest ten von Trier, którego zna większość. Zimny kłębek nerwów, którego nikt nie może być pewny. Dręczony lękami, ale jednocześnie nieustraszony. To z nim mam przeprowadzić wywiad. Jednak do środka wpuszcza mnie ktoś zupełnie inny.
Przez trzy godziny odkrywa przede mną swoje życie. Szczerze i otwarcie, jakby płynąc na fali lekko zabawnego czarnego humoru. Opowiada o neurotycznym samotniku, dręczonym lękami, wiecznie prowokującym, przekonanym o swoim wybitnym talencie, ale wątpiącym w swoje ludzkie kompetencje. Do tego tak niezdarnym, że zdarza mu się ranić bliskich mu ludzi. Na wszelki wypadek nagrywam rozmowę na dwóch magnetofonach, czego nigdy mi nie zapomni.
– Ten jeden się zatrzymał! – droczy się. – A powinniśmy mieć przynajmniej dwa na chodzie – dodaje i kończy szeptem: – To jest obłędnie neurotyczne. – Po czym stwierdza: – Powinieneś najwyraźniej brać jakieś leki na nerwicę natręctw.
Tym razem jednak mi się poszczęściło.
– Ta książka, o której mówiliśmy… – powiedział, kiedy kończyliśmy wywiad. – Moglibyśmy spróbować… – Po czym w typowy trierowski sposób dodał: – Jeśli to nadal kogokolwiek interesuje.
Kiedy spotykam się z nim po raz trzeci, pewnego letniego dnia w 2009 roku w jego biurze, jego chorobliwa szczerość eksploduje. Jeden z jego przyjaciół powiedział kiedyś, że Lars von Trier zachowuje się niemal jak inni ludzie, ale po dwóch kieliszkach wina. Jego była żona nazywa to otwarcie łagodną formą zespołu Tourette’a. Trier nie potrafi kłamać. Nawet wtedy, kiedy powinien.
Osobiście zaprasza mnie na spotkanie i mimo że wcześniej zapewniał mnie, że jest zainteresowany książką, to teraz z jego ust słyszę coś innego. Wyjaśnia mi, że chociaż to wbrew jego naturze, to są jednak pewne rzeczy, o których nie chce opowiadać w książce. I że mówi mi to teraz, żebym później nie był rozczarowany. Nie chce, jak to kiedyś miał w zwyczaju, krytykować kogokolwiek z imienia. Nie chce zranić żony, podobnie jak nie chce, aby jego dzieci przeczytały, co robił ich ojciec, a przed czym dzisiaj sam próbuje je ustrzec. To wszystko zostanie usunięte, kiedy jego żona Bente i producentka Meta Foldager dostaną manuskrypt do zrecenzowania.
Sam Lars von Trier wątpi, czy kiedykolwiek przeczyta książkę. Lektura byłaby bowiem równie przykra jak słuchanie nagrania własnego głosu. Ale bardzo chętnie wszystko mi opowie. Postanawiamy więc zrobić pierwszy krok do labiryntu, który można nazwać stanem Triera. Zawiła podróż poprowadzi nas przez liczne objazdy, ślepe zaułki i niezliczone nieporozumienia. Niemal dokładnie rok później wyjdziemy po jego drugiej stronie. Podróż ta nie jest oczywiście mapą labiryntu, tylko jedną z możliwych tras poprzez gąszcz korytarzy. Dla mnie jednak będzie pełna niespodzianek. Nie tylko dlatego, że Lars von Trier okaże się inny, niż go sobie wyobrażałem – zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Ale także dlatego, że zdecydowanie różni się od publicznego wizerunku, który wielu z nas uznało za prawdziwy. Pod niektórymi względami okaże się mniej osobliwy. Pod innymi bardziej. Ale przede wszystkim po prostu inny.
Po tej podróży historia oczywiście będzie toczyć się dalej. I nie mniej dramatycznie. Ze skandalem w Cannes, gdzie Lars von Trier na konferencji prasowej zacznie wikłać się w enigmatyczne wypowiedzi o tym, że rozumie Hitlera, za co zostanie uznany za persona non grata i usunięty z festiwalu. Podczas wspomnianej konferencji niektórzy zrozumieli, że duński reżyser ma problem z Żydami i sympatyzuje z największym czarnym charakterem XX wieku. Osobiście jestem jednak przekonany, że każdy, kto przeczyta tę książkę, zrozumie to w zupełnie inny sposób.
Wygnany ekscentryk Lars von Trier nakręcił kolejny film, Nimfomankę. Swój – jak do tej pory – najbardziej autobiograficzny obraz. Zarówno skandal w Cannes, jak i Nimfomankę opisałem w dwóch ostatnich rozdziałach książki. Oglądając Nimfomankę, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Scena za sceną, replika za repliką – w filmie o pięćdziesięcioletniej nimfomance – rozpoznawałem elementy, aforyzmy i wydarzenia bezpośrednio zaczerpnięte z życia reżysera. To wyjątkowy przykład tego, jak życie i sztuka Larsa von Triera wzajemnie się przenikają. Czego, wierzę, oglądając film, doświadczy każdy czytelnik tej książki.
Nils Thorsen, listopad 2014