Читать книгу Lars von Trier - Nils Thorsen - Страница 6

Trier jako stan ducha – wejście do labiryntu

Оглавление

Przeklęty gość

Koniec przerwy. Reżyser nie jest zachwycony, oględnie mówiąc. Lars von Trier nawet nie zadaje sobie trudu, by ukryć niezadowolenie z powodu obecności gościa, gdy wraca z pokoju na parterze i znajduje swojego prześladowcę dokładnie w miejscu, w którym zostawił go pięć minut wcześniej. W fotelu, z notatnikiem na kolanach, ołówkiem w ręku i włączonym dyktafonem leżącym na stoliku obok.

– Jest 22.11! – niemal krzyczy, kiedy wchodzi przez drzwi znajdujące się w najdalszym kącie salonu.

Jakby to była moja wina.

– Nie mamy już piwa! – mówi i dalej przemierza pokój w samych skarpetach.

*

Mija pół roku, odkąd rozpoczęliśmy pracę nad książką. Spotykaliśmy się regularnie, prowadząc rozmowy tutaj, w domu Larsa von Triera, lub w jego biurze na terenie miasteczka filmowego, Filmbyen. Teraz jednak najwyraźniej coś się szykuje. Dlatego też od półtorej doby jestem gościem w jego domu nad Mølleåen i podobnie jak ryba ze znanego powiedzenia już dawno zacząłem cuchnąć. Reżyser krąży po salonie. Nagle kieruje się w stronę otwartej kuchni.

– Mamy jedną butelkę wina – zaczyna wyliczać. – Muszę zostawić ją sobie na noc – dodaje posępnie. – Mamy jeszcze może z jedno piwo. Też muszę zostawić je na noc. No i jest kilka oliwek, ale ich także będę potrzebował w nocy.

Stopy w skarpetach znów zaczynają przemierzać drewnianą podłogę. Tym razem prowadzą go do fotela, na którym siedzę gotów do rozmowy.

– W ogóle się tym nie przejmujesz – stwierdza z udawanym zdumieniem. – Innymi słowy, jest ci wszystko jedno, jak przetrwam noc.

Stoi tak chwilę i patrzy na mnie. Bez zmrużenia oka. W tych samych luźnych bokserkach, które ma na sobie, odkąd wstaliśmy dziś przed południem. I w T-shircie przypominającym szmatę. Czarną szmatę. I w skarpetach, po jednej na każdej stopie. Wyszukana elegancja. Odwraca się i znowu obiera kurs na kuchnię.

– Zabawne. Usiłujesz jedynie zaoszczędzić dla tego swojego parszywego wydawnictwa.

– Przecież mówiłem w sklepie, żebyśmy nie kupili za mało – protestuję.

– Owszem, ale to zrobiliśmy!

– Ty zrobiłeś! To ty wziąłeś…

– Wszystkiego za mało. A co ty wziąłeś? Nic. Założę się, że w swoim związku też nic nie robisz, prawda?

– Nie jestem w żadnym związku…

– To akurat cholernie dobrze rozumiem. Po co ci związek? Przecież masz się rewelacyjnie z tą swoją gazetą.

Wiele z tego to gra. I odrobina powagi. Tak właśnie funkcjonuje Lars von Trier. Droczy się. Nieustannie. I najwyraźniej najlepiej się czuje, gdy ktoś rewanżuje mu się tym samym. To jego sposób na postawienie w myślach prawie niemożliwego towarzyskiego pasjansa. Z jednej strony kieruje nim przymus ciągłego nazywania rzeczy po imieniu, takimi, jakimi je widzi, z drugiej jest jego uprzejmość, pragnienie delikatnego traktowania osób w swoim otoczeniu. Dylemat, który rozwiązuje przez powiedzenie wszystkiego, ale w konwencji żartu. Rozmówca sam musi zdecydować, co powinien z tego przyjąć, a co potraktować jako wygłup.

Będąc w towarzystwie Larsa von Triera, muszę albo się pogodzić z licznymi drobnymi aktami wandalizmu, na które narażony jest wywiad, albo samemu wziąć udział w sabotażu. Muszę przyznać, że czerpię przyjemność z tej gry. Regularnie więc zastawiamy na siebie pułapki i odgrywamy nasze gierki, wykonując wolty słowne. Momentami jest jak w musicalu, gdzie świat zamiera w bezruchu, podczas gdy scena obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, a cała powaga znika w tańcu i śpiewie.

W weekendy powtarza się ta sama historia: dziennikarz to impertynent żądny sensacji, zainteresowany wyłącznie zbieraniem brudów o reżyserze i jego życiu. Tak naprawdę powinienem poszukać pracy w tabloidzie, w „Ekstra Bladet”. Co więcej, to mały karierowicz, przesadnie skupiony i spięty, który z zapałem rzuca się na każdą krótką i niewinną chwilę spokoju i wytchnienia, tłumiąc je kolejną próbą wymuszenia na reżyserze następnej odpowiedzi. I jeszcze jedno: gazeta, dla której pracuje dziennikarz, jest niedorzecznie śmieszna. To Trier powtarza na okrągło.

W ten sposób prace nad tekstem książki posuwają się naprzód. Szlakiem, który właściwie składa się z dygresji. Bez uprzedzenia porzucamy główny wątek rozmowy, krążąc wokół odniesień do całkowicie niepowiązanych wątków, które już wcześniej omawialiśmy całkiem na serio. Nierzadko kończymy ulubionym wywodem reżysera. Dlaczego zołzy są najbardziej pociągające? Jak bardzo uderzające jest podobieństwo między religijnością a nerwicą natręctw, na którą cierpi reżyser, objawiającą się irracjonalnymi kompulsjami i rytuałami? A także dlaczego, poniekąd, mogło mu być nieco żal Hitlera? Wszystko to bez konkretnych odniesień do jakiegokolwiek kontekstu, być może poza czysto językowym.

Kiedy indziej na nowo podejmujemy już wcześniej dyskutowane tematy, niekiedy wałkowane miesiącami, i ciągniemy je dalej. Wiele z nich to brednie, często oparte na ciekawostkach, które Trier gromadzi, oglądając niezliczone programy dokumentalne, i których chętnie używa jako pretekstu do unikania odpowiedzi na zadane pytania. Mogą to być programy o interesujących nawykach toaletowych artystów. O operacjach plastycznych gwiazd rocka. O słynnych psychopatach. Albo o hierarchii godowej samców jeleni i podobieństwie tejże hierarchii do współczesnego życia nocnego, w którym, i tutaj jesteśmy zgodni, na największych bezmózgowców przypada najwięcej samic, podczas gdy inteligentni nieszczęśnicy, nie żebym chciał kogoś wskazać palcem, żałośnie chwalą się swoimi porożami wielkości dwóch zakrzywionych kciuków trzymanych przy czole.

No i zdarzają się też długie okresy, gdy reżyser owinięty w zielony pled leży na wznak na kanapie, z nadąsaną miną i przymkniętymi oczami, z nogami w czarnych skarpetach zwisającymi z poręczy kanapy. I daje odpór.

Lars von Trier to człowiek inteligentny. Ale nie intelektualista. Zdarza mu się zachwycić jakimś pomysłem, wtedy zatraca się w nim. Filozofia sama w sobie go nie interesuje. Jest pochłonięty sobą i to go napędza. W tym znaczeniu jego życie jest autoanalizą, co potwierdza jego pierwsza żona, Cæcilia Holbek Trier.

Długie rozmowy i filozoficzne dywagacje go nie interesują, twierdzi Cæcilia. Nie jest też typem, który czyta mnóstwo książek czy ogląda masę filmów. W rzeczywistości rzadko zdarza się prowadzić z nim intelektualną rozmowę dłużej niż kilka minut, bo zaraz odkręca zawór, spuszcza powietrze, po czym statek idzie na dno. Niekoniecznie od razu do czeluści piekielnych. Po prostu spada na ziemię, tak poniżej pasa, a najlepiej na wysokość sedesu i męskich owłosionych nóg. Niespuszczona kupa też może być zabawna.

Niewątpliwie z czasem zdołał zajrzeć do niejednej szafy w swoim życiu, przetrząsnął zawartość każdej z nich. Dlatego dzisiaj ma wiele własnych koncepcji, ale i własne zdanie na większość tematów, jako pewnego rodzaju rentę z tytułu licznych drobnych chwil dociekliwości, w którą inwestował po drodze. Zebrane wytwory przypominają zawiązaną na kokardę taśmę, która odtwarzana w regularnych odstępach czasu coraz bardziej nas wciąga. A on co rusz wiąże ją na nowo, opowiadając o programach telewizyjnych, o życiu i jego ciekawostkach. Jakby wszystko było oczywiste. Dlatego zdarza się, że coś, co słyszę przy naszych pierwszych spotkaniach, dotyczy czegoś, co zdarzyło się wcześniej, a o czym dowiem się kilka miesięcy później. Trier nienawidzi się powtarzać. Uważa, że jest w tym coś żenującego. Dlatego też kokarda, którą zawiązał, jest duża, to trzeba mu przyznać. Potrzeba wielu miesięcy, aby ją rozwiązać.

*

Gdy w końcu wraca ze swojej kuchennej wycieczki, nalewa wino do kieliszków i rozsiada się na kanapie naprzeciw mnie. Prostuję się na krześle i przygotowuję na ciężką przeprawę.

– Ach! – wzdycha ze zmęczoną irytacją. – Wyluzuj. Obsypuję cię złotem, ale ty ciągle chcesz więcej. Zabawne są te twoje wywiady. Czuję, że z każdą minutą rozmowy twoje potrzeby są coraz bardziej zaspokojone. Tylko ja na tym tracę. To dziwne, ale myślę, że gdybym sam miał pisać książkę, zbierałbym materiał w taki sam sposób, w jaki ty to robisz. I z każdą minutą, bez względu na to, jak by mi szło, czułbym, że coś osiągnąłem. A tak czuję się tylko wykorzystywany.

Usiłuję stłumić śmiech.

– Można spytać: po kiego diabła się na to zgodziłem? – ciągnie. – Najwyraźniej dlatego, że jestem dobrze wychowany.

– Wolałbyś rozmawiać o czymś innym?

– W ogóle nie chcę rozmawiać! – mówi. Pochyla się do przodu i stawia kieliszek na stoliku między nami. – Najchętniej położyłbym się na łóżku, z głową do ściany. Niech to szlag! A ty to wszystko zapisujesz! To jest nie do wytrzymania! Do tego cały czas latam sikać. Pewnie mam poważny problem z prostatą. Ty nic nie pijesz!

– Piwo, żebyś mógł zachować ostatnią butelkę wina dla siebie.

– Tę butelkę wezmę ze sobą do łóżka. To co innego. Nie zrozumiesz, jak to jest być… – śmieje się – …jak to jest być alkoholikiem.

– Rzeczywiście nie rozumiem.

– No właśnie.

Wygląda na to, że Lars von Trier, wprawdzie z oporami, ale jednak przebrnął przez kolejny seans. Wytrzymuje to. Siedzi ze mną godzina za godziną, dzień po dniu, a kiedy wyjątkowo uda nam się znaleźć temat, który go zainteresuje, pogrąża się bez reszty w dyskusji i nawet nie próbuje niczego ukrywać. Szorstki ton rozmowy, jego mroczne spojrzenie na świat i ociężały sposób przedzierania się przez niego już mnie nie zaskakują. Wiele razy widziałem, jak czarne chmury się rozstępowały – za każdym razem, kiedy mówił o czymś, co go fascynowało. Już sama perspektywa przejechania się nowym odcinkiem autostrady oszałamia go. Pamięta to wspaniałe uczucie, kiedy odbierał prawo jazdy, kiedy po raz pierwszy siedział do późna w nocy, kiedy leciał samolotem i oglądał świat znad chmur.

Taki jest Lars von Trier. Jego dni zasnuwa mrokiem lęk, ale też został pobłogosławiony talentem do wyszukiwania we wszystkim swoistych polan, które przeobraża w place zabaw. Z regułami, rytuałami i techniką. Począwszy od szklarni, poprzez polowania, a skończywszy na filmach. Dla niego nawet najmniejsza zębatka zdaje się mieć w sobie coś z poezji. Obrazy, muzyka. Smak świeżych orzechów laskowych, szczęście wywołane czystym uderzeniem piłki tenisowej i to oszałamiające odczucie harmonii, gdy o świcie, po zabiciu jelenia, człowiek stoi z rękoma zanurzonymi w ciepłych, krwawych wnętrznościach zwierzęcia.

Cały czas się zatrzymuje i pochyla nad najmniejszymi drobiazgami. Zadaje pytania. I na nie odpowiada. Rozprawia o wszelkiego rodzaju tajemniczych szczegółach ze świata zwierząt – o malutkich raniuszkach, u których ogon stanowi główną część ciała. O zjawisku osmozy, bitwie pancernej czy też historycznych spiskach i intrygach, o których w większości dowiaduje się, skacząc po kanałach telewizyjnych. O tym, jak żyjące na pustyni zwierzęta maskują swoje odchody, czy też w końcu o tym, w jaki sposób przyjaciele Fidela Castro wielokrotnie próbowali go zlikwidować, a w ostatniej chwili zawsze zmieniali zdanie.

O każdej z zebranych przez siebie ciekawostek rozprawia tkliwie, zanim przekaże ją dalej z zachwytem, jak urodzinowy gość, któremu trudno jest się rozstać z wręczanym przez siebie prezentem i dlatego bez końca o nim opowiada.

Znacznie trudniej jest zaszczepić jakąś ideę w jego psychice. Większość czasu siedzi pogrążony w myślach. Ze wzrokiem nie do końca obecnym. Kiedy czasem uda się podsunąć jakiś temat, o którym Trier zdecyduje, że będzie mógł go wykorzystać jako brakujący element w swoim systemie, natychmiast otwiera swą skorupę i jak zwierzę chwyta go zębami i zabiera ze sobą, żeby później móc skonsumować i strawić.

Samego projektu – książki i licznych pytań – nienawidzi z całego serca. I właśnie teraz wykorzystuje zamieszanie, żeby się wymknąć i zatelefonować do rodziny, co jest jednym z wielu wyjść awaryjnych. Do żony Bente i ich dwóch dwunastoletnich synów, Ludviga i Benjamina, którzy, jak to podsumował Trier, zostali zmuszeni przez dziennikarza do emigracji u matki Bente. Natychmiast zmienia mu się głos.

– Cześć, Ludvig. Kładziesz się już spać? Rozrabiałeś? Naprawdę tak myślę. Będziemy musieli porozmawiać, gdy wrócicie do domu. Co z Benjaminem? Tak, tak, daj go do telefonu.

– Cześć. To ty, Benjaminku? Najwyższa pora iść spać. Poproś do telefonu mamę. Dobranoc, skarbie.

– Dobry wieczór. Tak, siedzimy i rozmawiamy. Gość gada jak ostatni świr, ten cały Nils. On kocha słuchać siebie samego. Tak to już jest z dziennikarzami.

– Moja kochana Bente – mówi już w pokoju i podaje mi słuchawkę.

Żebym i ja mógł powiedzieć jej dobranoc.

Blagier

Późnym wieczorem we wtorek, dwudziestego dziewiątego października 2002 roku, dziennik „Politiken” trafia do skrzynki na listy pracownika naukowego Biblioteki Publicznej w Århus Pedera Grøngaarda, który siedząc na krawędzi swojego łóżka, czyta o przedstawionych przez Triera nowych zasadach Dogmy, tym razem w odniesieniu do filmów dokumentalnych.

A potem długo nie może zasnąć.

– Byłem tak wzburzony, że zacząłem spisywać myśli w notatniku. Najpierw chciałem napisać felieton, ale stwierdziłem, że byłby zbyt długi. Pomyślałem więc, że napiszę artykuł, w końcu doszedłem do wniosku, że po prostu zrobię z tego naukowy projekt badawczy.

Peder Grøngaard uważa, że ostatni wyczyn reżysera to nonsens. Dlatego zdecydował wziąć się do tego von Triera i określić, co jest nie tak.

– Przede wszystkim ta jego arogancja. To on dyktuje, co jest prawdą w sztuce filmowej. Powiedziałem sobie: „Posłuchaj, drogi Larsie von Trierze, czy przypadkiem to nie ty przez całe swoje życie miałeś problem z tą prawdą?”. Od dawna bowiem odbierałem go jako autora mitów, człowieka, który sam się reżyseruje. Miałem wrażenie, że oszukuje. Niektóre jego zachowania postrzegałem wręcz jako film, emitowany dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Lars von Trier obsadził siebie w roli wielkiego, światowej sławy reżysera filmowego, uważa Peder Grøngaard. Twierdzi, że jest to tak wyraźne, iż człowiek prawie widzi klaps filmowy.

– Zachowuje się nieco arogancko i prowokacyjnie, niezbyt uprzejmie. Nie kwestionuję jego fobii. To wokół nich bardzo sprawnie snuje swoje opowieści. Kokietuje nimi, co doprowadza mnie do wściekłości. Mam ochotę powiedzieć: „Przestań, człowieku, opanuj się! Zajmij się lepiej tym, co potrafisz”. Bo jestem pewien, że mógłby nam wiele opowiedzieć, byleby był w stanie zacząć.

Peder Grøngaard ma magisterium z filologii duńskiej i wiedzy o filmie, w młodości był zakochany we francuskim kinie, uwielbiał reżyserów takich jak François Truffaut czy Jean-Luc Godard, ale był również zafascynowany filmami Nilsa Malmrosa i Billego Augusta. Natomiast von Trier nie wzbudził w nim entuzjazmu.

– Zastanawiałem się nad tym, że nigdy nie udało mi się „wejść” w jego filmy. Czułem, że stoję obok i patrzę na coś, co jest poruszające i imponujące. Niesamowicie piękne zdjęcia, ale nie miałem obsesji na punkcie jego filmów. Nie byłem w nich zakochany – mówi Grøngaard.

Teraz chciałby wiedzieć dlaczego. Wynikiem jego dociekań stała się niewielka książka – tak zwana rozprawa naukowa z Biblioteki Publicznej w Århus – gdzie Grøngaard w 2003 roku w artykule pod tytułem Lars von Trier: Myte og sandhed (Lars von Trier: Mit i prawda) obnaża twórczość Larsa von Triera i uzyskuje obraz egocentrycznego reżysera, który nie wykorzystał własnego talentu do stworzenia spójnego, osobistego dzieła, tylko sam stał się wyreżyserowaną prowokacją.

– Byłoby mi przykro, gdyby uznano, że celem mojego opracowania było oczernienie człowieka. W jego pracach jest wiele dobrego, a mój artykuł miał mu jedynie dać do zrozumienia, że powinien poważnie wziąć się za siebie. Bo tego nigdy nie zrobił. I to stało się jego wielkim artystycznym i osobistym problemem – twierdzi Peder Grøngaard.

Reakcją na rozprawę naukową była głucha cisza. Nawet znawcy dzieł Triera jej nie znają, a sam reżyser nigdy o niej nie słyszał. Co nie znaczy, że Grøngaard nie może mieć racji, tym bardziej że wcale nie jest osamotniony w swoich poglądach. Wiele jego argumentów jest powtarzanych w całej Danii, a niektóre przypominają zastrzeżenia zgłaszane przez znajomych, kolegów i ekspertów, mimo że niekiedy prowadzą do innych konkluzji.

*

W swojej pracy Peder Grøngaard próbuje dobrać się do mitu, który – jego zdaniem – von Trier świadomie kreuje. To mit o wielkim artyście, filmowym geniuszu, który „trylogią zatytułowaną Europa miał pokazać światu, że nie tylko dorównuje niejakiemu Jean-Lucowi Godardowi, ale wręcz jest od niego lepszy, jeśli chodzi o eksperymentalne plany akcji czy cytaty z filmów i książek, częściej też odnosi się bezpośrednio lub pośrednio do literatury, sztuki, muzyki i filmu”.

Potem przyszła kolej na konfrontację z „mitem o łagodnym, aczkolwiek nadal nieco cynicznym Larsie von Trierze, który wymienił wyrafinowany styl wizualny na religijność, sentymentalizm, kamerę z ręki i wszystkie dogmy, mające uratować sztukę filmową od dekadencji i upadku”. Teraz w centrum znalazł się człowiek i emocje, mimo że Trier również uczynił cnotę z przedstawiania siebie jako „cynicznego twórcy kina, pochłoniętego opisywaniem dobra i zła na tym świecie, najlepiej tak sentymentalnie i nikczemnie, jak tylko jest to możliwe”.

W końcu przyszła pora na mit o samym Trierze.

„Śledziliśmy Larsa von Triera w zmieniających się rolach: widzieliśmy jego demonstracyjny strój: garnitur i krawat w latach siedemdziesiątych, kiedy moda młodzieżowa dyktowała zupełnie inny styl, widzieliśmy go w beznadziejnym letnim ubraniu, stojącego przed kamperem w Cannes, podczas gdy inni chodzili ubrani jak dandysi, widzieliśmy go gładko ogolonego, z krótkimi włosami, z długimi włosami, z brodą, bez brody – i oczywiście jako antymieszczańskiego skinheada, gotowego obalić cały drobnomieszczański i zindywidualizowany przemysł filmowy, żeby samemu zasiąść najwyżej na tronie jako godny następca takich reżyserów jak Orson Welles, Carl Th. Dreyer czy Alfred Hitchcock, do których nie wahał się porównywać. Wybitne towarzystwo, do którego zapewnił sobie dostęp, skutecznie przez lata kreując swój mit”.

Wszystko to prowadzi do następującej konkluzji: von Trier stał się legendą w duńskim filmie, ponieważ potrafił przedstawić światu historię własnej osoby.

*

Następnie Peder Grøngaard przechodzi do filmów Triera, które określa jako bezosobowe i niespójne. To nie są żadne arcydzieła, tylko szereg spektakularnych buntów bez przepływu tej życiodajnej krwi, którą widać u naprawdę wielkich reżyserów.

– Jakby nieustannie się buntował przeciwko praktycznie wszystkiemu, a przede wszystkim przeciwko radykalnej kulturze domu rodzinnego. I to tak bardzo, że być może właśnie to uniemożliwia mu mówienie o czymkolwiek innym – zauważa Peder Grøngaard, który także twierdzi, że wyraźnie widać, jak Lars von Trier łaknie uznania, miłości i sławy, co oczywiście może być siłą napędową artystycznej twórczości. – Ale Trier nie odciska na nich własnego piętna – twierdzi. – Ja przynajmniej tego nie dostrzegam – dodaje.

W świecie wczesnych filmów Triera nie ma społecznych relacji między ludźmi, jest tylko pięknie oświetlona przestrzeń wizualna. W swoich późniejszych filmach reżyser zmienia taktykę i przechodzi z jednej prowokacji w drugą. Siłą napędową staje się przekonanie, że jeśli coś jest zakazane, trzeba ten zakaz naruszyć.

– Takie samo zachowanie można zaobserwować u dzieci, które broją, żeby zasłużyć na naganę. Znacznie trudniej jest zrobić coś dobrego i próbować zwrócić na to uwagę otoczenia – mówi Peder Grøngaard.

– Uważasz, że Lars von Trier się nie obnaża, ale ukrywa za ironią i prowokacją?

– Tak. Kiedy dziecko zachowuje się niegrzecznie, wie doskonale, że rodzice będą się gniewać. Wtedy skarcenie tak bardzo nie boli. Lars von Trier powiedział nawet, że ma nadzieję, że ludzie zaczną go nienawidzić tak jak jego filmy. Jest wręcz niezadowolony, kiedy uważa się, że zrobił dobry film. Bo to znaczy, że nie dał z siebie wszystkiego, a będąc artystą, powinien zawsze do tego dążyć.

– Jakimi osobistymi dramatami, według ciebie, powinien zająć się w swoich filmach?

– Tego nie mogę wiedzieć. Ale nie rozumiem, dlaczego nie pójdzie w ślady Bergmana i nie zacznie opowiadać o demonach, nie powie: „Moje demony to…”. Bergman spisał je na skrawku papieru podczas programu telewizyjnego i położył na stole. Po czym powiedział: „Pierwszy demon”, i po kolei szczegółowo je objaśniał.

Jedynym filmem Triera, który Peder Grøngaard polubił, jest serial telewizyjny Królestwo. W swej pracy chwali go bardzo zdecydowanie, był nim również zachwycony jako widz.

– Uważam, że był fantastyczny. Byłem nim szalenie poruszony, jest niesamowicie zabawny. Jest w nim swego rodzaju powaga, mająca wiele warstw. Naprawdę uważam, że w tym filmie Trier zatrzymał się i spojrzał w głąb siebie. Serial zawiera wszystkie elementy, nad którymi Trier jako artysta powinien się zastanowić. Wszystkie jego demony.

– Królestwo jest prawdziwym katalogiem dramatycznych, psychologicznych i egzystencjalnych elementów – w tym osobistych dramatów Triera, które powinien rozwinąć. Do tego powinien wykorzystać swój talent – zauważa Grøngaard. Czy, jak pisze: „Trier sam twierdzi, że Królestwo jest wyjątkiem w jego twórczości. Rzeczywiście jest wyjątkiem, który pokazuje, że tak naprawdę Trier jest wielkim artystą z wieloma możliwościami, ale na drodze do ich realizacji stoi on sam”.

W pewnym momencie Peder Grøngaard myślał, że Trier się rozwinie, stając się genialnym artystą.

– Że będzie w stanie wnieść do sztuki filmowej coś zdecydowanie nowego, jak Bergman – mówi.

– Kim więc jest Lars von Trier, jeśli nie jest geniuszem?

– Byłoby mi przykro, gdyby uznano, że uważam go za kiepskiego kłamcę, który nic nie potrafi, ponieważ tak nie uważam. Myślę jednak, że stał się twórcą mitów, blagierem i magiem, którego trochę mi szkoda.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Lars von Trier

Подняться наверх