Читать книгу Mów własnym głosem - Регина Бретт - Страница 8

Lekcja 1

Оглавление

Pisz, żeby ratować życie – na początek swoje własne

Pisanie uratuje ci życie.

A potem uratuje życie komuś innemu.

Taką moc ma wyrażanie swojej prawdy.

Ja straciłam tę umiejętność we wczesnym dzieciństwie. Jednym z moich pierwszych wspomnień jest wrzask taty, spuszczającego mi lanie. Byłam jeszcze małą dziewczynką i próbowałam mu wytłumaczyć cichym, smutnym głosem: „Nie musisz na mnie krzyczeć. Jestem tylko dzieckiem”.

Miałam ledwie cztery albo pięć lat, więc nie mogłam wygrać z nim ani z jego pasem. Po pewnym czasie przestałam mówić cokolwiek na swoją obronę. Później jednak zaczęłam pisać. I to uratowało mi życie.

W szkole podstawowej zaczęłam prowadzić pamiętnik, a pisanie stało się moją terapią i moim najlepszym przyjacielem.

Było moją bratnią duszą, kiedy czułam się samotna. Moim jedynym słuchaczem, kiedy nie miałam komu zwierzyć się ze swojego cierpienia. Moim oparciem, bezpieczną przystanią i zbawieniem, zanim znalazłam Boga, który dał mi to wszystko i wiele więcej.

Kiedyś tylko pisanie pozwalało mi uwolnić się od lęku. Nadal miewam takie dni.

Wciąż jest mi oparciem – jak kula inwalidzka, która pomaga stanąć na nogi komuś zbyt słabemu, żeby mógł utrzymać się na nich samodzielnie.

Kiedy nie potrafiłam zebrać się na odwagę i powiedzieć rodzicom, że jestem w ciąży, sięgnęłam po długopis. W najtrudniejszym liście, jaki kiedykolwiek napisałam, musiałam przyznać się mamie i tacie, że zamierzam urodzić i wychować nieślubne dziecko, chociaż mam dopiero dwadzieścia jeden lat. Wsunęłam kartkę pod magnes na lodówce. Bałam się nawet wręczyć im ten list. Komunikacja ustna była dla mnie za trudna – musiałam postawić na pisemną.

Myślałam, że jeśli powiem im o wszystkim twarzą w twarz, mój tata podniesie głos i obrzuci mnie wyzwiskami, a mama rozpłacze się, pokręci głową z zażenowaniem, a potem ze złości przestanie się do mnie odzywać. Tymczasem rodzice bardzo pomogli mi w wychowaniu córki, która stała się ich ukochaną pierwszą wnuczką.

Wiele lat później, gdy poszłam na terapię, żeby uwolnić się od traum z dzieciństwa, napisałam do rodziców i rodzeństwa listy o tym, co przeżyłam w naszym rodzinnym domu. Chciałam przełamać panującą wśród bliskich zmowę milczenia, żeby oni również odważyli się sięgnąć po pomoc w ukojeniu swoich ran. Tylko w ten sposób mogliśmy przerwać łańcuch przemocy i ustrzec przed nią kolejne pokolenie.

Kiedy zachorowałam na raka piersi, pisanie ocaliło mnie przed rozpaczą. Zamiast zadręczać rodzinę i przyjaciół swoim smutkiem i strachem, pisałam dziennik. Przekułam to bolesne doświadczenie na felietony prasowe, które pomogły innym kobietom zmagającym się z rakiem piersi. Pisanie poprawiało mi nastrój, kiedy straciłam włosy, kiedy pożegnałam się ze swoimi piersiami, kiedy nie byłam pewna, czy mam przed sobą jeszcze jakąś przyszłość.

Gdy dowiedziałam się, że jestem nosicielką mutacji w genie BRCA1 i istnieje pięćdziesiąt procent prawdopodobieństwa, że inni członkowie mojej rodziny również są bardziej narażeni na raka piersi, napisałam listy do rodzeństwa i kuzynów. Wysłałam im swoje wyniki i namawiałam, żeby się przebadali i walczyli o własne życie.

Pisaniem możesz uratować innych. Ale najpierw uratujesz nim siebie samego.

Nie tylko ty czujesz się tak samotny, zdesperowany czy smutny. Nie tylko ty borykasz się z autyzmem, chorobą afektywną dwubiegunową czy obezwładniającą depresją. Nie tylko ty tęsknisz za dzieckiem, które wybrało narkotyki, trafiło do więzienia albo popełniło samobójstwo. Nie tylko ty masz za sobą poronienie, koszmarny rozwód czy diagnozę, która nie pozostawia żadnej nadziei.

Niezwykle cenną pamiątką jest dla mnie przywieziona z Irlandii pocztówka z cytatem Patricka Kavanagha:

W swojej samotności nie jesteśmy sami

Inni zdążyli już poznać przed nami

to cierpienie, które uważamy za jedynie swoje:

nierozwiązane problemy, niedoszłe podboje,

niespełnione przyjemności…

Pewnego roku szłam plażą pogrążona w rozpaczy, zastanawiając się, czego potrzebuję, żeby poczuć się lepiej. Zadałam to pytanie Atlantykowi, a odpowiedź przyszła natychmiast – tak wyraźna, jakby przemówił do mnie ocean. „Musisz pisać”.

I wtedy zrozumiałam. To był dla mnie jedyny ratunek.

Po co pisać?

Na to pytanie istnieje wiele odpowiedzi, a każdy z nas musi odnaleźć własną. Kiedy już na nią trafisz, zapisz ją na kartce i połóż ją przy klawiaturze, nalep na komputerze albo na okładce dziennika.

Kiedyś zakochałam się w robotniku budowlanym, który powiedział, że jego matka zajmuje się pisaniem. „A co pisze?” – zapytałam, sądząc, że chodzi o poezję, powieści albo opowiadania. „Pisze do chorych w szpitalach – wyjaśnił mój ukochany. – Codziennie wysyła jeden list albo kartkę, najczęściej do nieznajomych”.

Po co pisać?

Dobre powody podaje Henry David Thoreau w książce Walden, którą odkryłam w dziesiątej klasie na lekcji języka angielskiego: żeby „żyć świadomie […] zapędzić życie w kozi róg […] stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, […] przyswoić sobie to, czego może mnie życie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem”*.

Ja piszę też z innych powodów. Oto moja lista – może odnajdziesz w niej coś dla siebie:

Żeby sławić Boga i karmić słowem Jego owce.

Żeby pozwolić mojej duszy uwielbiać Pana.

Żeby bronić radości.

Żeby mówić za tych, którym odebrano głos.

Żeby pokazać światu kogoś niepozornego, kogo mógł przeoczyć.

Żeby rozśmieszać czytelników i poprawiać im humor.

Żeby pocieszać niepocieszonych i niepokoić zbyt spokojnych.

Żeby uświadomić ludziom, że nie są sami.

Żeby uciszyć krytyków w swojej głowie.

Żeby ukoić swoje serce.

Żeby inspirować.

Żeby kwestionować.

Żeby ocierać łzy.

Żeby doprowadzać do łez.

Żeby wyrzucić z siebie to, o czym wstyd każe mi milczeć.

Żeby uleczyć swoje rany.

Żeby wiedzieć.

Żeby zapomnieć o tym, co wiem.

Żeby podzielić się wszystkim, czego doświadczyłam w życiu.

Żeby moja prawda nie umarła z zaniedbania.

Żeby nawiązywać kontakty.

Żeby żyć dwa razy.

Żeby zabierać ludzi w miejsca, w które wcale nie chcą iść – i których nigdy nie zapomną.

Żeby dać głos całemu pięknu i całej brzydocie świata.

Żeby przypomnieć innym, że bez względu na wszystko życie jest darem.

Żeby zmieniać świat.

Żeby dawać świadectwo.

Żeby ująć się za biednymi, słabymi, cichymi, chorymi, niepozornymi, samotnymi.

Żeby żyć wiecznie.

Jeśli pragniesz nieśmiertelności – pisz. Nawet kiedy ciebie już nie będzie, twoje słowa pozostaną z czytelnikami na zawsze. Annie Dillard radziła, żeby pisać jak umierający twórca do czytelników w stanie terminalnym. Wszyscy przecież umieramy, tylko niektórzy szybciej niż inni.

Zachowałam e-mail od matki, która napisała do mnie po śmierci syna w wypadku samochodowym: „Często się zastanawiam, czy reporterzy rozumieją wartość swoich słów. Słowa pokazują nasze wnętrze, a Pani wnętrze, pani Brett, musi być naprawdę piękne. Potrafiła Pani zrozumieć tę straszliwą sytuację, przynieść w niej choć odrobinę ulgi i okazać niezwykłe współczucie, co bardzo doceniam… Współczucie jest nam niezwykle potrzebne. Dziękuję za nie”.

Czytelnicy są dla mnie trenerami i cheerleaderkami. Towarzyszą mi w tej mistycznej podróży. Dzwonią, żeby powiedzieć: „Głowa do góry!”. Piszą, żeby mnie pochwalić: „Pani książka jest dla mnie jak ciepły uścisk”. Wysyłają e-maile z podziękowaniami za to, że daję nadzieję „tym, którym wydaje się, że się nie liczą”. Zostawiają odciski palców na moim sercu – jak kobieta, która znalazła czterdzieści pięć moich lekcji w kieszeni swojego męża. Zmarł czterdzieści pięć dni po tym, jak zdiagnozowano u niego raka.

Mój przyjaciel Bill Tammeus powiedział kiedyś: „Czytelnik jest twoim najważniejszym pracodawcą”. Możesz pisać dla siebie, ale piszesz też dla innych. Bezdomni będą cię czytać w bibliotece. Sekretarki będą cię czytać na stołówce w czasie przerwy na lunch. Pacjenci będą cię czytać w szpitalnych łóżkach.

Zapamiętałam słowa Randy’ego Shiltsa, które napisał po ukończeniu książki And the Band Played On (A orkiestra grała dalej) o epidemii AIDS, choroby, na którą później zmarł. Dziękował chorym na AIDS, którzy „poświęcili swoje ostatnie godziny na wywiady, czasem leżąc na łożu śmierci i walcząc o każdy oddech. Kiedy pytałem, dlaczego to robią, mówili, że chcą uchronić innych przed tym cierpieniem. Nie wyobrażam sobie większego bohaterstwa”.

W świecie pisarzy znajdzie się miejsce również dla ciebie. Może nie trafisz na listę bestsellerów ani przed Norweski Komitet Noblowski, ale gdzieś na świecie jest ktoś, do kogo dotrą twoje słowa – a dzięki nim miłość Boga. Powierz długopis służbie Bogu i tej osobie. Wystarczy, że okażesz swoją gotowość. Sukces zawsze będzie zasługą Boga.

Już dawno temu zawarłam z Nim umowę, której nadal dotrzymuję: ja piszę, a On dostarcza moje słowa ludziom na całym świecie, którzy ich potrzebują albo pragną.

Moje zadanie polega tylko na tym, żeby kochać to, co piszę, i ludzi, którzy to czytają.

Jeśli nie zaangażuję się na sto procent, ktoś inny zrobi to za mnie.

Albo, co gorsza, nie zrobi tego nikt.

* Henry David Thoreau, Walden, przeł. Halina Cieplińska, Poznań 2018.

Mów własnym głosem

Подняться наверх