Читать книгу Dzieła rozebrane - Daniel Passent - Страница 10
ОглавлениеSZKLIMY NA ZAKŁAD
Kontakty z „prywatną inicjatywą”?
Nieuchronne. Szewcy, murarze, rymarze, mechanicy – wszyscy ci ludzie ratowali nas przed wieloma kłopotami. Traktowano rzemieślników jako przeżytki kapitalizmu, a przetrwali do końca PRL. Niektórzy byli zamożni. Wezwał mnie dyrektor szkoły, kiedy byłem w gimnazjum, i zapytał: „Chciałbyś mieć motocykl?”. No, chciałbym. „To będziesz udzielał korepetycji M.”. Motocykla na tych lekcjach nie dorobiłem się, ale widziałem klasę finansową państwa M. (zakład fotograficzny przy placu Trzech Krzyży, obok Szpilek).
Imponowała?
Imponowała. Ale ani klasa robotnicza, ani klasa majątkowa nie stały mi się w życiu szczególnie bliskie. Korepetytorem też nie zostałem. Cały pogrzeb na nic.
Warszawa jest zapewne jedyną stolicą, w której stoi pomnik szewca. To zobowiązuje nas i szewców. Poczynimy zatem kilka uwag na temat życia duchowego rzemieślników polskich. Pragniemy dać dowód, że szewc to dla nas nie tylko ćwiek, a malarz to nie jest wyłącznie pijak, który zamiast stołka barowego używa drabiny, lecz że w każdym bojowniku frontu usług dostrzegamy człowieka z całą pajęczyną kompleksów i namiętności. Przez lata obcowania z rzemieślnikami zgłębiam zakamarki ich dusz niczym speleolog, który penetruje coraz ciemniejsze zakamarki jaskini.
Kto raz nurkował w głębię psychologii szewca, ten wie, jak bezduszne jest określenie „usługi dla ludności”, ponieważ słowo „ludność” miało nie zawsze miłe skojarzenia. Biurokrata, co stworzył ten termin, powinien zawisnąć do góry nogami na pomniku Kilińskiego, który jest symbolem cnót drobnej wytwórczości, spychanej na margines zainteresowań.
Na peryferiach Warszawy po dwóch stronach ulicy stoją dwie kuźnie, oddalone od siebie najwyżej o pięćdziesiąt metrów. Jak w jednej odbijają butelkę, to w drugiej widać, co będzie pite. Jak w tej drugiej kują konia, to w tej pierwszej wiadomo, ile wpłynie gotówki. Kucie konia latem – 400 zł, zimą więcej, bo dochodzi gwintowanie. Dwa konie podkuć, plus pół litra i tysiąc złotych diabli wzięli. A ludzie myślą, że chłop nie ma wydatków.
Stare i nowe w tych kuźniach zespawane jest na amen. Symbolem starego jest właściciel kuźni pierwszej. Kiedy jest pijany, to nawet najjaśniejsze iskry, które skaczą od palnika, nie są w stanie rozjaśnić jego zamroczenia. Zamiast za kopyto, chwyta wówczas konia za ogon. Twarz ma czerwoną, a wygląd niechlujny, jak z Rewizora. („Horodniczy: Proszę, ażeby wszystko było przyzwoicie. Szlafmyce powinny być czyste, chorzy zaś lepiej ubrani niż codziennie, niepodobni do kowalów”). Naprzeciwko, w drugiej kuźni, mieści się przyczółek nowego. Szefową jest kobieta, zapewne jedna z nielicznych w Polsce niewiast na kierowniczym stanowisku w resorcie hutnictwa i stali. Ma własny kantorek do pracy umysłowej, budkę zbitą z desek i przytuloną do szopy, w której mieści się kuźnia. Uosobieniem nowego jest także młody kowal. Podobnie jak konie, które podkuwa – jest silny i trzeźwy, ale w odróżnieniu od nich – jest absolwentem szkoły dla kowali i mechaników. Przygarnięty z kraju Kurpiów, od lat mieszka u szefowej w zgodnej symbiozie. Nieraz widać go na ulicy, jak ciągnie ręczny wózek niczym mleczarz, ale zamiast butelek ma aparat do spawania, niezwykle ciężki. Jedna wizyta u klienta kosztuje tyle co kucie konia.
Najbogatsze życie wewnętrzne mają jednak nie kowale, lecz stolarze. Stanowią arystokrację duchową sektora usług, gatunek zanikający, który cieszy się jednak mniejszą opieką niż żubry. Najlepsi z nich są artystami dłuta i holajzy na skalę światową. Gnieżdżą się na ogół w piwnicach albo w budach własnej roboty. Są zazwyczaj po pięćdziesiątce, gdyż ludzi młodych udało się odciągnąć od sfery usług. Pomagałem niedawno stolarzowi z przedwojenną tradycją umieścić ogłoszenie w rubryce „Przyjmę do pracy”. Nie zgłosił się prawie nikt, mimo pensji ponad 7 tys. zł. Inna sprawa, że i kwalifikacje wymagane są wyższe.
Stolarze nie piją codziennie. Ze względu na wiek przestrzegają diety, tylko od czasu do czasu wpadają w trans. Ujawniają wówczas głębię Marii Stuart i przebiegłość królowej Elżbiety. Znam stolarza, który w środku heblowania futryny wyszedł z pracy do swojej oblubienicy (mogłaby być jego córką), u niej zaś na skutek bliżej nieznanej tragedii miłosnej rzucił się z drugiego piętra, pozostawiając robotę na tak długo, jak długo zrasta się miednica po czterdziestce.
Termin i cena u stolarza praktycznie nie istnieją, zaś warunki uzgodnione bywają gwałcone jak traktat wersalski. Stolarz w rozmowie wyciąga rachunki za czynsz, wodę, energię etc. Jest kapryśny, a jego słowo jako rękojmia warte jest tyle co trociny. Sylwetka psychiczna stolarza polskiego wzorowana jest na postaci René, opisanej przez François-René de Chateaubrianda. „Jest to obraz młodzieńca znudzonego przedwcześnie nadmiarem życia, pełnego żądz niespokojnych, których zadowolić nie może. Temperament jego był gwałtowny, charakter niesforny” – tak charakteryzował go wielki polonista Piotr Chmielowski. „Oskarżają mię, że mam upodobania zmienne, że nigdy długo nie mogę zająć się jednym przywidzeniem, że padam ofiarą imaginacji zbyt spiesznie sięgającej do dna przyjemności, oskarżają mię, że mijam zawsze cel, który mógłbym osiągnąć! A ja szukam tylko niewiadomego dobra, którego instynkt ciągle mnie ściga”. (Przekład Boya). Taka nawałnica uczuć miota dziś stolarzem, kiedy struga capy (w miastach mówią „czopy”).
Znam stolarza, który mógłby konserwować Wawel, takie ma złote ręce, a nawet kupić ten zamek dziecku, tyle ma pieniędzy. Rozmawialiśmy kiedyś na ulicy, gdy nie mógł utrzymać się na nogach i padł w błoto, podcięty przez alkohol. Zanik rzemiosła stolarskiego powoduje, że ceny są zawrotne. Pewien marny stolarz z Wołomina (specjalność: wieszanie szafek kuchennych) żąda za popołudnie tysiąca złotych, za metr boazerii 2,5 tys., a za jeden stopień dębowy niewiele mniej. Trudno się dziwić, skoro w Polsce zbudowano w tym roku prawie 50 tys. domków jednorodzinnych, to jest znacznie więcej, niż mamy stolarzy, nie mówiąc o mieszkaniach, które ludzie przerabiają jak źle skrojone sukienki. Wkrótce będą to rzemieślnicy tylko dla wybranych, pozostali będą oglądać ich dzieła w muzeach jak portrety szlachetnie urodzonych pędzla Goi.
Zaprzeczeniem stolarza jest cykliniarz. Współczesne pokolenie cykliniarzy przeżyło rewolucję, jaką było wyeliminowanie cykliny ręcznej przez tarczę pokrytą papierem ściernym i obracaną elektrycznie. Wałek wyeliminował typ cykliniarza osiłka, tak jak wynalazek Gutenberga wykończył kaligrafów-zakonników. Dawniej cyklinowanie odbywało się na kolanach, osłoniętych nakolannikami z kawałków opon. Cykliniarz pracował w tej samej poniżającej pozycji co brukarz. Dzięki maszynie przybrał pozycję pionową, przestał poruszać się na czterech łapach. Dawniej motorem jego pracy był alkohol. Stawiał butelkę pod przeciwną ścianą i zlany potem zmierzał do niej jako do jedynej satysfakcji, po czym przenosił ją pod drugą ścianę. Najbardziej narażoną częścią ciała były kolana i wątroba. Obecnie, ze względu na hałas maszyny, na pierwszej linii frontu są uszy – jak napisano by w raporcie o cykliniarzach, gdyby ten temat godny był ofensywnych dziennikarzy. W dalszej kolejności są oczy i płuca, atakowane przez lakiery do podłóg, tak szkodliwe, że powinny być zakazane. Wątroba spadła na czwartą pozycję.
Życie duchowe cykliniarza jest uboższe, ponieważ hałas i smród uniemożliwiają skupienie. Otuchę czerpie z pieniędzy. Jak państwo wiedzą, „cyklinowanie” i „bezpyłowe cyklinowanie” wypełnia połowę działu ogłoszeń Życia Warszawy. Są to ludzie tak chętni do pracy, że na pierwsze zawołanie zjeżdżają ze swoją maszyną o każdej porze dnia i nocy, gotowi budzić dzieci i starców, byle tylko zacząć jeszcze dziś wieczór. Tajemnica tej podaży jest zrozumiała. Metr kwadratowy cyklinowania i lakierowania od zaraz kosztuje 80-110 zł, z tego robotnik otrzymuje nie więcej niż 30, reszta idzie na lakier, inne koszty i zysk przedsiębiorcy. Podobnie jest u parkieciarzy, którzy płacą robotnikowi najwyżej 300 zł dziennie, a jego dzienną pracę sprzedają za tysiąc.
Nic dziwnego, że panuje pogoń za gotówką i nie ma czasu na życie duchowe. Niczego nie brak: klepki w nowych mieszkaniach, lakierów i ludzi chętnych do ciężkiej, akordowej, ale dobrze płatnej roboty.
Co innego w branży szkieł i luster. Tu odpędzają klienta drzwiami i oknami z braku szkła. Oszklenie dużego okna jest problemem i mówi się „oszklimy na zakład”. Nowicjusze sądzą, że okno będzie zabrane do zakładu, skąd wróci gotowe, tymczasem zamiast jednej dużej – otrzymują dwie szyby mniejsze, z których jedna zachodzi na drugą, i to jest ten zakład. Jednak wizyta u szklarza zawsze jest pouczająca, można się dowiedzieć, że lustro wolno myć tylko wodą, a kwasu solnego nie należy w ogóle wpuścić do domu, bo koniec z lustrem. Patrząc na napis „Luster nie odświeżamy”, można pękać ze śmiechu na widok klientów. Tak jak w bajce Kryłowa:
Gdy małpa siebie w lustrze zobaczyła,
Niedźwiedzia skrycie łapką potrąciła.
„Patrz, mówi ona, mój dobry kumie stary,
Czyj w lustrze może być obrazek tej poczwary?”
20 listopada 1976 r.