Читать книгу Dzieła rozebrane - Daniel Passent - Страница 6

Оглавление

JEDNA TRZECIA BOHATERA

Pierwszy felieton – że się pan nadął jak balon. Dla mnie radość.

Radość?

Bo parę lat temu jeden z pańskich kolegów z „Polityki” napisał tak o mnie. Że się jak balon nadąłem.

To pan jest jednym z tych, którzy całe życie pamiętają, co o nich „napisali w gazecie”? Tkwi to w nich jak odłamek i do śmierci to pokazują: „tu, o tu mnie obsmarowali”. Ten felieton o nadęciu faktycznie nadaje się na otwarcie, bo felieton nie znosi koturnów, to zaprzeczenie nadęcia.

Oczymże pisać na warszawskim bruku, żeby na nim nie wylądować?

Felietonem sprzed dwóch tygodni poczuły się obrażone cztery osoby, z tego dwie telefonowały do Rakowskiego, którego widocznie uważają za chłopca do bicia. Ten zaś natarł mi uszu; teraz nie tylko mam nos duży, ale i uszy spuchnięte. Cóż za obyczaje?! Zamiast mnie po tyłku nałożyć – do wychowawcy dzwonią, bo u nas nawet byka po czterdziestce traktuje się jak dziecko, i trzeba je wychowywać. „Nasza inteligencja jest pacyfistyczna, wolnomyślna, wygadana, encyklopedyczna, ciekawska i anarchistyczna” – pisał Ignacy Fik, ale zapomniał dodać, że jest obrażalska.

Jak gdyby nie dość było rozwagi, delikatności i oględności, to jeszcze nazwisk się nie wymienia, taka zapanowała grzeczność. Czytam felieton Toeplitza – mistrza naszego gatunku, o którym mówiono „cudowne dziecko”, kiedy do mnie (bo o mnie nikt tak nie mówił) zwracano się per smarkaczu – felieton o tym, że może ludzie nie chodzą na filmy niektórych reżyserów, bo są złe, a na filmy innych wolą, bo są dobre i do końca niewyeksploatowane, że filmy złe są produkowane zwłaszcza przez „zespół filmowy w Łodzi”, i nie pada ani jedno nazwisko filmowca, ani też nazwa żadnego zespołu.

Jedynym człowiekiem, z którego można się śmiać, którego można kopać, gryźć i nim pomiatać, jest niejaki Passent i jemu też dziś nałożę po ryju. „Doszło do tego, panowie, że muszę z braku przeciwników sam ze sobą dyskutować” – jak pisał Antoni Słonimski.

Otóż ta bulwa nadęta z Polityki, ta rzodkiewka z wierzchu biało-czerwona, a w środku sparciała, ten balon nadmuchany nie helem, nie powietrzem nawet, ale próżnią wypełniony, od pewnego czasu obnosiła się z ogłoszeniem, które ukazało się w prasie 19 czerwca: „W dniu 30 czerwca 1980 w Instytucie Badań Literackich PAN w Sali 103 o godz. 12.30 odbędzie się publiczna obrona rozprawy doktorskiej mgra Piotra Stasińskiego «Poetyka i pragmatyka felietonu w polskiej prasie» (…) ilustrowana analizami trzech jego realizacji: albumy fotograficzne Kazimierza Chłędowskiego, kroniki tygodniowe Antoniego Słonimskiego i felietony Daniela Passenta z Polityki. Promotor: doc. dr hab. Janusz Sławiński…”.

Zamiast spalić się ze wstydu, że jest świnką morską, psem Pawłowa, gorzej – Łajką literacką (która lepiej, żeby nie wróciła na ziemię), ten buc, z właściwą sobie hucpą, zajechał przed Pałac Staszica kosztowną limuzyną (wiadomo, za czyje pieniądze kupiona), nie odkłonił się Mikołajowi Kopernikowi, bądź co bądź naszemu największemu uczonemu, którego teorii nie śmieją podważyć nawet najbardziej niechętne nam ośrodki dywersyjne, zbezcześcił świątynię nauki, przekraczając jej drzwi frontowe, wcale nie dla niego przeznaczone, nie podał ręki popiersiu Stanisława Staszica, tylko udał się wprost do sali 103, żeby usiąść w prezydium, dokąd go nikt nie prosił i gdzie nawet taki spryciarz jak on się nie zmieścił, ponieważ obok prof. Żółkiewskiego trudno się zmieścić.

Usiadł obrażony pośród publiczności, której się nawet nie ukłonił, wpatrując się cały czas w portret Tadeusza Kotarbińskiego, a i głowę dam, że albo myślał, że lepiej by namalował, albo sam korzystniej by w tym miejscu wyglądał. Nie mogąc jednak pogodzić się z tym, że ktoś może wziąć go za zwykłego słuchacza, zaczął odbierać ludziom kwiaty przyniesione dla Piotra Stasińskiego, kiedy ten z magisterskiej larwy pofrunie doktorskim motylem, skromnie nieraz, ale z głębi serca kupione storczyki (primo voto orchidee), które splecione następnie w wieniec własnoręcznie założył na swój pusty łeb, a co się nie nadawało, to deptał, a deptał tak zajadle, jak zazwyczaj depce ludzi, aż litościwa teściowa magistra (wówczas jeszcze) musiała wyprowadzić jego nieletnią dziecinę, żeby pobawiła się z koryfeuszami nauki w kuluarach.

Na tym tle zachowanie Kazimierza Chłędowskiego i trzeba przyznać, że mimo wszystkich zastrzeżeń również Antoniego Słonimskiego, nie budziło zastrzeżeń. Chłędowski, były urzędnik namiestnictwa lwowskiego, który pisał felietony sto lat temu, kiedy Passent ledwo robił pod siebie, ale jeszcze pod siebie nie pisał, i Słonimski, który bądź co bądź sfinansował przewrót majowy, pożyczając Wieniawie na taksówkę, mieli na tyle kindersztuby, żeby się nie pchać między uczonych, skoro obaj nie byli magistrami.

Felietonista Polityki natomiast o istnieniu Chłędowskiego nigdy nie słyszał, a zachowywał się tak, jak gdyby każde jego zdanie umiał na pamięć, zwłaszcza: „Kąsaliście wy, panie hrabio, trzeba i was troszeczkę pokąsać”, i dlatego telefon Rakowskiego zadzwonił dwa razy. Chłędowski, który „fotografował” ludzi, a nie system, gdyż system wówczas był nie nasz – tylko zaborczy, powinien był wbić szczeniakowi do głowy swoją maksymę retuszera, którą miał krótką: „Lepiej obielić aniżeli zaczernić”, i dlatego telefon w redakcji Kraju u Adama ks. Sapiehy nigdy nie dzwonił, chociaż Bell i Popow już kombinowali, a Marconi nawet wykombinował sobie wkrótce Nagrodę Nobla za to właśnie, przez co dziś telefonują obrażeni do MFR.

Podczas uroczystości Passent naruszył nie tylko wszelkie reguły dobrego wychowania, ale i prawa fizyki, zaczął bowiem przez swą próżność unosić się w górę „wciąż wyżej i wyżej, i wyżej”, jak w zapomnianej dziś piosence lotników, ilekroć w rozprawie doktorskiej padały takie nazwiska, jak Prus, Świętochowski, Dostojewski, Tuwim, a nawet Urban, bo już mu było wszystko jedno z tego nadęcia, z tej rozedmy, z tego spurchawienia, tak że nawet nie dotarło doń nazwisko Gogola, autora bądź co bądź znacznego, a wymienionego w związku z opowiadaniem Passenta „Cyceron” (Polityka 1976).

Unosząc się tak wysoko, cwaniak ten udawał, że nie słyszy, iż felieton cofa się obecnie od inteligenckiej walki światopoglądowej do niepoważnej formy mieszczącej aktualne variété, on zaś stosuje dwupiętrową ironię i jest autosatyrycznym kpiarzem, że rozdział o Słonimskim nie bez powodu jest najdłuższy i ma trzy razy tyle przypisów co rozdział o felietoniście Polityki (zaledwie 50), a przede wszystkim całą plejadę prostych skądinąd terminów, dla nieuka jednak niedostępnych, jak: modalność, nadadresat, lektura nielinearna, instytucjonalizacja retoryki kontekstu, satyra prewencyjna, aposiopesis, zabawa autoteliczna, uwewnętrzniona pragmatyka felietonu, polemika implicytna, realistyczne i perswazyjne „my” Słonimskiego, tytuł oksymoroniczny, totum pro parte i pars pro toto, bo chociaż załatwił sobie niejeden wyjazd, to do łaciny nigdy go nie wysłali.

Przekłuta lancetem nauki, jedna trzecia bohatera pracy doktorskiej zaczęła opadać na salę, która słyszała syk, z jakim uchodziła zeń spieniona żółć, jad i szumowina wszelaka. Spadł jednak znów na cztery łapy (które mu w końcu ktoś przetrąci), w sam raz – choć niby przypadkowo – kiedy recenzenci mówili, że jest to praca wybitna, pierwsze w polskim literaturoznawstwie dzieło o felietonie, i to w dodatku na przykładach wybitnych przedstawicieli gatunku. W tym miejscu, za pozwoleniem, doszło do gorszącego incydentu, ponieważ felietonista Polityki zakłócił przebieg obrad, przedzierając się do prezydium, żeby ucałować prof. Michała Głowińskiego, który to powiedział, po gospodarsku, prosto w usta, i było w tym nawet coś pocieszającego, że i ten szakal zdolny jest do odruchu ludzkiego. Inny profesor wzywał nadaremnie milicję, która nie przybyła dzięki znajomościom Passenta w aparacie ścigania i której niespecjalnie zależy na ochronie Głowińskiego. Zawarł te znajomości z MO w trakcie odsiadywania długoletnich, a jakże zasłużonych wyroków, m.in. za gwałt, podczas którego zginął w dodatku kożuch, i za Powiatowy Ośrodek Maszynowy, będący inwestycją wiodącą w województwie ciechanowskim.

Na zakończenie obrony goście udali się na najwyższe piętro Pałacu Staszica celem skonsumowania lampki wina, gdzie zastali jedynie okruchy po ciasteczkach i puste szkło, opróżnione przez nieznanego sprawcę. Felietonista Polityki tymczasem, udając Greka, odepchnął ojca, matkę, teściową i dziecko doktoranta, wdrapał się na profesora Żółkiewskiego, żeby jako pierwszy złożyć zasłużone, zwłaszcza ze swojego punktu widzenia, gratulacje. A że miał gębę pełną ciasteczek, dr Stasiński uprzedził go, że ma nadzieję na ogłoszenie swojej pracy drukiem, ale bez rozdziału o Passencie, który nie przejdzie, i dlatego dopisze rozdział o Nowaczyńskim. Założę się, że teraz felietonista Polityki dyskontuje i ten policzek, paradując bezwstydnie po Nowym Świecie jako ofiara endecji i udając niewiniątko z każdej budki telefonuje do Rakowskiego. Ale tam jest stale zajęte, ponieważ felietonem sprzed dwóch tygodni poczuły się obrażone i da capo…

12 lipca 1980 r.

* * *

Nie boi się pan dzisiaj takiej dawki autoironii? Zakłada ona inteligencję nie tylko piszącego, ale i odbiorcy. Różnie się dzisiaj o tej drugiej mówi.

Im mocniejszy się czuję jako autor, tym swobodniej mogę się sam smagać, wiem, że mi to nie zaszkodzi, tylko pomoże. Głupoty niektórych czytelników nie można przeszacować. Napisałem kiedyś felieton o tym, że Gustaw Holoubek kupił Magdę Zawadzką, ofiarując za nią malowaną ludową szafę. I pojawiły się pretensje – a po co zaraz o tym pisać? Jednak z felietonem jest dzisiaj tak, że czyta go ten, kto chce i kto szuka w felietonach felietonu. Dawniej autoironia była chyba znakiem rozpoznawczym pewnego środowiska, powiedzmy STS-u, Kabaretu Starszych Panów. Środowiskowa zabawa.

Ale napisał pan, że inteligencja jest obrażalska. Była i jest?

Była i jest. Spotykam ludzi, którzy pamiętają, co napisałem o nich trzydzieści, czterdzieści lat temu. Noszą to w sercu. Feliks Falk ma do mnie pretensję (słuszną!), że w pewnym tekście nie wymieniłem go wśród wybitnych osób, z którymi chodziłem do szkoły. A polemiki? Skrytykuje pan kogoś, to zaraz usłyszy, że przeprowadził „histeryczny, furiacki atak”. Andrzej Wajda się nie obraża, tłumaczył mi kiedyś, że recenzje ze swoich filmów ma zamiar czytać na emeryturze, jak już nie będzie kręcił filmów. Atakują go nawet dzisiaj, niedawno Krzysztof Kłopotowski…

Atakuje?

Krytykuje. Ale tak jakoś atakująco, nienawistnie, obsesyjnie. Kłopotowski chce na plecach Wajdy wjechać do raju. Nie wie, że już jest w piekle, polskim piekle. Rozumiem, że można kogoś zaatakować, skrytykować, potępić, ale ile razy? To jakaś obsesja!

Dzieła rozebrane

Подняться наверх