Читать книгу Dzieła rozebrane - Daniel Passent - Страница 7

Оглавление

NIEPOTRZEBNY JUBILEUSZ

Mnóstwo jest w pana felietonach odwołań do dorobku tak poważnego, że aż dech zapiera. Forma lekka, a tu nagle Schumpeter, Mill, Tocqueville…

To trochę dlatego, że jakieś wykształcenie przecież otrzymałem i chciałem się nim popisać. Aczkolwiek również dlatego, że stosowałem fortel. Przygotowywałem się do pisania felietonu.

Rany boskie!

Tak, tak, odrabiałem pracę domową. W rezultacie te felietony, do których się szczególnie przygotowywałem, powstały na poziomie dużo wyższym, niż ja sam reprezentuję. Kiedy czytam tamte teksty po latach, myślę, że są lepsze od ich autora. Cytuję Woltera, a niechby tak mnie pan zapytał, co myślał na podobny temat Rousseau…

A wtedy…

A wtedy musiałbym sprawdzić.

A ja myślałem, że dojdzie do co najmniej manipulacji.

No właśnie do niej by doszło.

Felieton o Wolterze jest o panu, tak nawiasem mówiąc.

Pan kpi czy o drogę pyta? Myślę, że to jest popis erudycyjny, ale tylko o Wolterze.

Lekkość, dowcip, trafność, waga spraw poruszanych pod pozorem żartu, ironia, rola historyczna ni to opozycjonisty, ni to przyjaciela królów, światły i niezależny umysł. O Passencie…

Jeżeli tak, to podświadomie. Wolter miał cechy, które felietoniście muszą imponować. Pisząc o nim, chciałem jednak imponować swoją wiedzą na jego temat, napisać jak najlepszy felieton. Nieźle się napracowałem. Skromny nie jestem, ale taka grzeszna myśl, że jestem reinkarnacją Woltera, nie przyszła mi do głowy.

Dwóchsetlecie śmierci Woltera minęło w atmosferze godności i spokoju, bez zbędnych obchodów. Po pierwsze, po co obchodzić coś, co mało kogo obchodzi? Po drugie, dosyć hałasował za życia, żeby jeszcze był szum po śmierci. Nie żył już, a tłum jeszcze wiwatował przed jego domem, nie wiedząc, że w środku leży trup. Szaleć dla kogoś, kto już ostygł?

Piszę o Wolterze, ponieważ był dziennikarzem. Może się komuś nie podobać, że bierzemy sobie takiego patrona, ale faktem jest, że Wolter nie ostał się ani jako filozof, ani jako poeta, a także nie jako dramaturg czy uczony. Ostał się natomiast jako człowiek, który wszystko komentuje, walczy, angażuje się, a swoje drwiny, kpiny i szyderstwa kieruje dokładnie tam, gdzie chce. Nie ma nic złego w tym, że szydził, ważne z kogo i z czego szydził, a szydził z absolutyzmu Ludwików, z intryg kardynałów, z ciemnoty pasterzy i ich owieczek, czyli z tego, co Francję hamowało.

Publicystą pozostał aż do śmierci, gdyż jeszcze nad grobem jako patriarcha Francuzów angażował się w obronę niewinnie połamanego kołem Jana Calasa. Więc chociaż jubileusz Woltera minął skromnie, my, dziennikarze, możemy go wspomnieć. „Większa część tej twórczości – pisał w jego biografii Maurois – są to jednak pamflety, broszury i dialogi, dzięki którym Woltera (...) można uznać za największego w świecie dziennikarza”. Również Lanson w książce „Wolter” pisze, że „był on niedyskretny jak współczesny dziennikarz”.

Sam będąc przysięgłym szydercą, zasłużył na to, żeby i z niego zakpić. A więc jako dziennikarz pracował w pojedynkę, był to wolny strzelec, pozbawiony zespołu i kierownictwa redakcji, które by nad nim czuwało. Zdaniem współczesnych był zdecydowanie za bardzo wolny i zdecydowanie za bardzo strzelcem. Pozbawiony drogowskazu – błądził. Jak słusznie zwraca uwagę Jerzy Adamski („Sekrety wieku Oświecenia”), nie wiadomo, czy to był właściwie monarchista, czy republikanin. Dopiero kiedy za jego utwory zabrał się Mickiewicz, który z bezczynności przełożył je na polski, nadał tym wierszom nieco bardziej postępowy charakter. Dlatego Mickiewicza czcimy, a Woltera mniej. Gramy go, po teatrach, owszem, ale nie będziemy budowali mu kapliczki.

Poza tym był oportunistą. Jest to ciemna karta zawodu dziennikarskiego. Dość mamy już dziennikarzy uczciwych, żebyśmy sobie zawracali głowę krętaczami. Każda jego sztuka – jak pisał Maurois – „była to mieszanina odrobiny odwagi z wielką ostrożnością”.

W naturze Woltera leżało niezadowolenie, walka, tym bardziej godna potępienia, że osobiście powodziło mu się dobrze. Pochodził z rodziny inteligenckiej i od wczesnej młodości grymasił. Posłany na naukę do jezuitów – nie został jezuitą, a nawet nienawidził swoich nauczycieli przez następne siedemdziesiąt lat, mimo że zawdzięczał im wprowadzenie w świat alfabetu, tabliczki mnożenia i katechizmu. Niczego pożytecznego studiować nie chciał, nawet prawa, nie imał się też stałej pracy etatowej. Z punktu widzenia prawa był pasożytem – wierszyki, komedyjki, facecje, epigramy, pamflety, a do roboty pójść nie chciał. Mając dwadzieścia lat, ten złoty młodzieniec był już ozdobą salonów, w kilka lat później był już na dworze, skąd pobierał rentę, choć – cwaniak – zdrów był jak ryba i dożył sędziwego wieku.

A mimo to narzekał, bo wszystko mu się nie podobało: Bóg, Honor i Ojczyzna – to dla niego nie istniało. Kardynałowie, duchowieństwo, wojsko, ministrowie, dwór, podatki – nic mu się nie podobało. „Mają stworzyć nowy podatek, ażeby mieć za co kupić koronki i materye dla panny Leszczyńskiej. Podobne to jest do małżeństwa słońca, które wywołuje szmer niezadowolenia wśród żab”. Jego ulubiony bohater, Kandyd, mówił, jak „przyjemnie wszystko krytykować, widzieć braki tam, gdzie inni ludzie widzą piękności”. Nawet jeśli pamiętamy, że krytykował z pozycji naonczas postępowych, torował drogę Oświeceniu i burżuazji, to jednak trudno kochać kogoś, kto kochać nie umie, trudno czcić tego, dla kogo nie ma nic świętego. Był to faktycznie paszkwilant i wesz kałamarzowa. Tylko człowiek, który nie ma za grosz instynktu państwowego, może włożyć w usta Kandyda okrzyk: „królowe do kloaki”, i to à propos królowej angielskiej, a więc w newralgicznej sprawie polityki zagranicznej. „To wieczny malkontent – mówi o pewnym dziennikarzu, a faktycznie o sobie – który zarabia mówieniem źle o każdej sztuce i każdej książce! Nienawidzi wszystkiego, co ma powodzenie, jak eunuchy nienawidzą ludzi z wigorem, i to jeden z owych płazów literackich żywiących się błotem i trucizną, zwykła wesz kałamarzowa”.

Jego zamiłowanie do szkalowania posunęło się do tego stopnia, że będąc w Holandii, utrzymywał stosunki z niejaką panią Dunoyer, która nie tylko była niebezpieczną protestantką, ale „utrzymywała się ze sprzedaży paszkwilów” (Maurois), i był nią zafascynowany, dopóki nie poznał jej córeczki, Pimpetty, na którą przerzucił swoje wysiłki.

Środowisko dziennikarskie nie ma powodów do dumy z Woltera, gdyż ta kanalia kpiła nawet z macierzyństwa! Gdyby w jego rączki trafił eksperyment z probówką, to Jan Paweł I miałby już trudny początek pontyfikatu. Oto jak pisał o porodzie z łona matki, która w dodatku była kobietą uczoną: „Tej nocy pani du Châtelet, pracując nad swoim Newtonem, uczuła małą potrzebę. Przywołała swą pokojówkę, która zaledwie zdołała nadstawić fartuch, ażeby pochwycić maleńką dziewczynkę, którą zaniesiono do kołyski”.

Gdyby to był człowiek, który zbłądził, uległ wpływom środowiska, można by nad nim pracować. Ale to był kpiarz z przekonania, z zamiłowania. „Krocz zawsze drogą prawdy, śmiejąc się szyderczo!” – to była jego maksyma.

I jeszcze jedno: stronił od prostych ludzi, nie był związany z ludem. Mało, że był z pochodzenia inteligentem i drobnomieszczaninem, to piął się wyżej, chciał być dużo-mieszczaninem, kochał pieniądze, nieobce były mu lichwa i interesy. Umysł stworzony rzekomo do celów wyższych, a wiedział, z której strony chleb jest posmarowany. Zaludniał sobą dwory i pałace nawet monarchów wrogich Francji, jako to Fryderyka II i Katarzyny Wielkiej. Był do kupienia, ale za duże pieniądze. Kiedy chciano mu wznieść pomnik za życia, czterej królowie ofiarowali datki: rosyjski, polski, duński i pruski, ale nie francuski. „Mam czterech królów, ale muszę jeszcze wygrać partię” – mówił nienasycony.

Dokąd zaprowadziła Woltera taka postawa? Gdzie mu się podobało? Oczywiście – za granicą. W kapitalizmie. Niestety feudalizm mu się nie podobał, a kapitalizm bardzo. Nawet fakt, że znalazł się tam nie z własnej woli, nie otworzył mu oczu. Wystarczyła byle Holandia, a już był zachwycony. Anglii nie mógł się nachwalić. Że tyle jest religii, iż żadna nie dominuje. Że nie ma stanów, a ludzie różnią się tylko posiadaną gotówką (to mu odpowiadało). Że Newton miał pogrzeb królewski. Istnieją poważne przesłanki, by sądzić, że gdyby w kwiecie wieku Woltera istniały Stany Zjednoczone, toby mu się podobały, ponieważ nigdy nie był wrażliwy na wyzysk, rasizm i niedolę ludzi prostych, natomiast imponowały mu interesy: bogactwo, bezbożność i brak poszanowania. Nie zawsze mając odwagę krytykować swój kraj otwarcie, uciekał się do aluzji. Oczerniał stosunki w Paryżu, pisząc o rzekomym Kaszmirze, który oczywiście mało kogo obchodził, zwłaszcza kiedy książkę spalono. Ostatecznie jednak przekonał się, do czego prowadzi zdrada. Fryderyk II powiedział, że wyciśnie z niego sok, a skórkę wyrzuci, i tak postąpił. Katarzyna chciała kupić tylko jego bibliotekę, a Józef II, będąc we Francji, nawet go nie odwiedził. Niech to będzie przestrogą dla naszych korespondentów zagranicznych.

Postawa jego spotkała się z niechętnym stosunkiem władz. Od wczesnej młodości zapoznał się z Bastylią i innymi osiągnięciami monarchii w dziedzinie penitencjarnej. Mimo to po wyjściu żartował dalej. Prosił, aby Jego Wysokość w przyszłości również troszczyła się o jego wyżywienie, natomiast o mieszkanie zadba sam.

Miał jeszcze jedną cechę, tak charakterystyczną dla szyderców, aluzjonistów oraz ironistów wszelkiej maści: był zarozumiały. „Uczyniłem w mojej epoce więcej niż Luter i Kalwin” – mówił. Albo: „Mam dość ich wiecznego powtarzania, że dwunastu ludzi wystarczyło, ażeby poprawić chrześcijaństwo, i mam ochotę dowieść im, że wystarczy jeden człowiek, aby je zniszczyć”.

Nic więc dziwnego, że pewien kardynał w jego powiastce, wykrzykuje: „Nie tylko zdradziłeś religię, ale i państwo”. To zresztą na ogół idzie w parze i za to spotkała Woltera zasłużona kara. Pogrzeb jego odbył się potajemnie, zwłoki bezczeszczono, pocięto na kawałki i rozkradano, ekshumowano, zakopywano i rozwłóczono po świecie. I my nie wracalibyśmy do tego szydercy, gdyby nie pewien fragment, który nam poświęcił: „Wolność pióra – pisał – wprowadzono w Anglii i w Polsce...”.

Na dowód, że miał rację, niniejszy wstrętny felieton mógł się ukazać i niech nam będzie odpuszczony.

9 września 1978 r.

Dzieła rozebrane

Подняться наверх