Читать книгу Dzieła rozebrane - Daniel Passent - Страница 9
ОглавлениеRYBI SZEPT
Wyjątkowo erudycyjny tekścik! Trudno mi sobie nawet wyobrazić, że ktoś zacząłby dzisiaj felieton od zdania: „Robert Hooker w wydanej ostatnio przez Państwowy Instytut Wydawniczy książce wprowadza podział na epitety klasowe i bezklasowe”. A oś tekstu to zestawienie ze sobą dwóch różnych badań nad kulturą robotniczą.
Wówczas felietonistami byli członkowie elity, świetnie wykształceni. Słonimski, Toeplitz, Kisielewski. Byłem w nich zapatrzony. A i czytelnicy byli przywiązani do poziomu pisma, stanowili wówczas intelektualną warstwę społeczeństwa. Oni już byli „kupieni”. Były to czasy, kiedy w tygodniku ukazywały się pamiętniki Ilji Erenburga i esej Sandauera o młodej poezji, podzielony na trzy odcinki. Dzisiaj już bym się bał napisać taki tekst. Dzisiaj można pisać tylko o gorących książkach.
W pana tekstach nie widać śladu sympatii do klasy robotniczej. Przypomnijmy – przez kilka dekad był pan piórem tygodnika ozdobionego na pierwszej stronie mottem: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. A waszym wydawcą była RSW Prasa, koncern medialny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
Lubiłem socjalistów, ale tych od Towarzystwa Fabiańskiego.
Elita lewicowej inteligencji brytyjskiej.
Socjalizm, ale tweedowy. Klasy robotniczej w ogóle nie znałem. Chyba jedyny robotnik, jakiego znałem, to wzorowy murarz, którego poznałem w podróży służbowej do Wilna. Wszystkie urlopy poświęcał na naprawianie muru kremlowskiego. Podczas mojej wizyty w jego domu tak się rozkrochmalił, że wyjął z szafy i pokazał z dumą parę jugosłowiańskich butów. Chował je dla syna, jak wróci z wojska… W Polsce znałem ludzi, którzy przychodzili coś nam reperować.
Fachowcy z PRL. W wolnym tłumaczeniu – jeźdźcy Apokalipsy.
Rzeczywiście nie znałem robotników. Czerpałem o nich wiedzę od reporterów Polityki, jak Hanna Krall, Zygmunt Szeliga czy Andrzej Krzysztof Wróblewski. Mnie nie ciągnęło w tamtą stronę. Była to strona bardzo egzotyczna. Dobrze się czułem wśród inteligentów, a nie w PKP czy w PKS.
Jak to się wtedy mówiło: „inteligentów pracujących”.
Dziwoląg słownictwa peerelowskiego. Inteligent to ktoś używający swojego wykształcenia w pracy.
Proszę pana redaktora, klasa robotnicza stanowiła przewodnią siłę narodu, a nie inteligencja, chociażby nie wiem jak ciężko pracująca.
Pamiętam to nieco inaczej. Władzy bardzo zależało na poparciu właśnie dziennikarzy, pisarzy, artystów, inżynierów. W każdym razie Polityka była pismem inteligencji i dla inteligencji, chociaż czytelników miała pewno w różnych siłach społecznych, i tych przodujących, i tych nieprzodujących. Takie były wówczas tygodniki – Przegląd Kulturalny, Nowa Kultura, Kultura, Życie Literackie, Tygodnik Powszechny, Polityka – ja jestem z tamtych czasów. To były czasy świetności felietonów – pomimo, a może z powodu cenzury.
Richard Hoggart w wydanej ostatnio przez PIW książce Spojrzenie na kulturę robotniczą w Anglii wprowadza podział na epitety klasowe i bezklasowe. Określenie „bombowe” nie jest własnością żadnej klasy, może być używane przez młodzież różnych środowisk, jest stosunkowo nowe i rozpowszechnione przez środki masowego przekazu. Natomiast nazwa „hipokrytka” (przód bluzki, który ma udawać całą bluzkę) jest pochodzenia robotniczego i w sposób oczywisty wskazuje „istnienie naturalnego instynktu moralnego”. Autor, profesor anglistyki, a od pewnego czasu zastępca dyrektora generalnego UNESCO, napisał swoją książkę z sympatią dla klasy robotniczej i jej kultury, co widać nawet w takim szczególe jak interpretacja słowa „hipokrytka”.
Hoggart przytacza kilka powiedzeń, które jego zdaniem są autentycznie robotnicze, jędrne, rubaszne, a jednocześnie w dobrym tonie: „Nie brakuje kawałka z napoczętego ciasta” (na temat łatwości w nawiązywaniu stosunków przez niektóre zamężne kobiety), „Pieca nie otwiera się dla jednego bochenka” (do kobiety, która oczekuje pierwszego dziecka i zapowiada, że więcej nie będzie miała), „Głód jest najlepszą przyprawą” i inne.
Z kolei przeprowadza autor analizę stereotypu robotniczego w literaturze, od ubolewania: „Jacyż byliby wspaniali, gdyby tylko…”, do pochwały: „Jacyż są wspaniali, po prostu dlatego, że…”; ludzie prości w takich książkach cieszą się na ogół dobrym zdrowiem, krzepą, niewyparzonym językiem, są chropowaci i nieoszlifowani, klną, używają w kółko kilku tych samych słów, nie odznaczają się subtelnością manier ani intelektu, choć w gruncie rzeczy mają dobre serca, zdrowe odruchy i stoją mocno na ziemi.
W naszej literaturze współczesnej, a zwłaszcza w reportażu, spotyka się liczne próby naśladownictwa języka robotniczego i półinteligenckiego, przy czym zabiegiem stosowanym ze szczególnym upodobaniem jest konstruowanie zdań z czasownikiem bądź orzeczeniem na końcu. Autorzy sądzą, że tak mówią ludzie prości. W natrętnie stylizowanej powieści Daniela Bargiełowskiego „Tropem krętym, fałszywym” tak zbudowane jest co drugie zdanie. „Dźwięk syreny w dół leci i w charkocie zapada”. „…gapią się we wrota jasnym chemolakiem świecące”. „Więc się tylko rozsunęli na boki, drzwi otworzyć słusznie skoczyli…”. „Z rok już nie siedział w tym kurwidołku zaplutym, albo może i więcej, i czort wie, co go dziś podkusiło, żeby nagle moczyć wąsa w pilznerze i ból z serca przed szwagrem, Pawełczukiem Antonem, wyrzucać”. „…wrzuca Witerek ot tak, żeby tylko ten dyskurs w monotonny monolog się nie przemienił”.
Chcąc lepiej wprowadzić nas w egzotyczne środowisko prostych ludzi, Bargiełowski pisze językiem sztucznym, którym nie posługuje się żadna społeczność w Polsce. Język ten nie nosi piętna indywidualności autora, co mogłoby usprawiedliwiać taki zabieg stylistyczny, jest to po prostu podręczny słowniczek żargonu, którego autor nie pożałował czytelnikom, zazdroszcząc Hłasce i Nowakowskiemu. Oto niektóre słowa wraz z moją niezręczną próbą ich objaśnienia. Tam, gdzie nie wiedziałem, o co chodzi – stawiałem pytajnik.
Ulęgałki parszywe – dzieci.
Przykosić – tu: zauważyć. Np. „…ulęgałki parszywe przykosiły karetkę”.
Katabas i zatłamsić – unieszkodliwić (?). Np. „Jak do pierdla katabasa wygarną”.
Brzozówkarze – (?) zapewne amatorzy picia wody brzozowej.
Rabociągi – (?) zapewne arystokracja robotnicza.
„Rabociągi stateczne, w szmalu tłustym topione”.
Dżojowy – (?) może od angielskiego joy – radość, dżojowy to „zabawowicz”.
Kotwiarze – (?) może złodzieje, którzy zakotwiczają cudze mienie, ale kto wie, czy nie więźniowie, którzy połykają ostre narzędzia, aby zakotwiczyć się w szpitalu.
Kurwidołek zapluty – pejoratywne określenie miejscowości.
Strzałowi – (?).
Stłuczka – (?) znaczenie dosłowne wykluczam, może zderzenie samochodów.
Palcem zrobiony – nieudany. „Kapitan nie był przecież palcem robiony”.
Nenufar – tu: członek. Np. „Jak weźmie w dwa palce nenufara, to ten flak zgniły od razu do rozmiarów kosmicznych wyrasta”.
Naganiacz – por. Nenufar
Patafian – patrz: Naganiacz
Farmazon – tu: bzdura, „…farmazonów nie zalewajcie”.
Opierniczać – opieprzać
Sukinkot – sukinsyn
Tarantas – (?).
Kurewska maszyna – (?) może tarantas.
Rozgildziajstwo – może niechlujstwo? „Kurewska ta maszyna (…) wasze rozgildziajstwo poczuła…”.
Fujara – patrz patafian. „Taki samarytanin to już Okłosa nie był, żeby (cudzą – DP) fujarę w rękach swych kapitańskich miętosić”.
Ujaić – załatwić kogoś. „…ujają gościa i kogel-mogel mu skręcą”.
Pisarczyki z gazety – dziennikarze.
Nie zawracać tyłka – nie zawracać głowy.
Zetrzeć sobie z tapety – zapomnieć.
Szajs – tu: błoto, glina. „…kiedy woda chlusnęła na grzbiety, oni stali w tym szajsie…”.
Brzana – ryba, tu: ryba-erotomanka; np. w pościeli „tlen łapiąc łapczywie jak brzana, szeptem rybim jęknęła – puść…”
Rzucić połów – rzucić dziewczynę. „Rzucić połów na łóżko”.
Brzanę na płytkach pe-ce-wu postawił – odstawił dziewczynę.
Szmata krwawa – ofiara wypadku. Np. „szmata krwawa, rozmazana w cemencie” jeszcze o życie walczyła.
Obiekt aerodynamiczny – nowa sekretarka.
Wyrokowiec – patrz typ zmyłkowy.
Kmiot – naiwny chłopak. „Wziął kadrowiec kmiota basem surowym”.
Sieczką karmiony – cwany. „Sieczką karmiony tak się znał na cemencie”.
Malety – (?) „miejsce przy maletach kolesiowi ustąpił”.
Szargula – dziewczyna.
Kołdra watą kurwiszonowatą podszyta – dyskwalifikacja moralna właścicielki łoża i kołdry.
Nie mogąc do końca zrozumieć książki Bargiełowskiego, sięgamy raz jeszcze do profesora Hoggarta, który pisze: „Można zobaczyć, że styl jest dziesiątą wodą po Hemingwayu – narrator to twardy byk, któremu słowa przychodzą niełatwo, albo włochata małpa miejska, której wystarczy do minimum redukowany słownik”. Autor wstydzi się zwrotów „mięczakowatych” jako niegodnych stuprocentowego narratora. Po omówieniu powieści pisanych na temat lub dla prostych ludzi Hoggart – niepozbawiony talentu literackiego – ilustruje tę metodę na przykładzie rozpowszechnionych groszowych opowiadań gangsterskich: „Nagle Gruby wbił z całej siły kolano w pachwinę Ziółka. (Pachwina – to słowo jest dla bohaterów powieści Bargiełowskiego zbyt trudne, nasz autor sięgnąłby do kogla-mogla). Ziółek zwinął się z bólu, a wtedy silna pięść Grubego wylądowała na jego twarzy. Trzasnęła pęknięta kość, a krew i ciało przybrały wygląd miazgi rozgniecionego owocu. Ziółek upadł tyłem na kaflową posadzkę, wyrzygując zęby. Gruby na wszelki wypadek postawił nogę na galaretowatej masie, która kiedyś była twarzą Ziółka”.
Jeśli chodzi o brzanę-erotomankę, co szeptem rybim jęknęła – puść, to jej angielski odpowiednik przytoczony u Hoggarta brzmi: „…cały czas biodra jej chodziły jak na sprężynach… oderwała się, a potem zamruczała jak kotka, kiedy przyciągnąłem ją znowu”. Oczywiście takie czy inne słownictwo nie przesądza o wartości utworu, czasem młodzieńcza chałtura może się udać jak Azyl Faulknerowi. Nie jakość utworu mnie interesuje, tylko sposób widzenia prostych ludzi, który jest zapewne skrajną reakcją na przesłodzone wizerunki ludzi pracy, stanowiące drugą skrajność.
Przykłady te nie są dokładnie à propos, ale w sposób wyrazisty ilustrują, że od oryginalności do śmieszności maniery pisarskiej jest tylko jeden krok. Nie jest konieczne, żeby czytali państwo książeczkę Bargiełowskiego, ale byłoby wskazane, żeby on sam zapoznał się z tomem Hoggarta. Może wówczas nie szedłby tropem krętym, fałszywym.
13 listopada 1976 r.