Читать книгу Kocie mojo, czyli jak być opiekunem szczęśliwego kota - Jackson Galaxy - Страница 5
WSTĘP
¿QUE ES MOJO?
ОглавлениеCykl spotkań w Ameryce Łacińskiej, mam przed sobą liczną i entuzjastyczną widownię w Buenos Aires. Przez ostatni rok przyzwyczaiłem się do korzystania z usług tłumacza w miejscach takich Malezja i Indonezja, a przed Buenos Aires odwiedziłem Bogotę i Mexico City. Tłumaczenie symultaniczne, kiedy widownia ma na uszach słuchawki, to prawdziwe błogosławieństwo, bo ludzie są wtedy z tobą – śmiech, głośne wciąganie powietrza i oklaski mają miejsce (oby) zaledwie sekundę do trzech później niż w wypadku tłumu mówiącego po angielsku.
Wracam myślami do roku 2002, kiedy siedziałem za biurkiem w Boulder w stanie Kolorado. Biurkiem tym była wielka płyta wiórowa wsparta na dwóch kozłach. W tamtym czasie miałem ochotę przekuć wszystko, co wiedziałem, w swoisty manifest. Po kilku latach pracy jako niezależny konsultant behawiorystyczny zrozumiałem, że zbyt mocno się staram przekazać swoim klientom wiedzę na temat wszystkich kotów, żebyśmy następnie mogli przejść do tego, w jaki sposób tę wiedzę wykorzystać do lepszego poznania ich kotów. W tamtym czasie – tak jak teraz, ale chyba w jeszcze większym stopniu – koty uważane były za nieprzeniknione. Tak dalekie od behawioralnego i empirycznego królestwa ludzi, że nie sposób znaleźć punkt zakotwiczenia dla tej relacji. Byłem pełen determinacji, aby go znaleźć.
Wcale nie chodziło mi o kwestie wygody. Przez dziesięć lat pracowałem w schronisku dla zwierząt i mocno się w to wszystko zaangażowałem. Zdecydowanie zbyt wiele kotów – miliony rocznie – było (i nadal jest) w schroniskach zabijanych. Raz za razem napotykałem barierę komunikacyjną w kształcie znaku zapytania, która stawała się płotem powleczonym drutem kolczastym uniemożliwiającym podtrzymanie bardzo wrażliwych i wątłych relacji. To „tajemnica” kociego zachowania – nieprzenikniona natura przepuszczana przez ludzką maszynkę zwaną ego i wyłaniająca się jako rzekoma zniewaga – zmuszała sfrustrowanych ludzi do oddawania kotów do schronisk albo nawet wyrzucania na ulicę. Próbowałem usunąć z płotu ten drut kolczasty, aby człowiek i zwierzę mogli się przy nim spokojnie spotkać i rozpocząć proces pogłębiania, a nie niszczenia łączącej ich więzi.
Jednym z punktów zakotwiczenia – tak zwanych haczyków – którego zacząłem używać w kontaktach ze studentami i klientami, była koncepcja „kota pierwotnego”: przekonanie, że kot, który leży ci na kolanach, w sensie ewolucyjnym niewiele się różni od swoich przodków (więcej na ten temat w rozdziale 1). Kot pierwotny reprezentuje wrodzone popędy, które od zawsze mają wpływ na zachowanie kota: potrzebę polowania, świadomość, że zajmuje się miejsce pośrodku łańcucha pokarmowego, oraz potrzebę posiadania i chronienia terytorium.
Zacząłem wierzyć, że wiele, o ile nie większość problemów moich kocich klientów (z wyłączeniem niezdiagnozowanych problemów zdrowotnych) sprowadza się do stresu terytorialnego. Kot pierwotny, przez większość czasu spokojnie przyczajony na samym dnie świadomości twojego kota, w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa terytorialnego wysuwa się na pierwszy plan. Nieważne, czy zagrożenie jest prawdziwe, czy nie. Jeśli kot je poczuje, niemal na pewno będzie musiał zareagować. To jednak za mało, aby poradzić sobie z symptomami, które sprawiają, że chodzimy poirytowani i rwiemy sobie włosy z głowy. Trzeba znaleźć przeciwieństwo tych lęków i sprawić, by ta cecha kota pierwotnego zdominowała lęki, a w końcu się z nimi rozprawiła.
Wróćmy do mojego prowizorycznego biurka: był późny wieczór, a ja walczyłem ze snem. Ryzyko, że padnę twarzą na klawiaturę, wynosiło w najlepszym razie fifty-fifty. Coś pisałem, docierało do mnie, że znajduję się w trybie zombie, po czym kasowałem niemal wszystko i zaczynałem raz jeszcze.
W pewnym momencie, kiedy przyłapałem się na odpływaniu, wstałem i zamiast próbować opisać tę pewność siebie, zacząłem się koncentrować na tym, jak ona wygląda. Przemierzając gabinet, uznałem, że znamionuje ją dumny krok. Ogon w górze na kształt znaku zapytania, uszy rozluźnione, źrenice nierozszerzone, wibrysy w pozycji neutralnej. Nie widać żadnego zagrożenia, nie uruchamia się tryb „walcz albo uciekaj”. Nie potrzeba żadnej broni ani radaru. Nie potrzeba wprowadzać kociego alertu DEFCON 1 i otwierać skrzynki z czerwonym przyciskiem, ponieważ ma się głębokie przekonanie, że na świecie dobrze się dzieje. Ten dumny krok nie był w żaden sposób udawany; to nie był produkt tego, w jaki sposób koty chcą, aby świat je postrzegał. Innymi słowy nie była to oznaka tupetu. To była pewność siebie, którą zapewnia jedynie świadomość, że ma się swoje miejsce na świecie. Kot nie musiał chodzić przez cały dzień z oczami wokół głowy ani się zastanawiać, czy to, co dzisiaj należy do niego, jutro nie zostanie mu odebrane. To instynkt mający swój początek w wibracji historii – komunikacji kwantowej – łączącej ze sobą koty na przestrzeni wieków. Haczyk, którego szukałem, to właśnie to uczucie, którego się doświadcza, kiedy jest się pewnym siebie właścicielem terytorium.
Sądziłem, że jeśli opiekunowie rozpoznają ten stan pewności siebie i zadbają o jego utrzymanie, to jakkolwiek wydaje się to uproszczone, uda im się odeprzeć większość „symptomów”, na które z takim rozgoryczeniem się skarżą, łącznie z przypadkami agresji i niepożądanego zachowania związanego z korzystaniem z kuwety. Gdy tak chodziłem po pokoju, próbując znaleźć sposób na zaprezentowanie tego dumnego kroku, z moich ust wydobyła się pierwsza głośna manifestacja fizyczności – entuzjastyczny refren piosenki jednego z moich muzycznych bohaterów, Muddy’ego Watersa: „I got my mojo working”.
Pojawił się haczyk i nie zamierzałem pozwolić mu uciec. Musiałem się dobudzić. Spryskałem twarz wodą. Poklepałem się po plecach – nauczył mnie tego kolega z liceum, żebym nie zasypiał podczas lekcji. Wyszedłem nawet w samym szlafroku na zimową noc w stanie Kolorado, częściowo po to, aby utrzymać swoje mojo, a częściowo po to, aby mieć świadomość tej chwili, którą wiedziałem, że będę chciał zachować w pamięci. I miałem rację; po latach wiem, że nie jest przesadą twierdzić, iż niemal we wszystko, co zbudowałem w imię pomocy kotom, zaangażowani byli ludzie rozumiejący, czym jest kocie mojo.
No dobrze, wróćmy do Buenos Aires, wróćmy do chwili rosnącej paniki i przerażenia. Stoję na scenie, zadaję widowni proste pytanie: „Ilu ludzi tutaj wie, co znaczy słowo »mojo«?” Ręce unoszą dwie, może trzy osoby – na pięćset. Zbudowałem swoją karierę na słowie, które prawie nikomu nic nie mówi.
Z powodu bariery językowej (a także dlatego, że ogarnięty paniką zapominam jakichkolwiek słów, nawet angielskich) nie mam wyboru i muszę im to zademonstrować. Jestem zmuszony cofnąć się do tamtej nocy w Boulder, jestem zmuszony do ponownego zaprezentowania tamtego haczyka; muszę znaleźć coś, co (a) przemówi do widowni i (b) tłumaczka zdoła przetłumaczyć. A jedyne, co mi przychodzi do głowy, to Gorączka sobotniej nocy.
Nie mam czasu się zastanawiać, jak fatalnie to wyjdzie, więc po prostu zaczynam odgrywać – trzymając się wiernie swoich nastoletnich wspomnień – pierwszą scenę filmu:
Słychać Stayin’ Alive zespołu Bee Gees. Kamera pokazuje brooklyński chodnik i fantastyczne buty w stylu lat siedemdziesiątych. Kieruje się w górę równie fantastycznych dzwonów, pokazuje jedwabną, rozpiętą na piersi koszulę, aż w końcu widzimy całego Johna Travoltę vel Tony’ego Manero. W jednej ręce trzyma puszkę z farbą, a w drugiej kawałek pizzy. I od butów aż do perfekcyjnej fryzury odkrywamy definicję dumnego kroku; Muddy Waters z pewnością z aprobatą kiwa głową, potwierdzając gdzieś we wspaniałych bluesowych zaświatach: Tony ma swoje mojo.
Na chwilę nieruchomieję i sprawdzam reakcję. Coraz szybsze tempo mówienia i ton głosu mojej tłumaczki, jak również pojawiające się na widowni znaczące uśmiechy, mówią mi, że widownia łapie, o co chodzi. Zaczynam więc naśladować chód Manero.
Tony zna się na rzeczy. W duchu mojo wie, że nie musi przekonywać samego siebie o swoim statusie. On. Po prostu. Zna się. Na rzeczy. Dziewczyny chcą być z nim, faceci chcą być nim. Najważniejsze jednak jest to, że Tony wie, iż Brooklyn należy do Tony’ego. I to się rozumie bez słowa, wyłącznie dzięki zmojofikowanej mowie ciała. Przez swój chód Tony nie musi niczego udowadniać. To po prostu manifestacja wewnętrznego poczucia, że to twoje miejsce i że masz do niego prawo. Sos spływa mu po brodzie, puszka z farbą podkreśla jego brak statusu, zaczepiane przez niego dziewczyny nie reagują – żadna z tych rzeczy nie ma znaczenia.
Demonstrowanie chodu Manero tam i z powrotem po dużej scenie zmęczyło mnie. Z dłońmi na kolanach podnoszę głowę. Podekscytowane szepty i potakiwania mówią mi, że udało mi się uniknąć porażki. Moje nogi pokonały barierę językową i to najlepsze, co mogło się wydarzyć. Tamtego wieczoru w Buenos Aires koncepcja kociego mojo dojrzała, nie tylko dlatego, że nauczyłem się ją wyjaśniać w sposób, w jaki nigdy sądziłem, że będę musiał to robić, ale dlatego, że teraz wiem, iż mogę pokazać każdemu, niezależnie od różnic kulturowych, czym jest mojo i że jego mojo ma takie samo źródło, co kocie mojo.
Od nocnego objawienia w Boulder do wieczoru w Buenos Aires 17 lat później, do każdego mojego występu na żywo, każdej konsultacji w domu klienta, każdego wygłoszonego przeze mnie wykładu i każdego odcinka Kota z piekła rodem – wszystko to prowadzi nas tutaj, do tej książki: Kocie mojo (Total Cat Mojo). Obecnie moim głównym zajęciem nie jest rozwiązywanie kocich problemów, ale uczenie, w jaki sposób znaleźć, pielęgnować i utrzymać mojo. Mówię teraz o tobie czy o twoim kocie? Cóż, w sumie to o was obojgu. Ponieważ jeśli z twoim mojo wszystko jest w porządku, o wiele prościej jest wydobyć je z twojego kota. A jeśli twój kot ma swoje mojo, każdy człowiek uśmiechnie się z zazdrością… Nawet Tony Manero.