Читать книгу Wasz cyrk, moje małpy. Tom 2 - Maciej Parowski - Страница 6

Kontestatorzy i koniunkturaliści

Оглавление

AG: Ciekawe opozycje się pojawiły: bujanie w obłokach albo nawalanie się z realem. Mainstream vs awangardziści, którzy dla sztuki podobno poświęcą wszystko, łącznie z poziomem życia. A nie można działać trochę awangardowo, a zarazem radzić sobie na rynku? Legendy polskie pana Tomasza prezentują nowatorskie podejście do tradycji, reklamy i do kwestii zarobków.

TB: W Polsce te sprawy postawiono na głowie, bo za awangardę uchodzi robienie kina rozrywkowego. Generalnie wszyscy chcą serio, na smutno, co się nie do końca udaje. Na świecie 90 procent rozbuchanych premier to wysokooktanowa fantastyka, klasyczny mainstream… W Polsce mainstream to filmy o historycznych rzeziach, rozrywka znika. W tak zakręconej sytuacji może rzeczywiście jestem awangardowy.

MP: Inny problem jest z Sapkowskim. Przypomnę awanturę o batystowe majtki Refnri, bohaterki Mniejszego zła, bo batystu w średniowieczu nie znano. Fakt, że Andrzej w jednym opowiadaniu potrafi się odwołać do braci Grimm, Andersena, Tolkiena, Sienkiewicza, Disneya, do zamorskich baśni i mitów, tak że narracja chwilami przestaje być przezroczysta, mimetyczna, a staje się postmodernistyczną grą – to też pokłosie awangardy. Lem tak się bawił, Andrzej do niego nawiązuje, mianując swego Geralta Pirxem polskiej fantasy. Z tą literacką grą na paru poziomach niektórzy mieli kłopoty. Radykalni fantaści traktowali nienawistnie eksperyment literacki, czyli awangardę; nic nie miało wśród nich tak złej prasy jak „rewolucja językowa w polskiej prozie” Henryka Berezy czy jego hasło „Bastylia tkwi w języku”. Inna sprawa, że za PRL Bastylia była w gmachu Komitetu Centralnego PZPR w Warszawie, na rogu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich.

WS: No i kilkadziesiąt metrów na zachód, po drugiej stronie Nowego Światu, na Mysiej.

MP: Właśnie, cenzura. Z drugą awangardą, tą w PRL-u, jest kłopot, ponieważ doszła do głosu, kiedy wynikły kwestie ważniejsze niż eksperyment. Nie lubisz, Tomek, rzezi – OK, ale kiedy nad Polską przewalały się Październiki, Marce, Grudnie, to Przyboś uruchamiał swoje katedry… Jedna przed wojną przebijała się przez miasto niczym świder, a w latach 60. jego wiersz miał wygląd katedry, choć bardziej przypominał Pałac Kultury. O tym odwracaniu się od rzeczywistości mówił Miłosz w Traktacie moralnym:

Awangardzistów było bardzo wielu.

Podziwu godny z nich jest tylko Przyboś.

W sól, w popiół padły narody i kraje

A Przyboś został, tak jak był, Przybosiem.

Żadne szaleństwo serca mu nie zżarło.

Ludzkie – więc łatwiej takich się rozumie.

W czym jego sekret? Już w Anglii Szekspira

Kierunek powstał, tak zwany euphuism:

Pisać doradzał tylko metaforą.

Pod spodem Przyboś był racjonalistą.

Uczucia miewał, jakie są wskazane

Dla rozsądnego członka społeczeństwa.

Równie mu obcy i smutek, i humor.

On chciał w ruch puścić statyczne obrazy.

Awangardziści raczej się mylili.

Wskrzeszali stary krakowski obrządek,

Więcej powagi przypisując słowom

Niż słowa unieść mogą bez śmieszności.

Czuli, że z mocno zaciśniętej szczęki

Głos im wychodzi jakimś sztucznym basem,

I że wybiegiem zalęknionej sztuki

Jest ich marzenie o ludowej sile.

U schyłku lat 70. irytowały pozoracje tak zwanej sztuki kontekstualnej, polegającej na przepuszczaniu przez raster zdjęć z Wietnamu i dawanie tego na wystawę dzieł zaangażowanych. Rozstrzelanego Gdańska ’70, spałowanego Radomia ’76 tam nie było. Uczciwiej i mądrzej zachował się Zajdel piszący zbuntowaną prozę socjologiczną. Ale wcześniej gdzieś tam wegetował nawiedzony Peiper, „burmistrz marzeń niezamieszkałych”, który się uparł, że będzie robił swoje eksperymenty, i młodzi poeci krążyli i uczyli się od niego. Czasem awangarda oznacza zgodę na wygnanie, na przemilczenie, ale bywa, że zostawia ślady, które zostaną odczytane później, tyle że w PRL-u awangarda oznaczała najczęściej profity. Mimo to uważam, że sztuka bez niej być może umiera. Szaleńcy uświadamiają, gdzie jesteśmy, zmuszają, byśmy spojrzeli na mechaniczność czy, pardon, mieszczańskość swojej roboty.

AG: Dają nam wzór i punkt odniesienia.

MP: Albo są źródłem opresji. Grzegorz Rosiński wspominał, jak samotny czuł się na uczelni, rektor wręcz wzywał rodziców, żeby Grześka wyprostowali, z profesorów tylko Jan Marcin Szancer udzielił mu wsparcia. Wasza trójka – Boguś Polch, Grzesiek, ty, Wojtek – szczęśliwie zdobyliście artystyczną tożsamość już wcześniej. Profesor Tiunin z liceum sztuk plastycznych duchowo was uformował i ocalił.

WS: Wiele mu zawdzięczamy. Powtarzał: jak jedziecie na wakacje, to rysujcie cały czas, właściwie nie uczył nas niczego konkretnego poza podstawami rzemiosła, ale pozwalał na rozwój własnej osobowości. Mnie wyperswadował niemądre próby wzorowania się na Picassie. Nie przyłączę się do pochwał awangardy, ważni są ludzie z silną osobowością, którzy chcą coś powiedzieć, coś nowego wymyślić i potem ciągną za sobą cały kierunek, a nie pozoranci, doktrynerzy. Istotna sztuka plastyczna trwa od zarania dziejów, już w grotach Lascaux znajdujemy fantastyczne spojrzenie na świat filtrowany przez wyobraźnię, bodźce zewnętrzne przełożone są na wstrząsającą opowieść. Fantastyka to silny, bezimienny impuls rozwojowy w sztuce, skierowany ku górze, natomiast kubizm, taszyzm, ekspresjonizm mają inicjatorów, nie rozwijają się pionowo, tylko w szerz, na boki, jak gałąź, która jakiś czas rośnie, potem usycha. A tacy fantaści Bosch czy nawet Dalí to drzewo, które nie umiera. Albo główny nurt, do którego wpadają i z którego wypływają mniejsze. Bosch jest ciągle tajemniczy, bogaty i wciąż awangardowy.

AG: Fantastyka sięga do skarbców przeszłości, do wyobrażeń, wierzeń, mitów… I tu pytanie do pani Joanny. Skąd wziął się w pani pracach Anubis, jako przyjaciel towarzyszący człowiekowi w różnych sytuacjach.

JK: Ciężko mi o tym mówić. Ta seria prac powstała po śmierci mojego ojca. Ludzie odnajdują w nich wartość terapeutyczną, choć niekoniecznie po to są obrazy. Ale seria żyje własnym życiem. To był sposób na uspokojenie – tworzenie okien do innych światów – religia odgrywała tu mniejszą rolę, chodziło o stworzenie własnej mitologii. Za kradzież postaci starożytnego Egiptu bardzo przepraszam. A wracając do pytania, czy sukces w barwach awangardy jest możliwy, to o mitologizowaniu edukacji wyższej myślę podobnie jak Wojtek Siudmak, bo też miałam w liceum profesora, który mnie uczył rzemiosła, profesora Rzepaka. Jednak A do sukcesów w sztuce jest jeszcze potrzebny element osobistego szczęścia. Porównajmy życiorysy Strzemińskiego i Maxa Beckmanna, praktycznie rówieśników. Pierwszy od początku do końca tragiczny, drugi przeżył wojenny wstrząs, malował ponure obrazy, a potem pojechał do USA, zobaczył słońce, cudowne plaże, pokochał jeżdżenie samochodem, jego malarstwo się zmieniło. Myślę, że trendy i teorie sobie, ale najważniejsze jest to, co osoba, jako indywidualność, przeżywa, i to, co w sobie nosi, a także jaki ma stosunek do innych ludzi. To się przekłada na sztukę.

AG: Czy u Andrzeja Sapkowskiego też tak to wygląda – osobiste doświadczenie okazuje się najważniejsze?

AS: Bez bagażu doświadczeń i przeżyć pisanie jest niemożliwe. Jak w tej anegdocie: młody autor przynosi bodaj Sandauerowi rękopis powieści, której akcja dzieje się w domu rozpusty. Sandauer pyta: „Czy pan był w burdelu?”. „Nie”. „To niech pan koniecznie pójdzie…”. Warto wiedzieć, o czym się pisze, mieć pojęcie o przeżyciach związanych z różnymi sytuacjami. Trzeba to potem oddać za pomocą czarnych literek, ustawić je we właściwym porządku, a niepotrzebne wyrzucić. Wyrzucanie literek z włas­nego tekstu można porównać do obrzezania tępą żyletką. Aha, w swym długim życiu zauważyłem prawidłowość, że wielu twórców zostaje awangardzistami dopiero, jak umrze. Wszystko przed nami.

AG: Znamy mniej czytelne związki między przeżyciem i jego ekspresją w dziele. Bywało, że artyści wymyślali program, pisali manifest i potem starali się go realizować. Awangardziści mieli chyba najwięcej takich wystąpień. Dzisiaj indywidualni twórcy i grupy od tego uciekają.

AS: Maciek ma w tej kwestii inne doświadczenia. Pamiętasz bunt „Fenixa”, rebelię wręcz? Manifest młodych deklarujących pragnienie pisania fantastyki rozrywkowej, a nie problemowej, o którą wojowałeś?

MP: Na początku lat 80. była odmowa deklaracji, także z ostrożności i strachu przed cenzurą, a potem rozrywkowa rewolta. Ja to miałem za złośliwość, przekorę – co okazało się spełnionym proroctwem… Manifesty są wynikiem zaistnienia nowych sytuacji wymagających zdefiniowania. Po wielkiej wojnie ruszyły kino, komunikacja, telegraf, ludzie mogli się usłyszeć i obejrzeć, awangardziści pisali o technologii i pod wpływem technologii. Reagowali na rewolucję sowiecką (na swoje wyobrażenie o niej), ekscytowali się ruchomymi obrazami. Georges Méliès (podobno niechcący) odkrył przenikanie filmowe, a z nim kino fantastyczne, które nie miało służyć tylko udokumentowaniu, iloma nogami koń dotyka podłoża w galopie. Charlie Chaplin małpował wariactwa cywilizacji w komedii Dzisiejsze czasy. Nowy wizerunek, twarz świata, zdawał się prosić o nową narrację, o przemyślenie starej, o inny rodzaj uwagi. Szukano tej nowej narracji w literaturze, malarstwie, awangardziści uznali, że rzeczywistość oczekuje od nich nowych form i zrozumienia, że języki sztuki nie są przezroczyste. W dodatku wkracza na scenę robotnik, którego trzeba uwieść, wyedukować, otworzyć mu oczy, zaprząc do rydwanu. Stąd rewolucja w reklamie, propagandzie, grafice prasowej. Faszyzm, komunizm, awangardy grające do czasu po obu stronach, mają na to różne pomysły, różne recepty…

Odrodzenie awangardy po II wojnie światowej to następna znowu zmiana. Pojawiają nowe media i owoce postępu technologicznego – kolejno telewizja, wideo, szybkie techniki poligraficzne, komputer (zaprzęgnięty do sztuki jako generator przypadku w malarstwie Ryszarda Winiarskiego, który najpierw rzucał kostką). Tym, co robią z nami telewizja, radio, mass media, zajął się w ciekawy sposób Marshall McLuhan. Tymczasem w Polsce władzę nad duszami zyskują różne pozoracje i uzurpacje, abstrakcja, happeningi, sztuka konceptualna. Polscy surrealiści – Zdzisław Beksiński, Franciszek Starowieyski – nie uchodzą za artystów, długo pozostajemy w niewoli frazesów; Theodor Adorno na przykład twierdził, że nie będzie możliwa poezja po Auschwitz. A jednak była i jest możliwa. Tak czy owak język sztuki trzeba koniecznie zmienić, rozbić, zaprząc do innych zajęć, których nie wykona pop-sztuka, pop-kultura eksploatująca rejony, na których królował Swift, Andersen, Lem, a potem Tolkien czy Dick. No i Sienkiewicz. Zmienić język, koniecznie i przełamać duchowy kryzys burżuazyjnego społeczeństwa (?!)… Awangardziści traktowali to serio. Mylili się, nasza staroświecka baśniowa fantastyka, odświeżana nauką, technologią i na przykład obietnicami transhumanizmu, apeluje do wciąż ważnych rejonów człowieczeństwa. Przecież taki Solaris czy nawet Matrix to są zmodyfikowane wieloznaczne baśnie. Awangardziści byli interesujący, choć robili swoje z chorobliwym zapałem, nie oglądając się na okrutną zwłaszcza w Polsce rzeczywistość. Z tego szydził Miłosz.

AG: Ale kategoryczność tej postawy awangardowej do dziś pozostaje imponująca. Jest w tym szlachetny żar, nawet samozatracenie.

MP: Jasne, że tak, przecież w Powidokach studenci Strzemińskiego autentycznie podziwiają i kochają. Tyle że w miesiąc po premierze w miesięczniku „Kino” Paweł Edelman, operator Powidoków, powiada, że Strzemiński był postacią charyzmatyczną, ale on takich nie lubi, wręcz się ich boi. Bogusław Linda jeszcze przed premierą powtarzał podobne zarzuty, choć przecież zagrał malarza, dał mu swoją fizyczność. Wajda, idąc za głosem serca, wymuszał na aktorze afirmatywny wizerunek, a Linda się stawiał, bo nie mógł darować Strzemińskiemu choćby tego, że okładał kulą swoją żonę, Katarzynę Kobro. Awangardziści to byli ludzie rygorystyczni, zawzięci, o tak wielu twarzach, że się ich kocha i nienawidzi, że się ich boimy, choć jednocześnie możemy nich się od nich uczyć. Tak mają palacze muzeów i reformatorzy artystycznych języków. Ale myślę, że może wystarczy dobrze muzeów pilnować, by człowiek, który chce je niszczyć, mógł być zaczynem interesującego intelektualnego fermentu.

Cele i źródła

WS: A może nie da się precyzyjnie dyskutować o awangardzie, bo nurtów, a w zasadzie osobowości, było w tym zjawisku tak wiele, że to jest dżungla i trudno o wyraźne teorie.

MP: Mówimy o stuletnim jubilacie, w Łodzi, stolicy polskiej awangardy. A to wciąż stanowi chlubę miasta i niekłamany kulturowy magnes.

AG: Kategoryczność awangardowej postawy, jej szlachetny żar, mają wymiar ogólny i jednak pozytywny. Stąd pytanie do pani Joanny, która malując wielkoformatowe dzieła, przepracowała kciuk. Jak pani traktuje to dziedzictwo? Sednem jest żar czy rzemiosło i ciężka robota?

JK: Nie chodzę w pelerynie i berecie i nie piję absyntu. Moja praca trwa 12 godzin dziennie, a ostatnio, kiedy kończyłam wystawę, nawet więcej. Dlatego bardzo mnie cieszy to, co pan Wojciech powiedział o kciuku. Powalczę o odzyskanie pełnej sprawności, bo nie umiem robić nic innego. A że komiksy można rysować lewą ręką, myślę, że się uda.

AG: Niedaleko, w Teatrze Powszechnym, trwa Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych pod hasłem „Awangarda jako stan umysłu”. Takie podejście, abstrahujące od kontekstu historycznego, byłoby dla fantastów do przyjęcia?

AS: Czy to nie pozycjonuje nas trochę jako nieszkodliwych wariatów?

JK: Najważniejsza jest kwestia roli artysty. Według aktora Krzysztofa Majchrzaka górnik daje węgiel, krowa daje mleko, chirurg daje zdrowie, a artysta daje poruszenie. Mniej ważne, jak siebie postrzega i czego szuka. Jeżeli to, co robi, nie daje poruszenia, no to jest mniej warty niż krowa.

AG: Czy w takiej koncepcji artysty istotna jest niezależność myślenia? Poleganie na swoim instynkcie, systemie wartości?

AS: W niemieckim dowcipie sędzia pyta świadka o zawód. „Kunstler, artysta”, mówi świadek. „A konkretnie, co pan robi?” „Parasolki”. „To przecież żadna sztuka!” „Tak? To niech Wysoki Sąd zrobi jedną”. Stale się z tym spotykam. „Panie, też umiem pisać, czemu akurat pan zarabia takie pieniądze. Wydałam 40 złotych na pana książkę, nie rozumiem, czemu tak drogo?”

MP: No właśnie, czemu?

AS: Nikt tego nie wie. Po prostu jest się innym niż reszta. Mojego miejsca nikt mi nie podarował, tylko sam musiałem się wdrapać. Trochę to trwało. Ludzi, którzy mi w tym pomagali, nie wymienię, bo ich nie było, a przeszkadzających też nie, bo braknie czasu. Niezależność? Jasne, ale chodzi o to, żeby czytelnik książkę dostrzegł, kupił i przeczytał. Poruszenie też ważne, ale zależy, jakiego rodzaju.

AG: Ludzie podobno płaczą przy śmierci pana bohaterów.

AS: Podczas lektury George’a Martina toby się musieli na śmierć zapłakać, on co dwie stron kogoś zabija, zupełnie bez dania racji. Do rzeczy – jeśli ktoś nie ma tego ducha, o którym Biblia mówi, że wionie, kędy chce, to nic z jego artystycznych zabiegów nie będzie.

MP: À propos ducha. W ZSRR sędzia pyta Josipa Brodzkiego o zawód. On odpowiada: „Poeta”. „A skąd obywatel tak ma, kto obywatelowi nadał?” „A nie wiem – mówi Brodzki – to chyba od Boga”. Chodzi o święty ogień, nie o klucz do sławy i sposób wyjmowania panienek, bo tak zorientowani artyści wypadają z gry. A źródła, motory tworzenia? Pamiętam spotkanie autorów, takich raczej prawicowych. Ktoś z publiczności spytał: „Dlaczego piszecie?”. I dyskusja się zapętliła, bo wszyscy powtarzali, że z cierpienia, niedoli, z poczucia niesprawiedliwości; o przekraczaniu granic i nowych lądach ani słowa. Szczęśliwie przypomniałem sobie pierwsze lektury – Pinokio, Podróże Guliwera, baśnie Andersena, Sindbad Żeglarz, baśnie polskie w różnych wyborach, Szatan z siódmej klasy, Sienkiewicz, Hemingway, Conrad, Lem… Pragnąłem pisać, bo mnie te książki urzekły, chciałem robić coś podobnego, być przy tym. Cierpienie cierpieniem, cholera wie, kiedy się zjawia poczucie służby, socjalnej odpowiedzialności, ale pisanie bierze się głównie z zachwytu. Ktoś inny widzi to jeszcze inaczej – wszyscy kłamią, nic nie rozumieją, żaden nie dociera do sedna; ja im wygarnę. I stąd pragnienie zmiany języka czy tematu. To też chyba od Boga – ten dar przewrotności albo afirmacji, zachwytu albo instynktu modernizacyjnego, albo inny kreatywny obłęd. Poruszenie, dostarczenie odbiorcy radości. Ciekawe, że tą radością może być doprowadzenie bohatera do upadku. W świecie, powiedzmy, propagandy sukcesu mroczne dzieło dostarcza radości, bo przywraca wiarę w prawdę, w możliwość jej nazwania. Oto sekret popularności Zajdla i Szulkina. Także Machulskiego, który to zrobił na wesoło.

AG: A jak to wygląda u Tomasza Bagińskiego? Też idzie o zachwyt, na przykład literaturą, którą pan filmuje?

TB: Oczywiście. Należę do twórców pracujących z potrzeby serca, z chęci dania radości ludziom i wprowadzenia ich w świat, w którym cuda się zdarzają. To wynika z istoty kina, sztuki jednak inżynierskiej, wymagającej gigantycznych nakładów i zebrania setki ludzi ogarniętych tą samą wizją, zapewniających funkcjonowanie kinematograficznej maszyny.

AG: Nie można być w kinie samotnym, izolowanym artystą?

TB: Kina są za duże dla samotnych twórców, to zresztą zaleta i wada tej dziedziny sztuki, bo nie każda historia może być opowiedziana za jej pośrednictwem. Wynikają z tego złe efekty, a czasem dobre. Zwykły człowiek, który by normalnie do sztuki nie aspirował, bo by jej nie odebrał, w kinie daje sobie radę, bo tam sztuka jest przykrojona na jego miarę. A pokrewieństwo kina z literaturą fantastyczną polega na możliwości odbioru na wielu poziomach. Na podstawowym mamy przygodę, sprawiającą, że odbiorca zapomina o bożym świecie. Najlepsi stwarzają kolejne warstwy pozwalające ten świat odkrywać. Ja robię filmy głównie po to, żeby dawać ludziom radochę. To fajny pomysł na życie.

AG: W wywiadach z panem Sapkowskim znalazłam podobną myśl. Pan zapewnia, że nie obrazi się na czytelników, którzy nie dotrą do wszystkich warstw dzieła.

AS: Obrażać się nie ma o co. Nie daję czytelnikowi łatwej potrawy do konsumpcji, to jest swego rodzaju homar, trzeba wiedzieć, jak go rozebrać, żeby się dostać do smakowitszych części. Ale unikam też Professorenroman, literatury przeznaczonej wyłącznie dla znawców. Fantastyka, czyli moja działka, której zawsze będę bronił i którą będę stawiał na piedestale, swego ludycznego charakteru nie ukryje. Większość dobrej fantastyki kanonicznej jest rozrywkowa, nawet Solaris, który Maciek windował tu w kontekście bajki. Magiczne warstwy ukryte, głębokie, zmuszające do refleksji do przemyśleń nad losem człowieka, nie odbiorą tej fantastyce rozrywkowych walorów. Są oczywiście różne stopnie rozrywki. Jednym wystarcza, jak Conan przez 250 stron zabija orków czy inne potwory, po czym odbywa kilka stosunków płciowych z osobnikami płci żeńskiej, które nie uciekły na drzewo, i odchodzi w stronę zachodzącego słońca. Takiej fantastyki jest mnóstwo, umówmy się, i przysporzyła ona gatunkowi nieco złej prasy. To wypadek przy pracy, ale czy w mainstreamie albo czarnym kryminale nie mają czegoś takiego? Jasne, że mają.

MP: Andrzeju, Joannę i Wojtka pytaliśmy o artystyczne szkolnictwo. My, samoucy – ty handlowiec, ja inżynier – musieliśmy w dziedzinie sztuki edukować się sami. Znana jest teoria 10 tysięcy godzin, które trzeba poświęcić dowolnej dziedzinie, żeby osiągnąć sprawność, kunszt. Jeśli potraktować lektury jako wstęp do pisania, to przy dwu–trzech książkach tygodniowo oznaczałoby to trzy godziny dziennie lektury przez 10 lat. Debiutując Wiedźminem w wieku 38 lat, miałeś na koncie chyba dużo więcej.

AS: Zacząłem czytać w wieku pięciu lat. Jeszcze sam nie umiałem, ale ojciec czytał mi na głos dużo i często. Mickiewicza, ale głównie Bajki z tysiąca i jednej nocy, różne rzeczy po niemiecku i rosyjskie skazki w oryginale. Byłem chowany na erudytę i na poliglotę. Czytelnictwo aktywne zacząłem w wieku siedmiu–ośmiu lat, obecnie czytam 60–70 książek rocznie. Ale nic drukowanego, wszystko e-booki, szybciej idzie.

AG: Pociągnijmy kwestię samokształcenia, nawiązując do awangardy, ale w sposób, który spodoba się panu Wojtkowi. Słyszałam, że darzy pan wielką estymą naukowców, fizyków, astrofizyków i uważa ich nie tylko za awangardę naukową, ale i… artystyczną.

WS: Przyjaźnię się z profesorem Malińskim, biochemikiem dwukrotnie nominowanym do nagrody Nobla. Zaczął od prób dostania się na ASP, zdawał dwa razy i dzięki Bogu go nie przyjęli. Stworzył ciekawą gałąź medycyny, koledzy nobliści mówią mu: „Ty nas wyprzedzasz o 15 lat”. Sztuka uwrażliwia w różnych kierunkach, a prawdziwa awangarda reagowała także na zdobycze nauki. Na przykład w pracach Joana Miró widać inspirację obiektami widzianymi pod mikroskopem. Naukowcy odkrywają niebywałe rzeczy, które możemy sobie wyobrazić z wielkim trudem. Wyobraźnia to ważna rzecz, ale prawdziwym darem jest talent, który się wypracowuje samemu. Akademie to blokują, narzucają schematy i podległości, warunkując w ten sposób przyznanie dyplomu. Dlatego fascynuje mnie otwartość uczonych, czuję z nimi bliskość, uczę się od nich. Kilka lat temu artyści z Francji zainteresowani tym, jak funkcjonuje wyobraźnia naukowa, zostali zaproszeni na spotkanie do Wiednia z naukowcami z agencji kosmicznych. Byłem moderatorem paru spotkań. Pokazano tam projekcje prac Leonarda da Vinci, w których widać zapowiedzi różnych nowoczesnych urządzeń – zatem przeczucia i wizje artysty mogą coś dać naukowcom, poszerzyć im horyzonty. Na zakończenie zabrał też głos jeden z profesorów: przyznał, że długo nie było im wolno się przyznać, że czytają science fiction. Oficjalnie ta literatura to dla nich nie istniała, dopiero kiedy minister szkolnictwa wyższego stała się ministrem edukacji, w dydaktyce znalazło się miejsce i dla fantazji.

TB: A to ciekawe, bo w kinie awangarda też już jest gdzie indziej. Powstały nowe technologie robienia kina, przekazywania nowych narracji. To sztuka nowych mediów. Chodzi o eksperymenty związane z virtual reality – z nowymi obszarami medialnymi, których 10 lat temu nie było, to znaczy istniały fikcyjnie na planszach komiksów, w filmach albo w prozie SF. Teraz są faktem, mamy narzędzia, umożliwiające tworzenie tak zwanej rozszerzonej rzeczywistości. To tam się dzieją rzeczy naprawdę awangardowe, bo zwykłe kino jest tradycyjną dziedziną sztuki, od której nie oczekiwałbym nowości.

AG: Stale mamy do czynienia z dokonaniami dowodzącymi, że awangarda jest zjawiskiem wielowymiarowym i pozahistorycznym. W łódzkiej galerii Atlas Sztuki można zobaczyć dzieła Tadeusza Kantora, ale też najnowsze prace Mirosława Bałki czy Agnieszki Zardzewiałej, proponującej coś w rodzaju kapsuły czasu. Historię awangardy można pisać, ale ona sama się nie skończyła, przeobraża się i trwa.

Wasz cyrk, moje małpy. Tom 2

Подняться наверх