Читать книгу Drugi okręt - Richard Phillips - Страница 5

Prolog

Оглавление

Choć na takiej głębokości poniżej poziomu Groom Lake nie dawało się precyzyjnie określić kierunku, Donald Stephenson wiedział, że tunel prowadzi na południowy zachód. Wagon ciągnięty przez elektryczną lokomotywę dowiózł go aż tutaj po torach biegnących środkiem korytarza. Przed wielu laty tą samą trasą do wielkich stalowych drzwi, pod którymi teraz stał, transportowano zupełnie inny towar. Dwie szczeliny u podstawy wrót pasowały do szyn znikających po drugiej stronie.

Don podniósł wyżej kołnierz wojskowej kurtki i przeszedł na prawo, do mniejszych drzwi przeznaczonych dla personelu. Przystanął, by przesunąć kartę przez czytnik. Przejście otworzyło się z cichym świstem wyrównującego się ciśnienia.

Nagły dreszcz kazał mu obejrzeć się przez ramię. Ujrzał długi, pusty tunel znikający za lekkim zakrętem w lewo. Jedyne towarzystwo stanowił cichy szum jarzeniówek umieszczonych wysoko na suficie.

Wzruszył ramionami, by pozbyć się ciarek z karku. Zupełnie jakby ktoś przeszedł po jego grobie. Chryste, ależ był dziś nerwowy.

Szczęśliwego Dnia Dziękczynienia, pomyślał.

Znajdował się sam w przestronnym pomieszczeniu, jak zresztą często o tej porze nocy, zwłaszcza w ważne święta. Choć Don nie potrafił tego zrozumieć, przypuszczał, że możliwość pracy nad obiektem utraciła już powab nowości dla zespołu naukowców, którzy grzebali i majstrowali przy jego powłoce od kilku dziesięcioleci, nie osiągając żadnych postępów pozwalających rozwikłać jego wewnętrzne tajemnice.

Zajmował znaczną powierzchnię środkowej części pomieszczenia i otaczała go pajęczyna aluminiowych rusztowań, stanowiących kładki dla naukowców oraz robotników, a także stelaż dla instrumentów elektronicznych przyklejonych do skóry obiektu niczym pąkle do dawnych statków wielorybniczych.

Nawet teraz, tyle lat od tamtego dnia pod koniec marca 1948 roku w pobliżu Aztec w stanie Nowy Meksyk, kiedy to miejscowi trafili na ślady katastrofy okrętu kosmicznego, jedynie kilkadziesiąt osób wiedziało bez cienia wątpliwości, że mieszkańcy Aztec mieli słuszność. Jak na ironię, nadmierne zainteresowanie mediów, wywołane rok wcześniej za sprawą incydentu w Roswell, ułatwiło zatuszowanie wydarzeń w Aztec. Zanim dziennikarze przybyli w okolicę Farmington, by przeprowadzić szczegółowe śledztwo, podłożono już wystarczającą liczbę fałszywych oraz wykluczających się nawzajem dowodów, by zagwarantować, że świadectwa miejscowych staną się zupełnie bezwartościowe.

Idąc w stronę rusztowania, Don przyglądał się okrętowi. Okazywał się zdumiewający w każdym możliwym aspekcie. Pierwotna ekipa badawcza stwierdziła na pierwszy rzut oka, że kraksa pojazdu została spowodowana jakąś wewnętrzną usterką, lecz to założenie wkrótce ustąpiło pola znacznie bardziej niepokojącemu wnioskowi.

Po pierwsze, obiekt próbował ukryć się po katastrofie, nakładając na siebie jakieś elektrooptyczne maskowanie zakłócające, dzięki któremu trudniej było go ujrzeć. Gładki, wydłużony kształt okrętu pojawiał się w polu widzenia i znikał z niego, jeśli nie stało się bezpośrednio obok. Przynajmniej ta część systemów pokładowych wciąż działała.

Po drugie i jeszcze bardziej zatrważające, pojazd był uszkodzony. Choć kadłub nie został przebity, jakaś siła sprawiła, że w kilku miejscach utworzyły się na nim pęcherze i nierówności. W wyniku prób ustalono, że powodem nie było uderzenie o powierzchnię Ziemi.

Na podstawie dowodów opracowano obowiązującą obecnie teorię, że właśnie źródło uszkodzeń w jakiś sposób doprowadziło do katastrofy.

Przez lata, jakie minęły od przeniesienia okrętu tutaj, nie zdołano przebić jego powierzchni. Nic nie dały niekończące się eksperymenty wykorzystujące olbrzymie ilości energii, z których część powinna rozgrzać fragmenty kadłuba do temperatury jądra Słońca. Diamentowe wiertła, palniki, spawarki łukowe, lasery i wreszcie strumienie wysokoenergetycznych cząstek nie wywarły żadnego efektu na dziwny materiał składający się na powłokę obiektu. Powierzchnia pozostawała chłodna w dotyku, nieważne, ile ani jakiej energii naukowcy w nią kierowali.

Choć nie umieszczono tego w żadnym z oficjalnych raportów, wśród badaczy przeważała opinia, że podobne uszkodzenia zdolna byłaby wywołać jedynie technologia mogąca się równać z tą, która posłużyła do zbudowania pojazdu. Don zgadzał się z tymi przypuszczeniami i dziękował Bogu, że ktokolwiek zaatakował okręt, nie uznał Ziemi za wystarczająco interesującą, by zająć się nią w dalszej kolejności.

Zespół naukowy nie zdołał zdrapać choćby opiłka z kadłuba, nie mówiąc już o dostaniu się do środka. To tyle w kwestii „geniuszu” ludzi kierujących programem. Teraz jednak pojawiła się szansa. Szczęście zawsze wydawało się sprzyjać Donowi i przez ostatnie dwa tygodnie nie mógł się uskarżać na jego brak. Pozwolono mu zorganizować własny eksperyment na zewnętrznej skorupie okrętu obcych. Pomijając kwestię szczęścia, wolał sądzić, że zawdzięczał swój sukces zaharowywaniu się przez poprzednie trzy lata, odkąd ukończył studia i został przydzielony do tego ściśle tajnego programu. Wyglądało na to, że godziny żmudnych badań nie poszły na marne.

Po drugiej stronie pojazdu Don ustawił torus z elektromagnesami pozwalającymi rozpędzić elektrony do prędkości światła. Przy elemencie uważanym przez zespół za drzwi okrętu wychodził z pierścienia długi metalowy stożek, zakończony zestawem rurek emitujących promieniowanie Czerenkowa.

Don nie pamiętał, jak właściwie wpadł na ten pomysł. Czytając tajne zeznania naocznych świadków, wychwycił coś, co wydało mu się dziwne: doniesienia o słabym niebieskim blasku bijącym od obiektu mknącego po niebie nad Nowym Meksykiem.

Brzmiało to jak opis promieniowania Czerenkowa. Piękne niebieskie światło powstawało, gdy coś poruszającego się w próżni z prędkością bliską światłu wpadało w ośrodek materialny o niższej prędkości fazowej światła, na przykład powietrze lub wodę.

Wydzielanie przez okręt tego rodzaju radiacji nie miało sensu. Opisywana przez świadków szacunkowa prędkość nie była wyższa niż dwa machy. Jeśli promienie Czerenkowa były wówczas obecne, musiały pochodzić z mechanizmów sterowania lub napędu. Skoro zaś te systemy wydzielały promieniowanie, być może zareagowałyby w sposób mierzalny na odpowiednią kombinację fal Czerenkowa.

Don nie miał złudzeń, że możliwość przeprowadzenia eksperymentu w świąteczny weekend obejmujący Dzień Dziękczynienia otrzymał tylko dlatego, że przez te wszystkie lata zespół naukowy nie dokonał żadnych postępów. I Don prowadził badania bez przerwy aż od zeszłej nocy.

Gdy usiadł przy klawiaturze, nad którą migały tysiące diod elektroluminescencyjnych, dostrzegł mrugający wskaźnik błędu i nachylił się w jego stronę.

– Co, u diabła?

Kilka z jego eksperymentalnych instrumentów dawało niewłaściwe odczyty lub zupełnie nie działało. Błędną wartość podawały też przyrządy sterujące ustawieniem zwierciadeł Czerenkowa.

Don zaklął cicho, sprawdzając dane na długim wydruku zwisającym z drukarki i tworzącym kupkę na podłodze. Przeglądając strony, odnalazł godzinę usterki: osiemnasta pięćdziesiąt trzy.

– Niech to cholera!

Cały system wyłączył się niedługo po tym, jak Don wyszedł, by zrobić sobie kolację. Już stracił dwie cenne godziny, a nie wiedział, ile zajmie mu zidentyfikowanie przyczyny awarii i jej usunięcie.

Upewniwszy się, że usterka leżała nie w systemie komputerowym, lecz w samych instrumentach, okrążył szybko rusztowanie, kierując się do miejsca, gdzie iniektor wstrzeliwał elektrony do aparatu, wysoko po przeciwległej stronie okrętu.

Obchodząc ogon wydłużonego pojazdu, Don zahaczył stopą o kabel i przewróciłby się, gdyby nie złapał rusztowania. Wyprostował się i podniósł wzrok ku swoim wiszącym instrumentom. Kable oraz mocowania były połamane i poskręcane, a zwierciadła Czerenkowa wyskoczyły z gniazd i spadły na betonową podłogę. Umysł Dona ledwo jednak rejestrował stan instrumentów.

Naukowiec wpatrywał się w dużą rampę, która opuściła się z boku kadłuba aż do podłoża, miażdżąc rusztowanie pod sobą. Z otworu wydostawał się lekki blask.

Don usztywnił kolana, by nie załamały się pod nim, groziła mu bowiem utrata przytomności w wyniku hiperwentylacji. Dysząc i trzymając się pogiętego rusztowania, przyglądał się instrumentom zamontowanym wzdłuż najbliższej ściany, monitorującym jakość powietrza i poziom promieniowania. Wszystko w normie. Mógł jeszcze tego dnia zginąć, ale nie z powodu czegoś tak trywialnego.

Wiedział, że powinien podnieść słuchawkę czerwonego telefonu i zadzwonić do oficera pełniącego służbę w głównej bazie. Zapoczątkowałoby to lawinę wezwań do naukowców i wojskowych pracujących nad obiektem. Gdyby tego nie zrobił, ryzykowałby wyrzucenie z projektu, a być może nawet unieważnienie poświadczeń bezpieczeństwa.

Pot spływał mu z czoła i szczypał w oczy, gdy Don wpatrywał się w rampę prowadzącą do wejścia. Do głowy przyszła mu ryzykowna myśl.

Dlaczego ma dzwonić, zanim chociaż nie podejdzie i nie zajrzy do środka? W końcu czy to nie dzięki jego pracy udało się osiągnąć ten przełom?

Miał graniczące z pewnością przeczucie, że gdyby wykonał telefon, nigdy nie dostałby szansy, by spojrzeć do wnętrza okrętu. Najmniejszej szansy. Ci sami idioci, którzy od dziesięcioleci drapali się po głowach, pojawiliby się znikąd i wszystko zamknęli szczelnie jak tyłek ślimaka. W pobliże pojazdu dopuszczono by tylko najwyższych rangą naukowców i smutasów z wywiadu.

Don nie zamierzał do tego dopuścić, przynajmniej dopóki sam nie rzuci okiem. Czując w skroniach dudnienie krwi, wszedł chwiejnie po rampie, zatrzymał się u jej szczytu, by zaczerpnąć tchu, po czym przestąpił próg, znikając we wnętrzu.

Samotny oscyloskop w baterii przyrządów po przeciwległej stronie sali zarejestrował chwilowe wahnięcie elektronicznego sygnału, a następnie wrócił do zwyczajnej wartości.

W odległości ośmiu kilometrów w małym pomieszczeniu tuż przy Hangarze 1 pełniący służbę major lotnictwa nazwiskiem Stuart Greeley dokonał kolejnego wpisu w swoim dzienniku służby: „21.15, 24 listopada 1987, Groom Lake, Obszar 51, Nevada. Wszystko w porządku”.

Drugi okręt

Подняться наверх