Читать книгу Furia - Sandra Brown - Страница 5

Prolog

Оглавление

– Czy brał pan pod uwagę, że to się może skończyć dla pana tragicznie?

– Tego pytania nie było wśród umówionych wcześniej. – Major zacisnął wargi z dezaprobatą.

– I dlatego nie zadałam go przed kamerami. Ale teraz nie ma tu nikogo oprócz nas. Pytam nieoficjalnie. Czy bał się pan o swoje życie? Przeszło panu przez myśl, że to może być koniec?

– Nie miałem czasu zastanawiać się nad tym.

– Ta odpowiedź wydaje się z góry przygotowana. – Kerra Bailey przechyliła głowę i przyjrzała mu się z powątpiewaniem.

– Bo była. – Siedemdziesięciolatek posłał jej uśmiech, którym zdobył kiedyś serca całego narodu.

Nie próbowała pytać o nic więcej, zwłaszcza że dostała to, po co tu przyjechała – pierwszy wywiad, jakiego Major udzielił od ponad trzech lat. W dniach poprzedzających rozmowę transmitowaną tego wieczoru na żywo z jego domu zdążyli oboje już się poznać. Odbyli kilka ożywionych dyskusji, często zajmując odmienne stanowiska.

Kerra spojrzała na poroże jelenia wiszące nad kominkiem.

– Nienawidzę, gdy oczy martwego zwierzęcia patrzą na mnie ze ściany.

– Dziczyzna jest pożywieniem, a regularne przerzedzanie stada jest ekologicznym wymogiem jego przetrwania.

– Z naukowego punktu widzenia to zasadne spostrzeżenie. Z osobistego i ludzkiego nie rozumiem, jak ktoś mógłby wziąć na muszkę takie piękne zwierzę i nacisnąć spust.

– Żadne z nas dwojga nie wygra w tym sporze – odparł twardo.

– Ani nie uzna porażki – padła riposta.

– Niewątpliwie. – Parsknął krótkim śmiechem i zakaszlał sucho.

Spojrzał w kąt przestronnego pokoju, po czym podniósł się z rozkładanego fotela pokrytego brązową skórą i podszedł do wysokiej szafy na broń. Otworzył przeszklone drzwi i wyjął ze środka strzelbę.

– To z niej ustrzeliłem tego właśnie jelenia. Ostatni prezent gwiazdkowy od żony – powiedział, przesuwając dłonią po niebieskawej lufie. – Nie używałem jej, odkąd zmarła Debra.

Widok łagodniejszej strony emerytowanego żołnierza poruszył Kerrę.

– Szkoda, że nie mogła być przy tym wywiadzie.

– Też żałuję. Codziennie mi jej brak.

– Jak ona to znosiła? Rolę żony bohatera narodu?

– Była pod ogromnym wrażeniem – zachichotał, stawiając strzelbę w kącie pomiędzy szafą a ścianą. – Już tylko co drugi dzień suszyła mi głowę, że zostawiam skarpetki na podłodze, zamiast wkładać je do kosza z praniem.

Zaśmiała się, myślami jednak wróciła do syna Majora. Nie ukrywał niechęci do rozgłosu otaczającego ojca, ale Kerra czuła się w obowiązku zaprosić go do udziału w wywiadzie, choćby miał wystąpić tylko krótko, w ostatnim fragmencie. Używając dosadnego języka, niepozostawiającego miejsca na błędną interpretację, odmówił. I dzięki Bogu.

Major podszedł do barku.

– Od tej całej gadaniny zaschło mi w gardle. Przyda mi się kropla alkoholu. Czego ci nalać?

– Nie, dziękuję. – Wstała i wzięła torbę stojącą na podłodze obok fotela. – Jak tylko wróci ekipa, musimy ruszać w drogę.

W miejscowej restauracji Major zamówił wcześniej dla niej i całej pięcioosobowej ekipy telewizyjnej smażonego kurczaka, podawanego na zimno w piknikowym stylu. Posiłek dostarczono do jego domu. Kolacja trwała godzinę, a kolejną zajęło pakowanie sprzętu. Gdy się z tym uporali, Kerra poprosiła współpracowników, żeby pojechali na stację benzynową i zatankowali furgonetkę, bo czekała ich dwugodzinna droga powrotna do Dallas. Ona została w domu Majora. Chciała spędzić z nim trochę czasu bez świadków i podziękować mu.

– Majorze, muszę panu powiedzieć… – zaczęła.

Odwrócił się w jej stronę i nie pozwolił dokończyć zdania.

– Już to mówiłaś, Kerro. Kilkakrotnie. Nie ma potrzeby do tego wracać.

– Może pan nie chce tego znowu słyszeć, ale ja muszę to powiedzieć. – Jej głos ochrypł z emocji. – Proszę przyjąć moje serdecznie podziękowanie za… No cóż, za wszystko. Nie umiem odpowiednio wyrazić swojej wdzięczności. Jest po prostu bezgraniczna.

– To naprawdę drobiazg – odparł mężczyzna, dostosowując się do jej poważnego tonu.

Uśmiechnęła się do niego i westchnęła.

– Czy mogę od czasu do czasu do pana zadzwonić? Zajrzeć z wizytą, jeśli kiedyś trafię w te strony?

– Będzie mi bardzo miło.

Przez długą chwilę przyglądali się sobie nawzajem, nie wypowiadając tych wszystkich jakże niewystarczających słów, wzrokiem jednak przekazując głębię emocji. Po czym, chcąc przerwać sentymentalny nastrój, Major zatarł ręce.

– Na pewno niczego się nie napijesz? – powtórzył pytanie.

– Dziękuję, chciałabym tylko skorzystać z łazienki.

Płaszcz położyła na oparciu fotela, ale torbę narzuciła na ramię.

– Znasz drogę.

To była już czwarta jej wizyta u Majora, znała więc plan domu. Salon wyglądał niczym małe muzeum stanu Teksas: parkiet z postarzanego drewna, na nim bydlęce skóry, reprodukcje rzeźb Fredericka Remingtona przedstawiające w brązie kowbojów w akcji i meble, przy których ulubiony rozkładany fotel Majora z podnóżkiem wydawał się miniaturowy.

Jeden z korytarzy prowadził z głównego pomieszczenia do holu. Tam za pierwszymi drzwiami po lewej mieściła się toaleta. W dość kobiecym wnętrzu nieco absurdalnie wyglądał dozownik do mydła w kształcie łba byka rasy Longhorn.

Osuszała ręce, stojąc przy umywalce. Patrzyła w lustro, starając się zapamiętać, że ma się odezwać do swojej fryzjerki – może kilka dodatkowych jaśniejszych pasemek wokół twarzy? Zasuwka drzwi zaklekotała, odwracając jej uwagę od własnego odbicia.

– Majorze, czy ekipa już wróciła? Zaraz wychodzę.

Nie odpowiedział, chociaż czuła, że za drzwiami ktoś stał. Odwiesiła ręcznik na żelazne kółko zamontowane w ścianie obok umywalki i właśnie sięgała po torbę, gdy usłyszała huk. Natychmiast wróciła myślami do Majora. Wyjął strzelbę z szafki, ale jej tam nie zamknął. Jeśli chciał to zrobić teraz, a ona niespodziewanie wypaliła… O Boże!

Rzuciła się do drzwi i złapała za gałkę. Szybko cofnęła dłoń, słysząc z głębi domu głos, który nie należał do Majora.

– I jak ci się na razie podoba umieranie? – dobiegło jej uszu pytanie.

Kerra zasłoniła usta dłonią, chcąc powstrzymać jęk niedowierzania i przerażenia. Usłyszała głuchy stukot czyichś kroków w salonie. Czy to była jedna para nóg, czy dwie? Nie potrafiła tego ustalić, a strach nie pozwalał jej myśleć jasno. Instynktownie sięgnęła jednak do kontaktu i zgasiła światło. Wstrzymując oddech, nasłuchiwała odgłosu kroków, które to cichły na bydlęcych skórach, to odbijały się głośnym echem na deskach parkietu, a potem, ku jej rosnącej grozie, skierowały się do holu. Dotarły pod drzwi łazienki i się zatrzymały.

Poruszając się tak bezszelestnie, jak tylko to było możliwe, cofnęła się spod drzwi. Po omacku znalazła drogę obok umywalki i sedesu, aż dotarła do ściany wyłożonej drewnianą boazerią. Usiłowała oddychać jak najciszej, choć jej wargi poruszały się, wypowiadając modlitwę złożoną z jednego powtarzanego raz za razem słowa:

– Proszę, proszę, proszę…

Stojący po drugiej stronie drzwi chciał obrócić gałkę, ale drzwi były zamknięte. Spróbował ponownie, a potem drzwi zadygotały, mocno pchnięte. Dla człowieka, który usiłował je otworzyć, zamknięta zasuwka mogła oznaczać tylko jedno: w środku ktoś był.

Nakryto ją.

Kolejne kroki – druga osoba nadbiegła od strony salonu. W drzwi znów zaczęto walić, jak się domyśliła, kolbą strzelby. Nie miała niczego do obrony przed napastnikami. Jeśli zastrzelili Majora, to gdy sforsują te drzwi, ona też zginie. Jedynym wyjściem była ucieczka. Kerra nie miała chwili do stracenia. Okno, które miała za plecami, było niewielkie, ale tylko ono dawało jej szansę ujść z życiem. Wymacała zatrzask dolnej części, odblokowała go, a potem wsunęła palce w zagłębienie ramy i z całej siły pociągnęła. Rama ani drgnęła.

Łup, łup, łup! Kolejne, padające jedno po drugim uderzenia osłabiały zasuwkę w drzwiach. Z drewna, w którym była osadzona, posypały się drzazgi. Zachowanie ciszy nie miało już znaczenia, Kerra głośno zaszlochała, łapczywie chwytając hausty powietrza.

– Proszę, proszę, proszę… – skomlała to usilne błaganie o ratunek do jakiejś siły większej od niej, bo ona była bezradna.

Raz jeszcze z całej siły szarpnęła ramę okna, a ta ku jej zaskoczeniu ustąpiła. Kerra przez sekundę stała oszołomiona. Z tego stanu wyrwała ją kolejna gwałtowna próba sforsowania zamka. Tym razem napastnikowi udało się obluzować śruby mocujące zasuwkę. Usłyszała dźwięk metalu uderzającego o podłogę. Przerzuciła nogę przez parapet i zgięła się niemal wpół, żeby przecisnąć na zewnątrz głowę i ramiona. Kiedy to jej się udało, odepchnęła się i skoczyła. Upadła, uderzając barkiem o ziemię. Ukłucie bólu zaparło jej dech, lewe ramię zdrętwiało i straciła w nim czucie. Ostatkiem siły przeturlała się na brzuch i odepchnęła od ziemi prawą ręką. Po kilku niepewnych krokach złapała równowagę i rzuciła się pędem przed siebie. Za sobą słyszała odgłos ustępujących z trzaskiem drzwi łazienki.

Ogłuszył ją wystrzał z dubeltówki, który odciął górną gałąź młodego jadłoszynu. Biegła. Strzelono jeszcze raz, trafiając w jakąś skałę. Odpryski kamienia uderzyły ją po nogach, kłując jak igły. Ile razy spudłują, zanim wreszcie uda im się trafić? W okolicy nie było latarni, tylko sierp księżyca rzucał poświatę. Mrok sprawiał, że była trudniejszym celem, ale też nie pozwalał widzieć więcej niż na parę kroków przed sobą. Biegła na oślep, potykając się o kamienie, krzaki i nierówny grunt.

Proszę, proszę, proszę…

A potem grunt pod jej stopami się osunął. Kerra potoczyła się, chwytając dłońmi wyłącznie powietrze. Nie udało się jej powstrzymać upadku, runęła na ziemię. Przeturlała się po niej, ześlizgnęła i spadła.

Furia

Подняться наверх