Читать книгу Sejf. Gniazdo Kruka - Tomasz Sekielski - Страница 6

PROLOG

Оглавление

Sikanie w kajdankach i ze skutymi nogami jest czynnością z gatunku ekwilibrystycznych. Jednak zgodnie z procedurami szczególnie niebezpieczni więźniowie przebywający poza celą nie mogą liczyć w tej sprawie na inne traktowanie. Pisuar, fiut w ręku i balansowanie ciałem tak, by nie osikać łańcucha łączącego skute ręce i nogi. To ważne, bo w przeciwnym razie na czerwonym więziennym drelichu pojawią się ciemne plamy. A przecież nikt nie chce wyglądać, jakby się posikał ze strachu przed wysokim sądem. Szczególnie w dniu ogłaszania wyroku byłby to żałosny widok. Oddawanie moczu w warunkach ograniczonej swobody ruchów wymagało zatem wprawy. Więzień radził sobie z tym całkiem nieźle. Lewą dłonią na ile mógł odciągał łańcuch prowadzący od pasa do stóp, prawą trzymał penisa i sikał w bok, nie przejmując się tym, czy trafia do pisuaru. Najważniejsze były suche spodnie. Jego wyczynom z wyraźnym rozbawieniem przyglądało się trzech postawnych mężczyzn. Zachowywali się niczym jury Mam talent!

– Trzymaj bestię krótko, bo się wyrwie.

– Balans, balansuj. Liczy się praca ciałem.

– Nie po ścianie!

Kwestiom tym obowiązkowo towarzyszył rechot, który miał być potwierdzeniem jakości serwowanych dowcipów. Trzej mężczyźni nie wyglądali jednak na grupę kabaretową. Ich strój mocno kontrastował ze swawolnym zachowaniem.

Każdy miał na sobie czarny kombinezon ochronny z nomeksu – specjalnej niepalnej tkaniny. Do tego dochodziły kamizelka kuloodporna, kamizelka taktyczna, kevlarowy hełm, gogle, rękawiczki i kominiarka. Jeśli o kimś można było powiedzieć, że jest uzbrojony po zęby, to na pewno o tej trójce. Pistolety, karabiny, ładownice z amunicją, granaty hukowe i łzawiące. W sumie ponad dwadzieścia kilogramów wyposażenia na osobę. Odpowiadali między innymi za to, by w toalecie na drugim piętrze budynku Sądu Okręgowego w Warszawie nie stało się nic, co uniemożliwiłoby udział więźnia w kończącym się procesie. Facet, który z takim przejęciem próbował właśnie trafić strugą moczu do pisuaru, musiał bezpiecznie dotrzeć przed oblicze sądu, a później z powrotem do aresztu. Obsikany czy nie, to nie miało znaczenia.

– Dalej, redaktor, idziemy, sędzia już czeka! – Wydana głośno, jak na ćwiczeniach, komenda zbiegła się idealnie w czasie z zapięciem rozporka.

Artur Solski odwrócił się i uśmiechnął do swojego anioła stróża stojącego z gotowym do strzału karabinem automatycznym HK416. Typowa broń jednostek antyterrorystycznych. Sprawny operator jest w stanie oddać z niej nawet sto strzałów na minutę, wliczając w to wymianę magazynków.

– Już skończyłem – zameldował Solski, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Może chcecie sprawdzić, czy nie ukryłem tam niczego poza moją pałą? – Ogolony na łyso, za to z kilkudniowym rudobrązowym zarostem Artur wskazał na krocze.

– Przestań się szczerzyć i lepiej uważaj, żebyś się nie poślizgnął na schodach – wycedził jeden z zamaskowanych policjantów.

Ruszyli do drzwi, za którymi czekało na nich kolejnych trzech antyterrorystów. Poszli w prawo, w kierunku sali 252 znajdującej się za rogiem długiego, pustego korytarza. Solski pamiętał tę część gmachu jeszcze z czasów, gdy przychodził tu jako dziennikarz śledczy. Te same pożółkłe ściany, wytarta wykładzina i ciemnobrązowa boazeria. Dobrze pamiętał też salę 252, bo to właśnie w niej ogłaszano zazwyczaj wyroki w najgłośniejszych kryminalnych procesach. Już z daleka słychać było narastający szum, jakby zbliżali się do wodospadu. Artur wiedział, co za chwilę zobaczy. Przed drzwiami kłębił się tłum dziennikarzy, fotoreporterów i operatorów kamer. Zobaczyli go i harmider stał się jeszcze głośniejszy, jeden po drugim błyskały flesze. Sępy wyczuły padlinę. Gdyby nie policyjna taśma na stojakach i kilkunastu funkcjonariuszy pilnujących, by nikt jej nie przekroczył, rzuciliby się na niego i przekrzykując się, zadawali te same, powtarzane od miesięcy pytania.

– Dlaczego to zrobiłeś? – Światło lamp prosto w oczy. – Czy czujesz się winny? – Obiektyw kamery niemal dotyka twarzy. – Co masz do powiedzenia bliskim ofiar? – Kordon mikrofonów dookoła, oskarżony, skazany, osaczony jak zwierzę.

Media nie żyły niczym innym i Artur to rozumiał. Był bohaterem procesu stulecia, a kto wie – może nawet tysiąclecia. Już za kilkanaście minut były dziennikarz DTV miał usłyszeć wyrok wydany przez sędziego. Przez opinię publiczną i byłych kolegów już dawno został skazany. Z jego ręki zginęli szef Biura Antyterrorystycznego Dariusz Wyrwicki oraz biznesmen Leonard Bielak, do którego należały m.in. telewizja DTV, koncern metalurgiczny B-Steel Group oraz firma naftowa B-Eagle Resources of Iraq. Młody prokurator o twarzy prymusa i oczach natchnionego pogromcy zła nie miał wątpliwości. Domagał się dla Artura Solskiego dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności bez prawa ubiegania się o przedterminowe zwolnienie.

Ćwierć wieku za kratkami. Artura przerażała myśl, że wyjdzie na wolność w wieku 62 lat. Będzie starym, przegranym człowiekiem, złamanym przez tych, którzy skrywali tajemnice o spisku tak ogromnym, że w jego istnienie nikt w prokuraturze nie chciał wierzyć, a on nie miał dowodów na potwierdzenie swych słów. Zresztą czasami nawet on się zastanawiał, czy tego wszystkiego nie stworzyła jego pokręcona, żywiona przez lata tonami leków psychotropowych i pojona alkoholem wyobraźnia. Dlatego wbrew radom obrońcy wycofał zeznania i odmówił składania dalszych. Nie odpowiadał także na pytania sądu. Zamknął się w sobie. Zamachy, zabójstwa, szpiedzy, tajne akta – wydarzenia z ostatnich dwóch lat krążyły mu po głowie, przypominając sen wariata, z którego nie można się obudzić. Były jak mamidła osaczające człowieka, który powoli przestaje odróżniać prawdę od fikcji. Co gorsza, te wizje wywoływały poczucie winy. Artur zrozumiał, że gdyby nie zaczął prywatnego śledztwa, sprawy nie zakończyłyby się tak krwawo i tragicznie. Uruchomił lawinę, która pociągnęła w przepaść wiele przypadkowych osób. Żałował swojej dociekliwości i przywiązania do zasad, które dla dzisiejszych mediów nic już nie znaczą. Odgrywał ostatniego sprawiedliwego w czasach, w których w superbohaterów wierzą wyłącznie dzieci. Nikt nie potrzebował prawdziwych śledczych psów wyczulonych na smród afer, przekrętów i politycznych układów. Sukces odnosili ci pokorni, znający swoje miejsce w szeregu i z uśmiechem wchodzący aż po zelówki butów w tyłki szefom, wpływowym biznesmenom i politykom.

Trzydziestosiedmioletni były dziennikarz miał poczucie zmarnowanego życia. Mimo to wolał je spędzić na wolności. Nie bał się więzienia jako takiego. Historie o bójkach i gwałtach nie robiły na nim wrażenia, ale myśl o zamknięciu, wciśnięciu do klitki nazywanej celą wywoływała klaustrofobiczną panikę. Przedsmakiem tego, co go czeka, był kilkumiesięczny pobyt w izolatce na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego. Nie przemawiały do niego słowa Platona, że człowieka prawdziwie wolnego nie można zniewolić, bo nawet w więzieniu będzie wolny. Filozoficzne pierdoły. Jako dziecko Solski nie lubił chodzić do zoo. Choć nie potrafił wytłumaczyć dlaczego, widok dzikich zwierząt zamkniętych w klatkach napawał go lękiem i smutkiem. Pamiętał też kary wymierzane przez ojca, który zamykał go w ciemnej piwnicy, gdzie krążyły dziecięce demony o twarzach tak strasznych i oczach tak przerażających, że jedno ich spojrzenie paraliżowało. Stał bezbronny, czując ich lepki dotyk i palący oddech. Przeżycia z dzieciństwa musiały mieć duży wpływ na psychikę Solskiego, który nerwowo, niemal agresywnie reagował na wszelkie próby ograniczania jego życiowej wolności czy dziennikarskiej niezależności. Był pyskatym, bezczelnym reporterem kwestionującym decyzje szefów, gdy tylko uważał, że ktoś próbuje nim kierować i czegoś mu zakazywać. Nawet jeśli nie miał racji, walczył, spotykając się z krytyką i niezrozumieniem kolegów. Momentami przypominał rozkapryszoną primadonnę. Teraz jednak wiedział, że opór nic nie da. Wróci do ciemnej piwnicy z dziecięcego koszmaru. Po miesiącach spędzonych w psychiatryku Artur Solski został uznany za poczytalnego, co oznaczało, że może odpowiadać za swoje czyny jak każdy normalny człowiek. Dwadzieścia pięć lat za kratkami.

Wchodząc na salę rozpraw, nie odezwał się do dziennikarzy. Ich wykrzykiwane jednocześnie pytania zlały się w jeden jazgot. Przez moment wydawało mu się, że w tym tłumie dostrzegł gniewnie wykrzywioną twarz ojca. Niemal czuł jego śmierdzący nieprzetrawionym alkoholem oddech. „Marsz, gnoju, do piwnicy!” Kopniak i uderzenia paskiem po plecach. Łzy płynące po policzkach. „Nie rycz, ty jebany bachorze”. Kolejne ciosy. Nikt nie przyjdzie z pomocą. Wyjście z ciasnego mieszkania, na klatce schodowej czuć smród starej, gnijącej kamienicy, skrzypiące drzwi, a za nimi długie schody prowadzące prosto w czarną piwniczną otchłań. Byle się nie potknąć i głośno nie zapłakać. Bo Zły to usłyszy i będzie bardziej bolało. Jeszcze kilka kroków, otwarcie kłódki i ostatni kopniak wpychający go do ciemnej, wilgotnej pakamery, w której przechowują ziemniaki, rowery i słoiki z przetworami mamy, zapas na całą zimę.

Ojciec odwiedził go w szpitalu tylko raz. Siedzieli naprzeciwko siebie, milcząc jak dwóch obcych sobie ludzi.

– Przyniosłeś wstyd rodzinie. Matka przewraca się w grobie.

To były jedyne słowa, jakie wtedy usłyszał. Nie odpowiedział, nie czuł strachu ani gniewu. Było mu obojętne, co sądzi o nim ten zgarbiony, pomarszczony facet ze strąkami przetłuszczonych włosów opadających na twarz. Dawca spermy. Nic ich nie łączyło, dzieliło wszystko. Ojciec wyszedł, zostawiając na stole zdjęcie matki Artura. Miało mu pewnie przypominać, jak złym synem się okazał. Dopiero teraz dotarł do niego głos sędziego.

– Wyrok w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej. Trzeciego grudnia 2009 roku Sąd Okręgowy w Warszawie, VIII Wydział Karny w składzie… – Artur rozejrzał się po sali. Znał dobrze twarze wszystkich obecnych. Po jego prawej za masywnym drewnianym stołem siedziało trzech sędziów, naprzeciwko pod ścianą stał prokurator, w ławie przed nim, odwrócona tyłem, tkwiła Klara Zegert, jego obrońca. – …po rozpoznaniu sprawy Artura Solskiego, syna Bogusława i Danuty z domu Rudzkiej… – Przewodniczący składu sędziowskiego odczytywał wyrok mechanicznie, nie odrywając wzroku od kartki, którą trzymał w rękach. – …oskarżonego o to, że w dniu 1 sierpnia 2008 roku w Warszawie, działając z zamiarem pozbawienia życia Leonarda Bielaka i Dariusza Wyrwickiego, zwabił ich podstępnie do studia telewizyjnego, gdzie przy użyciu pistoletu typu Glock oddał dwa strzały, trafiając obie ofiary w głowę, co spowodowało śmiertelne obrażenia. W trakcie popełniania zarzucanych mu czynów podsądny był poczytalny i w pełni kontrolował swoje zachowanie… – Artur zacisnął pięści. Słuchał kolejnych paragrafów wymienianych przez sędziego. Wyliczanka się skończyła. – …oskarżonego Artura Solskiego uznaje za winnego zarzucanych mu czynów. Przyjmując za podstawę wymiaru kary artykuł 148 paragraf 2 kodeksu karnego, skazuje oskarżonego Artura Solskiego na karę dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności… – Dopiero w tym momencie sędzia spojrzał mu w twarz. Patrzył złowrogo, po czym nagle zaczął się diabolicznie śmiać, wyciągając w jego stronę zakrzywione niczym szpony palce.

Krzyk, przyspieszone oddech i tętno. Serce bije tak szybko, jakby miało eksplodować i rozsadzić klatkę piersiową. To koniec. Głos grzęźnie mu w gardle, charczy jak ktoś śmiertelnie ranny. Otwiera oczy. To tylko sen, zły sen. Od miesięcy miał podobne, bardzo realistyczne koszmary.

Leży i patrzy na dobrze mu znany szarobiały sufit i dwie zawieszone na nim świetlówki. Początkowo nie mógł się przyzwyczaić do ich charakterystycznego pobrzękiwania i migotania przypominającego światło stroboskopowe. Jednak w połączeniu z podawanym w zastrzykach silnym neuroleptykiem to było jak trans. Czas przestawał istnieć, a bezbarwny szpitalny sufit zmieniał się w ruchome, tętniące barwami i dźwiękami sklepienie. Oddycha głośno, z czoła ściekają mu krople potu. Słychać dźwięk otwieranych drzwi.

– Jak się czuje nasz pacjent? – rozlega się znajomy głos doktora Sumińskiego.

Artur Solski nienawidzi, gdy ktoś mówi do niego w trzeciej osobie, ale teraz nie ma to dla niego znaczenia.

– Świetnie – odpowiada krótko i zamyka oczy. Znowu jest u siebie, w sali numer 25 na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego w Choroszczy. Tu czuje się bezpiecznie.

Sejf. Gniazdo Kruka

Подняться наверх