Читать книгу Przewaga Bourne’a - Eric van Lustbader - Страница 11

5

Оглавление

Pobudka w Ad-Dausze, z poczuciem samotności i rozpaczy, była strasznym doświadczeniem.

– Jeśli zaczniesz ich szukać – powiedział El Ghadan, zanim założono Bourne’owi worek na głowę i wyprowadzono go – z pewnością ich nie odnajdziesz.

Pobudka w Ad-Dausze, z poczuciem samotności i bezsilności, była naprawdę strasznym doświadczeniem.

– Jeśli zaczniesz ich szukać – powiedział El Ghadan, zanim porzucono Bourne’a na skraju pustyni – zabiję je osobiście i zrobię to bardzo powoli.

Skwar był nieznośny, słońce oślepiało i wywoływało zwidy. Mrużąc oczy, Bourne dostrzegł oryksa o białym jak mleko tułowiu, czarnych jak noc nogach i hebanowej otoczce pyska. Zwierzę wpatrywało się w niego mądrym wzrokiem, jakby chciało powiedzieć: „Ty głupcze”, po czym rzuciło łbem, a jego imponujące, długie poroże rozorało niebo.

Bourne zamrugał i po zwierzęciu nie pozostał ślad. Podniósł się z pylistego pobocza i ruszył w kierunku miasta. Kilka godzin później zatrzymała się przed nim ciężarówka. Zlany potem wgramolił się do kabiny i usiadł obok kierowcy.

– Co pan robisz na takim zadupiu? – spytał kierowca po arabsku, wrzucając bieg.

– Ucinam sobie pogawędkę z oryksem – odparł Bourne i spojrzał przed siebie, na majaczące w oddali i rozedrgane od gorącego powietrza wieże miasta.

***

Muzeum Broni w dzielnicy Al Lukta w Ad-Dausze było zamknięte dla zwykłych śmiertelników. Aby móc obejrzeć zbiory, należało dysponować zezwoleniem wydanym przez Katarską Radę do spraw Muzeów. Abdul Aziz, czy też Zizzy, jak nazywali go najbliżsi i przyjaciele, nie potrzebował takiego dokumentu.

Aziz żył jak pasza. Nie jak współczesny pasza, kimkolwiek ów miałby być, lecz jak pasza w przepysznych czasach imperium osmańskiego. Dla niego zresztą mocarstwo to pod wieloma względami nadal istniało, gdyż jego własne imperium, imperium przewozów morskich, obejmowało obszar zbliżony do tego, jakim w złotym okresie władali Osmanowie. Było też prawie tak samo intratne, choć prawdę mówiąc, czy bogactwo Osmanów miało sobie równe? Nie licząc oczywiście fortuny Watykanu.

Zizzy był Arabem, który sprawnie poruszając się po nowoczesnym świecie, wypełniał jednocześnie pięć obowiązków muzułmanina. To, jakim sposobem udawała mu się ta niemal nadludzka, metafizyczna żonglerka, zdumiewało wszystkich, łącznie z jego rodziną. Ci jednak, którzy go znali, byli mu wdzięczni za tę umiejętność zręcznego wykraczania poza ograniczenia.

Jason Bourne był jedną z tych osób. Poznał Zizzy’ego kilka lat wcześniej na Synaju. Obaj przebywali tam w jasno określonym celu: Zizzy oglądał teren, który chciał kupić, Bourne zaś przeszukiwał to samo miejsce, ścigając oddział terrorystów, który wcześniej wysadził w powietrze egipski kościół, zabijając prawie setkę Koptów, w tym wiele kobiet i dzieci.

Zizzy dowiódł swoich wyjątkowych umiejętności strzeleckich, zabijając ostatniego z terrorystów, którzy zaczaili się na Bourne’a. Użył do tego karabinu snajperskiego AWM model L115A3, bodaj najlepszego w branży. Jeden strzał – jeden trup. Motto snajperów, któremu, jak się okazało, Zizzy pozostawał bezwzględnie wierny.

Był również bezwzględnie lojalny, do tego ustosunkowany, i miał prześmiewcze poczucie humoru, a także nie postrzegał wszystkich bez wyjątku mieszkańców Zachodu jako zaciekłych wrogów islamu. Z całego serca nienawidził ekstremizmu i terrorystów, którzy jego zdaniem zniekształcali nauki islamu i naginali je do własnych potrzeb. „Islam to religia pokoju”, mawiał z pasją i wściekłością, która odstraszyłaby sforę szakali.

Niemniej lawirowanie między przeszłością i teraźniejszością miało swoją cenę, dlatego Zizzy był na swój sposób outsiderem w swoim świecie, tak jak Bourne w swoim. Błyskawicznie znaleźli wspólny język.

Po powrocie do miasta Bourne skierował się do hotelu. Poszedł do pokoju ministra Kabbaniego i wziął długi prysznic, najpierw gorący, a potem zimny. Później ogolił się i ubrał. Poczuł ból, dopiero kiedy zaczął wycierać się ręcznikiem. Gorąca woda uśpiła czujność; wydawało mu się, że nie odczuje skutków tortur. Mylił się. Ból przeszył go niemal na wylot, ścisnął pierś i przywołał wspomnienie sesji z akumulatorem.

Otworzył sejf i wyjął nieduży plecak. Zawiesił na nim spojrzenie i pomyślał o swojej ostatniej, chybionej tożsamości, o Sorayi i Sonyi, o Aaronie, o tym, jak kula roztrzaskała czaszkę Francuza. Z trudem odsunął od siebie obrazy tych zdarzeń i sięgnął po telefon.

Spotkał się z Zizzym przed wejściem do Muzeum Broni. Do budynku wpuścił ich pomarszczony staruszek z garbem i szalonym błyskiem w oku. Bourne pomyślał, że to widocznie skutek nieustannego kontaktu z tak niezwykłymi zbiorami kunsztownej broni, pochodzącej nawet z piętnastego wieku.

W gablotach znajdowały się miecze wszystkich wielkich bliskowschodnich dynastii, nawet ostrze należące do saudyjskiego króla Fajsala. Ulubionym przedmiotem z kolekcji był jednak dla Zizzy’ego sztylet należący niegdyś do Lawrence’a z Arabii. Klejnot w koronie muzeum i broń, do której zawsze z upodobaniem wracał.

– Wspaniały człowiek, ten Lawrence – powiedział Zizzy, zatrzymując się przed gablotą, w której eksponowano sztylet. – Rozumiał islam i pięć filarów wiary. Brytyjczycy uznali go, rzecz jasna, za obłąkanego. Twierdzili, że zdziczał. Biedni. Nigdy nie zdołali tego pojąć.

Wycelował palcem w sztylet schowany w zdobnej niczym pantofel hurysy pochwie.

– Niepozorny, prawda? Gdybyś zobaczył go na bazarze, pewnie nie poświęciłbyś mu wiele uwagi. Nie pomyślałbyś, że w tym ostrzu drzemie przyszłość islamu na pustyni. A tak było. Jest.

Powiedziawszy, co mu leżało na sercu, Zizzy zwrócił się do Bourne’a z ponurą, zatroskaną miną.

– Cóż się wydarzyło, mój przyjacielu?

***

– Wszystko, co mam, jest do twojej dyspozycji.

Siedzieli w kawiarence, części niewielkiego pasażu handlowego, którego Zizzy był właścicielem. Bourne pokiwał głową.

– Doceniam to. Jak zawsze.

Kafejka, w przeciwieństwie do nowoczesnych butików po sąsiedzku, była urządzona w dawnym stylu. Przekraczając jej próg, człowiek przenosił się do pałacu sułtana sprzed trzystu lat. Lokal był pełen zarówno turystów z Zachodu, jak i miejscowych, wśród dauhańskich hotelarzy i społeczności ekspatów słynął bowiem z wyśmienitego jedzenia. Nieustający gwar rozmów sprawiał, że z łatwością można było ukryć w nim prywatne konwersacje.

Bourne miał na sobie typowy strój mężczyzny Zachodu, tymczasem Zizzy był ubrany w tradycyjną szatę: bladoniebieską dżubbę narzuconą na białe bawełniane spodnie. Na głowie miał tradycyjną gutrę w czarno-białą kratę, umocowaną podwójnym czarnym zwojem zwanym agal. Z agalu Zizzy’ego zwisały dwa frędzle, co symbolizowało jego beduińskie korzenie; takimi frędzlami Beduini pętali wielbłądy na noc, żeby nie oddalały się od obozowiska.

Kelner przyniósł herbatę miętową i tyle małych naczyń z różnymi potrawami, że zajęły cały blat. Kiedy odszedł, Zizzy powiedział:

– A teraz mów, co cię sprowadza do mojego wspaniałego miasta.

– Praca – odparł Bourne.

– No tak, praca. – Zizzy pokiwał głową. – Jak zwykle praca, mój przyjacielu. – Sięgnął po zrumienioną pitę, oderwał kawałek i nabrał nim odrobinę humusu. – Jedz, mój druhu, jedz! Bo się zagłodzisz! Nie ma nic gorszego!

Zizzy wyglądał jak mityczne stworzenie: jego wybałuszone oczy i haczykowaty nos zajmowały niemal całą ogorzałą od słońca i wiatru twarz. Miał szerokie czoło, wystające jak dziób okrętu. Kiedy się uśmiechał, a robił to często, jego zęby lśniły jak kostki cukru.

Przyglądając się, jak Bourne wybiera potrawy, powiedział:

– Martwię się o ciebie, Jasonie. Martwię się, że pewnego dnia natknę się na twoje zasuszone zwłoki wystające z wydmy. – Roześmiał się. – No, ale pocieszam się niezłomną pewnością, że zbyt hardy z ciebie człowiek, aby przytrafiło ci się coś takiego. – Włożył do ust wielkiego daktyla, odchylił się na krześle i dodał: – Powiedz, co cię spotkało.

Bourne opowiedział mu, co zaszło w hotelu, zarówno przed masakrą, jak i po niej. Kiedy skończył, wyjął telefon komórkowy i położył go na stoliku.

– Dostałem go od El Ghadana. Codziennie o północy będzie mi przysyłał filmik z Sorayą i Sonyą trzymającymi aktualną gazetę.

– Na dowód, że żyją.

Bourne pokiwał głową.

– W aparacie znajduje się nadajnik GPS, którego nie da się wyłączyć.

– Będzie monitorował twoje ruchy. – Zizzy pokręcił głową. – Nadal tkwisz w jego pułapce. To nieszczęście, Jasonie. To wielkie nieszczęście. – Rozłożył dłonie. Jedzenie i picie poszły w odstawkę. – Jak mógłbym ci pomóc, mój przyjacielu?

– W pierwszym odruchu chciałem, rzecz jasna, zacząć ich szukać, mimo wyraźnego zakazu – powiedział Bourne – ale udało mi się zapanować nad emocjami i trzeźwo przyjrzeć się sytuacji.

– To dobrze – stwierdził Zizzy. – Bo do szczytu w Singapurze zostało siedem dni. Siedem dni, zanim El Ghadan dobierze się do twojej przyjaciółki i jej córeczki. Siedem dni, zanim na zawsze zmieni twój świat.

Gorycz ścisnęła Bourne’a za serce. To prawda, smutna prawda, że każdy, na kim Bourne’owi kiedykolwiek zależało, został albo narażony na śmiertelne niebezpieczeństwo, albo… zginął. Szybko wrócił myślami do teraźniejszości i powiedział:

– Zizzy, muszę się dowiedzieć wszystkiego, co tylko można, o El Ghadanie.

– Nie będzie łatwo, mój przyjacielu. Przeszłość tego człowieka stanowi równie pilnie strzeżoną tajemnicę, jak jego prawdziwa tożsamość. – Zizzy miał w zwyczaju szczypać się w dolną wargę, ilekroć pogrążał się w głębokiej zadumie; tak zrobił i tym razem. – Sądzę, że znam kogoś, kto mógłby nam pomóc. – Zerknął na zegarek. – I tak się szczęśliwie składa, że najlepiej złapać go akurat o tej porze.

***

– Niektórzy uważają, że jest Jordańczykiem albo Omańczykiem, ale nie zgadzam się z nimi.

Powiedział to drobny człowieczek – miał może metr pięćdziesiąt – o wielkiej głowie, nosie jak dziób jastrzębia, uszach słonia indyjskiego i siwej aureoli włosów, splątanej jak ciernisty krzew. Nabuchodonozor, dla przyjaciół Nebby. Równie dobrze mógł mieć siedemdziesiąt, jak i sto siedemdziesiąt lat. Patrzył z szelmowskim błyskiem w oku, rzadko spotykanym nawet u mężczyzn o połowę młodszych.

Bourne i Abdul Aziz siedzieli na okrągłym dywanie pośrodku salonu Nebby’ego. Mężczyzna dysponował niewielkim mieszkaniem na obrzeżach miasta, gdzie, jak to ujął, mógł kontemplować pustynię. Sam jeden wiedział, cóż takiego udawało mu się dostrzec w oceanie piasku. Według Zizzy’ego, prowadził handel wymienny informacjami. Winien był mu kilka przysług, dlatego tym razem nie zażądał od Bourne’a zapłaty.

Młoda kobieta o ciemnych włosach i przyjaznym uśmiechu podała herbatę. Ściany lokum Nebby’ego zajmowały półki zastawione pamiątkami długiego i urozmaiconego życia: muszle z Zanzibaru, rzeźby z Namibii i Etiopii, osobliwe, przypominające lalki wudu figurki z Ugandy, które wyglądały jak zasuszone dzieci; marokańskie kafelki i ceramika, drewniana laska wodza Masajów, jakaś dziwna zakonserwowana ryba głębinowa. Od obfitości artefaktów kręciło się w głowie, a powietrze wręcz wibrowało od energii wydzielanej przez te odłamki przeszłości.

Nebby z gracją upił łyk herbaty, niczym angielska lady, odstawił szklankę i podjął temat:

– Nie, nie zgadzam się z nimi. Myślę, że El Ghadan jest Persem. Oto dlaczego… W przeciwieństwie do innych ekstremistów, tych, którzy kierują swoją nienawiść zarówno do Saudyjczyków, jak i Amerykanów, on żywi wstręt wyłącznie do Stanów Zjednoczonych i Izraela. To, moim zdaniem, jednoznacznie wskazuje na Persa.

Cisza, która zapadła, przedłużała się w nieskończoność, więc Bourne poczuł się w obowiązku zapytać:

– Czy to wszystko?

– A nie wystarczy? – Nebby przekrzywił głowę jak ptak przyglądający się smacznemu kąskowi. – Nie, rzeczywiście, dla człowieka takiego jak ty to za mało. – Wystawił palec w górę, jakby sprawdzał kierunek wiatru. – Doszła do mnie pewna historia, aczkolwiek do ciebie należy decyzja, czy dasz jej wiarę. Dotyczy syna El Ghadana. Ciekawą czyni ją powszechnie znany w pewnych kręgach fakt, że El Ghadan, choć żonaty, jest notorycznym kobieciarzem. Owocem licznych przygód musiało być bez wątpienia potomstwo obu płci, ale według opowieści, którą zasłyszałem, El Ghadan ma tylko jedno dziecko z prawego łoża. Chłopiec, dziś być może dwudziestokilkuletni, uciekł od ojca, kiedy miał szesnaście lat, plus minus rok. Od tamtej pory El Ghadan prowadzi rozpaczliwie poszukiwania. Bez skutku. – Z gardła Nebby’ego dobył się rechot. – Wyobrażacie sobie? Znika dziecko, a wielki i potężny El Ghadan nie potrafi go odnaleźć.

– Co o nim wiadomo? – spytał Bourne.

– Praktycznie nic – przyznał Nebby. – Aczkolwiek pewnych rzeczy można się domyślać. Według mnie ukrywa się, że się tak wyrażę, na widoku, dlatego ludzie ojca nie są w stanie go zlokalizować. Bo szukają nie tam, gdzie trzeba.

– To znaczy?

Nebby dopił herbatę.

– No cóż, ja na jego miejscu wstąpiłbym w szeregi terrorystów, oczywiście pod przybranym nazwiskiem. Wybrałbym komórkę jak najbardziej zbliżoną do komórki ojca.

– Na przykład jaką?

Nebby wzruszył ramionami.

– Mówi się, że od czasu do czasu El Ghadan wchodzi w układy z ludźmi, których uważa za szczególnie przydatnych jego sprawie. Obecnie tym człowiekiem jest Ivan Borz.

– Handlarz bronią?

Nebby kiwnął głową.

– Znasz miejsce pobytu Borza?

– Podobno przebywa w Waziristanie, gdzie pracuje z jednym z oddziałów El Ghadana.

***

– Zgłodniałem – powiedział Zizzy. – Co ty na to, żebyśmy coś zjedli?

Zaprowadził Bourne’a do wykwintnej restauracji, której właściciela dobrze znał. Choć o tej porze lokal był pełen gości, znajomy Zizzy’ego zaprowadził ich do najlepszego stolika, kazał podać imbryk rzadkiej odmiany białej herbaty i przez kilka chwil zajmował ich rozmową, po czym wrócił do swoich zajęć, żegnając się uśmiechem i pełnym poważania ukłonem.

– Przykro mi, Jasonie – odezwał się Aziz. – Wiem, że trudno stwierdzić, czy z naszej wizyty u Nebby’ego wynika cokolwiek konstruktywnego.

– Każde spostrzeżenie dotyczące El Ghadana jest dla mnie cenne – odparł Bourne. – Informacja o niepokornym synu, którego próbuje odnaleźć, ma sporą wartość.

– Dostajesz do ręki argument – zauważył Zizzy.

– O ile ten syn w ogóle istnieje – zaznaczył Bourne. – I jeśli uda mi się go namierzyć.

Złożyli zamówienie.

– Najbardziej zastanawia mnie – podjął Bourne, kiedy znów zostali sami – skąd El Ghadan wiedział, że będę na spotkaniu jako minister Kabbani.

– Myślisz, że Kabbani ułożył się z El Ghadanem?

– Niewykluczone. Odegrał zasadniczą rolę w zorganizowaniu spotkania…

– …a potem nie wziął w nim udziału.

– To w sumie nic nie znaczy. Przyjrzałem mu się dobrze. Gdybym wyczuł, że ma złe zamiary, nie przyjąłbym zlecenia.

– Kto zatem cię zdradził, jeśli nie Kabbani?

– Tego właśnie chcę się dowiedzieć. Będę musiał się dostać do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Zizzy wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– A wiesz, że mam ochotę znów odwiedzić Damaszek?

– Zizzy, to strefa działań wojennych.

Zizzy puścił oko.

– No właśnie. – Wyjął komórkę. – Każę pilotowi opracować plan lotu i rozgrzać silniki.

***

Kiedy kelner przyniósł zamówione dania i Bourne z Zizzym zabrali się do jedzenia, Bourne zwrócił uwagę na młodego człowieka, który wszedł do restauracji, zlustrował jej wnętrze z zawodową przenikliwością, po czym usadowił się przy stoliku w kącie i ani razu nie zerknął w jego stronę.

– Mamy towarzystwo – powiedział Bourne, a Zizzy pokiwał głową, nawet nie pytając, skąd ta nagła zmiana tematu. – Na czwartej. Stolik w rogu.

– Sam? – spytał Zizzy, nie odwracając się.

– W restauracji tak.

– El Ghadan robi, jak zapowiedział – stwierdził Zizzy. – To dobra wiadomość, bo oznacza, że jest przewidywalny, czego nie można powiedzieć o większości terrorystów. Dzięki temu możemy być o jeden ruch do przodu.

Przewaga Bourne’a

Подняться наверх