Читать книгу Przewaga Bourne’a - Eric van Lustbader - Страница 6

1

Оглавление

Siedmiu ministrów weszło do słynnego hotelu Al-Bura w Ad-Dausze. Siedmiu ministrów z Jordanii, Syrii, Kataru, Iraku, Libanu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Jemenu. Każdy niósł przypiętą kajdankami do nadgarstka teczkę, którą mógł otworzyć jedynie odcisk jego kciuka. Wszyscy oni mieli iście królewską prezencję, a niektórzy rzeczywiście dysponowali władzą równą dawnym królom. Szli w towarzystwie ochroniarzy, mężczyzn o jeszcze bardziej ponurej prezencji niż ich mocodawcy, solidnie umięśnionych i dobrze uzbrojonych, gotowych zareagować na każdy nagły ruch bądź hałas.

Świta pokonała duży hol z dwoma rzędami ogromnych marmurowych kolumn, a następnie została poddana szczegółowej kontroli – za którą zapłaciły wszystkie reprezentowane kraje – przeprowadzonej przez tuzin umundurowanych, zaprawionych w boju i zatrudnionych specjalnie na tę okazję najemników.

Ministrowie i ich ochroniarze wjechali windami na ostatnie piętro, w ciszy przemierzyli wyłożony grubą wykładziną i obstawiony przez kolejnych najemników korytarz i weszli do wielkiej, jasno oświetlonej sali konferencyjnej.

Zajęli miejsca przy lśniącym stole z palisandru, dotknięciem kciuka otworzyli teczki o ściankach wzmocnionych stalą oraz tytanem i wyjęli dokumenty opatrzone czerwoną pieczątką „ŚCIŚLE TAJNE”. Ochroniarze otworzyli schłodzone butelki z wodą, upili łyk, a następnie przelali ich zawartość do szklanek ręcznie umytych przez zaufany personel. Potem z wojskową precyzją zrobili krok do tyłu i stanęli po prawej stronie, tuż za plecami mocodawców.

Oprócz butelek z wodą przed każdym z uczestników spotkania postawiono dużą popielniczkę z rżniętego szkła. Ponad połowa ministrów wyjęła papierosy i je zapaliła. Zaciągnęli się głęboko i z przyjemnością.

Za ich plecami – za kuloodpornymi szybami – Ad-Dauha zaczynała się smażyć w porannym słońcu. Skwar wspinał się jak dym po stalowo-szklanych ścianach lśniących, nowoczesnych budynków. Zatoka, od której ponoć miasto wzięło nazwę, mieniła się w promieniach słońca niczym gobelin z brylantów, oddzielona od miasta szerokim bulwarem.

Pierwszy odezwał się minister z Kataru, przedstawiciel gospodarzy.

– Zebraliśmy się tutaj, ponieważ zmusił nas do tego narastający problem – powiedział. Choć był drobnym mężczyzną, w oficjalnym stroju wyglądał dystyngowanie. – Od półtora roku na południe Afryki, do krajów bogatych nie tylko w ropę naftową, ale też gaz, diamenty, uran i rzadkie surowce, płyną duże transporty broni. – Minister przerwał i napił się wody, przyglądając się przy okazji zgromadzonym, każdej twarzy z osobna. Po chwili wrócił do tematu: – Myślę o tych, których zabrakło przy tym stole. Sytuacja w Egipcie nadal jest na tyle niestabilna, że trudno mówić o jakimkolwiek pewnym przywództwie. Niby kto miałby się wypowiadać w imieniu całego narodu? Co zaś się tyczy Saudyjczyków i Irańczyków, to cóż, jeszcze o nich porozmawiamy. Nic byśmy nie zyskali, zapraszając do naszego grona przedstawicieli tych krajów. – Odchrząknął. – A Izrael… pomińmy milczeniem.

– Wszyscy Izraelczycy to terroryści – syknął minister z Iraku, wykrzywiając z obrzydzeniem grube usta. – Ich tak zwane państwo powstało i opiera się na terrorze. Metodami, które wszyscy dobrze znamy, spychają Palestyńczyków do coraz ciaśniejszych enklaw.

Przez chwilę Katarczyk w milczeniu wpatrywał się w Irakijczyka.

– Właśnie – odezwał się w końcu, po czym spojrzał w inną stronę i mówił dalej: – Jak dotąd naszym najlepszym ludziom nie udało się zlokalizować źródła dostaw. Wiemy tylko, że transporty zawierają coraz nowocześniejszą, a zatem coraz bardziej zabójczą broń. Odbiorcami ładunków są przywódcy lokalnych ugrupowań powstańczych, czyli zdecydowanych na wszystko komórek organizacji terrorystycznych. – Sięgnął po leżącego przed nim na stole iPada, stuknął w ekran i na ścianie po przeciwnej stronie wyświetliła się lista wrogów publicznych, zawierająca liczbę ofiar, wartość zniszczonego mienia, liczbę zniewolonych dzieci i nastolatków oraz wskaźniki efektywności metod indoktrynacji. – Jak panowie widzą, skuteczność mają bardzo wysoką. – Podkreślił odpowiednie liczby wskaźnikiem laserowym. – Skrajne ubóstwo, brak praw obywatelskich, obietnica męczeńskiej śmierci oraz pieniądze dla rodzin przyciągają rekrutów w takiej liczbie, że wysoka śmiertelność w szeregach tych ugrupowań jest bez znaczenia. – Wyłączył ekran. – Zachód ma zatem rację, krytykując radykalny islam i mówiąc, iż ten nie docenia wartości ludzkiego życia.

Na te słowa wstał minister ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

– Należy wreszcie postawić tamę radykalizmowi – oświadczył. W przeciwieństwie do ministra z Kataru był wysokim, wręcz majestatycznym mężczyzną; miał ciemne oczy i włosy, cerę zaś jak stara zwierzęca skóra: popękaną i zniszczoną. Uderzył pięścią w blat. – Terroryści rosną w siłę, siejąc spustoszenie, ale to my musimy zbierać owoce ich czynów. Dość celowej przemocy, która obraca się przeciwko nam. Przecież w konsekwencji umierają nasi ludzie.

Usiadł, powiedziawszy, co miał do powiedzenia. Minister z Kataru pokiwał głową, tak samo zrobiła większość siedzących przy stole. Minister z Syrii, który bacznie przyglądał się przebiegowi spotkania, rozejrzał się po pozostałych i zapamiętał ich reakcje. Kiedy ogłoszono przerwę, wstał od stołu i poszedł korytarzem do męskiej toalety. Upewnił się, że jest pusta, po czym wsunął pod drzwi drewniany klin uniemożliwiający ich otwarcie. Stanął przed lustrem i przyjrzał się swojemu odbiciu. Dotknął kartoflowatego sztucznego nosa. Wyjął plastikowe wkładki, które podnosiły policzki. Poprawił brodę i zaaplikował nieco kleju do charakteryzacji w kilku newralgicznych miejscach.

Jason Bourne z trudem rozpoznawał własną twarz.

To, rzecz jasna, dobrze, bo skoro sam siebie nie poznawał, to nikt inny się nie zorientuje, że on to on. Przez wiele lat udawało mu się żyć ze środków, które zabezpieczył i zdeponował w bezpiecznej skrytce w banku w Zurychu. Potem jednak, kiedy fundusze się wyczerpały, musiał znaleźć sobie nowe źródło utrzymania.

Od roku był człowiekiem do wynajęcia. Oferował swoje usługi temu, kto zapłaci najwięcej. Wcielał się w ministrów i biznesmenów uczestniczących w spotkaniach dyplomatycznych i biznesowych na wysokim szczeblu w różnych punktach zapalnych na świecie. Zamiast narażać się na zamach, ludzie ci woleli zatrudnić kogoś takiego jak Bourne, kto mógł zastąpić ich na miejscu. W żargonie tej profesji takich jak on nazywano kowalami. I to jak sprawnymi! W ciągu zaledwie roku udało mu się przekuć swój talent w sumę niemal równą tej, jaką początkowo zgromadził na szwajcarskim koncie.

Wyjął telefon komórkowy szyfrujący połączenia, zarówno wychodzące, jak i przychodzące, i nacisnął szybkie wybieranie. Po chwili odebrała Sara Yadin. Przekazał jej słowo w słowo wszystkie informacje na temat afrykańskich ugrupowań terrorystycznych, które zostały wyświetlone na ścianie sali konferencyjnej.

– Będzie ciąg dalszy – zapowiedział i rozłączył się.

Z reguły nie dzielił się z osobami trzecimi tym, czego się dowiadywał podczas tego rodzaju spotkań. Tym razem zrobił wyjątek, ponieważ kochał Sarę, agentkę Mossadu. I dlatego, że z Elim Yadinem, szefem Mossadu i jej ojcem, łączyła go głęboka przyjaźń. Zależało mu na bezpieczeństwie obojga, a mógł im je zapewnić na przykład dzięki takim informacjom.

Uśmiechnął się do własnego odbicia, włożył wkładki podnoszące policzki do ust, poprawił je nieznacznie, raz jeszcze obejrzał się w lustrze, i zadowolony wrócił do sali konferencyjnej.

***

W holu hotelu Al-Bura nie było żywej duszy poza patrolującymi najemnikami. Z budynku nie wyszedł ani do niego nie wszedł żaden gość; na półkolistym podjeździe nie zatrzymała się żadna limuzyna, a na szerokim, zakrzywionym bulwarze nie zjawił się żaden spacerowicz. Sieć ochrony była gęsta niczym moskitiera. W takiej sytuacji młodym pracownikom zebranym wokół recepcji i stanowiska konsjerżów nie pozostawało nic innego, jak ziewać i czekać. Nie mieli co robić, nie mieli dokąd pójść. Zabroniono im nawet wymieniać uprzejmości i soczyste plotki o celebrytach, które zwykle pomagały jakoś przetrwać nudne dni.

Było tak spokojnie, że kilku najemników zaczęło posyłać stojącym przy stanowisku konsjerżów młodym kobietom ukradkowe spojrzenia. Kilka minut później najładniejsza z dziewcząt wyszła zza granitowego blatu, trzymając w jednej ręce tacę. Stały na niej filiżanki z herbatą. Najemnicy wbili w nią spojrzenia, z początku nieufne, ale potem, gdy podeszła bliżej z prowokacyjnym uśmiechem, pożądliwe.

Rozdysponowała herbatę wśród mężczyzn, którzy przyjęli poczęstunek z wdzięcznością i zaczęli pić. Odmówił tylko jeden. Podniosła filiżankę i chciała mu ją podać, ale odmówił po raz drugi. Do tej pory jego towarzysze zdążyli już poczuć, że mają nogi jak z gumy. Jeden po drugim zataczali się i upadali na marmurową podłogę. Gdy jedyny stojący o własnych siłach najemnik zobaczył, co się dzieje, i sięgnął po półautomat, konsjerżka z bliskiej odległości strzeliła mu w skroń.

Na ten sygnał terroryści udający obsługę hotelu przystąpili do działania. Rozbiegli się po holu i pozbierali broń.

Czterech najemników rozpaczliwie próbowało dostać się do środka przez obrotowe drzwi. Dwoje terrorystów odwróciło się i posłało krótkie, celne serie z karabinów szturmowych, zabijając ostatnich przeciwników na parterze i zostawiając ich ciała na potłuczonym szkle.

Jeden z terrorystów rzucił kilka słów do telefonu. Pół minuty później przed hotelem zatrzymały się trzy wielkie amerykańskie SUV-y; wysypało się z nich szesnaście osób. Biegnący z przodu dokończyli aktu zniszczenia szklanych obrotowych drzwi i oddział, na którego czele stał legendarny przywódca organizacji, przebiegł nad ciałami martwych najemników i wkroczył do hotelu.

Pierwsza faza operacji przebiegła gładko.

***

W sali konferencyjnej na górze dyplomaci wrócili do stołu.

– Wszystko wskazuje na to – mówił iracki minister – że za dostawami stoi nielegalne państwo żydowskie. To działanie w ich stylu: zlecać Mossadowi finansowanie komórek organizacji terrorystycznych destabilizujących sytuację w krajach, z których nie mogą czerpać korzyści.

Kilku polityków zgodziło się z nim, kiwając głowami. Minister z Kataru znów wstał i zwrócił się do syryjskiego ministra Kabbaniego, za którego podawał się Bourne:

– Panie ministrze, chcielibyśmy usłyszeć, co ma pan do powiedzenia na ten temat.

Bourne skinął głową.

– Spalić kukłę Żyda nietrudno, mnie jednak nie interesują symbole, lecz rzeczywistość. Moim zdaniem inne państwa znacznie bardziej niż Izrael, i jego Mossad, skorzystają na zbrojeniu terrorystów.

– Na przykład? – wtrącił ponuro iracki minister.

– Na przykład Iran – oparł Bourne. – Na przykład Rosja.

– Rosja? – powtórzył zaskoczony Irakijczyk.

– Chiny zużywają surowce naturalne szybciej niż jakikolwiek inny kraj. Od pięciu lat wkupują się legalnie i nielegalnie w łaski bogatych w ropę naftową, gaz i uran narodów afrykańskich. Rosja z rozkoszą podstawiłaby nogę Państwu Środka. Łatwo może to zrobić, finansując terrorystów osłabiających pozycję rządów tych krajów, z którymi Chiny wchodzą w układy.

– Myślę, że nasz szanowny kolega słusznie prawi, jeśli chodzi o rolę Rosji – odezwał się minister ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, kiedy Irakijczyk drwiąco prychnął. Spojrzał na niego. – Nie zgadza się pan, ministrze Boulos?

– Stanowczo – padła odpowiedź.

– Proszę mnie, z łaski swojej, poprawić, jeśli się mylę – powiedział Bourne – ale czy przypadkiem Rosja nie jest waszym klientem?

Było widać, że Irakijczyk się obruszył.

– Największe udziały w przemyśle naftowym mojego kraju mają Chiny.

– Dlatego właśnie – ciągnął Bourne – pewne osoby z Kremla zleciły panu sabotowanie, oczywiście tylko na gruncie ustawodawczym, poczynań Chińczyków.

Minister ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich obrócił głowę jak sokół.

– Boulos, czy to prawda?

– Oczywiście, że nie!

Minister ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich z powrotem przeniósł uwagę na Bourne’a i powiedział:

– Czy pan myślał nad rozwinięciem swojej tezy?

***

Windą i schodami przeciwpożarowymi terroryści dostali się na korytarz na najwyższym piętrze. Trzech patrolujących hol najemników na usługach napastników zajęło się pozostałymi ochroniarzami: załatwiło ich nożem albo udusiło garotą, mocno zaciskając linkę na szyi ofiar. Resztę po cichu i skutecznie wyeliminowali przybyli z dołu terroryści, którzy następnie, na sygnał przywódcy, skierowali się ku zamkniętym drzwiom sali konferencyjnej.

***

– Rozłam w FSB sprawił, że polityka szpiegowska Rosji, zarówno w wywiadzie, jak i kontrwywiadzie, stała się dużo bardziej agresywna – zauważył Bourne. – Od informatorów wiem, że FSB-2, jak się okazuje groźniejsza niż FSB-1, jest odpowiedzialna za…

Nagle drzwi do pomieszczenia z impetem otworzyły się na oścież i do środka wtargnęło czterech zamaskowanych terrorystów, plując ogniem z broni szturmowej. Krew, fragmenty mózgów i kawałki kości rozniesionych na strzępy ministrów Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Jordanii spadły na stół i podłogę niczym piekielny deszcz. Napastnicy zamknęli ofiarom drogę ucieczki, odcinając je od drzwi.

Bourne, wykorzystując zmasakrowane ciało jednego z ministrów do osłony, zamachnął się teczką i zdzielił nią stojącego najbliżej terrorystę. Kiedy ten upadał, chwycił jedną ze stojących na stole popielniczek z rżniętego szkła i uderzył nią drugiego prosto w twarz. Trysnęła krew; siła uderzenia rzuciła napastnikiem o ścianę.

W tym samym czasie jego dwóch kompanów strzelało do ministrów Iraku, Libanu i Jemenu – temu ostatniemu udało się wyjąć z teczki imponującą spluwę, jednak nie zdążył jej użyć. Tymczasem Bourne chwycił broń pierwszego terrorysty, którego posłał na ziemię. Wycelował i oddał krótką serię prosto w pierś trzeciego napastnika, robiąc z niego krwawą miazgę. Ostatni z agresorów skierował lufę karabinu w stronę Bourne’a, ale zanim nacisnął spust, pociski z jego broni niemal przecięły go na pół.

Bourne wstał i rozejrzał się po czerwonym od krwi pomieszczeniu. Sprawdził, czy któremuś dyplomacie udało się przeżyć. Niestety, ocalał tylko on.

Z bronią w ręku odwrócił się plecami do jatki, podszedł do drzwi, nacisnął klamkę… i stanął oko w oko z El Ghadanem. Dżihadyście, którego przydomek oznaczał „Jutro”, towarzyszyło dwunastu ludzi z pistoletami maszynowymi. Wszystkie były wycelowane w Bourne’a.

El Ghadan zrobił krok do przodu, odebrał fałszywemu ministrowi karabin, zerwał mu brodę i sztuczny nos, po czym uśmiechnął się i powiedział:

– Witam, panie Bourne.

Przewaga Bourne’a

Подняться наверх